środa, 31 stycznia 2018

Od Kagamiego do Sorayi

Spojrzałem na tego małego dzieciaka. Uniosłem lekko brew, a potem ukucnąłem przed nim. Wziąłem piłkę w jedną rękę, a potem rozkręciłem ją sobie na palcu, uśmiechając się. Wolną dłonią poczochrałem chłopca po głowie.
-Co, lubisz koszykówkę mały?-zapytałem go, a ten pokiwał głową.
Widziałem w jego oczach, że nadal się boi. Może nie należę do miłych osób, ale dzieciaków straszyć nie lubię. Odłożyłem na moment piłkę, a potem podniosłem czarnowłosego, sadzając go sobie na barana. Dzieciak się zaśmiał, kładąc dłonie na mojej głowie. Wolną dłonią trzymałem chłopca i spokojnie razem z nim podszedłem do kosza. Byłem na tyle wysoki, że chłopiec miał obręcz na wyciągnięcie ręki. Kiedy piłka zaliczyła punkt, złapałem piłkę, aby z małym się nie schylać. Potem spojrzałem na niego.
-A chcesz ze mną pobiegać?
-Tak!-krzyknął, machając łapkami.
Przewróciłem oczami i trzymając go wolną ręką, ruszyłem biegiem do kosza. Z linii rzutów wolnych wyskoczyłem, a potem z całej siły rzuciłem piłką do kosza. Maluch z zachwytem przyglądał się temu, jak pomarańczowa rzecz przekracza obręcz, a potem wraca do moich nóg po podłodze. Kiedy zaczął klaskać, poklepałem go po głowie, musząc wcześniej ukucnąć.
-Będziesz kiedyś silnym koszykarzem.-powiedziałem.
Podniosłem się następnie z ziemi i ignorując już wszystko, opuściłem salę gimnastyczną. Miałem zamiar zrobić coś pożytecznego, na przykład dołączyć jeszcze do klubu kulinarnego. Dlatego przeszedłem do pokoju klubowego gastronomików, a tam od razu spotkałem Eonę, która co oczywiście zrobiła? Uczepiła się mojego ramienia. Sukkuby to na prawdę utrapienie. Przewróciłem oczami, mówiąc, że chcę dołączyć do klubu. Ta się uśmiechnęła, wpychając dłoń pod moją koszulkę.
-Słuchaj, nie obchodzi mnie to, że jesteś sukkubem. Nie dotykaj mnie, bo załatwię ci drogę na tamten świat.-warknąłem, a potem podszedłem do lodówki. Wyjąłem z niej składniki na... W sumie jeszcze nie wiem co to będzie, ale z pewnością mi zasmakuje. Wymieszałem wszystko, a potem wsadziłem w coś, co nazywa się foremkami. Zamknąłem potem piekarnik i spojrzałem na Eonę. Już widziałem to spojrzenie.  Głupia, myśli, że jestem podatny na hipnozę? Żarcik. Ona jest śmieszna. Nagle do pokoju klubowego wbiegła Riko.
-Kagami... Mamy sytuację awaryjną. Na salę gimnastyczną.
Zostawiłem wszystko jak było, a potem jak strzała ruszyłem do pokoju klubowego. Widząc, że Aida przemieniła się w wilka, wiedziałem, że nie stało się nic dobrego. Mogło być to związane z Hyugą lub z przyszłymi mistrzostwami. Po wejściu na salę, dziewczyna wróciła do poprzedniej formy i stanęła obok swojego chłopaka. Czyli na szczęście nie było to nic związanego z jego zdrowiem. Pokręciłem głową i stanąłem obok reszty.
-Dobra, są wszyscy. -powiedział kapitan.-Dobrze wiecie, że za niecałe kilka miesięcy rozpoczynamy mistrzostwa. Naszym zadaniem jest przynieść dumę tej szkole, uczniom oraz nie zawieść samych siebie. Po pierwsze, nasze ćwiczenia, treningi zostają podwojone, a potem potrojone, abyśmy mieli też kilka dni wolnych przed samymi mistrzostwami. Po drugie, macie dbać o swoją kondycję i nie zaniedbać jej. Po trzecie, Kagami, do zawodów postaraj się ograniczyć wchodzenie w Zone. Zapewniam ciebie, że nie będziemy już mieli żadnych meczy towarzyskich, a teraz wyłącznie będziemy grali z drugim składem. Nie chcemy przecież za bardzo nadużywać twojej mocy, która przyda się nam na mistrzostwach. Więc to tyle. Skoro jesteśmy wszyscy to co powiecie na szybki trening?-zapytał, a nasza drużyna zgodnie wykrzyknęła potwierdzenie.
---
Właśnie wracałem do Akademika. Znaczy, jeszcze po treningu poszedłem do sklepu, aby zakupić sobie wodę oraz różne przekąski. Chciałem zarwać nockę, bo muszę nadrobić swoje zaległości z języka japońskiego. Wbrew pozorom nie posługuję się nim najlepiej. Idąc spokojnie ulicą, dojrzałem w jednej ciemnej uliczce jakichś facetów, który dobierali się do kogoś. Nie wiedziałem kim ten ktoś jest, ale nie mogę bezczynnie patrzeć, jak komuś dzieje się krzywda. Zakupy odrzuciłem, a potem z impetem wbiegłem w napastników, uderzając jednego w twarz tak mocno, że zaczął kasłać krwią, a wraz z tym wykaszlał kilka swoich zębów. Następna trójka spojrzała na siebie, jednak się nie poddali. Rzucili się na mnie, a mi zależało, aby ograniczyć moce, jakie odziedziczyłem po ojcu. Na dłoniach bandziorów widziałem jakieś dziwne błyszczące rękawiczki. Czyli byli na coś przygotowani. Okładałem ich pięściami do czasu, aż któryś nie wyciągnął nożyka z kieszeni. Teraz żarty się skończyły. Szybko nałożyłem na palec srebrny pierścień, a wokół mnie rozniosła się czerwona jak krew aura. W oczach pojawiła mi się żądza mordu.
Kiedy uzbrojony zamachnął się, pochwyciłem ostrze palcami, nie reagując, że cieknie mi po dłoni krew.
-Chyba ci się spieszy do mojego tatusia co?-warknąłem, jeszcze mocniej zaciskając dłoń na nożyku.-Jeżeli nie chcesz się spotykać z gniewem półboga, to lepiej spierdalaj póki mam dobry humor. Jeszcze trochę, a będziesz wtedy świadkiem, co robię z takimi nieudacznikami jak wy.
Mężczyźni spojrzeli na siebie, a potem widząc napis połyskujący na moim pierścieniu, podkulili ogony i uciekli. Z palca zdjąłem sygnet, z powrotem wieszając naszyjnik na swojej szyi. Spojrzałem na zakrwawioną rękę. Eh, kolejna rana i na dodatek nie bolesna. Prychnąłem, zapominając o tej dziewczynie, którą tam ,,uratowałem". Odwróciłem się, chcąc odejść.
<Soraya? ^^ Znaj dobroć pana xD>
Ilość słów: 799

