poniedziałek, 25 czerwca 2018

Od Akihito do Rose

Usłyszałem nagle budzik. Budzę się i pierwsze co spoglądam na telefon. Godzina 06:07 wychodzę szybko z wąskiego łóżka, które jednak jak dla mnie wystarczało. Skierowałem się w stronę łazienki by wziąć szybki prysznic. Gdy skończyłem była jakaś 06:20. Ubrałem szybko czystą koszulkę z szafy oraz bluzę i spodnie z wczoraj .Zajrzałem do szuflady, gdzie leżą moje maski. Wziąłem jedną z nich i wyciągnąłem kanapkę z pudełka, którą wczoraj zrobiłem na rano. Gdy na zegarku zobaczyłem godzinę 06:39, zacząłem czytać któryś z kolei tom Naruto. Zdążyłem przeczytać z 3 tomy,  gdy zrozumiałem że należy umyć już zęby.Tak więc zrobiłem i udałem się na lekcje. Pierwsza lekcja to wf. Graliśmy w siatkówkę. Nasza drużyna przegrała, lecz nie zwróciłem na to zbytniej uwagi. Druga to język japońskii, kartkówka, która była łatwa jak dla mnie. I wreszcie wymarzona informatyka. A następnie fizyka. Było jeszcze parę lekcji. Miałem już wychodzić i zacząć weekend, kiedy podeszła do mnie pani Misori Xandress.
- Akihito! - krzyknęła nauczycielka - Nie chciałbyś mi pomóc? Trochę pobrudziłam w sali od biologii, a za bardzo nie mam czasu, by posprzątać.
- Oczywiście - odparłem z niepewnością w głosie. - Za 10 minut będę w sali.
Zrobiłem coś durnego. Sprzątałem tam chyba dwie godziny. Dobrze, że miałem maskę, bo pachniało, jak by coś się paliło wcześniej. Gdy wychodziłem z sali, ujrzałem dziewczynę sterczącą nad kartonem od bananów lub innych owoców.
- Co ty tu robisz? - zapytałem stanowczo dziewczynę. Widać było, że nie chcę tu być.
- Znalazłam kotki - odpowiedziała po chwili.
Zbliżyłem się tak szczerze sam nie wiem po co. Próbowała uciec, lecz zagrodziłem jej drogę. Spojrzałem na jej telefon wysłała wiadomość z prośbą o pomoc. Nagle zobaczyłem jej siostrę.
- Odsuń się od mojej siostry - warknęła druga dziewczyna.
- Nic jej nie zrobiłem, spytałem, co tu robi. Bo co, dziewczyna nie potrafi sama sobie radzić i musi wzywać wsparcie? - powiedziałem szybko.
Dziewczyna podeszła i szepnęła:
- Chyba nie chcesz być podłączony do kroplówki,co nie?  -powiedziała.
- A wiesz, że dawno nie byłem w szpitalu. - zaśmiałem się cicho.
Poszły szybko do swojego pokoju. A ja zostałem sam na sam z kotami. Pierwsze dni były spoko. Ale jakoś szybko zaczęły rosnąć. Na szczęście znam kogoś kto chciałby zaopiekować się kotami. A dokładnie anielica z pizzeri. Kolejne dni mijały szybko. Bez kotów w pokoju było jakoś cicho, ale przywykłem już. Była lekcja biologii. Pani dyktowała zadania. Niestety nie usłyszałem. Odwróciłem się szybko, by zapytać jakie jest zadanie, lecz gdy się odwróciłem, zobaczyłem tamtą dziewczynę. Odpowiedziała mi szybko z niepokojem w oczach. Najwyraźniej wiedziała jaka jest owa nauczycielka. Po lekcjach skierowałem się do dziewczyny, aby przeprosić za całe zajście.
- Jak chcesz możemy gdzieś wyjść razem - powiedziałem
- Ok.Znam fajną kawiarnie. - odpowiedziała.
Dała mi kartkę z adresem i ruszyła na stołówkę. Następnego dnia w piątek o godzinie 17:00 udałem się do tej kawiarni. Padał deszcz i było dosyć zimno na dworze. Zobaczyłem ją siedzącą przy oknie. Podszedłem, witając się. Zamówiłem latte, a ona gorącą czekoladę. Na końcu dałem jej swój numer. Wieczór był udany. Fajna kawiarnia, dobra kawa. Oczywiście także spoko osoba. Ma na imię Rose. Lecz przez jej wygląd mówiłem po prostu Candy.
<Rose?>
Ilość słów: 526

