piątek, 2 lutego 2018

Od Kagamiego do Erena

Kiedy chłopak rozłożył skrzydła do lotu, sam bardzo szybko przemieniłem swój tatuaż na plecach w białe, pierzaste skrzydła. Podleciałem do niego, aby go zatrzymać. Wiem, bał się. Czułem jego strach, czułem, jak jego wnętrze jest niszczone, czułem, jak traci harmonię. Może nie mam panowania całkowitego nad mocami, ale byłem zdolny pomóc komuś, kto jest taki sam jak ja. Złapałem jego ramiona. Był przerażony. Uśmiechnąłem się delikatnie, czochrając go po głowie.
-Głupiś bożku. Na kij ty uciekasz? Jesteśmy podobni. Nie masz czego się bać. Kto wie, może mieliśmy się spotkać, aby pokazać sobie nawzajem, że są osoby do nas podobne?-rzekłem uśmiechając się.
-Chciałbym w to wierzyć...Ja tu próbuje powstrzymać katastrofę, a ty mi morały prawisz.. Dobry jesteś... Haha...
Pstryknąłem go w czoło, przez co ten wydał z siebie dziwny dźwięk niezadowolenia. Był śmieszny, ale na pewien sposób wiedziałem co czuje. Może nie miałem dokładnie tego samego, jednak... Choć te kilka małych rzeczy. Poklepałem niższego ode mnie chłopaka po głowie, ale to chyba akurat przyjął. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, a ja z uśmiechem podałem dłoń dla Erena.
-Chodź. Polecimy sobie gdzieś. Powiedzmy, że to będą przeprosiny za to, jak nazywałem twojego... Psa, wilka...Twojego pupila.-powiedziałem.
Obaj uścisnęliśmy swoje dłonie, a potem wraz z chłopakiem wleciałem na niebo, które pokrywały fioletowo-pomarańczowe chmury. Coraz mocniej widoczny był księżyc. Piękny, okrągły, ładnie wyróżniający się na niebie, które powoli przybierało odcień granatu i czerni. Bardzo dużo czasu spędziliśmy na skrzydłach, a w drodze powrotnej urządziliśmy sobie wyścig, jednak uzyskaliśmy remis. Weszliśmy do naszego pokoju poprzez balkon, a potem z głębokim westchnięciem opadłem na łóżko, śmiejąc się w pościel. Spojrzałem na Erena. Wyglądał o wiele lepiej. Jego wnętrze nadal było niszczone, ale harmonię już utrzymał. Cień położył się obok mnie w tej samej pozycji, co wyglądało przekomicznie. Potem jednak wróciłem do powagi. Na końcach moich palców zaczęły strzelać iskierki, więc zostałem zmuszony do medytacji. Podszedłem do pustej ściany, stając na moich dłoniach. Medytacja stojąc na rękach to dziwny sposób odprężenia, ale na mnie działał. Zamknąłem oczy, starając się oczyścić umysł. Od razu się mi lepiej. Bałem się, że jeżeli nie uspokoję emocji, mogę wybuchnąć. To okrutna prawda. Po kilkunastu minutach wróciłem na ziemię. Spojrzałem na żółtkookiego, który tam miział swojego wilka. Nie chciałem mu przeszkadzać, przebrałem się i rzuciłem na łóżko.
-Oi, Eren-kun, myślałeś kiedyś jakby to było nie być półbogiem?-zapytałem tak nagle.
Ułożyłem dłonie pod swoją głową, przyglądając się ciekawemu sufitowi. Był bardzo ładny.
