wtorek, 10 lipca 2018

Od Katsukiego do Rina

Nie wierzę. Jestem gejem. Facetem, który lubi facetów. Wściekły na siebie zacisnąłem pięści, a potem spojrzałem na ogoniastego bałwana, który się czerwienił i się szczerzył. Nie wiedziałem jak mam się zachować, więc nieco się odsunąłem od ciemnowłosego i zsunąłem nogi z łóżka, patrząc przed siebie, dokładnie na ścianę. Zacząłem rozmyślać, dlaczego to się w ogóle stało. Zawsze przecież nie czułem pociągu do nikogo i niczego. Dlaczego więc tak nagle miałem się... zakochać. Chyba tak to się nazywało. Nie znam się. Nie umiem w kontakty międzyludzkie, a szczególnie te bliższe. Prychnąłem po czym strzeliłem swoimi palcami. Położyłem na moment dłonie na skroniach, usiłując w jakiś sposób to wszystko zrozumieć. Wstałem, po czym palcem zahaczyłem o swoją koszulkę, wzdychając. Nieco ja odciągnąłem od ciała, dzięki czemu mogłem spojrzeć na swój tors. Skupiłem się na miejscu, w którym było moje serce. Pokręciłem zrezygnowany głową, nie wiedząc za bardzo jak mam odebrać tą całą... miłość. Chyba. Nie wiem. Nie umiem. Pokręciłem głową z lekkim rumieńcem, który po chwili od razu zniknął.
- Co to znaczy kochać? - zapytałem nagle ogoniastego bałwana, miętoląc kołnierz koszulki.
- Na prawdę nie wiesz? - usiadł po turecku na łóżku, kładąc ogon na swoim udzie - To uczucie ciężko jest opisać słowami...
- A jak je można opisać?
Lekko się zaczerwienił i popatrzył w sufit. Dlaczego pomyślałem, że to było urocze. Tylko Ijime jest dla mnie uroczy...
 - To coś takiego, gdy drugą osobą staje się całym twoim światem i mógłbyś zginąć tylko po to, by zobaczyć jej uśmiech...
- Dlaczego miałbyś oddawać dla kogoś życie? Bohaterzy umieją zadbać o to, aby ocalić zwykłego przechodnia, ale dbają też o własne życie. Dlaczego nie będąc bohaterem, miałbym rzucać się dla kogoś w ogień. Nie rozumiem... - usiadłem obok niego.
- Bo chcesz chronić tą drugą osobę... Nie zapominaj, Katsuki, że bohaterzy też umierają chroniąc innych... I tak się nazywa najlepszych z nich. Oddali życie po to, by ktoś mógł je kontynuować...
- Gdybym miał się rzucić dla kogoś z powodu kochania, on by kontynuował to? Jak niby, skoro mógłbym nie żyć... - mruknąłem, zakładając dłonie na piersi.
- Katsuki... Nie rozum tego od deski do deski w dosłownym znaczeniu... To musisz poczuć tu. - dotknął mojego serca dłonią. - Nie tu... - a teraz pstryknął palcami w moje czoło.
- Dobrze wiesz, że dla innych nie mam serca. Ciesz się, że w ogóle się przed tobą w jakiś sposób zwierzam. - warknąłem naburmuszony. - Po co próbowałeś obiecać, skoro teraz się czepiasz, że nie kumam...
- Nie czepiam się. Po prostu musisz do tego dojść w większości sam... -zbliżył się do mojej twarzy, patrząc tajemniczo i lekko psychopatyczne - wtedy nie byłoby zabawnie.. - szepnął, a później odsunął się i uśmiechnął.
Uniosłem jedną brew do góry, a potem po chwili zastanowienia pocałowałem go w usta. Nie rozdzielając ich, posadziłem go na swoich kolanach, a potem spojrzałem mu prosto w oczy.
- Zabawnie, co? Ja jeszcze nie zacząłem się bawić. Więc mnie nauczysz, a nie, będziesz się tylko przyglądasz. Obiecywałeś. Nie znoszę oszustów. - burknąłem z zadziornym uśmieszkiem na twarzy.
- Widzę, że zaczynamy działać na własną rękę? Wolisz praktyki od teorii... Ok... - pocałował mnie. 
Poczułem coś ostrego na mojej szyi. Wydawało mi się to cholernie przyjemne. Lubiłem ból w każdej postaci, bo uważałem to za jedyną rzecz jaka pozwalała mi uwolnić te złe emocje.
- Co to jest... - zapytałem o ostrą rzecz na szyi, obejmując czarnowłosego w pasie.
- Moje paznokcie... A co?
- Miłe... Rób tak dalej... - mruknąłem mu w usta.
- Lubisz ból? Oho... Dla mnie bomba... - zaśmiał się cicho, kładąc na łóżku.
Miło spędziliśmy wolny, wieczorny czas. Zrezygnowałem z pójścia dzisiaj na walki. Nie chciało mi się po prostu, a poza tym, chciałem więcej się dowiedzieć o tym ogoniastym bałwanie. Skoro mówi, że jesteśmy sobie jakoś przeznaczeni, nie chciałem, aby był na mnie obrażony. Jakoś... Nie byłoby mi z tym dobrze...
Z samego rana obudziłem się, bo zadzwonił ktoś do mnie. Byłem zły, bo był weekend i chciałem odpocząć. Rin jeszcze spał i telefon na szczęście go nie obudził. Po odebraniu dopiero usłyszałem, kto to tak tarabanił do mnie. Prychnąłem, słuchając reprymendy od ojca, za to, że niby wyrzuciłem siostrę z pokoju. Byłem pewny, że Shiro na mnie nie nakablowała i musiał to być ktoś inny. Pokręciłem głową.
- Spadaj stary pierniku i zostaw mnie w spokoju wreszcie. Pamiętaj dziadu, że już jestem dorosły i nie potrzebuję twoich pieprzonych kazań, więc się zamknij, jak chcesz mnie jeszcze kiedyś zobaczyć na oczy. - powiedziałem donośnie, po czym rozłączyłem się, rzucając telefon na ziemię. 
Ogoniasty bałwan podskoczył i spojrzał na mnie przerażony. Zmierzyłem go spojrzenie, warcząc.
- Czego się lampisz na mnie bałwanie... - powiedziałem dość nie miło.
- Bo kurna nagle czyjś donośny krzyk dotarł do mojego ucha i nie rozniósł mi bębenków.. Co się stało?
- Nie ważne... -warknąłem, siadając obrażony na łóżku i patrzyłem na telefon z pobitą szybką, ale działający.
Rin wstał i ogonem odrzucił telefon obok na łóżko, stając przede mną.
- Gadaj, co się stało...
- Nic.... Powiedziałem przecież... - spojrzałem w podłogę.
- Nic? Po prostu nic? Wiesz, że tak cię nie nauczę tego, czego tak bardzo pragniesz, co nie?
- Ojciec, pasuje odpowiedź? - mruknąłem, zakładając dłonie na piersi.
- Posłuchaj Katsuki.... - wziął mnie za koszulkę, a nasze twarze dzieliły milimetry - Miłość to nie tylko całowanie się i obściskiwanie. Najważniejsze jest zaufanie... Mówi ci to coś?
- Tak... - odwróciłem wzrok i westchnął. - Ojciec się mnie bez końca czeka i wymaga coraz więcej...
- Znam to zbyt dobrze... - usiadł przy moim łóżku na podłodze - Lecz rada, by go olać też jest bez sensu...
- Mogę go powyzywać, klnąć... On nadal jest cholernie uparty jak świnia... - warknąłem.
- Ale nie jest nieśmiertelny i niepokonany.. - szepnął.
- Nie jest, ale nie mogę zabić ojca... Nadal ma to cholerne miano...
- Jakie "miano".. on ma w ogóle jakieś?
- Tak, miano mojego ojca... - wstałem i zacząłem drapać swoje ramiona do krwi.
- Nazywasz to "mianem"? To po prostu twój ojciec... - usiadł obok mnie na łóżku i chwycił moje rece za nadgarstki, bym się nie drapał.
Pokiwał przecząco głową. Przybliżyłem się do niego i pocałowałem go w usta.
- Ojciec... To miano... On tak mówił... - szepnąłem i przytuliłem go.