Od Aserysa do Olivii

Gdy lekcja jazdy konnej dobiegła końca, rozstałem się z Olivią i wróciłem do swojego pokoju. Koniecznie chciałem od razu wziąć prysznic - od stóp do głów pokryty byłem jasnym pyłem, a gruba warstwa błota na moich butach sięgała powyżej kostek. Na doprowadzenie się do ładu miałem śmiesznie mało czasu, dlatego niezwłocznie po wejściu do akademika wparowałem do łazienki, po drodze zrzucając z siebie po kolej wszystkie elementy garderoby. Olivia obiecała odwiedzić mnie za kilka minut i jeśli nie chciałem paradować przed nią przeciorany i pachnący tak jakbym dopiero co wrócił z koszar, musiałem się bardzo pospieszyć. Mogłem zapomnieć o leniwym moczeniu się i rozkoszowaniem ciepłem wody, na co lubiłem sobie pozwolić od czasu do czasu.
Wpadłem do kabiny z prędkością torpedy, po czym po omacku odkręciłem skrzypiące ze starości kurki z wodą, nie przykładając większej wagi do temperatury, jaką uda mi się nastawić, i wylałem na dłoń garść płynu do kąpieli. Pospiesznie zacząłem się szorować, możliwie najdokładniej i najszybciej, starając się za wszelką cenę zignorować fakt, że lała się na mnie woda tak zimna, jakby transportowano ją ze źródeł na Alasce. Syknąłem i ręką pokrytą pianą sięgnąłem do kurka z gorącą wodą. Ten jak na złość oczywiście się zaciął i minęła dłuższa chwila, zanim ponownie udało mi się go przekręcić. Już miałem wrócić do szorowania się, gdy wtem usłyszałem odgłos, którego nasłuchiwałem z nieukrywanym niepokojem - pukanie do drzwi.
Jasna choleera.
- Już idę! - zapewniłem donośnie, co miało się do rzeczywistości mniej więcej tak, jak teoria geocentryczna do faktycznej budowy wszechświata.
Darowałem sobie dalsze mycie. Niedbale, pobieżnie i z zawrotną prędkością zacząłem spłukiwać z siebie mydło. Gdy uznałem, że pozbyłem się z siebie niemal w całości, zakręciłem wodę. Wychodząc z kabiny, przez własną nieuwagę poślizgnąłem się, i gdyby w ostatniej chwili nie udało mi się złapać równowagi, wyrżnąłbym głową prosto w umywalkę, najpewniej tracąc przy tym górne zęby.
Owinąwszy się ręcznikiem w pasie, pobiegłem skosem przez pokój prosto do drzwi. Nim otworzyłem je, ręką zaczesałem mokre włosy do tyłu.
- Chyba przyszłam w nieodpowiednim momencie… - zachichotała cicho pod nosem czarnowłosa, gdy tylko stanąłem w przejściu. Oblała się delikatnym rumieńcem na widok mojego niekompletnego odzienia, na co uśmiechnąłem się lekko, starając się ukryć lekkie zdenerwowanie jej wizytą.
- Ależ nie, wejdź. - Ruchem ręki zaprosiłem ją do środka, przytrzymując drzwi.
- Na pewno? - upewniła się, a róż na jej policzkach nabrał intensywniejszego tonu. - Zawsze mogę wpaść później, to naprawdę nie problem...
W kilku słowach przekonałem ją, że jej obecność w niczym mi nie przeszkadza, a wręcz przeciwnie, jest mile widziana. Dopiero wtedy czarnowłosa zdecydowała się wejść środka. Powoli przekroczyła próg, po czym uśmiechnęła się pod nosem na widok porozrzucanych po całym pomieszczeniu ubrań. Ja tymczasem pobladłem i przełknąłem przekleństwo, cisnące mi się na usta.
Jeden but leżał na boku na środku pokoju, z żyrandola zwisały spodnie (dobry boże, co one tam robiły?), a na oparciu krzesła jak kot rozciągnęła się brudna koszulka. O drugi but potknąłem się, podchodząc do Olivii.
- Ymm, stokrotnie przepraszam za bałagan... Zaraz coś z tym zrobię... - bąknąłem w biegu, niezwłocznie zabierając się do zbierania ubrań. Dodałem jeszcze przez ramię: - A ty usiądź sobie wygodnie na fotelu i czekaj. Zdaje się, że obiecałem ci masaż. - Przez ramię puściłem jej oko i schyliłem się po najbliższy but.
<następne opowiadanie>
<Oliv? ♥ Przepraszam, że takie krótkie, ale czas naglił :c>
Ilość słów: 546