Od Sorayi do Kagamiego

Nie wiem, o co chodzi temu gburowi, ale z całą pewnością mogę stwierdzić, że się raczej (na pewno) nie polubimy. Obejrzałam się drugi raz za siebie i los chciał, że on też się spojrzał w moją stronę. Ponownie nasze spojrzenie się spotkały. Jego wzrok, gdyby tylko mógł, stopiłby metal. Jego wybujała pewność siebie kiedyś go zgubi. Westchnęłam rozeźlona, no po prostu ten koleś tak mi działa na nerwy, że to aż niemożliwe. Musiałam wziąć dodatkowych kilka głębszych wdechów, by nie stracić panowania nad sobą.
Po jakiś trzydziestu minutach znalazłam się na obrzeżach miasta, a dokładniej rzecz ujmując przed moim domem, lecz nie weszłam do środka piętrowego budynku, a zaszłam od tyłu, by wejść przez warsztat. Zastałam tam, jak zwykle, mojego ojca, który od samego rana grzebał pod maską sędziwego gruchota, który zapewne należał do któregoś z klientów. Przywitałam się z nim ciepłym uściskiem, jak to ojciec z córką, uważając przy tym, by nie pobrudzić się smarem. Znając życie pewnie już mnie czymś tatulek wysmarował...
Gdy tylko przywitałam się z mamą, która wmusiła we mnie drugie śniadanie, pobiegłam po schodach na górę, gdzie pewnie mój najmłodszy brat jeszcze spał. Stanęłam przed drzwiami do jego pokoju, po czym lekko je uchyliłam. Widząc jego spokojną buziuchnę pogrążoną w głębokim śnie uśmiechnęłam się pod nosem, zamknęłam drzwi i na palcach przemierzyłam kilka metrów, by dostać się do mojego pokoju na końcu korytarza. Jak tylko się w nim znalazłam, od razu zabrałam się za ściąganie przepoconych ciuchów, które wylądowały obok łóżka na podłodze. Niemal goła poczłapałam do dużej szafy, by znaleźć jakieś przyzwoite ciuchy. W ręce wpadła mi moja ulubiona czarna koszulka oraz zwykłe, również czarne jeansy. Ubrałam to wszystko na siebie. Po drodze zgarnęłam jeszcze z wieszaka moją skórzaną ciemnobrązową kurtkę.
Schodząc na dół natknęłam się na Katsuyę, który musiał przed chwilką się wybudzić. Jego czarne kręcone włosy sterczały na wszystkie strony, zaś pyzate poliki zdobiły dwa różowe rumieńce. Jak tylko jego czarne oczka spojrzały w moim kierunku, zaspanie poszło w niepamięć, a zamiast niego pojawiła się czysta i szczera radość. Maluszek podbiegł do mnie, a ja jednym sprawnym ruchem wzięłam go na ręce. Jako dwulatek swoje już waży, jednak mnie jego ciężar nie przeszkadza.
– Soja soja...! – wykrzyczał mi wprost do ucha.
– Cześć Katsu – przytuliłam brata do siebie jeszcze mocniej. – Poszukamy mamę? – spytałam, a mały pokiwał głową na tak. Mimo dwóch lat Katsuya nie mówi za wiele, co trochę nas niepokoi. W tym wieku dzieci powinny już zaczynać wypowiadać całe zdania, a on ogranicza się jedynie do imion i kilkunastu słów. Może z czasem mu to minie...
Zeszłam po schodach z powrotem na dół, gdzie rodzice już siedzieli przy stole. Popijali swoją poranną kawę, jak co dzień. Usadowiłam małego na jego specjalnym krzesełku, a sama zajęłam swoje stare miejsce po lewej stronie taty, jednocześnie naprzeciwko mamy. Sięgnęłam po dzbanek z wodą, po czym nalałam sobie do szklanki.
– Jak w szkole? W zeszłym tygodniu dyrektor nie wzywał nasz do siebie – tato zagadał do mnie, odstawiwszy swój kubek na stół.
– Obiecałam, że będę grzeczna, więc jestem – odpowiedziałam nie patrząc na rodziciela. Nie musiałam nawet tego robić, by wiedzieć, że podejrzliwie zmarszczył te swoje bujne brwi.
– Ostrzegam cię, młoda damo. Jeśli znowu coś kombinujesz...
– Oj tato... wyluzuj! Obiecałam ci coś, tak?
– Trzymam cię za słowo. – Tata machnął w moją stronę nożem upaćkanym masłem, co mama skomentowała pobłażliwym uśmiechem patrząc to na mnie, to na swojego męża, a mego ojca. Potem zajęła się karmieniem Katuyi.
– To kto dzisiaj się zajmie małym po południu? – spytała ni stąd ni zowąd. Przy stole zrobiło się nagle dziwnie cicho. Tata spojrzał na mnie, potem na mamę, aż wreszcie jego wzrok wylądował na zegarku.
– Ooo, już ta godzina..?! Muszę lecieć do warsztatu...
– C-co..? Ej, tato..! –  chciałam już zaprotestować, bo ten stary zgred znowu chciał się wywinąć, no ale nie zdążyłam nic więcej powiedzieć, ponieważ tata zniknął w ułamku sekundy. Nienawidzę, gdy używa swojej magii błyskawicznego przenoszenia. Cholerny mag burzy...
– No dobra, zaopiekuję się Katsuyą. Ale wieczorem chcę mieć wolne. Muszę ćwiczyć. – Popatrzyłam lekko zrezygnowana na srebrnowłosą kobietę przed sobą. Mimo czterdziestu sześciu lat, moja mama wygląda jakby miała ze trzydzieści, nie więcej. Bycie szamanką i biologiem w jednym wychodzi jej na zdrowie.