<Rinciu?>
Ilość słów: 1048

czwartek, 5 lipca 2018

Od Amarina do Zirhael

- Oddajcie mi ją! ZIRHAEL! JASKÓŁKO! Ja chcę do jaskółki! Zostawcie mnie! Mamo! Tato! GDZIE JESTEŚCIE! MAAAMOO! - przerażony i smutny głos małego dziecka, które chciało wyrwać się spod rąk dorosłych i silnych żołnierzy. 
Bez szans. Bez nadziei. Ostatnia deska ratunku połamała się. Ostatni włos zerwał się. Ostatni płomień zgasł... Lecz wśród oburzonej ludności było słychać nadal tej jeden charakterystyczny dźwięk. Głos dziecka, które nic nie rozumiało. Dziecka, które straciło wszystko, nie wiedząc o tym. Dziecka, które się po prostu zagubiło i które straciło swoją kłódkę i klucz. Klucz, którym była Zirhael i nadal nim jest. Klucz ten zamykał jego złą naturę. Trzymał w jedności. W ludzkiej, pozornie niegroźnej formie. Gdy nie ma klucza, nie ma też kłódki. Pękła. Rozdzielił się. Z jednego dziecka powstało ich dwoje. Pierwszy, czyli ten prawowity, ten właściwy, ten, który powinien być przy Zirhael. Ten, który ma wszystkie emocje. Ten, który spędzał z nią tyle czasu. Człowiek, a zarazem bestia, która mieszka w jednym. To on zarazem jest bestią i człowiekiem. Tym jest pierwszy. Jest też drugi. Drugi, czyli skorupa pozostała po ciele. Skorupa, która pamięta życie pierwszego tak, jakby było jej własnym. Nie ma emocji. Nie ma żalu. Nie ma nic. Miłość przepadła. Nie wie, co to jest... Pierwszy chce odzyskać swoje ciało. Chce odzyskać siebie i Zirhael, by żyć z nią tak, jak dawniej. Chce się znów połączyć. Lecz jedynym łącznikiem była pełnia. Podczas pełni mógł przejąć kontrolę nad swym ciałem. Mógł być sobą. Bestią i człowiekiem w jednym, a nie pustą skorupą bez sumienia i uczuć oraz kontroli. Lecz jej nie było. nie było jej obok. Błądził po lasach i polach, szukając tej jedynej. Tej szczególnej osoby, która potrafi znów złączyć go w jedno i zapobiec rozpadowi na skorupę i bestię. Tyle lat błądził. Tyle lat szukał. Tyle lat się wyrywał...

- Gdzie ona jest?! Gdzie! - wrzask, który można było usłyszeć podczas kolejnej pełni w towarzystwie czarnej pumy.
- Ale Amarin... O kim ty mówisz? Nie jesteś sobą w tym momencie...
- Jestem sobą! S-O-B-Ą! Właśnie teraz! Ta skorupa, którą znasz nie jest prawdziwym mną! Gdzie jest Zirhael!
Podczas jednej z tych chłodnych i gwieździstych nocy... Tej niesamowitej nocy spotkał ją. Zirhael. To ta, której szukał tak zaciekle od czasu opuszczenia swej ojczystej ziemi. Od czasu rozdzielenia się na pustą skorupę i prawdziwego jego ukrytego w głębi. Niczym rozdwojenie jaźni. Skorupa, zwana Amarinem ze zwyczaju, zobaczyła twarz osoby, którą pamiętał i kochał pierwszy, ukryty osobnik w jego umyśle i ciele. Zirhael. Lecz on sam, ta skorupa zwana ciałem nie kochała jej. Nie wiedział przecież, jak się kocha, a wyrzuty sumienia były dla niej rzeczą obcą. Już dawno je stracił. Ta chwila nadeszła. Tylko czekać na pełnię. Czekać na odpowiedni moment. Na odpowiednią chwilę. Odnalazł klucz. Swój piękny i zdobiony bogato klucz. Teraz trzeba cierpliwości, aż nadejdzie...