niedziela, 24 czerwca 2018

Od Altaira do Hiyori

Rozejrzałem się zaskoczony, ale w jakiś sposób szczęśliwy. Było tutaj tak niesamowicie pięknie, przez co nie wiedziałem, gdzie mam pokierować spojrzenie. Nim zrozumiałem, że mam przed sobą taki skarb, pomyślałem życzenie, że chcę być szczęśliwy razem z Hiyori. Gdy na nią spojrzałem... Myślałem, że zaraz padnę przed nią na kolana i będę wychwalał jej niesamowity wygląd. Uśmiechnąłem się, cały czerwony. Dziewczyna miała na sobie niesamowitą suknię w kolorze fioletu, przyozdobioną kwiatami w przeróżnych odcieniach różu. Jej włosy rozwiewał ożywczy wiatr, w którym czułem zapach wrzosów. Z mojego serca wydobyła się nagle długa tasiemka, która rozszczepiła się na drobinki złotych światełek. Ruszyło to w kierunku brązowowłosej i otoczyło ją, przez co patrzyłem na nią jak wbity w ziemię.
- H-Hiyori... J-Jesteś przepiękna... Dam sobie obciąć obie ręce, jeżeli to nie jest sen... Jesteś olśniewająca, ale teraz... Teraz to już naprawdę... Nie wiem aż co mam powiedzieć. - szepnąłem, patrząc na nią bez końca.
- D-Dziękuję Altair... - zarumieniona obróciła się dookoła siebie - To chyba nie jest sen...
- Dobra, oddaję swoje dwie ręce i od razu ci zaraz tutaj się oświadczam. Hiyori! Jesteś przepiękna! Wyglądasz jak skarb! Zaraz... Już nim jesteś!
Otworzyła buzię z zaskoczeniem, będąc cała czerwona. Ona to robi specjalnie czy jak!?
- O-Oświadczam?! A-Altair... Ja? Nie, przestań, to nie prawda... J-Ja, ja... S-Skarb?! - nie wiedziała co powiedzieć z zachwytu, skrępowania i wstydu.
- Kocham cię. Dla mnie zawsze lśnisz, ale teraz... Teraz to przeszłaś samą siebie, moja kochana księżniczko... - szepnąłem.
W tym momencie, zawiał nieco mocniejszy, ale ciepły wiatr. Kwiaty z sukienki dziewczyny pozbyły się kilku płatków, które wraz z wiatrem ruszyły w taniec. Światełka, jakie wydobyły się z mojego ciała, zaczęły krążyć wokół mnie, zataczać kółka i tym podobne rzeczy. Uniosłem spojrzenie, aby zadowolić się tym pięknym widokiem. Jaki piękny księżyc...
- Hiyori... Myślisz, że kiedyś będziemy szczęśliwi? Razem? - szepnąłem.
- J-Ja... Ja już jestem szczęśliwa... Bo mam ciebie... - patrzyła w księżyc.
- Też jestem szczęśliwy... Ale kto wie, jakie przeciwności ma jeszcze dla nas los... - szepnąłem i spojrzałem na dziewczynę, chwytając ją za rękę i przyciągając ją do siebie. - No chodź tu do mnie, moja piękna księżniczko...
- K-księżniczko.. - nagle otoczenie zmieniło się na pałac.
Rozejrzałem się, nadal trzymając ją blisko siebie. Uśmiech na mojej twarzy nie zniknął ani na chwilkę.
- Czyli chciałabyś mieszkać w pałacu? Cóż, mogę wykupić nam najpiękniejszą rezydencję, ba, zamek, abyś czuła się jak księżniczka... - szepnąłem. - Tak bardzo mocno ciebie kocham... Hiyori...
- J-Ja ciebie też.... Oj! - Hiyori popatrzyła zza mojego ramienia na coś i zakryła mi oczy - Nie patrz, nie patrz, nie patrz! - była czerwona jak buraczek.
Oczywiście, nie byłbym sobą, gdybym się nie odwrócił i nie spojrzał na to, co tak bardzo chciała ukryć. Kiedy zobaczyłem to, co zobaczyłem, czułem ogromny rumieniec na twarzy. Były to... dzieci. Dwoje bliźniaków i młodsza od nich dziewczynka. Moje serce zaczęło szybciej bić, a Hiyoti zakryła twarz.
- Uparty jak zawsze... - szepnęła do siebie.
- H-Hiyori... T-To bliźniacy... I- I córka... T-To... - czułem jak w moich oczach stają łzy.
- J-ja... Przepraszam.. Może nie powinnam, nie chciałam ciebie urazić, nie... nie... - nadawała jak nie wiadomo kto.
Kiedy tak sobie gadała do siebie, przytuliłem ją bardzo mocno, nieco szlochając.
- J-Jestem szczęśliwy... H-Hiyori... Tak bardzo mocno ciebie kocham... Nigdy mnie nie opuszczaj... Nigdy nie każ mi myśleć, że jednak nie będziemy razem już na zawsze... O-Obiecaj mi... O-Obiecaj mi, że będziesz w przyszłości moją żoną... Matką naszych dzieci... - szepnąłem.
- A-Altair.. Ja... Nie wiem co powiedzieć.. To takie.. Piękne... Obiecuję...
- Dobrze... A teraz... Wróćmy może do rzeczywistości... Jak my tutaj się w ogóle znaleźliśmy?
- Tańczyliśmy i pomyślałam... O czym ja pomyślałam? - tupnęła i pociągnęła ręce do góry, a iluzja zaczynała rozpadać się na kawałki i jakby poniósł ją wiatr.
Wróciliśmy do naszej rzeczywistości. Nadal była ta sama pora dnia, a my? My staliśmy w swoich ramionach. Uśmiechnąłem się do niej, po czym pocałowałem ją w usta. Po chwili westchnąłem.
- To co? Wrócimy do domu kochanie? - zapytałem spokojnie, zabierając jej włosy z czoła.
- A może na kawę?
- A po kawie... Możemy wrócić... -szepnąłem jej do ucha i uśmiechnąłem się zadziornie. - I spędzić czas razem. Obejrzymy jakiś film może?
Hiyori spojrzała na mnie podejrzliwym spojrzeniem. 
- Film powiadasz... - założyła ręce na biodrach.
- Cóż, zależy co ci w główce siedzi. Spełnię każde marzenie twojej wyobraźni... - pocałowałem ją w czoło.
- Ooooo... - pokiwała mi palcem przed nosem, a później dotknęła nim brody zastanawiając się niczym Sherlock - Ooo....
- Czyli chciałabyś dzisiaj... N-No wiesz? Nie wiem, czy mamy zajść do sklepu. - zaśmiałem się nerwowo, drapiąc się po karku.