<Eren? :P>
Ilość słów: 399

Od Sorayi do Kagamiego

Zabolało, gdy mną szarpnął, jednak nie miałam siły się sprzeciwić. Usadowił mnie na krześle. Nie zważając na brak delikatności, zaczął polewać moją ranę na głowie wodą utlenioną. Gdy ciecz zetknęła się z moją rozciętą skórą, aż się wzdrygnęłam. Chciałam odepchnąć od siebie chłopaka, lecz ten tylko mocniej mną szarpnął. Byle jak zabandażował mi głowę, w ogóle nie przejmując się tym, iż przez niego cierpiałam jeszcze większe męki. Kiedy skończył, machnął jedynie ręką w moim kierunku, po czym skierował się do wyjścia. Krzyknęłam, by mi wyjaśnił, dlaczego jest do mnie aż tak uprzedzony. Zatrzymał się, zaszczycił tym swoim pogardliwym spojrzeniem i powiedział, że gardzi żywiołakami. Potem pożegnał się i po prostu wyszedł, trzaskając drzwiami. Jego słowa sprawiły, że coś we mnie zawrzało, a następnie pękło. Za takie słowa... Za takie poglądy wobec innych zostanie surowo ukarany. I mówi to ktoś, kto jest dzieckiem boga. To było dla mnie nieprawdopodobne. Jak można być takim człowiekiem? Skreślił mnie, uznał na nic nie warte stworzenie, tylko i wyłącznie dlatego, że jestem żywiołakiem... Ktoś taki w moich oczach staje się automatycznie nikim. Jego marne wytłumaczenie odnośnie do braku sympatii do mojej osoby było godne pożałowania. Patrzyłam jeszcze przez dłuższą chwilę na drzwi, które zamknęły się za czerwonowłosym z hukiem. Prychnęłam pod nosem, jednocześnie podnosząc się do góry. Zdjęłam z głowy bandaż, rzuciłam go niedbale na stół. Zdziwiłam się nieco, widząc dość sporą ilość krwi, jednakże obraz coraz mocniej mi się zamazywał, więc plama na materiale mogła mi się tylko taka wielka wydawać. Czułam się zmęczona, bardzo zmęczona. Nogi odmawiały mi posłuszeństwa. Tak strasznie chciało mi się spać, dlatego zostawiłam bałagan w kuchni i poszłam do drugiego pokoju. W progu zostawiłam swoje buty. Na łóżko położyłam się powoli, uważając na swoją zranioną głowę. Czułam okropne szczypanie spowodowane wodą utlenioną, a także lekkie mdłości i ten paskudny ból, który po torturach Gbura stał się jeszcze silniejszy. Ułożyłam się na boku, twarzą do drzwi, które pozostawiłam otwarte. Oddychałam coraz ciężej. Zazwyczaj sen przychodził w inny sposób, nie czułam takiej niemocy w sobie. Teraz... teraz czuję się, jakby uchodziła ze mnie cała moja siła życiowa. Moje powieki, tak bardzo ciężkie, niczym ołowiane, opadły na oczy i już się nie podniosły...
~*~
Obudziło mnie mocne szturchanie, którym towarzyszyły znajome mi krzyki, aczkolwiek nie mogłam ich w pierwszej chwili skojarzyć. Gdy tworzyłam z trudem oczy, a przyszło mi to z bardzo wielkim trudem, ujrzałam przed sobą twarz. Znałam tę twarz. Skąd ja ją znałam...?
– Sor... Sor! Obudź się...!
– Siostra, nie rób nam tego!
– Smarku, obudź się, no...!
Nie potrafiłam ich rozpoznać. Gdzieś z tyłu głowy słyszałam cichy głos, że znam tych ludzi i to bardzo dobrze. Jednakże nie potrafiłam im odpowiedzieć. Nie mogłam się ruszyć, gdyż ból głowy był nie do opisania. Otworzyłam usta, aby coś wypowiedzieć, lecz zamiast słów z mojego gardła wydobył się cichy jęk.
– Otworzyła oczy, całe szczęście... – powiedział ktoś obok mnie.
– Soraya, co się stało? Kto ci to zrobił...? – dopytywał kolejny ktoś.
– Zabiję jebanego skurwiela... przysięgam... – Nie wiem czemu, ale to mnie akurat rozśmieszyło. Potem poczułam, jak ktoś bierze mnie na ręce, co oczywiście przysporzyło mi dodatkowych cierpień. Jęknęłam w ramię tego kogoś, kto mnie niósł. Następnie nie pamiętam, co się stało, ponieważ znowu moje powieki opadły.
~*~
Obudziłam się, gdy słońce na niebie dopiero wstawało, dlatego stwierdziłam, że musiało być rano. Chciałam się podnieść, jednak kłujący ból głowy uniemożliwił mi to. Moja ręka powędrowała do bolącego miejsca i spoczęła nie na włosach, a na materiale. Ktoś  drugi raz i tym razem o wiele porządniej zabandażował mi głowę. Ponowiłam próbę wstania i ty razem udało mi się. Zwlekłam się z łóżka ostrożnie, po czym powędrowałam do łazienki. Jak tylko mój wzrok spoczął na mym odbiciu w lustrze, aż sama się przeraziłam. Wyglądałam okropnie. Cała głowa obandażowana, włosy, posklejane krwią w stronki zwisały niechlujnie. Skóra, zazwyczaj mlecznobiała, teraz była trupio blada. I ta krew... Połowę ubrania miałam ubrudzoną zakrzepłą juchą.
Wyglądałam niemal tak samo, jak wtedy...
Wyciągnęłam drżącą dłoń, by dotknąć własne odbicie. Momentalnie do oczu wkradły mi się łzy. Wspomnienia, te straszne wspomnienia znowu pojawiły się w mojej głowie...
– Sor, czemu wstałaś? Powinnaś leżeć – usłyszałam za sobą męski zatroskany głos, lecz nie zareagowałam na niego. Stałam jak sparaliżowana, nie mogąc się ruszyć choćby o milimetr. Ten ktoś za mną podszedł do mnie, położył delikatnie swoje zakrwawione dłonie na moich trzęsących się ramionach. Dopiero to mnie wyrwało z odrętwienia. Tym kimś okazał się Oktay, jeden z moich starszych braci. Przytulił mnie do siebie, uważając, by nie sprawić mi bólu. – Siostra, już dobrze. Już wszystko dobrze...