Pełnia. Pierwsza pełnia z Zirhael u boku od lat. W końcu. W końcu ją spotka. W końcu ją zobaczy. Prawdziwy on. Ta bestia i ten człowiek. ponowne spotkanie.
- Zirhael... Moja droga Zirael... Jesteś tu obok mnie... Nie oddam cię nikomu. Będziesz moja, tylko i wyłącznie. Na zawsze... - rozległ się szept na leśnej polanie, a obok nich pojawili się rycerze, oznaczający ich samych, ich poprzedników, których historia zatoczyła koło tak, jak pozostałych.
 Mechanizm został ponownie ruszony, a koła zębate wprawiają w ruch kolejne i kolejne. Potrzeba było tego klucza. Otrzymał to, czego pragnął od dawien dawna. Nadzieja. Płomień znów rozpalił się na świeczce. Znów przed nim leży ta deska. Znów jego życie wisi na tym jednym włosku. Teraz trzeba tylko rozbić skorupę. Jak jajko. Jak kruche, bezsilne jajko. Wystarczy połączyć się z ciałem i wszystko wróci do normy. W umyśle skorupy pojawiły się wątpliwości. pojawił się emocje, które mieszają jego naturę z pierwszym w nim uwięzionym. Mieszają mu własne istnienie. Przecież tego nie zna i nagle się to pojawia. Co to jest? Czym to jest? Kim to jest? Nie rozumie. Szuka odpowiedzi, której sam nigdy nie znajdzie. on jest załamany, a pierwszy szczęśliwy i triumfuje. Uśmiecha się złowieszczo i zadziornie, czekając na tą chwilę. Minęło przecież tyle czasu. Tyle dni, a w każdym z nich emocje, wątpliwości i halucynacje u skorupy rosły. Czekał na odpowiedni moment. Na lukę, w której może się pojawić. Pełnia. Nadchodzi ten wielki dzień, a halucynacje mieszają się z rzeczywistością. Nie może dostrzec właściwego świata, bo już sam nie wie, gdzie i jaki jest ten realny świat. Gdy ktoś się wznosi, ktoś musi też upaść...
---
To trwa za długo! Nie wytrzymam! Co się ze mną dzieje! Nigdy czegoś takiego nie odczuwałem! A kiedy ona jest przy mnie jest jeszcze gorzej. Wszystko mi się miesza. Wszystko jest nowe, inne. Pamiętam tą krainę. Pamiętam też tą dziewczynę, ale nie odczuwałem większych emocji na ten temat. Teraz jest inaczej. W sercu mnie tak kuje i boli, a moja głowa i umysł wypełniona jest myślami jakby kogoś innego. Patrząc przez lustro widzę te białe i puste ślepia, które płaczą białymi łzami i krzyczy bezgłośnym dźwiękiem. To jestem... Ja? Scena niczym z horrorów i bajek. Patrzę na swoje ręce. Obraz mi się zamazuje, jest bardzo mglisty. Raz widzę swoje ręce, a raz widzę ręce dziecka, które pokryte są czyjąś krwią. Rozglądam się po pomieszczeniu i widzę sylwetki osób, które są moimi braćmi, siostrami i rodzicami. ja je zabiłem? to czemu nie odczuwałem winy do tej pory. Nie czułem się odpowiedzialny, ale teraz to strasznie mi ciąży. Jakby ktoś kamienował moje serce. Zamiast chodnika widzę kamienną ścieżkę, a zamiast odgłosów ulicy i samochodów, słyszę obijające się końcówki włóczni o kamienną posadzkę. Zamiast rozmów obok mnie, słyszę krzyki. Zamiast dotyku czyjejś dłoni, czuję kamienie i ostre przedmioty na mojej skórze i szorstki, niedbały dotyk strażnika. Zamiast ognia na kuchence gazowej, widzę ognisko blisko lasu. Zamiast bloków widzę drewniany dom na polanie. Czy ja wariuję. Co się ze mną dzieje? Co jest nie tak? Co zrobiłem nie tak?! Co zrobiłem źle?!
- Po prostu istniejesz... To zrobiłeś nie tak... - usłyszałem czyjś głos, który ciągnął się za mną niczym duch. Obróciłem się dookoła siebie, szukając źródła dźwięku. Nic nie znalazłem. Kim jest to coś? Co mnie opętuje?!
---
W końcu nadchodzi wyczekiwany przeze mnie moment. W końcu mam szansę się wydostać! Być obok niej jak za dawnych lat. Czuć jej ciepło i samą obecność. Po prostu ją kochać. Nie będę miał litości. Dla nikogo! Nawet dla tej skorupy, która podaje się za mnie! Należy do mnie! To moje ciało! Nie twoje! Dlatego masz je oddać. Masz mi zwrócić to, co utraciłem przez samego siebie. Mam dość ciążących na mnie wyrzutów sumienia i bicia się z własną naturą. Zaakceptowałem to, że jestem i człowiekiem i bestią w jednym. Zaakceptowałem to, że stałem się bestią i zabiłem swoich bliskich. Zaakceptowałem siebie samego. Tylko nie to, że jesteśmy rozdzieleni. Tego nigdy nie zaakceptuję. Mam w końcu szansę. Szansę, by skończyć z tym paradoksem i paranoją. Z tym szaleństwem. Nie będę litościwy i miły. Nie obchodzi mnie to, że on po prostu chce żyć. Ja też tego chcę i nie m,am zamiaru się poświęcąc, by nadal żyć w ten sposób. Straciłem już wystarczająco czasu. Przez tą skorupę Zirhael uroniła za dużo łez. Dlatego zamierzam się połączyć i powrócić. Już jako prawdziwy Amarin. Prawdziwy ja u boku Zirhael. By ja chronić. By była przy mnie tak, jak kiedyś. By zabić wszystkich, co się tylko zbliżą do niej. Dlatego...