- Hentaaaaaaai! - zaśmiała się lekko i teatralnie się przejęła - A tak na serio kochanie, to.... To... Twoja... Decyzja? - powiedziała niepewnie ostatnie słowa, cała czerwona.
- Kochanie... Ale... Czy ty tego chcesz? - szepnąłem.
- Bo, ja, ten tego, no także... Wstydzę się i boję... Więc, możemy już tam, o właśnie tam, do wyjścia i ten, no - chciała się wymigać.
- Hiyori... B-Boisz się, że... Ciebie skrzywdzę? - powiedziałem, czując lekkie ukłucie w sercu.
Zatrzymała się i spuściła głowę, odwracając wzrok.
- Nigdy tego nie robiłam.. Boję się... Boje się, że coś się stanie.. Że moja krew mi pozwoli na zbyt wiele... Ja... Przepraszam...
- Hiyori... Kochasz mnie? Ufasz mi?
- K-Kocham, ufam, ale... Muszę trzymać w ryzach tego demona...
- Też mam w sobie potwora... Kocham cię i nie pozwolę mu wyjść. Chcę widzieć moją małą, słodką Hiyori. Brunetkę o pięknych, różowych oczach i ogromnym sercu... Tą dziewczynę właśnie kocham... Bez znaczenia, kim byś się stała... Walczyłbym o właśnie tą śliczną kobietę...
- Altair... Jestem też sukkubem... A na dodatek demonem... Jak masz zamiar to zrobić nie ranią siebie samego?
-Nigdy nie zranię siebie, kiedy jestem przy tobie. Mam w sobie drugiego mnie. Ten ktoś, to wszystkie moje złe cechy razem wzięte. Nie pozwolę, aby się wydostał i położył swoje brudne łapy na tobie... Hiyori, jesteś sobą. Sukkub, demon czy inna rasa... Jesteś moją kochaną księżniczką... Moim sercem... Damą mojego życia...
- Obiecaj mi, że jeśli zrobi się.. No... Źle... Powstrzymasz mnie... Ok? - spojrzała na mnie swoimi różowymi oczami.
- Nigdy nie będzie źle... Moja mała księżniczko...
---
Wróciliśmy do pokoju dziewczyny. Nieco skrępowany, położyłem ją na łóżku i zawisłem nad nią, nie odrywając od niej spojrzenia. Była... Piękna. Dla mnie zawsze w każdym calu była prawdziwą boginią. Uśmiechnąłem się, a potem położyłem się obok, a dziewczynę posadziłem na sobie. Patrzyłem bez końca w jej piękne oczy.
- Hiyori... Wiem, że się boisz... Ale to ja. Twój Altair. Twój rycerz. I zawsze ciebie ochronię... Zawsze... - szepnąłem, aby ją pocieszyć.
- Ufam ci... Ale nie ufam sobie... Boję się.... Siebie, nie ciebie, Altair...
Słuchałem uważnie jej słów, a tuż po tym, jak chwilę siedzieliśmy w ciszy, uniosłem dłoń o pogładziłem ją delikatnie po policzku.
- Hiyori... Zaufaj dzisiaj dla samej siebie... Wierzę i czuję, że przy mnie się nie zmienisz... Dzięki mnie, będziesz mogła zaufać. Będę dbał o to, abyś była sobą cały  ten czas... Abyś była szczęśliwa... Abyś zapamiętała to, co teraz będzie się działo... - nieco przymrużyłem oczy, uśmiechając się delikatnie. - Dobrze wiesz, że kocham cię... Dla mnie każda chwila spędzona z tobą, twoim uśmiechem, twoim spojrzeniem pełnym miłości i współczucia... To dla mnie kolejne wspomnienie tego, że razem będziemy szczęśliwi. Bez znaczenia co by się działo... - położyłem dłoń na jej policzku. - Będę przy tobie. Będę twoim oparciem w złych chwilach. I pamiętaj, że zawsze, ale to zawsze będę cię bezgranicznie kochał... Moja księżniczko...
- A-Altair... - wtuliła się w mój tors - Kocham cię... Ale masz zakaz bycia tak miłym dla innych dziewczyn, jasne? Jesteś tylko mój... Tylko, rozumiesz? Nie masz prawa mnie opuścić... Nie możesz i już!
- Nie mam zamiaru, moja kochana. Jestem twój, ale ty w zamian jesteś wyłącznie moja. Nie ma uśmiechania się do innych chłopaków... Ten uroczy uśmieszek pozostaw dla mnie... - zaśmiałem się i uniosłem plecy z materaca.
Zsunąłem delikatnie z ramion dziewczyny to, co na nich miała. Wszystko robiłem powoli i spokojnie, aby nie czuła, że chcę jej zrobić krzywdę. Nie chcę tego. Chcę jedynie, aby zapamiętała to jak najlepiej się dało. Dziewczyna nagle popchnęła mnie na materac, patrząc z powagą i lekko wywyższonym wzrokiem. 
- Chodzi ci o to? - spojrzała na mnie z groźną miną, by zademonstrować mi swoje zachowanie przy innych.
- Tak kochanie... Właśnie o to mi chodzi, diabełku... -szepnąłem i ponownie się uniosłem.
Delikatnie zacząłem obcałowywać jej szyję, gładząc jej talię oraz biodra. Była tak delikatna... Położyła brodę na moim ramieniu i włożyła rączki pod moją koszulkę. 
- Jesteś bardzo ciepły...
- Za to ty z kolei jesteś zimna, ale nie bój się o to... Zaraz ogrzeję cię, moja kochana księżniczko... - szepnąłem jej do ucha, po czym przyciągnąłem ją bliżej siebie, dzięki czemu nasze ciała całkowicie się stykały.
Zsuwałem z niej delikatnie jedną część garderoby po drugiej. Po tym... Nastąpiło coś, czego nigdy w życiu już nie zapomnę. Coś, co będzie ważnym wspomnieniem dla niej i dla mnie. Tak ciepła osoba i delikatna, zasługuje na to, co otrzymuje...
---
Następnego ranka, obudziłem się przed dziewczyną. Spojrzałem na jej zarumienioną jeszcze lekko twarz i delikatny uśmiech. Widzę, że się jej podobało, a na tym właśnie mi zależało. Zabrałem jej włosy z twarzy, aby spokojnie mogła nadal spać. Ucałowałem najdelikatniej jak potrafiłem jej czoło i przyglądałem się, jak spokojnie śpi. Była tak bezbronną i słodką osobą... Cieszyłem się, że mam ją przy sobie i mogę śmiało powiedzieć, że każdy milimetr jej ciała należy do mnie...
<następne opowiadanie>
<Hiyoriś?>
Ilość słów: 1597