Po południu, spakowałam potrzebne rzeczy i razem z Katsu wybrałam się na dzisiejszy mecz koszykówki w Auris. Nasza szkoła gra z drużyną konkurującej z nami placówki, a że małemu podobało się poprzednim razem to stwierdziłam, że wezmę go znowu. Tak więc, szliśmy sobie w stronę szkolnej sali gimnastycznej, która powoli wypełniała się kibicami.
Zajęłam miejsce na jednym z niższych rzędów, by móc tłumaczyć małemu co i jak. Katsu patrzył na grających jak zaczarowany. Bił brawo za każdym razem, gdy nasi zdobyli punkt. Byłam tak zaoferowana bratem, że dopiero po pewnym czasie zdałam sobie sprawę z tego, kogo oklaskuję. Prychnęłam pod nosem rozpoznając Gbura, który bawił się na parkiecie doskonale. Z niechęcią, wielką jak diabli, muszę przyznać, że dobry jest skurczybyk. Jednakże, brawura i zbytnie popisywanie się w jego wykonaniu są zbędne. Tak nie przystoi na boisku. To brak szacunku wobec rywala. Z każdym kolejnym koszem udowadniał swoją wyższość nad pozostałymi zawodnikami. Pokręciłam jedynie głową z dezaprobatą.
Po wygranym przez naszą drużynę meczu, wszyscy opuścili salę. Aby nie pchać się przez tłum postanowiłam poczekać, aż ludzie wyjdą. Jeszcze by któryś z nich popchnął małego,a ten by się nie daj Boże przewrócił... Matka by mi dopiero głowę suszyła. Minęło kilkanaście minut, a po tłumie nie było już śladu. Wzięłam małego na ręce i powoli zaczęłam się kierować do wyjścia z tej ogromnej hali.
– Nie nie... – Katsu zaczął się wykręcać we wszystkich kierunkach, przez co coraz trudniej było mi go utrzymać. Musiałam go postawić na podłodze, bo ten wiercił się jak opętany.
– Co się stało? – spytałam się malca, klękając przed nim na kolanach. Czarnooki chłopiec popatrzył na mnie, a potem na piłkę, która została pod koszem. – Chcesz się pobawić? – znowu spytałam, jednak tym razem uzyskałam odpowiedź.
– Tak, bawić. – Katsu pobiegł po piłkę, która okazała się dla niego dość ciężka – nie mógł jej ponieść, dlatego postawił ją na podłodze i zaczął w nią po swojemu kopać. Jego słodką buzię rozpromienił szeroki uśmiech, przez co i ja sama się uśmiechnęłam. Podeszłam do brata, usiadłam jakiś metr od niego i czekałam, aż kopnie do mnie pomarańczową piłkę. Gdy mu się to udało, zaczęłam bić mu brawo, przez co chłopiec uśmiechał się jeszcze szerzej. Wyczułam, jak ciśnienie wokół niego się zmienia co chwilę. Delikatne jego wahania to normalne w jego otoczeniu. To jeszcze dziecko, nie zdaje sobie jeszcze sprawy, że używa magii.
– No Katsu, kopnij do mnie! – krzyknęłam. Brat zamierzył się, ale nie trafił i upadł na pupę. Szybko się jednak pozbierał, chwycił piłkę w rączki i podniósł. Ja także wstałam, stanęłam za nim, złapałam pod pachy i uniosłam. – Chcesz trafić do kosza? – zwróciłam się do niego. Ten pokiwał głową na tak. Uśmiechnęłam się szerzej. Złapałam brata pewniej, mówiąc mu, by trzymał piłkę mocno. Zaczęłam biec w stronę kosza, a gdy byłam już wystarczająco blisko, za pomocą szybkości wyskoczyłam wysoko w górę. W ostatniej chwili mały przełożył piłkę przez obręcz. Wylądowałam pod koszek, zanosząc się śmiechem.
– No, a teraz... pobawimy się w berka! Uwaga, gonię...! – wykrzyczałam wesoło, gdy Katsuya zaczął przede mną uciekać. Bawiłam się z nim w najlepsze, aż nagle przystanęłam w miejscu widząc, kto wchodzi na salę. Gbur we własnej osobie. Katsuya akurat obejrzał się za mną, więc nie zauważył go i wpadł na jego nogi, przewracając się. Za pomocą swojej magii znalazłam się w ułamku sekundy przy bracie, który podniósł się na swoich łapkach i popatrzył na Kagamiego, a widząc jego wiecznie wkurwiony wyraz gęby przestraszył się i zaczął płakać. Błyskawicznie wzięłam małego na ręce i zaczęłam uspokajać.
– Ci... no już, no... Ten pan nic ci nie zrobi... Nie pozwolę mu cię skrzywdzić... – głaskałam braciszka po jego czarnych, lśniących włosach. Moje zaś były rozwiane. Zapomniałam je związać, przez co później będę mieć problem z rozczesaniem ich. Spojrzałam na tego bałwana groźnym, jednocześnie zatroskanym spojrzeniem. Katsu powoli się uspokajał. Wtulił się we mnie, czułam ciepło bijące od jego drobnego ciałka. – Już wszystko dobrze, kochanie – rzekłam nadal patrząc na Kagamiego. Mając brata przy sobie nie potrafiłam być zimna w stosunku do drugiej osoby. Przy bracie zachowywałam się tak, jak kiedyś. Kiedy żył Dorian... Katsuya odchylił się i popatrzył na mnie zapłakanymi oczami. Spojrzałam na niego czule, jednocześnie uśmiechając się jak do rodzonego syna. Prawą ręką starłam łezki z jego zaczerwienionej buzi. Postawiłam chłopca z powrotem na parkiecie, a ten, powoli podszedł do Gbura, wziął nieśmiało piłkę i wrócił do mnie. Jednak po chwili postawił pomarańczową kulę przed sobą i kopnął do Kagamiego. Piłka potoczyła się wolno wprost pod jego nogi. Popatrzył na małego beznamiętnym wzrokiem.
< Kagami? Dziecku odmówisz..? :D >
Ilość słów: 1468