- Zniknij! Przepadnij! Utop się! Zabij się! Bym mógł tu wrócić! Ty bezduszna skorupo! jesteś mój, rozumiesz?! - wrzasnąłem do niego. Przekonamy się, kto wygra, bo dzisiaj jest pełnia...
---
Stałem w łazience, a w lustrze widziałem wciąż tego... Właśnie, kogo? Czy to jestem ja? Kim jest on? To coś... Mrugnąłem i zobaczyłem przed sobą jakby ducha. Mnie... Zbliżył się do mnie i złapał mnie za szyję. Był zakrwawiony. Tak samo, jak te dziecko z halucynacji. Tyle, że był starszy. to byłem... Ja sam... Uśmiechał się do mnie złowieszczo, ściskając mocno moją szyję.
- Zegar tyka. Tik, tak, tik, tak... Myślisz, że zbliża się twój koniec, co? Hahaha! Mylisz się, bo koniec już tu jest... Możesz mnie znać. Przecież wyglądam, jak ty... Ale nie masz pojęcia kim naprawdę jestem... Zgiń, szmato...
Ten duch zniknął, a przed sobą zobaczyłem Zirhael. Co? Znów halucynacja?
- Amarin! Amarin! CO CI JEST?! Amarin do cholery jasnej, obudź się! - słyszałem zmartwiony krzyk białowłosej dziewczyny, który wbijał się ostro w moje uszy i umysł. Nie mogłem wykrztusić żadnego słowa. ani jednego. Jakby cały czas ktoś ściskał moje gardło, choć tak naprawdę nikt tego nie robił. Czułem, jak tracę władzę nad sobą. Moje oczy stały się białe, a z nosa i ust poleciała biała krew, która opadała na kamienną posadzkę łazienki. Głos Zirhael cały czas dudnił mi w uszach, choć słyszałem go tak, jakbym się oddalał. Był coraz cichszy i cichszy... Stał się tak cichy, że nie mogłem go już dostrzec i usłyszeć, a zamiast oświetlonej łazienki nie widziałem nic. Pustka, ciemność... Czy ja... Czy ja umieram?
---
Otworzyłem oczy i popatrzyłem na swoje ręce. Znów jestem w tym ciele. Znów nad nim panuję. Muszę iść do tych elfickich ruin, póki mam czas i jestem tutaj z Zirhael. To był ostatni dzień w rozłące i osobno. Zaczyna się moja era i moje życie... Czułem, jak ktoś mną trąca, więc spojrzałem na tego kogoś. To była Zirhael. moja jedyna i kochana Zirhael, która widać było, że bardzo się martwiła i nie wiedziała, co się dzieje.
- A-Amarinku... C-Co się stało?
- Wszystko w jak najlepszym porządku, Jaskółko... W końcu jestem tutaj... - podniosłem się z podłogi, bo najwidoczniej upadłem od tego wszystkiego. Pogładziłem jej policzek mokry od łez i się uśmiechnąłem, wstając. - Wróciłem... - szepnąłem, stojąc do niej plecami i kątem oka patrząc w lustro.
- W-Wróciłeś? C-Co? Nie rozumiem...
- Posłuchaj Zirhael.. Ten Amarin, z którym spędzałaś czas przez tyle miesięcy nie był mną. To była taka... Skorupa. |Po prostu puste ciało bez duszy i życia tak naprawdę. Lecz, gdy w końcu tu jesteś, mogę się uwolnić od tego i wrócić do poprzedniego stanu, będąc tym dawnym, szczęśliwym Amarinem, którego znałaś...
- C-Czyli... Ty byłeś zamknięty? A-Amarin... J-Ja nie wiedziałam.
- Nikt nie wiedział, oprócz mnie. Ale teraz się to zmieni. Musimy iśc do Białej Grani. Jak najszybciej...
- A-Ale ja się boję tam iść... - złapała mnie za przedramię.
- Nie bój się, obronię cię. przed wszystkim... Ale jeżeli tam nie pójdziemy, wszystko pójdzie na marne, a ja zniknę...\
-  N-Nie... N-Nie chcę, abyś znikał... Dobrze. Chodźmy więc.
Wyszedłem na balkon i spojrzałem w niebo z uśmiechem. 
- Gotowa na pamiętliwą do końca życia noc? - spojrzałem na nią zza pleców.
- Tak... Mam nadzieję, że tak... - szepnęła z lekkim uśmiechem.
Wszedłem na barierkę i wyskoczyłem, lecąc wzdłuż budynku. Na chwilę obróciłem się i popatrzyłem na Zirhael. Przy ziemi rozłożyłem skrzydła i wzbiłem się ponad korony drzew, lecąc do Białej Grani, mej ojczystej ziemi i mego dawnego domu...
---
Po dłuższej chwili znaleźliśmy się przy bramach Białej Grani. Odetchnąłem. Wielka chwila. Jak zareagują? Co zrobią? Co powiedzą? Jak będzie? Miałem pewne obawy o tym wszystkim... W końcu nie było mnie tu tyle lat... Odchrząknąłem i powiedziałem doniosłym głosem.
- Otworzyć bramy!
Zirhael stała blisko mnie, trzymając się mojego ramienia. Po chwili zaskoczeni strażnicy otworzyli wielkie metalowe drzwi, a my weszliśmy do środka.
- Woo... Ale tu... jak ja tu dawno... Nie wiem co powiedzieć... - szepnąłem, wchodząc do krainy.
Zirhael uśmiechnęła się, ale potem podsunęła się bliżej mnie. 
- B-Boję się...
Na ścieżki zaczęli wybiegać mieszkańcy, pełni zaskoczenia, lęku, ale również radości, a ja otworzyłem buzię z zaskoczenia i ich ilości. Nie mogłem uwierzyć, że znów tu jestem, w swoim ciele. Ale muszę się sprężać, bo mam coraz mniej czasu. 
- Później wam wytłumaczę! Obiecuję! - chwyciłem Zirhael za dłoń i biegłem wśród tłumu do tego jednego miejsca. Do tych charakterystycznych run. Musi się udać. Po prostu musi! 