Od Remilii do Kai'a

– Nie musisz tego robić, jak nie chcesz – rzucił Kai, znacząco się ode mnie oddalając.
Nie wiedziałam, czy powiedział to tak „od niechcenia”, bym się odczepiła, czy naprawdę miał to na myśli. Wpatrywałam się w niego w milczeniu, z nadzieją, że coś jeszcze powie, ale tego nie zrobił. Tak po prostu odszedł, zostawiając mnie z samą sobą. Westchnęłam. Czego właściwie oczekiwałam? Znając moje szczęście do poznawania nowych ludzi, szansa na to, że jeszcze kiedyś na siebie trafimy, wynosiła równe zero – nawet jeśli chodzimy do tej samej szkoły. No, ale cóż, mówi się trudno. Jednak... dlaczego zrobiło mi się z tego powodu smutno?
– Lepiej i tak zapomnij... – szepnęłam, próbując siebie pocieszyć.
Objęłam się ramionami, po czym syknęłam z bólu, kiedy przez przypadek przejechałam palcem po przedramieniu.  Przyjrzałam się temu miejscu i tak, jak się spodziewałam, było ono całe czerwone od drobnych poparzeń. Świetnie. Miałam wrażenie, że czym bardziej robiłam się starsza, tym słońce miało na mnie silniejszy wpływ. Ponownie westchnęłam i ruszyłam w kierunku sali gimnastycznej, gdzie powinnam znaleźć mojego nauczyciela. Musiał zdać mu raport z tego, co się wydarzyło. Dopiero po tym mogłabym opatrzyć nowo powstałe rany.
~*~
Ze spokojem opuściłam pokój nauczycielski, w którym znajdował się mój wychowawca, czyli Wiktor. Nie spodziewałam się, że zachowa się aż tak łagodnie i że z powodu tych dość błahych oparzeń pozwoli mi opuścić kilka kolejnych lekcji. Powoli, bez pośpiechu udałam się do mojego pokoju. Tylko mojego pokoju. Jakiś czas temu moja współlokatorka odeszła ze szkoły i od tamtej pory miałam go dla siebie. Czy się z tego cieszyłam? W sumie tak, chociaż brakowało mi kogoś, do kogo mogłabym się odezwać... nawet jeśli nasze „rozmowy” polegały głównie na kłótniach.
Po wejściu do pomieszczenia przebrałam się z munduru w jedną z moich ulubionych różowych sukienek. W niej czułam się najlepiej. Weszłam do łazienki, skąd zabrałam małą apteczkę i wyjęłam z niej odpowiednią ilość bandaży. Musiałam obandażować praktycznie całe ramiona oraz przedramiona. Na szczęście (albo raczej na moje nieszczęście) robiłam to już nie pierwszy raz, więc w miarę szybko skończyłam. Przyjrzałam się swojemu odbiciu w lustrze – lolitkowy strój, bandaże... wyglądałam jak dziecko wojny i rozpaczy. Prychnęłam i lekko się uśmiechnęłam. Zawsze mogło być gorzej. Usiadłam na łóżku i zaczęłam rozmyślać nad tym, co mogłabym dalej zrobić.  Jedynie na wieczór miałam plany – brat mi obiecał, że razem pójdziemy do zoo na jakiś pokaz czy coś w tym rodzaju lub do kina. W sumie mi to było obojętne, po prostu chciałam spędzić z nim czas. Jednak do wieczora pozostało jeszcze sporo czasu. Hmn... nawet gdybym chciała go z kimś spędzić, to i tak nie miałabym z kim. Zamknęłam oczy. Gdybym chociaż mogła zasnąć...
~*~
Oparłam się plecami o ścianę znajdującą się niedaleko drzwi pokoju brata. Ponownie zapukałam w drzwi. Nie było go w środku? Zapomniał o mnie? Najgorsze myśli przeszły mi po głowie. Nienawidziłam, gdy się spóźniał.
– Czekasz na kogoś? – Usłyszałam znajomy głos nienależący do Shiona.
– Kai? – powiedziałam wyraźnie zdziwiona jego obecnością. – Co tu robisz? – spytałam niemal automatycznie, ignorując jego poprzednie pytanie.
– Nie odpowiada się pytaniem na pytanie.
Przyjrzałam się mu. Jednym ramieniem stał oparty o framugę najbliższych drzwi. Czyli był za blisko. Zdecydowanie za blisko. Musiałam podnieść wysoko głowę, by spojrzeć mu prosto w oczy. Otworzyłam usta, by coś powiedzieć, odpyskować, ale zamknęłam je, gdy kątem oka zobaczyłam, że drzwi pokoju z numerem trzydzieści dziewięć się uchyliły.
– Remilia? Co ty tu robisz? – spytał Shion. – Przecież pisałem ci, że nie będę mógł dzisiaj z tobą nigdzie wyjść.
– Co? Nic takiego nie dos... – przerwał mi.
– Poza tym, co ci się stało w ręce? – Wskazał na bandaże. – Znowu słońce? Zresztą nieważne, naprawdę muszę już lecieć, pogadamy potem. – Poklepał mnie po głowie. – Pa!
– Poczekaj! – zawołałam, ale nie zareagował i po kilku sekundach zniknął z mojego pola widzenia. – Czyli naprawdę mnie wystawił... – szepnęłam sama do siebie. – Śmieć. – Prychnęłam.
Czekał mnie kolejny wieczór w samotności? Po raz ostatni spojrzałam na Kai'a, który wyraźnie rozbawiony przyglądał się całemu zdarzeniu. Pomachałam chłopakowi i zaczęłam kierować się w stronę wyjścia. 
<następne opowiadanie>