wtorek, 30 stycznia 2018

Od Megu do Ktosia

- No to masz nowy dom Megu – mruknęłam do siebie beznamiętnie. – Oczywiście, jeśli da się to nazwać domem – dodałam, otwierając oczy.
Od wczoraj byłam tu, w akademiku. Mieszkam teraz w pokoju 44 (udajmy, że 4 jest moją ulubioną liczbą) sama, na szczęście. Mimo tego, że chciałabym nawiązać jakieś znajomości, boję się o to, że kogoś po prostu zabiję. Po prostu. Albo i nie po prostu – od dwóch miesięcy nic nie jadłam, ataki spowodowane głodem nachodziły mnie co chwila, nie potrafiłam już myśleć racjonalnie. Muszę coś zjeść – tylko to siedziało w mojej głowie. Dlatego bałam się kontaktu z kimkolwiek.
Spojrzałam na zegarek, była trzecia nad ranem. Uznałam, że warto byłoby wpaść do stołówki, tam pewnie znajdę coś do jedzenia. Nie chciałam jeść przy innych, nie to i nie po mojej głodówce. Nikt by mnie przez to nie polubił… Raczej…
Wstałam szybko, byłam już ubrana, więc sięgnęłam po kluczyk, wybiegłam z pokoju, w pośpiechu zamknęłam drzwi i popędziłam do stołówki. Szkoła była jeszcze pusta, ale o dziwo otwarta. Zatrzymałam się na chwilę i zaczęłam węszyć. Musiałam wyczuć cokolwiek, aby wiedzieć co gdzie znajdę, racja? Tym razem pokierował mnie zapach tego świństwa (czyt. normalnego jedzenia). Był po prostu wszędzie. Chociaż – pewnie mi się zdaje, racja? Nie czułam też żadnej krwi, więc zaczęłam się zastanawiać czy aby na pewno coś tu zjem. Jednak instynkt zabójcy znów dał się we znaki. Oczy z ludzkich przeszły na ghoulowe i już nie mogłam nad sobą panować. Pamiętałam tylko, że tam, gdzie znajdę ludzkie jedzenie, znajdę też pewnie i swojskie.
Drzwi do stołówki były zamknięte. Bez namysłu je wyważyłam i podążałam dalej za tym okropnym zapachem. Dotarłam do kuchni, gdzie znajdowała się ogromna lodówka. Otworzyłam ją i moje oczy ujrzały hermetycznie zapakowane nogi, ręce, palce, głowy… Co tylko bym zechciała! Chwyciłam pierwszą lepszą paczuszkę i zaczęłam jeść. Później druga, trzecia, czwarta… STOP!! Przestań Megu…
Zamknęłam lodówkę, moje oczy wróciły do normalności i odzyskałam pełną kontrolę nad sobą. Posprzątałam po sobie, ale naszła mnie jakaś depresyjna chwila… Zjadam ludzi. Muszę? To konieczne? Oni zabijają ich tylko po to, żebym mogła coś zjeść. To jest podłe…
Niechętnie podniosłam się, wyszłam z kuchni, zamknęłam drzwi i powoli wychodziłam ze stołówki. Spojrzałam jeszcze na zegar ścienny, który wskazywał godzinę siódmą dwadzieścia pięć.
- Długo ci zajęło – szepnęłam, spoglądając na drzwi. – O dziwo nie narobiłaś większych strat… Jakoś się wyjaśni…
Wyszłam ze stołówki i zaczęłam "zwiedzać" szkołę. Moje zwiedzać oznacza oczywiście patrzeć w ziemię i iść przed siebie. Przypadkiem kogoś potrąciłam.
- Przepraszam, nie chciałam… - wyprostowałam się.