- Amarin! Zaczekaj na mnie! - za mną wydobywał się lekko piskliwy głos białowłosej dziewczynki.
- Niee! Jesteś berkiem! Nie możesz mnie złapać!
- Amarin! Bo cię zjem!
- AAAaaa ghouuulll!!!
oboje się śmialiśmy i bawiliśmy, biegnąc przez ścieżki wioski i obijając się o jej mieszkańców z nieuzębionymi uśmiechami. Wszyscy patrzyli na nas z litością, radością i ukojeniem. To było takie przyjemne...
To przywołuje wspomnienia. Teraz biegniemy tak, jak wtedy, tylko, że w bardziej dramatycznych i mroczniejszych okolicznościach niż zwykły berek. Ale i tak w mojej głowie znajduje się masa wspomnień związanych z tym pięknym miejscem.
- A-Amarinku! N-Nie tak szybko! - pisnęła, ledwo nadążając za mną.
- Wybacz, ale nie mogę zwolnić! - w biegu wskazałem na księżyc - Zaraz skończy mi się czas! - biegłem jak najszybciej mogłem do tych starych, elfickich ruin. Zirhael z pomocą macek mogła poruszać się szybciej i dorównywała mi teraz kroku. Po chwili znaleźliśmy się na ścieżce, z której było widać ruiny. Z góry okrywała je turkusowa, świecąca się woda. Noo, na  prawdę są stare i na prawdę długo mnie tam nie było. 
- Rety... Jak tutaj pięknie... A-Ale... J-Ja...
- Tak... Ślicznie... Tyy? - spojrzałem na nią kątem oka.
- J-Ja tutaj kiedyś byłam...
- Byłaś? W środku?
- T-tak... - zaczęła nieco drżeć.
- Zirhael, kochana, wybacz, ale ja na prawdę nie mogę... - otworzyłem starą, metalową bramę i wszedłem do świecącej wody, idąc po zalanych schodach w dół do środka ruin. Zirhael mimo wszystko poszła za mną, ale złapała się bardzo mocno mojego ramienia. Spojrzałem w swoje odbicie w świecącej się wodzie. Białe oczy. Spojrzałem na swoją dłoń, która zaczęła lekko jakby się rozdzielać. Jakby duch odchodził z ciała.
- Osz ja pierdole! - zacząłem ponownie biec. Nie mogłem teraz przegrać. Obiecałem, że wrócę i zamorduję tą pustą skorupę! nie wygra ze mną!
Słyszałem za sobą bieg Zirhael, a w wodzie odbijały się jej czarne oczy. Powinniśmy się znaleźć pod wodą, bo znużyliśmy się już cali w tej wodzie, ale zamiast tego moim oczom ukazały się schody starej elfickiej wierzy, a wodę utrzymywała jakaś przezroczysta tafla magiczna, a my nie byliśmy w ogóle mokrzy. pięknie to wyglądało, ale... Nie, nie mogę teraz rozmyslać. Zbiegłem szybko ze schodów wieży i zacząłem biec starymi korytarzami elfickich ruin starego imperium. Skręcałem w różne uliczki. Zmuszony byłem iśc naokoło, bo niektóre korytarze, na nieszczęście te najważniejsze, były już zawalone. Po chwili szybkiego biegu i zadyszki, znalazłem się przed odpowiednią komnatą.
- To.. To tu..- wyszeptałem zdyszany.
Oczy Zirhael były czarne jak mrok, a moje bardzo białe. Odsunąłem kamień, który zasłaniał odblokowanie drzwi. odrzuciłem go, nie dbając gdzie wyląduje Zirhael zachowywała się trochę dziwnie, ale nie miałem czasu na akie rozmyślania. Przyłożyłem swoją dłoń w odpowiednie miejsce, a kamienne, stare i porośnięte mchem drzwi się otworzyły. moim oczom ukazała się komnata z jakby ołtarzem na środku, a przy ścianach stali kamienni rycerze, którzy zaczęli się poruszać. Poczułem się słabo i upadłem, a przynajmniej tak myślałem. Spadłem w ramiona wielkiego, kamiennego posągu rycerza, który o dziwo zaczął się poruszać. Zaniósł mnie na ołtarz, a ja widziałem jak przy tym stole leżę ja, ten drugi, nieprzytomny na dodatek. Złapaliśmy się palcami za dłonie. Zirhael stała w komnacie, lecz rycerze pilnowali, by nie ingerowała w to, co się będzie działo. Posągi zaczęły walić włóczniami o kamienną posadzkę, a ich dowódca zaczął recytować jakieś chyba zaklęcie. Zamknąłem oczy ze zmęczenia, które było coraz większe. Poczułem, jak ten drugi ja zanika...
---
Minęło trochę czasu, a Zirhael krzyczała zmartwiona i zdenerwowana. Ręka tego drugiego mnie znikła, a gdy już jej nie było, na mojej ręce zaczęły pojawiać się jakby wypalone w mej skórze znaki. Tak jak on znikał powoli, tak teraz na moim ciele pojawiały się te znamiona, a ja czułem się coraz bardziej związany z własnym ciałem. Byłem coraz bardziej... Sobą... Światło księżyca weszło do komnaty poprzez okno w suficie, a ja usłyszałem, jak rycerz skończył zaklęcie i wszystkie posągi powróciły na swoje miejsce, znów nieruchomiejąc i stojąc w bezruchu. Podniosłem się na rękach i zdarłem z siebie bandaże, stojąc plecami do Zirhael. Jej oczom ukazały się moje plecy i ręce pełne wypalonych symboli i znaków... Jestem.. Jestem tutaj... Jestem znów sobą... To..Ja.. nie znikam i mam całkowitą kontrolę nad sobą...
- W-wróciłem... - tylko to mogło wydobyć się z moich ust. Nie wiedziałem, co powiedzieć. Znów tu jestem... i nie jestem rozdzielony. Znów mogę być i trwać przy niej.... Przy mojej zirhael...
<następne opowiadanie>
<Zircia?>
Ilość słów: 2695