< Kai? Zero weny, zero pomysłu, zero czegokolwiek. Czyli jak zwykle gunwo, gomen >
Liczba słów: 683

Od Shiona do Tsukiko

Tak, Shion. Pójście wieczorem skrótem przez las brzmi jak naprawdę dobry pomysł. Przecież po drodze nic nie może się stać, prawda?
Złapali mnie i obezwładnili, nim zdążyłem w jakikolwiek sposób zareagować. Próbowałem się wyrwać, ale bezskutecznie. Trójka z tajemniczych mężczyzn pozostała przy mnie, podczas gdy reszta zabrała Tsukiko. Jeden z nich zaczął mnie od tyłu podduszać, a drugi w tym czasie mocno z pięści uderzył mnie prosto w twarz. W ustach poczułem znajomy, metaliczny smak krwi. Byłem pewny, że mam rozciętą wargę, bo widziałem, jak czerwone krople powoli spadają na ziemię. Związali mi oczy jakąś tasiemką i zmusili do uklęknięcia na ziemi, nadal krępując mi ręce. Czekałem na odpowiedni moment, by wykonać swój ruch. Krzyki Tsukiko z każdą chwilą stawały się coraz cichsze, a w pewnej chwili całkiem przestałem je słyszeć. Zakneblowali ją? Wraz z blondynką byliśmy w środku lasu, dlatego dojście do jakiejkolwiek drogi zajęłoby im co najmniej kilka-kilkanaście minut, więc nie mogli jeszcze odjechać.
– Czego od niej chcecie? – spytałem.
– Stul pysk – powiedział jeden z nich.
Dosłownie w tej samej chwili poczułem kolejne uderzenia. Najpierw w to samo miejsce, co wcześniej, a potem prosto w brzuch. Splunąłem krwią.
– Co z nim zrobimy? – spytał kolejny. – Pewnie jest jednym z tych dziwaków. – Usłyszałem charakterystyczny dźwięk przeładowywania broni.
– Nie możemy pozwolić mu żyć. – Chłodny metal dotknął mojego czoła.
Na moje usta wkradł się nikły uśmiech. No dalej, zrób to. Czekam. Rozpocznijmy zabawę.
– Nie wiem, czy to dobry pomysł – powiedział niepewnym tonem ktoś za moimi plecami. – Jak pozbędziemy się ciała?
– Zakopiemy je gdzieś. Las jest duży. Szybciej się rozłoży niż go znajdą.
Nacisnął spust. Jednak ja nie poczułem bólu ani nic w tym rodzaju. Nie opuściło mnie życie, nie upadłem. Wręcz przeciwnie. Poczułem się wspaniale. Zacząłem się śmiać. Wokoło mnie pojawiło się dużo obłoczków jasnoniebieskiego dymu.
Pierwszy raz w życiu przemieniłem się dwa razy w ciągu jednego dnia.
Mężczyzna stojący za mną mnie puścił, dzięki czemu mogłem bez problemu zdjąć opaskę z oczu.
– Co jest, kurwa?! – wykrzyczał jeden z nich, kaszląc.
Ten z bronią oddał jeszcze kilka strzałów, ale żaden z nich nie trafił do celu. Błyskawicznie rzuciłem się na tego, który wcześniej stał za mną. Zdążył wyciągnąć swoją broń, ale gdy przycisnąłem go do drzewa, upuścił ją. Wystarczył jeden mocny cios w brzuch, by nieprzytomny leżał na ziemi. Podniosłem pistolet, który leżał tuż przy jego stopach. W magazynku było łącznie pięć pocisków. Prawie idealnie. Tyle powinno wystarczyć. Wymierzyłem i strzeliłem prosto w jego głowę, wypowiadając ciche „spoczywaj w pokoju”. Przez dym nie dałem rady dostrzec pozostałej dwójki, dlatego dłonią przykryłem zdrowe, prawe oko. Przez lewe oko widziałem energię z nich płynącą, co wskazało mi ich pozycję i to, gdzie konkretnie są. Jeden ruch mojego palca i ten stojący najdalej osunął się na ziemię.
– Gdzie jesteś? – spytał zdenerwowany facet, który postał jeszcze przy życiu. Po głosie poznałem, że to ten sam, który wcześniej wykonał „egzekucję” – Pokaż się!
Tym razem wypaliłem w jego nogę, a z jego ust popłynęła wiązanka przekleństw. Upadł na kolana, tak samo, jak ja wcześniej. Powolnym krokiem podszedłem do niego.
– Gdzie ją zabraliście? – Przyłożyłem lufę do jego czoła. Historia lubi się powtarzać. – Mów. Inaczej cię zabiję. – Cóż, i tak bym to zrobił, niezależnie od tego, jak dużo by mi powiedział.
– Już za późno. – Złapał za krwawiącą nogę. – Nie znajdziesz jej.
Nie mogłem tracić więcej czasu. Nacisnąłem spust, a na mojej jasnej koszulce pojawiły się krwistoczerwone plamki. Przeszukałem jego kieszenie, gdzie znalazłem jeszcze kilka naboi i pistolet, które oczywiście wziąłem. Na szczęście pamiętałem, w którą stronę udali się porywacze Tsu, dlatego szybko pobiegłem ich tropem.
Z każdym krokiem ślady, które po sobie pozostawili, stawały się coraz mniej widoczne. Między drzewami też nikogo nie dostrzegłem ani też nie usłyszałem. W myślach przeklinałem siebie, że tak późno zacząłem walczyć. Co, jeśli już więcej jej nie ujrzę? Nie usłyszę jej głosu? Nie zobaczę tego wkurzającego i nieuzasadnionego rumieńca na jej policzkach, jej uśmiechu? Już nigdy nie przytuli się do mnie? Serce zaczęło mi szybciej bić. Ze złości uderzyłem pięścią w najbliższe drzewo. Dłoń zaczęła mnie strasznie boleć, ale zignorowałem to. Shion, uspokój się. Myśl. Co możesz teraz zrobić? Moje iluzje w tym przypadku były bezużyteczne, bo żadna z nich nie byłaby w stanie jej znaleźć. Czy jakaś moja inna moc mogła to zrobić? Nie. Chociaż… moje lewe oko. Skoro wcześniej mi pomogło, to teraz też powinno. Zasłoniłem prawe i zacząłem rozglądać się po okolicy. Jakiś ptak, gryzoń, chyba jeleń… nie, nie, nie, nie to. W końcu w oddali zauważyłem stosunkowo wielką, czerwoną plamę. Albo jakieś zwierzę lub człowiek musiało mieć silną energię życiową, albo była to więcej niż jedna osoba. Bingo. Może to byli oni? Bez dłuższego zastanawiania się ruszyłem w pogoń.
Dogoniłem, a nawet przegoniłem „czerwoną plamę” zaledwie po kilku minutach. Na szczęście się nie myliłem. Dwójka mężczyzn szła oddzielnie, a trzeci trzymał próbującą się wyrwać Tsukiko. Było po niej widać, że powoli opada z sił, że powoli traci nadzieję. Zakneblowali jej różowiutkie usta taśmą, przez co nie mogła nic powiedzieć ani krzyczeć. Gdy ją zobaczyłem, obudziła się we mnie chęć mordu. Nie będzie litości. Uwolnię ją za wszelką cenę. Stanąłem przed nimi i wymierzyłem w głowę tego, który trzymał dziewczynę.
– Ani kroku dalej. – Zatrzymali się. – Puśćcie ją – rozkazałem. Nie chciałem kłamać, mówiąc, że „jak tego nie zrobią, to ich zabiję”. W oczach Tsu dostrzegłem radość, nadzieję i jednocześnie ból.
– Spokojnie, spokojnie młodzieńcze – powiedział najniższy, chowając ręce za siebie. Chciał wyjąć broń i myślał, że tego nie zauważę? – Nie chcemy zrobić twojej dziewczynie krzywdy. – Mojej… dziewczynie? Nie, to nie pora, by o tym myśleć.
– Nie wierzę ci. – Zmieniłem cel na niego. – Nawet nie próbuj. Żadnych sztuczek.
– Co? Przecież ja nic… – wystrzeliłem. Brązowooka ze strachu lekko podskoczyła. Zrobiłem krok do przodu, a porywacz, który ją trzymał, objął jej szyję w swoje dłonie.
– Jak jeszcze bardziej się do nas zbliżysz, uduszę ją – zagroził.
– Nie zrobisz tego. Jest wam do czegoś potrzebna, prawda? – stwierdziłem obojętnym tonem.
– Jesteś tego taki pewny? – zacisnął je mocniej.
Co mogłem zrobić? Gdybym zastrzelił tego nietrzymającego Tsu, ten drugi mógłby skręcić jej kark. Z kolei, gdybym próbował strzelić w niego, przy okazji mógłbym zrobić krzywdę dziewczynie – sytuacja niemalże bez wyjścia.
A co najmniej byłaby taka, gdybym to ja stał przed nimi, a nie mój klon. W spokoju czekałem na gałęzi będącej tuż nad nimi. Z gracją wylądowałem za ich plecami, a moja iluzja rozpłynęła się w powietrzu, upuszczając wcześniej znaleziony pistolet, który teraz już nie posiadał naboi. W dłoni trzymałem drugą znalezioną broń z pełnym magazynkiem. Mężczyzna trzymający maginię dostał prosto w głowę, a drugi w ramię. Obydwaj upadli na ziemię, a dziewczyna natychmiastowo uciekła od nich. Była przerażona i zaczęła się trząść. Podszedłem do niej i jednym, szybkim ruchem zerwałem taśmę z jej ust.
– Hej, Tsu… – Złapałem jej twarz w dłonie i spojrzałem się jej prosto w oczy. – Nie bój się. Wszystko będzie dobrze.
Kątem oka zauważyłem, że mężczyzna postrzelony w ramię spróbował wstać. Momentalnie wycelowałem w niego, ale blondynka złapała moją rękę.
– Shion, proszę – powiedziała łamiącym się głosem – na dziś już dość zabijania, dobrze?
– Dlaczego? Taki śmieć zasługuje na śmierć – odparłem beznamiętnie.
– Proszę, przestań… – W jej oczach dostrzegłem łzy.
Wyrwałem się z jej uścisku i podszedłem do porywacza. Jeśli mam go nie zabijać, to chociaż pozbawię go przytomności. Dwa mocne ciosy w brzuch wystarczyły. Jeśli nie umrze z wykrwawienia, to będzie miał naprawdę duże szczęście. Czyli byłem pewien, że na sto procent odejdzie z tego świata.
– Tak może być? – spytałem.
Tsukiko momentalnie podbiegła do mnie, rzucając się mi w ramiona i przytulając mnie. Z uczuciem odwzajemniłem uścisk i pogłaskałem ją po plecach.
– Jestem i zawsze będę przy tobie – wyszeptałem.
<następne opowiadanie>