< Ktoś coś? > 
Ilość słów: 423

Od Sho do Ktosia

Pierwszy dzień w nowym środowisku. Nosz... Dopiero co się tu przeprowadziłem, mniej niż tydzień temu, a już zostałem zmuszony do rozpoczęcia uczęszczania, w progi piekła zwanego szkołą. Sama nauka nie sprawia mi problemów. Ogólnie, jestem całkiem dobrym uczniem, zważając na różne wyróżnienia w dziedzinach matematyki i informatyki. Problemem są ludzie. W zasadzie, osoby, które ich przypominają. W końcu jesteśmy nadistotami. Zostałem zmuszony wynieść się z rodzinnego miasta, głównie ze względu na brak pracy i tym samym - brak pieniędzy. Rachunki przerosły wszelkie dorywcze prace, które znajdywałem z dnia na dzień. Krótko mówiąc, nie miałem zbyt wielkiego wyboru. Musiałem zostawić dotychczas dobrze znane mi miejsce i przyjaznych swojej osobie ludzi. Przynajmniej do czasu... Bo jeśli mnie nic nie powstrzyma, wrócę w rodzinne strony, znajdę pracę i utrzymam swoje własne mieszkanie... Chciałbym właśnie tam się zestarzeć i umrzeć. Na jakieś głębsze związki, pary, małżeństwa związane z tą okolicą nie liczę, biorąc pod uwagę moje zachowanie, jak i osobowość. Raczej żadna kobieta nie wytrzymałaby z takim narkomanem, jakim jestem. Hmf. Przynajmniej tak sądzę...
W każdym razie. Stanąłem przed tym dużym budynkiem po raz pierwszy w swoim życiu. Miałem świadomość, że będę na niego skazany przez kilkadziesiąt najbliższych miesięcy, ale... Eh, wszystko dla powrotu do swojej nienormalnej normalności. Zrobiłem kilka niedużych kroków, poprawiając towarzysząca mi torbę. Opadająca w tym momencie na moją twarz grzywka w niczym mi nie przeszkadzała. Można powiedzieć, że stanowiła tarczę przed gapiami... Przynajmniej z mojego punktu widzenia, bo ciekawscy ludzie zawsze się znajdą. Słysząc dzwonek, który sygnalizował prośbę o szybkie udanie się w kierunku klas, od razu mocno się wzdrygnąłem. W końcu nie znam planu tej szkoły, a właśnie w tym momencie miałem mieć lekcje w ów klasie numer trzydzieści sześć. Rozejrzałem się przerażony po korytarzu, szukając jakiejkolwiek pomocy starszego nauczyciela. Rówieśników pytać nie będę... Nie chcę niepotrzebnej konfrontacji. Zbyteczne. Dostrzegając jakiegoś faceta w średnim wieku, bez przeciągania nogi same powiodły mnie w jego stronę. Nienawidzę nie wiedzy, tak samo, jak obecności wypakowanych fagasów w obrębie pięciu metrów... Ugh.
- Przepraszam... - powiedziałem cicho, stając centralnie przed nim, żeby jakoś zwrócić na swoją osobę uwagę.
- Tak? - spojrzał na mnie, przymykając dotychczas przeglądany dziennik uczniów. Czułem, jak jego wzrok zabija mnie od środka. Pora umierać.
- Czy wskazałaby mi pan, gdzie znajduje się sala trzydzieści sześć? - podpytałem, na tę porę bez jakiegokolwiek przedstawiania się. Chciałem jak najszybciej zająć miejsce, do którego winienem się jak najprędzej udać.
- Właśnie zmierzam w kierunku tej sali. - powiedział, a na jego usta wkradł się cień uśmiechu. - Czy ty jesteś Sho? - wypalił nadzwyczaj pewien co do mnie, wciąż mając tą samą, z lekka prpzerażającą minę.
- T-Tak - skinąłem prawie niezauważalnie głową.
- Dobrze żołnierzu. Już myślałem, że za twoją niesubordynację, oberwie ci się już pierwszego dnia - od razu przyjął poważniejszą minę. - Podążaj za mną - dodał jedynie.
Bez odpowiedzi, posłusznie podążyłem za facetem. Jak się okazało, szukana przeze mnie sala, wcale nie była tak daleko. Na dodatek, przy jej drzwiach nie zauważyłem nikogo... Czyli wszyscy musieli być w środku... Większe skupienie na mojej osobie. Nie chcę tego przeżywać, błagam... Zniosę wiele, ale publiczne przemawianie przed obcymi osobami, nie jest moją mocną stroną.
- Czołem, dzień dobry - zasalutował facet, wchodząc przede mną.
- Czołem, prze pana! - odpowiedziała chórkiem klasa, równo podnosząc się z krzeseł.
Nauczyciel, jak i najwidoczniej mój wychowawca skierował w moją stronę znikomy uśmiech. Okropny uśmiech. Wszedł głębiej do klasy, stanowczym krokiem, najwidoczniej pełen energii. Pozazdroszczę.
- Chciałabym wam przedstawić nowego żołnierza - rzucił po kilku sekundach, mierząc każdego z kolei wzrokiem. - Sho Hinakawa, od dzisiaj będzie waszym kompanem - dodał, zwracając się w moją stronę.
Widocznie zestresowany przeszedłem krótki odcinek trasy, żeby po chwili znaleźć się przy mężczyźnie. Z początku jedynie wlepiałem wzrok w podłogę, ale gdy w końcu uniosłem głowę, moją uwagę zwróciła osoba siedząca w ostatniej ławce. Białowłosa dziewczyna, o krwistoczerwonych, z lekka różowawych oczach. Jestem pewien, że kiedyś ją widziałem... Te rysy twarzy, jak i dosyć specyficzny sposób ubierania się... Jedynie kolor tęczówek się nie zgadzał. Przyjaciółka, którą pamiętam z dzieciństwa, miała oczy w kolorze różu, delikatnego pudru. W zasadzie nie mogłem być pewien, czy to ona. Dziewczyna, o której mówię, również była nadistotą i wraz ze swoimi rodzicami mieszkała na tej samej ulicy. Gdzieś tak w momencie rozwijania się moich problemów psychicznych, pamiętam, jak słuch i ślad po niej zaginął. Rodzice wyjechali, a ona sama jakby wyparowała. Z kobietami jeszcze idzie mi się dogadać, więc przynajmniej spróbuję zagadać...
- Sho? - "otrzeźwiałem", dopiero gdy facet zaczął mi machać dłonią centralnie przed twarzą. Wzdrygnąłem się nieco. - Co jest? - spojrzał na mnie.
- Tak, przepraszam, ale muszę wyjść na chwilę do toalety... - wyszeptałem, po czym bez pozwolenia wybyłem z pomieszczenia.
Znowu przed moimi oczami pojawiła się ta scena. Martwe ciała. Zarówno moich rodziców, jak i... Tego widoku nie potrafiłem wymazać. Tak samo, jak twarzy facetów, którzy to zrobili... Widzę ich przed sobą... Noże, które zostawili... Tyle krwi... "Sho, tabletki... Nie brałeś leków podczas śniadania. Nic dzisiaj nie jadłeś, idioto" - wypaliłem do siebie, zmierzając za znakiem WC w stronę łazienek. Wciąż idąc, nie zaprzestawałem grzebania w torbie. Gdy dorwałem plastikowe pudełeczko, akurat wkroczyłem do wcześniej wspominanego pomieszczenia. Stanąłem przy umywalce, naprzeciw lustra, wysypując na rękę kilka małych psychotropów. Bez zastanowienia, połknąłem je, po czym popiłem wodą z kranu. Uzależnienie daje we znaki... Przynajmniej sprawdzę, jaka ilość mojego standardu wystarczy na dzień w szkole...
Słysząc skrzyp drzwi prowadzących do wyjścia z łazienki, odskakując, prawie uderzyłem się o przymocowany do ściany kran. Przeskanowałem niedowierzającym wzrokiem dziewczynę, która właśnie wkroczyła do środka. "Pomyliłem toalety?!" - wypaliłem do siebie w myślach.