Od Shoto do Shury

Shura. Imię kobiety, która zawładnęła moim sercem. Niektórzy spytają: czemu tak szybko? Nie wiem. Sam nie potrafię odpowiedzieć na to niby proste pytanie. Czy to są właśnie wątpliwości? Nie, nie są. Nie mogą być. Dlaczego? Bo ja ich nie mam. Nie mam wątpliwości, że ją kocham. Jestem tego pewien. Jak niczego innego w tym okrutnym świecie. Pośród tej nędzy, biedy, bólu i chamstwa można znaleźć osobę, z której emanuje takie przyjemne światło. Szkoda, że ona sama o tym nie wie i tego nie czuje. Myśli inaczej i widzi siebie inną niż ja ją widzę. Dołuje siebie, choć nie powinna. Jest piękna i wręcz idealna dla mnie. Mam nadzieję, że kiedyś to zobaczy. Teraz nie potrafi. Teraz nie może, bo jest uwięziona. Można tak to nazwać. Uwięziona przez swój błąd z przeszłości, który ją obwiązuje kolczastym cierniem i dusi, a ludzie, którzy spowodowali cały ten paradoks, nie mają za grosz sumienia i współczucia. Bezmyślne hieny i podłe szczury. Nie mogę ich nazwać innymi, lepszymi rzeczami. To przez nich Shura cierpi  i nie może rozwinąć skrzydeł jak zazwyczaj. Postanowiłem jej pomóc. Nie jest łatwo, bo hakuję ich system dzień w dzień. Metodą prób i błędów, gdzie dokładność jest jedną z najważniejszych cech. Nie obchodzi mnie to, że mogę być zmęczony, czy też niewyspany. Co z tego, że siedzę nad tym noc w noc. To tylko chwilowe cierpienie, które może odmienić jej życie na zawsze. Dlatego warto się poświęcić. Poświęcić się dla niej...
---
Stałem w kuchni i piłem swoją kawę. Nagle ujrzałem wychodzącą zza rogu Shurę.
- Co tam? - zdjąłem okulary i przetarłem swoje oczy.
- A nic. - uśmiechnęła się do mnie.
- Haha, ten uśmieszek mówi wszystko. - z powrotem nałożyłem swoje okulary - idziemy gdzieś dzisiaj?
- W sumie bardzo chętnie bym gdzieś wyszła. Tylko będziemy musieli zajść do mnie.
- Dobra, spoko, idziemy od razu? 
- No, możemy. - kiwnęła głową z uśmiechem.
Dopiłem kawę i umyłem kubek. Ubraliśmy się i wyszliśmy z mojego mieszkania, kierując się do apartamentu Shury. 
- Idź, ja tu poczekam. - pocałowałem ją w policzek i otworzyłem drzwi do klatki, by tam weszła.
- Jaki gentelman. - zaśmiała się i poszła do klatki. 
Po niecałych kilkunastu minutach wróciła, ubrana w zwykłą, przydużą bluzę oraz krótkie spodenki. Na nogach miała najzwyklejsze trampki, przez co wydawała się o wiele niższa niż zawsze.
- Wyglądasz pięknie, kochanie... - szepnąłem jej do ucha i zaczęliśmy się kierować w bliżej nieokreślonym kierunku.
Okazało się, że dzisiaj w mieście jest jakiś festiwal i wszyscy dookoła biegają szczęśliwi. Dzieci z pomalowanymi twarzami, dorośli w kawiarniach i barach. Wooow. Dawno nie widziałem aż tak szczęśliwego społeczeństwa. Postanowiłem wykorzystać okazję i kupić coś dla Shury. Zaciągnąłem ją z uśmiechem do sklepu blisko wesołego miasteczka. 
- No, dzisiaj masz zapomnieć o wszystkich smutkach i się dobrze bawić, jasne? - spojrzałem na nią kątem oka, czekając na jej reakcję.
- Postaram się. - uśmiechnęła się do mnie.
|Podszedłem do półki z maskotkami i wziąłem jedną, uśmiechając się do niej.
- Aaaaa to dla mojej nowej, kochanej i pięknej dziewczyny...
Podałem jej maskotkę i podszedłem do kasy, płacąc za nią. Dzięki temu byłem pewny, że nie może już mi odmówić. dziewczyna stała zarumieniona i przytulała mocno maskotkę do siebie. Chwyciłem ją za rękę i wybiegłem ze sklepu. Stanąłem na chodniku, wskazując na rollercoaster z zadziornym uśmiechem.
- Shuraa... Wiesz co to znaczy? - uśmiechnąłem się zadziornie, patrząc na Shurę i obejmując ją za ramię.
<następne opowiadanie>
<Shura?>
Ilość słów: 570