< Tsu? >
Liczba słów: 1309

Od Zirhael do Amarina

Patrzyłam, jak Amarin usypia na moich kolanach. Wyglądał na bezbronnego, tak uroczego chłopca... Zupełnie jak kiedyś w dzieciństwie. Na samo wspomnienie tamtych chwil, czułam jak moje serce zaczyna bić szybciej niż normalnie. Uśmiechnęłam się lekko, nie mogąc powstrzymać się, aby nie pogładzić ciemnowłosego po policzku, a potem zabrać mu włosów z czoła.
- Jaskółkooo... Chcę spaaać... Możemy tutaj zostać? Wiem, że lubisz nocne niebo! - krzyknął mój kochany Amarinek.
- Oczywiście, że możemy zostać. Połóż się. - powiedziałam naprawdę spokojnie.
Ciemnowłosy padł na moje kolana, uśmiechając się do mnie. Ponownie te urocze, niepełne uzębienie. Zawsze był cudowny. Nachyliłam się nad nim i ucałowałam jego czoło. Chłopak przytulił mnie mocno do siebie.
- Zirhael... Będziemy razem... Na zawsze. Obiecuję ci. - szepnął mi do ucha, a na jego słowa, moje serce zabiło szybciej.

Amarin spał tak dłuższą chwilę, a ja jedyne co robiłam w tamtej chwili to siedziałam i gładziłam go po głowie. Przyglądałam się jego spokojnej twarzy oraz temu momentami uroczemu marszczeniu noska. Chciałam tak na niego patrzeć bez końca. Zawsze wydawał mi się bardzo bliski, a teraz... Teraz jest jeszcze bliższy, niż kiedykolwiek. Zbliżał się dużymi krokami zmierzch, a moją twarz po chwili okryło światło księżyca, które dzisiejszej nocy było o wiele piękniejsze niż kiedykolwiek. Nawet przez opaskę mogłam ujrzeć mocne światło. Moje włosy rozwiał wiatr, który wpadał przez otwarte okna w jego mieszkaniu. Pogładziłam bardzo delikatnie policzek chłopaka, a potem nachyliłam się nad jego czołem i złożyłam tam bardzo delikatny pocałunek. Amarin na to zmarszczył lekko nos i delikatnie otworzył oczy, mrucząc.
- Wyspałeś się? Lepiej się czujesz? - zapytałam spokojnie, gładząc chłopaka po głowie.
- Wyspałem? Tak... Czy lepiej? Sam nie wiem...
- Wyglądałeś tak słodko, jak spałeś. Zupełnie tak samo, jak byliśmy młodsi, wiesz?
- Jak byliśmy... - złapał się za głowę i potrząsnął ją chaotycznie.
Nieco zaniepokoiło mnie to, więc położyłam dłonie na jego dłoniach i zaprzestałam tym ruchom. Zanim to zrobiłam, zsunęłam opaskę z oczu, aby móc spojrzeć w jego oczy z pełnym zainteresowaniem.
- Amarin... Proszę, uspokój się. Wszystko jest dobrze. Jestem przy tobie. Ja, twoja kochana Jaskółka... - szepnęłam naprawdę spokojnie.
- Zirhael...  - zacisnął zęby - Co się ze mną dzieje...
- Cichutko Amarinku... Twoja Zirhael już się tobą zajmuje... Nie bój się. Nie bój... Jestem przy tobie... - nadal starałam się go uspokoić.
Nieco go uniosłam do siadu, a potem mocno przytuliłam, aby czuł, że zawsze będę przy nim, bez znaczenia co by się stało.
- Ja...skółka... - przetarł oczy. - Chyba mam... Jakieś zwidy...
- Zwidy? Amarin, na pewno dobrze się czujesz? Może zabiorę cię do lekarza? Nie chcę, aby cokolwiek ci się stało... Martwię się o ciebie, Amarinku...
- L-Lekarz mi w tym nie pomoże...
- To kto? Amarin, zrobię wszystko, abyś nie miał już zwid. Boję się, że to coś poważnego...
- N-Nie wiem... Widzę... Te białe oczy świecące z ciemności...
- A-Amarin... C-Chodź. Położę cię do łóżka i zmierzę temperaturę... Nie bój się. Jestem przy tobie i nie odejdę na krok... - szepnęłam nieco spanikowana jego stanem.
- Nie! Nie jestem chory! - wstał z sofy i krzyknął, łapiąc się za głowę - Nie jestem... - szepnął jakby do siebie.
- P-Przepraszam... N-Nie chciałam... M-Martwię się po prostu o ciebie... 
- Poradzę sobie sam! -krzyknął i walnął pięścią w ścianę.
- N-Nie krzycz na mnie... C-Chcę ci pomóc... W-Wiem, że potrzebujesz mojej pomocy...
- Nie potrzebuje niczyjej pomocy! -wrzasnął na mnie, lecz nagle złapał się za swoje serce, jakby go coś zabolało. - N-nie potrzebuje - teraz szepnął.
- A-Amarin... P-Potrzebujesz! Nic nie zrobisz sam! - wrzasnęłam ze łzami w oczach i przytuliłam się do jego torsu. - Potrzebujesz mnie! 
Zamknął oczy i podparł się komody, gdy się w niego wtuliłam. Czułam, że zaraz zaleję się łzami.
- K-kim on jest... Kim ja jestem... Czemu serce bije tak szybko...
- A-Amarin... P-Proszę... N-Nie krzywdź mnie jeszcze mocniej... - szepnęłam, mając nadzieję, że chłopak tego nie usłyszał.
- Nie! Zostawcie mnie! To boli! - krzyczałam, wyrywając się dla tłumu, który prowadził mnie do tego strasznego miejsca. - Ja tam nie chcę! Tam jest ciemno! I cicho! Ja się boję! Chcę do Amarinka! - piszczałam nadal.
Starosta jednak ani myślała mnie puścić. Widziałam jedynie, jak wschodzący księżyc oświetla tłum, jaki otaczał Amarina. Nie! Ja chcę iść do niego! Dlaczego nie mogę tam iść! Chcę do niego! Chcę go wspierać! Chcę być przy nim!
- Amarinku! - nadal wrzeszczałam bardzo głośno, mając nadzieję, że może mnie puszczą, że może usłyszy to mój Amarin i przybiegnie do mnie.
Nie stało się to. Znowu mnie zamknęli w tym przeklętym, ciemnym miejscu i wmawiali mi różne rzeczy. Że on mnie nie lubi, że on mnie zostawił, że on mnie nigdy nie chciał widzieć, że chciał mnie zabić. Nie. Nie wierzę. Kłamią mi w żywe oczy. Cholerni kłamcy. Oddajcie mi Amarina... Ocalę go... Ocalę mojego kochanego Amarinka... Potem będziemy razem. Będziemy mieli dom. Będziemy mieli rodzinę. Będziemy szczęśliwi. Przecież ten znak wyryty na drzewie. On tam jest. On czeka, aż my do niego wrócimy...

Yin i Yang
Zirhael i Amarin
Miłość i szczęście
Ciemność i Światło.
Wrócimy tutaj, aby być razem.
Aby nikt nam w niczym nie przeszkodził.
Aby nikt nie zabrał nam naszej miłości.
Aby nikt nie rozdzielił naszych serc.