<Jakaś dziewczyna? c: >
Ilość słów: 930

Witamy - Sho Hinakawa!

Imię i nazwisko: Sho Hinakawa
Pseudonim: Mów do niego jak żywnie ci się podoba. Nawet słysząc wyzwisko, będzie siedział cicho.
Wiek: 20 lat
Data urodzin: 26 grudnia
Płeć: Mężczyzna
Orientacja: Biseksualny
Partner: -
Klasa: II mundurowa
Kluby: Klub informatyczny
Rasa: Magicznie uzdolniony
Specyfika: Jeśli utrzyma dłuższy kontakt wzrokowy z daną osobą - co de facto zdarza mu się bardzo rzadko - jest w stanie ujrzeć kawałek jej bolesnych wspomnień. Umiejętność naprawdę przydatna, lecz skorzystał z niej zaledwie trzy razy w swoim życiu. Głównie ze względu na trud utrzymania jakiegokolwiek kontaktu.
Charakter: Na pozór Hinakawa wydaje się nieśmiałym człowiekiem, ponieważ rzadko coś mówi, a na dodatek cierpi na ciężką depresję. Jego dobrych znajomych można zliczyć na palcach jednej ręki. Ostatnimi czasy przeprowadzka utrudniła mu kontakt z nimi, co również odbiło się na jego psychice. O dziwo choroba nie przeszkadza mu w wypełnianiu obowiązków ucznia, a on sam czasami się odezwie bez powodu do innego człowieka. Zawsze stoi na uboczu, jedynie przyglądając się w ciszy przeróżnym sytuacjom, czy osobom. Podobnie postępuje w kwestii rozmów. Na pytania stara się odpowiadać zwięźle, zachowując przy tym obojętny — niektórzy nawet mówią, że przestraszony — wyraz twarzy. Nie da się ukryć, że w kontaktach międzyludzkich przeszkadza mu również sama barwa głosu, którą często zakłóca chrypka. Przez to nie można u niego spostrzec podnoszenia tonu. Posiada zdecydowanie lepsze stosunki z kobietami. Łatwiej mu się porozumiewać z płcią piękną niż tą do niej przeciwną. Nie przepada za spędzaniem czasu z osobami tej samej płci. Czuje się przy nich zdecydowanie słabszy, niż w rzeczywistości jest. Zarówno jego historia, jak i aktualny charakter robią z niego aspołecznego dzieciaka, nawet niestarającego się zaczerpnąć życia. Robi to w pełni świadomie. Widział, jak i doznał wiele, przez co sądzi, że ten świat nie może go już niczym ciekawym zaskoczyć. Dni są dla niego ciągnącym się, błędnym kołem, które przerwać może dopiero z momentem zgonu. Żyje, bo tak trzeba. Niekoniecznie chce, lecz również nie czuje powodów do jego zakończania. Raczej nie byłby w stanie samowolnie strzelić sobie w łeb. Ma również świadomość, że wszystkie tworzące się w jego głowie monologi, jak i oddziaływanie ich na świat są wynikiem nadmiaru mieszanek leków. Zna również wszystkie zagrożenia, które niesie za sobą takie zachowanie, lecz mimo to — nie ma zamiaru z nim zrywać.
Tak. Lekarze uroczyście stwierdzili, że jest uzależniony od narkotyków i innych psychotropów, dzięki którym pozwala swojej chorobie psychicznej na jakiś czas odejść. Porównywane jest to z alkoholizmem. Tym samym zawsze musi nosić ze sobą teczkę z najważniejszymi papierami, podpisanymi przez jakichś psychiatrów. Jednak ta "wada" nie przeszkadza jego umiejętnościom hakerskim, jak i zdolnością związaną z tworzeniem hologramów. Mówiąc jeszcze o jego "wyjątkowości", to w ciągu obiadu, czy zwyczajnego zajmowania się swym hobby, bez pohamowania potrafi opróżnić całą butelkę różnorodnych lekarstw do swojej miseczki z ulubioną przekąską — gotowanym ryżem. Nie jest "duszą towarzystwa", lecz "emo" również nazwać go nie można. Gdy ma lepszy dzień — czyli wtedy, gdy weźmie odpowiednio dużo leków — potrafi się uśmiechać, czy po prostu śmiać, jak i rozmawiać. Robi to, w co prawda z lekka przerażający, psychopatyczny sposób, lecz osobiście nie przeczy to jego głębokiej naturze sprzed kilkunastu lat. Niestety, posiadanie tego "gorszego dnia" zdarza mu się zdecydowanie częściej. Podczas jego trwania nawet leki nie pomagają, a ten staje się depresyjnym dzieckiem, podobnym do tego sprzed przepisania pierwszych pigułek. Oddala się od reszty, przy tym topiąc się w morzu swych rozmyśleń. Jest nazbyt skomplikowanym człowiekiem, przez co znacząca część populacji nie zachciewa poznać go bliżej. O ile — jak ma nadzieję — nie zmienił się pod tym względem, że za zaufaną osobę byłby w stanie zginąć.
Aparycja: Hinakawa posiada szare oczy i brudne, rude włosy, które pokrywają jego lewe oko. Jako że jego jedzeniem najczęściej są tabletki, czy zwykły ryż, jest z lekka wychudzony. Waga Sho zazwyczaj waha się pomiędzy 55, a 54 kilogramami. Mierzy sobie równe 175 centymetrów. Ubiór Sho składa się zazwyczaj z ciemnego garnituru, białej koszuli i czarnego krawata. W tym "elegancki" strój zakłóca jaskrawofioletowa podszewka, podwiniętych rękawów. Na zewnątrz nosi jasnobrązową kurtkę z kapturem, zapinaną na trzy żabki.
Głos: You Said You'd Grow Old With Me
Pokój: 3
Współlokator:
Zainteresowania: Gdy tylko znajdzie czas, stara się pracować nad rozwijaniem swoich umiejętności związanych z hologramami. Projektuje, szkicuje, po czym wszystko przenosi do programu. Podświadomie pragnie dojść do perfekcji, jeśli chodzi o tę dziedzinę informatyki.
Moce:
- Zamiana w cień. Może tym sposobem przechodzić przez korytarz, będąc praktycznie niezauważonym.
- Czytanie w myślach. Według mimiki twarzy, jak i zachowaniu wybranej osoby, może podświadomie domyślić się, o czym w danym momencie gdyba. Bardziej zalicza to jako umiejętność, lecz wie, że w jakimś stopniu ułatwiają mu to moce.
- Tworzenie przeróżnych broni za pomocą cienia: począwszy od zwykłych paralizatorów, przechodząc przez noże, a kończąc na bazookach.
Rodzina: Kazuko Hinakawa (matka) Shougo Hinakawa (ojciec)
Historia: Od dziecka był na swój sposób wykluczany ze społeczeństwa. Nie da się ukryć, że w szkole odgrywał rolę typowego popychadła oraz kozła ofiarnego. Zarówno problemy z rówieśnikami, jak i nagły wypadek rodziców mocno odbiły się na jego psychice. Popadł w ciężką depresję. Dopiero tułaczki po psychologach, psychiatrach i branie leków psychotropowych jakoś zaspokoiły myśli samobójcze i typowe zachowania chorej psychicznie osoby. Z Tokio przeniósł się tutaj, w celu opanowania swoich uporczywych mocy. Nie szły one w parze, z przebywaniem w ludzkim mieście.
Pupil: -
Inne:
- W niedalekiej przeszłości popadł w mocną depresję, przez którą uzależnił się od leków psychotropowych.
- Często w nerwach zdarza mu się przygryzać kciuk.
- Sypia mało, mniej więcej 2-3 godziny na dobę.
- Ma dużą wiedzę, jeśli chodzi o hologramy i leki psychotropowe.
- Jego ulubionym daniem jest najzwyklejszy, gotowany ryż.
- Jego ulubionym wyrażeniem jest "Daijoubu", wszystko jest w porządku. Można powiedzieć, że używa go nałogowo.
- Wspominając o wzroku, 0,7 (lewe oko), 0,9 (prawe oko),
- Do niektórych zwraca się zdrobniale "onee-san".
Kontakt: Anonim
Motto: "Nie wiem, czy dni mijają, czy ja mijam."
Inne zdjęcia:

Źródła zdjęć: Tumblr, Pinimg, Zerochan
Relacje:
Ważne opowiadania:

Upomnienia: 1/5

poniedziałek, 29 stycznia 2018

Od Kagamiego do Sorayi

Widząc, jak ta dziewczynka rzuca do kosza, miałem chęć się śmiać. Co to za chwyt. To, że trafiła, nie znaczy, że dobrze rzuca. Wstałem niemal natychmiast, chwytając piłkę w locie, a potem z drugiej połowy boiska rzuciłem na oślep, a piłka idealnie trafiła w środek obręczy. Otrzepałem dłonie, piorunując spojrzeniem czarnowłosą. Żałosna jest. Prychnąłem pod nosem, a potem ponownie wróciłem do rzucania do kosza. Miałem jednak dziwne wrażenie, że ta dziewczynka z zapałkami się znowu obejrzała. Ha, miałem rację. Spiorunowałem ją spojrzeniem, a po chwili zauważyłem idącą w moją stronę Riko-dziewczynę Hyugi. Weszła na boisko, a ja dostałem ręką w głowę.
-Jak pisze do ciebie kapitan, to odpisz ty cholerny bożku!-warknęła.-A teraz zaprowadzę cię jak mamusia synka, prosto na salę gimnastyczną. Tam, w nagrodę dostaniesz kilka kółek wokół sali.
Riko pochwyciła moją dłoń i zaczęła mnie ciągnąć w stronę sali. Ledwo co pochwyciłem swoją piłkę i torbę. Głupia brunetka. Wiecznie jest wszędzie i zawsze wie, gdzie ktoś przebywa. Ma jakiś radar we łbie?! Po piętnastu minutach drogi weszliśmy na salę, a tam od razu miałem się przebrać i zacząć biegać. Dobrze, że Riko złapała mnie wcześniej. Mogłem szybko wykonać rozgrzewkę, a potem grać do upadłego!
---
Po zbiórce całej drużyny, byliśmy gotowi. Po chwili jednak do sali weszli jacyś nieznani nam gracze, przez co w każdym z nas uruchomił się tryb zwany ,,Wygramy". Wiedzieliśmy, że czeka nas towarzyski. W moich oczach zapaliły się ogniki podniecenia. Walka, walka, walka! Nie znałem ich teamu, czyli będzie ciekawie. Strzeliłem palcami, a po chwili sala zaczęła zapełniać się ludźmi. Czy naprawdę musieli ten mecz zrobić otwarty? Teraz będą na tych trybunach uderzać w jakieś nie wiadomo co. Po chwili dojrzeliśmy też nasze szkolne cheerleaderki, które wykonały swój układ. Potem stanęliśmy na środku boiska, zażyczyliśmy sobie miłej gry, a potem wszystkie pionki ustawiły się na planszy. Zmrużyłem oczy, przyglądając się ich ustawieniu. Hm... Mają niskiego obrońcę, ale wysokiego skrzydłowego. Coś tutaj nie gra. Strzelam, że to właśnie ich skrzydłowy od razu zacznie mnie bronić. Strzeliłem sobie karkiem, a potem się uśmiechnąłem. Słysząc dźwięk gwizdka, jak strzała pobiegłem w stronę środka. Nasz rozgrywający podał mi piłkę, a ja wymijając z łatwością ich drużynę, wsadziłem piłkę do kosza z impetem. Ha... Czyli mają wolny orient. Ziewnąłem,
przeciągając się, a potem wróciłem na swoją stronę boiska. Po chwili rozpoczęły się wiwaty i owacje, choć to dopiero początek. Z moich oczu powoli zaczęła wydobywać się błyskawica, a raczej jej iskierki. No dawajcie... Pokażcie mi, na co was stać. Rozgrywający przeciwnej drużyny, ruszył w kierunku kosza, oddalając się ode mnie. Aha, czyli starają się trzymać mnie na odległość.
Szybko się rozejrzałem, a potem pognałem w stronę piłki. Zagrodziłem drogę chłopakowi, a po chwili zapadłem w Zone. Moja twarz przybrała poważny wyraz. Spojrzałem w jego stronę z determinacją. Nie dam się pokonać, a na pewno nie dla takich słabiaków. Kiedy przerażony rozgrywający się ocknął z transu, piłka już dawno była w moich rękach. Kapitan przeciwników coś krzyknął, aby mnie kryć, ale chyba im się nie udało, bo zaliczyłem kolejny kosz. Tym razem postarałem się wsadzić piłkę delikatniej, aby w środku meczu nie było przerw technicznych, a tym samym, aby nie wyjść z Zone. Jak już teraz w nim jestem, to na co się wysilać.
---
Cały nasz mecz skupiał się głównie na naszych punktach. Dobra, czasami udawało im się zaliczyć kosza, ale na pewno nie było to coś, co spowodowałoby naszą przegraną. Kiedy w ostatnich sekundach wyskoczyłem z linii rzutów wolnych, rzucając z impetem piłką w tablicę, wszyscy na sali wstrzymali dech. Meteor Jam to moja specjalność i chyba cud by musiał się stać, abym nie trafił. I tak się stało. Nasz wynik podniósł się jeszcze o 3 punkty. 110 do 30 dla nas. Spojrzałem na kapitana, który wraz z resztą drużyny biegli do mnie. Uśmiechnąłem się, kiedy Hyuga zarzucił mi dłoń na ramię, a wszyscy zaczęli coś tam gwizdać, piszczeć, wrzeszczeć. Wyszedłem z Zone, a potem wraz z teamem zszedłem z boiska. Po kilkunastu minutach ubrany w zwykłą, obciskającą koszulkę, spodnie oraz z ręcznikiem i torbą na ramieniu, opuściłem salę. Riko postanowiła dać nam odpocząć, abyśmy jutro przyszli na trening. Znając innych, na pewno by się polenili, ale ten wilczek z radarem by szybko ich zgarnął i ukarał kilkunastoma kółkami. Ziewnąłem, a potem wyjąłem spod koszulki mój łańcuszek z pierścieniem. Obejrzałem go, a potem delikatnie się uśmiechnąłem.
-Sorry tatku, ale dzisiaj chyba sobie odpuszczę przemianę.-powiedziałem dość cicho.
Napis na wewnętrznej stronie sygnetu zabłyszczał czerwienią, a z tym stał się wyraźniejszy do przeczytania. ,,Kagami Aisaka Taiga-Bóg Śmierci".