Od Rose do Akihito

Spojrzałam na niego, zatkało mnie. Nie wiedziałam, co mam odpowiedzieć. To było takie nagłe, szybkie. Przygryzłam wargę, gdyż próbowałam coś wydukać. To było na nic, aż nawet moje policzki lekko się zaróżowiły. Teraz do mnie doszło, co powiedział. Zaczęłam się zastanawiać, co ja czuję. Sama nie wiedziałam, obawiałam się tego. Moje myśli krążyły wokół tych dwóch słów i jego. Teraz zwróciłam uwagę na szczegóły. Te jego czerwone oczy, wpatrują się w moje. Czekał na odpowiedź, która nie nadeszła. Czułam się z tego powodu, źle nawet bardzo źle.
Gdy wyszliśmy z restauracji, chłopak był nieobecny, albo tylko mi się zdawało. Złapałam go za bluzę, na co spojrzał na mnie. Podeszłam pewnie do niego, po czym się przytuliłam. Objął mnie, chciałam coś mu powiedzieć. Jednak był znacznie wyższy ode mnie. Gdy się oderwałam, znalazłam jakąś ławkę. Wskoczyłam na nią i pociągnęłam do siebie chłopaka. Taki napływ emocji, nie mogłam tego w sobie już trzymać.
- Akiś, ja ciebie też kocham. - powiedziałam. Moje policzki przybrały, odcień... To chyba był szkarłat, a może i nawet purpura. Zawstydzona nieco byłam tym nagłym wyznaniem. Nie wiedziałam, jak i co dalej zrobić. Zwykle to się siostrom przyglądałam, jak to one są w takich sytuacjach. Wychodziły z tego radosne i pełne szczęścia. Obawiałam się jednak tego, że może coś się stać. Wymazałam te przykre myśli. Po czym uśmiechnęłam się do chłopaka. Ten jednak mnie złapał w pasie i zakręcił wokół własnej osi, po czym postawił na ziemi. Czułam ciepło, coś miłego.
Gdy wróciliśmy do akademika, doprowadził mnie pod same drzwi pokoju, po czym dał mi buziaka w policzek na dobranoc. Nie mogłam, już nic wykrztusić. Także jedynie się uśmiechnęłam i pomachałam. Po wejściu do pokoju, Celes zasypała mnie masa pytań. Okryła mnie kocem i przytuliła do siebie. Rozmawiałam z nią przez bliżej nieokreślony czas. Pomogła mi i to bardzo, mogłam sobie wszystko poukładać. Jej wsparcie mam jak zawsze, jestem szczęśliwa z tego powodu.
***
Wzięłam prysznic, po czym jak wpełzłam do łóżka, przykryłam kołdrą i wtuliłam w podusie i Hrabiego Zebruś. Zasnęłam w okamgnieniu.
Budzik zadzwonił o jakiejś siódmej rano. Wyłączyłam go i wstałam. Wykonałam poranne czynności, a gdy już byłam gotowa, spakowałam plecak i torbę, wzięłam także bluzę z kapturem od siostry i ruszyłam, aby wyjść z pokoju. Siostra jeszcze spała, także nie chciałam jej też budzić. Wyszłam po cichu i zamknęłam drzwi za sobą na kluczyk. Ruszyłam na stołówkę, aby coś przed lekcjami przekąsić. Uśmiechnęłam się i przywitałam z kucharkami, po czym wzięłam sobie na tace kilka pyszności. Co nieco też dostałam od Pań. Schowałam to niemal od razu do plecaka. Usiadłam w jednej z ławek, odstawiłam tacę. Następnie położyłam blisko siebie także swoje rzeczy i zaczęłam jeść w spokoju.
...
Po zjedzeniu ruszyłam na lekcje. Nawet po drodze spotkałam Akisia. Uśmiechnęłam się słodko do niego.
- Hej Akiś.
< Akihito? >
Ilośc słów: 464

środa, 4 lipca 2018

Od Akihito do Rose

Było słoneczne popołudnie. Ledwo ustałem na nogach byłem strasznie zmęczony. Położyłem się i spałem tak ze dwie godzinki. Szybko wyskoczyłem z łóżka. Coś mi się chyba śniło. Koc poszarpany.
- No tak...- powiedziałem do siebie - znowu niespokojnie śpię.
Miły, duży koc leżał teraz poszarpany na łóżku. Jakieś żarty. A w dodatku na ścianie też ślady pazurów. Udałem się więc do sklepu i kupiłem nowy koc. Ten był szary i troszeczkę mniejszy. Byłem w jakiejś galerii, więc poszedłem coś zjeść. Zamówiłem jakiegoś hamburgera z kurczakiem colę i frytki. Wracałem do domu i poczułem dziwny zapach w otoczeniu. To był sztuczny zapach. Jakby ktoś stworzył coś z jakiejś sztucznego tworzywa. Znałem tylko jedną osobę, która tworzyła sztuczne istoty albo wskrzeszała rzeczy martwe. A była to Rose. Pobiegłem tam i ujrzałem ją leżącą pod drzewem wokół niej jakieś dziwne istoty. Był jakiś kosmiczny wilk, wielka pszczoła i żywe drzewo. Ruszyłem do walki. Na początku pszczoła. Próbowała we mnie wbić swe żądło, lecz wkrótce padła na ziemię. Potem drewniak (tak nazwałem te żywe drzewo). Był trochę silniejszy, lecz nie był wielce silny. Na końcu ten wilk. Walka była trudna i męcząca, ale i tak wygrałem z małym zadrapaniem na prawym policzku. Podszedłem do niej i chwyciłem za rękę.
- To ty?To ty - szepnęła.
- No ja. - powiedziałem - Jesteś cała zimna. Chodź zabiorę cię na coś ciepłego.
- D-dobra.- znowu szepnęła.
Weszliśmy do jakiejś restauracji. Zamówiłem sobie kawę, a jej herbatę z cytryną.
- Jak tam? - zapytałem.
- Dobrze - odpowiedziała dziewczyna cichym tonem.
Dziewczyna była widocznie zmęczona. Jej temperatura się nie zmieniła po wypiciu tej herbaty.
- Ej Candy - powiedziałem szybko.
- Co? - zapytała Rose.
- Nie jestem pewien, ale chyba kocham cię - oznajmiłem.
<Rose?>
Ilość słów: 288