<Amarinku?>
Ilość słów: 868

Od Tadayoshiego do Ayano

Kiedy się obudziłem, na spokojnie się ubrałem i odwiedziłem pokój Ayano. Tak jak się spodziewałem, nie było jej tam. Za to nie wiedziałem, że zostawi mi karteczkę. Postanowiłem więc ją odwiedzić. Dziewczyna zasługuje na lepszy dom, niż ten w Dolinie Śmierci. Jestem pewny, że mieszka tam sama, więc miałem plan, a raczej prośbę, którą chciałem do niej pokierować. Nie mogłem... Nie, nie potrafię patrzeć na jej przerażoną i smutną twarz. Wyszedłem z domu, po czym za pomocą Mignięcia ruszyłem w stronę miejsca, które wskazała mi dziewczyna. Odczuwałem jakby niepokój, że coś się może jej stać. Nie wiedziałem dokładnie o co chodzi. Te dziwne uczucie towarzyszy mi dotychczas całą drogę. Nie byłem też pewny, dlaczego chcę jej pomagać. Nie jestem przecież kimś, kto jest dobry. Jestem zepsuty. Jestem zniesławiony. Jestem Jednookim. Jestem Outsiderem. Nie mogę być z ludźmi. Nie potrafię. Umiem tylko ranić. Potwór roztaczający niezgodę wszędzie, gdzie tylko może. Chcę jej pomóc. Chcę, aby... była w pełni szczęśliwa. Chcę, aby zrozumiała, że dotyk nie jest zły, że dotyk, jaki jej daję, ma być dla niej wsparciem... Ayano... Zrozum mnie i pozwól mi, abym uczył cię tego, czego sam jeszcze do końca nie rozumiem... Czym jest więc to dziwne uczucie wewnątrz mnie... Dowiem się tego...
Nie minęło wiele czasu, a dotarłem do Doliny. Stanąłem przed drzwiami do domu, jaki był jedynym w okolicy. Zapukałem, czekając, aż ktoś mi otworzy. Mimo to, nikt nie raczył się pojawić w progu. Wziąłem głęboki wdech i po prostu wszedłem do środka, rozglądając się.
- Halo? Jest tutaj ktoś? Ayano? - powiedziałem dość cicho. Nagle ujrzałem dziewczynę, jaka spała spokojnie na czaszkach. Miała na sobie tylko bandaże. Zaskoczony przyglądałem się temu z nieco otwartą buzią. Nim się otrząsnąłem, minęło trochę czasu. Czułem... Żal. Nie wiem czemu, ale było mi jej strasznie żal. Zdjąłem z siebie marynarkę i okryłem ją dziewczynę. Ścisnęło mnie w sercu, kiedy nieco zmarszczyła nosek. Uklęknąłem przy niej, zabierając jej włosy z czoła.
- Dlaczego tak się wszystkiego boisz... Ayano... - szepnąłem bardzo, bardzo cicho i uśmiechnąłem się, kiedy nieco się poruszyła, a jej drobne dłonie mocniej zacisnęły się na książce. - Nie powinnaś być nieszczęśliwa... W moich oczach, nie zasługujesz na ból...
- Ja... Jestem szczęśliwa... - wymruczała, będąc jeszcze nieco senna.
- Jesteś? To dlaczego tak się boisz... Nie masz czego... Mimo tego, że nie znam ciebie długo... Widzę w tobie tak dobrą i uroczą osobę, której złe wspomnienia źle wpływają na twoje zachowanie... Nie powinnaś być smutna... - nadal mówiłem cicho.
- Mimo tego, że się boję, nadal jestem sobą. To, że mam lęki jak każdy, nie oznacza, że mam najgorzej na świecie. Wbrew pozorom kocham swoje życie. Może dlatego, że nie znam innego, ale... Jakoś nie zmieniałabym go za bardzo. No może poza jednym wyjątkiem... - otworzyła oczy, nadal leżąc na czaszkach.
- Jaki jest ten wyjątek? Chciałabyś mi powiedzieć? - zapytałem spokojnie.
Zaśmiała się lekko, zrzucając z siebie moją marynarkę. Wstała i zjechała po kościach do mnie, zarzucając mi ją na ramiona. Wyglądała naprawdę uroczo. Dlaczego sądzę i chcę, aby nie szła nigdzie beze mnie. Chcę ją zamknąć, aby była ciągle obok.
- To nie jest trudne, by się domyślić. - posłała mi salut i wyszła z krypty z jedną mniejszą czaszką z ręku, którą podrzucała.Bardzo szybko wstałem i zatrzymałem ją, stając przed nią i rozkładając ręce tak, aby nie miała jak przejść. Miałem dość poważny wyraz twarzy, a moje oko rozbłysło delikatną żółcią. Patrzyłem na nią, nie chcąc rozdzielić naszych spojrzeń.
- Mam dla ciebie propozycję. Nie chcę słyszeć odmowy. Nie mogę patrzeć, jak siedzisz tutaj sama. Zabieram ciebie do swojego domu. Będziesz miała tam wszystko czego potrzebujesz. Jedzenie, ubrania, ciepłe łóżko. Dam ci wszystko. Kupię co tylko zechcesz. Zadbam o to, abyś... Nie była samotna. - powiedziałem, nadal zachowując powagę.
Ayano otworzyła delikatnie usta ze zdziwienia i złapała małą czaszkę myszy w rękę już jej nie podrzucając. Patrzyła na mnie z jakimś tajemniczym błyskiem w oku. Wydawało mi się to czymś bardzo pięknym. Ona wydawała mi się w tym momencie bardzo piękna. Tadayoshi... Co się z tobą dzieje, chłopie...
- J-ja... - nie wiedziała chyba co ma powiedzieć, a po chwili się zaśmiała lekko - Jesteś tego pewien na sto procent?
- Gdybym nie był pewny, nie mówiłbym ci tego, prawda, Ayano? Wierzę, że zapewnię ci wszystko, co tylko będzie tobie potrzebne. Każdą twoją zachciankę też spełnię... Chcę ciebie mieć przy sobie. Chcę... ciebie chronić... -powiedziałem już spokojniej i nieco ciszej.
- T-to... Niespotykane... I... No... Miłe... Powiedz mi jedną rzecz... Masz dużo miejsca w domu?
- Tak. Mam miejsca tyle, ile tylko będziesz potrzebowała...
- No... -otworzyła trzy wielkie wrota. 
W jednych była sterta czaszek. W drugich zbroje i bronie. A w trzecich... Jej koń... Uśmiechnąłem się delikatnie i podszedłem bliżej niej, unosząc dłoń.
- Mam miejsce na wszystko. Czaszki wniesiemy do piwnicy, zbroje i bronie tak samo. A Celes, on będzie mógł być w ogrodzie lub na pobliskiej polanie. - powiedziałem. - Jesteś uroczą osobą. Pozwolisz mi ciebie pogłaskać po głowie? - zapytałem, nadal się uśmiechając.
Na moje słowa, dziewczyna zaczerwieniła się, a ja nie mogłem powstrzymać uśmiechu. Była przeurocza.
- N-no dobrze... Ten jeden raz...
- Dziękuję ci.
Dotknąłem delikatnie jej głowy, a potem parę razy ją po niej pogłaskałem. Nadal się pochylałem, aby móc patrzeć na jej zaczerwienioną twarzyczkę oraz ten uroczy, skrępowany wyraz twarzy. Miałem nadzieję, że będę miał okazję częściej ją głaskać. Dziewczyna bez końca czerwieniła się, ale tym razem, nie drżała pod wpływem mojego dotyku.
- D-Dzięki... - szepnęła.
- To ja ci dziękuję. Dzięki tobie, nie będę sam w domu i będę miał do kogo się odezwać. Jestem ci wdzięczny, Ayano...
<następne opowiadanie>
<Ayanuś?>
Ilość słów: 934