< Soraya? >
Ilość słów: 746

Od Sorayi do Kagamiego

No ja się chyba przesłyszałam... Co za gbur! Do tego jaki niekulturalny. Przyznałam się do błędu, przeprosiłam. Na zgodę podałam mu rękę. Co jak co, ale odrobinę ogłady jednak w sobie mam. Gdy podał mi telefon, obejrzałam go dokładnie, choć w tych egipskich ciemnościach nie dostrzegłam zbyt wiele. Gdy już chciałam otworzyć usta, by mu podziękować, ten wyjechał do mnie z takim tekstem, że aż zaniemówiłam. Zbeształ mnie z góry na dół. Skończywszy na mnie warczeć, odszedł w swoją stronę. A i dobrze. Ze złości, która na nowo zaczynała się we mnie gromadzić, zacisnęłam zęby i także ruszyłam w swoją stronę. Ten niemiły głos zapamiętam sobie, oj zapamiętam.
– Co za prostak... cham i prostak... – mruczałam wściekle pod nosem, wchodząc do swojego pokoju w akademiku.
Wściekła, trzasnęłam drzwiami tak mocno, że te prawie wypadły z zawiasów. Torbę z ciuchami z ćwiczeń rzuciłam w kąt, a sama rzuciłam się na łóżko. Ukryłam twarz w poduszce, aby następnie zacząć w nią krzyczeć. Stłumiony wrzask rozległ się w na wpół pustym pomieszczeniu. Łóżko obok mnie, jak i szafa ciągle stały puste. Jak dotąd nie przydzielono mi żadnej lokatorki. Może to i dobrze? Jakbym miała użerać się z dziewczyną, która chodziłaby cała na różowo... Nie, tego bym nie zniosła. Taka dawka pozytywnej energii by mnie po prostu zabiła. Ale najpierw bym zwymiotowała tęczą. Myślami wróciłam do sytuacji sprzed chwili. Jak ten kretyn mógł tak źle mnie potraktować?! Za kogo on się w ogóle uważał? Kagami... To imię coś mi mówiło, ale... postanowiłam wyrzucić je ze swojej pamięci. Koleś jest już u mnie przegrany. Boże, czemu muszę żyć wśród takich ludzi? Zabrałeś mi dziadka, babcię – najfajniejszych ludzi pod słońcem, Doriana... Zabrałeś mi osobę, która była dla mnie więcej, niż wszystkim, a na drodze zaś stawiasz takie mendy jak Kagami. To nie jest fair. Ani trochę. Do moich oczu zaczęły się cisnąć niechciane łzy, przez co zezłościłam się jeszcze bardziej. Zerwałam się z łóżka, szybkim ruchem starłam słoną ciecz hańby z twarzy. Podeszłam do komody, wyjęłam z górnej szuflady piżamę, czyli bluzę i krótkie spodenki, po czym udałam się do łazienki wziąć prysznic.
Ciepła woda sprawiła, że chociaż część negatywnych, kłębiących się w mojej głowie emocji odeszło w siną dal. Postanowiłam, iż nie będę już zaprzątać swojej bystrej główki kimś takim jak Kagami. Do życia jest mi on absolutnie zbędny, tym bardziej jego złośliwe uwagi. Takich ludzi nie ma co żałować. Kładąc się spać, sięgnęłam jeszcze raz po telefon. Odblokowałam go, nacisnęłam odpowiednią ikonkę i moim zmęczonym oczom ukazała się galeria zdjęć. Uśmiechnęłam się lekko, rozpoznając na nich swoją rodzinę. Zdecydowaną większość z nich stanowił Katsuya. Mały rośnie jak na drożdżach. Uwieczniałam wszystkie śmieszne momenty z nim w roli głównej na pamiątkę. Westchnęłam głośno. Katsu to niezły urwis, jednakże mój uśmiech wyparował, gdy na wyświetlaczu pojawiło się zdjęcie moje i Doriana. Byliśmy na nim razem, uśmiechając się i patrzący na siebie nawzajem. Nie widzieliśmy poza sobą niczego. Nasza miłość była prawdziwa, na wieki... Była... Tym razem nie wstrzymywałam swoich łez. Słone krople zaczęły spływać po mojej twarzy, mocząc poduszkę kolejny już raz. Moje cierpienie, pomimo upływu czasu nie osłabło. Jedynie skryło się, i to tak głęboko, iż sama czasami się zastanawiam, gdzie ono się podziało. Czuję, że gdzieś ono jest, czasami na krótkie momenty udaje mi się o nim zapomnieć, na przykład w tańcu. Jednak w najmniej spodziewanych chwilach, ból pojawia się znowu i to zwielokrotniony. Najczęściej w nocy. Upuściłam telefon na podłogę, zanosząc się cichym szlochem. Dorian, tak strasznie za tobą tęsknię...
Budząc się rano, zdałam sobie sprawę, że jest sobota, czyli nie musiałam się szykować do szkoły. Przeleżałam dobrą chwilę w cieplutkiej pościeli. Tak strasznie mi się nie chciało z niej wychodzić, ale, niestety, poranne ćwiczenia same się nie zrobią. Muszę trzymać formę. To pomaga mi w kontrolowaniu swojej magii, a za nic w świecie nie chcę stracić nad nią panowania. Lata katorżniczej pracy miałyby tak po prostu pójść na marne? Nie ma mowy! Dziadek by się chyba w grobie przewrócił i zesłał na mnie takie gromy, że bym popamiętała to do końca swych marnych dni. Tak więc wywlekłam swoje płaskie dupsko i resztę ciała, z wygrzanego wyrka. Ubrałam na siebie przylegający czarny top do ćwiczeń, dresowe, także czarne spodnie i wygodne buty do biegania. Na stoliku nocnym znalazłam swoje białe słuchawki a pod łóżkiem telefon. Poranne bieganie bez muzyki kategorycznie nie wchodzi w grę. Wyszłam z pokoju, wiążąc włosy w wysokiego kuca czerwoną wstążką, którą zawsze noszę na nadgarstku. Wisiorek z błyskawicą i wstążka – moje dwie najcenniejsze rzeczy. Moje skarby. Pokierowałam się do stołówki, gdzie kilkoro uczniów już zajadało się swoimi posiłkami. W oddali dostrzegłam moją przyjaciółkę Lily z jej chłopakiem i Oktaya, jednego z moich braci. Odebrawszy swoją porcję specjalnie zabezpieczonych błyskawic, kartonu mleka i jabłka, ruszyłam w stronę przyjaciół. Najedzona, pożegnałam się z resztą, wytrąciłam bratu z ręki ostatni kawałek kabanosa, który poturlał się po podłodze i z wrednym uśmiechem udałam się do wyjścia. Obelgi Okesia słyszałam jeszcze będą już na korytarzu...
Biegłam swoim tempem, zasłuchana jak to zazwyczaj, w dźwięki ulubionych piosenek. Z czasem zaczęłam biec coraz szybciej. Po pożywnym śniadaniu miałam masę energii, którą chciałam spożytkować jak najlepiej. Może wpadnę dzisiaj do domu i porobię coś z rodziną? Tak, to dobry pomysł. Wybiegłam z parku, odczuwając już leciutkie zmęczenie, lecz to mnie nie powstrzymywało, by zwolnić tempo. Normując oddech, gnałam z porannym wiatrem, który muskał moją twarz. Rozwiewał długie, ciemne włosy. W pewnej chwili zwolniłam do truchtu, po czym wykonałam sekwencję piruetów. Rano nikt nie zapuszcza się w okolice miejskiego boiska do koszykówki, dlatego byłam pewna, że nikt mnie tu nie zobaczy. Przystanęłam na chwilę, by wyjąć słuchawki z uszu. Zgięłam się lekko, by móc oprzeć się rękami o kolana. Mój przyspieszony oddech powoli dochodził do normalnego stanu, gdy nagle usłyszałam, jak ktoś powiedział kurwa. Ten głos wydał mi się znajomy, dlatego rozejrzałam się po okolicy. W pierwszej chwili nikogo nie zauważyłam, lecz dziwne uczucie nie pozwoliło mi odejść. Coś kazało mi iść w stronę boiska do kosza. Poprawiłam wstążkę, mocniej związując sobie włosy, które jak zwykle żyły swoim własnym życiem.
Wchodząc na boisko, od razu pożałowałam, iż tam poszłam. Mój dobry humor prysł w jednej chwili niczym bańka mydlana, gdy wyczułam Jego obecność – tego niekulturalnego kretyna z wczoraj. Zdążyłam się jedynie obrócić się na pięcie, jednak wtedy zdałam sobie sprawę, że zachowuję się jak tchórz. Od kiedy to JA uciekam z podkulonym ogonem?! To do mnie niepodobne. Nie dam temu kretynowi tej satysfakcji. Dlatego, wciągnęłam powietrze do płuc, opanowałam swoje nerwy i z gracją baletnicy (którą przecież jestem) zaczęłam iść w kierunku chłopaka siedzącego na ziemi. Jakieś dwa metry od niego znajdowała się piłka do kosza. Bez jego pozwolenia wzięłam ją w ręce, odbiłam trzy razy, po czym wykonałam perfekcyjny rzut za trzy punkty. Odchodząc, spojrzałam przelotnie na czerwonowłosego. Nasz kontakt wzrokowy nie trwał długo, aczkolwiek było w nim coś... dziwnego. Wczoraj w nocy nie mogłam dostrzec dokładnie jego twarzy, natomiast teraz to co innego. Boże, serio? Uczyniłeś tego chama takim przystojniakiem? W dodatku z niezłym ciałem...? Ty nie masz dla mnie litości... Przełknęłam szybko ślinę. Rzuciłam mu ostatnie spojrzenie przepełnione chłodem, pewnością siebie i obojętnością do jego osoby. Nieważne, czy mnie rozpoznał, czy nie. Mam to głęboko gdzieś. Koleś ze swoją wredną, ale i też przystojną mordą, jest u mnie skreślony...! Musiałby się stać cud, abym zwróciła na niego większą uwagę...

< Kagami..? Podpadłeś...>
Ilość słów: 1218