Od Celes

Siedziałam właśnie na podłodze, znajdował się na szkolnym korytarzu. Podpierałam ścianę, ze słuchawkami w uszach i laptopem na nogach. Robiłam to, co zawsze. Odcięłam się całkowicie od tego nudnego życia, wolałam moje kody, cyferki oraz numerki. Tak tym razem też miałam zamiar zrezygnować z lekcji, aby zająć się swoją sprawą. Wyjęłam z torby energetyka. Miałam go już otwierać, jednak dyrcio mi to uniemożliwił. Wywróciłam jedynie oczami, zamknęłam laptopa. Wstałam, choć mężczyzna podał mi rękę. Ziewnęłam znudzona, już myślałam, że jednak zabierze mnie do swojego gabinetu. Tym razem zaprowadził mnie do klasy i kolejny dzień po lekcjach, mam udać się do kozy.
Ta, ta jak to te nudne lekcje minęły. Jakoś kilka minut przed dzwonkiem, wyszłam z klasy i ruszyłam do klasy informatycznej. Mogłam tam mieć spokój i ciszę. Tym razem natknęłam się na gromadkę osób, których niezbyt lubię. Wywróciłam po raz kolejny tego dnia oczami i usiadłam na swoim miejscu. Rozłożyłam sprzęt, po czym wzięłam ponownie puszkę i ja wypiłam, patrząc przez szybę na miejsca dalej. Miałam dziś i wciąż mogę go spełnić moje cudowne plany. Po wypiciu puszki poszłam ja wyrzucić. Przechodząc obok grupki, mogłam zebrać odpowiednie informacje. Takich nigdy dość.
...
Zajęcia przebiegły zgodnie z planem, miałam dziś zostać po lekcjach, jednak nie mam, teraz na to czasu. Wyszłam jak najszybciej, nawet jeśli muszę wychodzić przez okno i po drzewie to zrobię to. Nie musiałam, się przecież spieszyć, a jednak chce jak najszybciej znaleźć się w mieście Evall.
Jakoś udało mi się wsiąść do autobusu, torbę pilnowałam, tym samym też słuchałam muzyki i patrzyłam przez szybę.
W pewnym momencie ktoś się przysiadł, choć jakoś nie byłam, zbyt tym zainteresowana.
<następne opowiadanie>
Ktoś?
Ilość słów: 271

wtorek, 3 lipca 2018

Od Tayato

Gdy tylko usłyszałem dzwonek mojego budzika, poczułem wielką niechęć do wstania z łóżka. Dobrze wiedziałem, że kiedyś będę musiał się zebrać, ale budzenie się o szóstej rano to przesada… Niestety, muzyka, którą ustawiłem jako ta, która ma mnie zachęcić do opuszczenia ciepłego i wygodnego łoża, była tak nieznośna, że w końcu się podniosłem. Pierwsze, co zrobiłem po wyłączeniu głupiej piosenki, było odnalezienie mojej ulubionej, czarnej bluzki. Dostałem ją kiedyś od dawnej przyjaciółki na urodziny. Szybko ją na siebie założyłem, po czym wolnym krokiem ruszyłem do kuchni. Tam wstawiłem wodę, gdyż bez kawy nie wytrzymałbym ani dnia. Gdy czajnik zaczął pracować, ja wróciłem do mojej sypialni. Podszedłem do kołdry, która zdążyła zlecieć na podłogę. Podniosłem ją i rzuciłem na łóżko, łapiąc telefon w ręce. Zwinnym ruchem odblokowałem go i sprawdziłem pogodę. „Niby ma być słonecznie” – szepnąłem do samego siebie. Nagle usłyszałem charakterystyczne pstryknięcie, dlatego powróciłem do kuchni. Wyłączyłem czajnik, zalewając kawę. Po wymieszaniu jej z mlekiem usiadłem na kanapie. Upiłem jej troszkę i stwierdziłem, że smakuje wyśmienicie. Siedziałem tak chwilę, po czym okazało się, że wypiłem już całą. Stwierdziłem, że najpierw zapalę, a potem się ogarnę. Muszę przecież jeszcze wyjść…
Szybko wyszedłem na balkon, uprzednio zabierając ze sobą fajki i zapalniczkę. Dobrze wiedziałem, że to niezdrowe, jednak nie umiałem się powstrzymać. Popatrzyłem na dół. Była tam staruszka idąca ze swoim mężem. Dzięki mojemu wilczemu słuchowi, usłyszałem, że rozmawiają o swoich oszczędnościach. Zrozumiałem, że nie stać ich na spłacenie długów. Zrobiło mi się ich żal, ale przypomniało mi się, że przecież muszę iść dziś do szkoły! Zgasiłem papierosa, po czym ruszyłem do sypialni. Stała tam wielka szafa, z której wyciągnąłem ciemnogranatowe, podarte rurki. Są to moje ulubione spodnie, ponieważ wygodnie się w nich chodzi.
Po założeniu do tego skarpetek, pognałem do łazienki. Chwyciłem za szczoteczkę oraz pastę do zębów. W miarę szybko się z tym ogarnąłem, a że miałem do wyjścia jeszcze pół godziny, postanowiłem postarać się ułożyć moje włosy. Jednak moje starania poszły na marne, a czas skończył się trochę za szybko.
W pośpiechu ubrałem swoje czarne adidasy na nogi, po czym wróciłem się po plecak. Założyłem go, zamykając za sobą drzwi.
Biegłem na przystanek, co chwila panicznie sprawdzając godzinę w telefonie. Niby miałem się nie spóźnić, przecież dopiero siódma dwadzieścia, ale autobus zwykle wolał przyjeżdżać później. Stanąłem przed przystankiem patrząc na wszystkie strony, czy przypadkiem właśnie nie przyjeżdża. Na moje szczęście właśnie jechał. Po kilku sekundach byłem już w jego środku. Usiadłem na jednym z wolnych miejsc. Wokoło nie było nikogo. Na sam fakt, że jestem sam w autobusie, uśmiechnąłem się. Nie lubię jeździć komunikacją miejską w tłoku.
Po niedługim czasie, autobus zajechał pod szkołę. Wysiadłem z pojazdu, kierując się w stronę wejścia. Mimo wczesnej godziny, wielu uczniów zdążyło już przyjść. Nie chciałem się spieszyć, powoli szedłem przez tłum. Nagle poczułem uderzenie w ramię. Było na tyle silne, że o mało się nie wywróciłem.
<następne opowiadanie>
<Ktoś?>
Ilość słów: 475