Nie potrafiłam powstrzymać lejących się łez. Odruchowo wtuliłam się w brata mocniej, tak bardzo potrzebowałam tego w tamtej chwili.
Gdy się jako tako uspokoiłam, opowiedziałam braciom, co się stało, lecz sytuację z Kagamim pozostawiłam jedynie dla siebie. W międzyczasie Tobiraya zabezpieczył magicznie moją ranę, przez co nie musiałam już nosić bandaża, który wyglądał po prostu strasznie. Dostałam od Matayasa jego koszulkę, w którą się później przebrałam, gdyż moja nadawała się już jedynie do spalenia. Żadna pralka by nie sprała takiej ilości krwi. Najstarszy brat podał mi również specjalne środki, które miały mi pomóc ukoić nerwy i uśmierzyć ból. Na szczęście leki zaczęły szybko działać, dzięki czemu mogłam opuścić w towarzystwie Oktaya i Matayasa mieszkanie Tobisia.
Obraliśmy drogę obok cmentarza, który znajdował się tuż przy parku. Chciałam iść do Doriana, odwiedzić go, jak co miesiąc. Tak, to dzisiaj jest TEN dzień. To już pół roku... Gdy dotarliśmy przed odpowiedni grób, poprosiłam braci, by mnie zostawili. Nie chcieli tego zrobić, zważywszy na mój obecny stan, lecz po poproszeniu ich po raz któryś i zapewnieniu, że wszystko ze mną w porządku, ulegli. Zostając z moim ukochanym sam na sam, patrzyłam długo na wygrawerowane imię na pomniku. Mimo iż po części dotarło już do mnie, że to, co się stało oraz to, że nie ma go już wśród żywych, nadal nie mogłam pogodzić się z myślą, że to właśnie on musiał umrzeć. Dlaczego padło akurat na niego? Dlaczego Śmierć tak szybko mi go odebrała? Przełknęłam gulę, która znikąd pojawiła się w moim gardle. Dlaczego mój Dorian...? Zacisnęłam zęby, by tylko nie zacząć krzyczeć. Ukryłam zapłakaną twarz w dłoniach, by po chwili opaść na ławkę i zanosząc się cichym płaczem. Śmierć nie jest sprawiedliwa. Zostawia przy życiu tych, którzy nie zasługują na dar życia, a odbiera je tym, co mieli przed sobą praktycznie wszystko. Jakbym tylko miała możliwość, powiedziałabym Bogowi Śmierci, co o nim myślę. Nienawidzę go z całego serca. Nienawidzę za to, że odebrał mi osobę, którą kochałam ponad wszystko inne. Nagle poczułam, jak coś spadło mi na głowę, potem za chwilę znowu i znowu... Pojedyncze krople deszczu spadały na ziemię i groby. Z każdą chwilą robiło się ich coraz więcej, aż przerodziły się w deszcze, a potem w ulewę. Strugi deszczu lały się z nieba, tak samo, jak łzy po mojej twarzy, mieszając się w jedno. Słońce skryło się za gęstymi i ciężkimi chmurami. W pewnym momencie gdzieś nade mną zagrzmiało... Pogoda odzwierciedlała idealnie to, co działo się w moim wnętrzu. Ukazywała to, jak strasznie czułam się w środku - pozbawiona najważniejszej funkcji do życia.
Nie wiem, ile tam stałam. Mało mnie to obchodziło. Przemokłam do suchej nitki, a mimo to wolnym krokiem szłam ku wyjściu z cmentarza, które prowadziło do parku. Z rękoma w kieszeniach kurtki, z której deszcz w większości zmył już plamy krwi, przemierzałam alejki prowadzące na obrzeża miasta i jednocześnie do mojego rodzinnego domu. Nie zważałam na nic, nawet na uciekających przed burzą ludzi, którzy szukali schronienia przed ulewą. Tylko jedna osoba zwróciła moją uwagę, a było nie kto inny jak Kagami we własnej osobie. Stał w niedużej odległości od cmentarza, skąd miał idealny widok na to, jak po raz kolejny opłakiwałam Doriana. Nie zwalniając ani nie przyspieszając kroku, szłam dalej. Spojrzałam mu w oczy. Z odległości kilku metrów mogłam dostrzec ten jego pogardliwy wzrok, jednak... Nie tym razem, Kagami. Tym razem to ty musisz ustąpić. Moje spojrzenie, jednocześnie puste, jak i pełne nienawiści oraz cierpienia sprawiło, że chłopak zmarszczył nieco brwi. Minęłam go, jak gdyby nigdy nic, przerywając nasz kontakt wzrokowy. Wtedy pojawili się moi bracia, którzy zmierzali w naszą stronę. Osoba Kagamiego przestała mnie w tamtej chwili interesować. Jak to się mówi; jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie, ale to ja tym razem jestem przysłowiowym Bogiem. Gdy bracia się do mnie zbliżyli, Matayas z miejsca oddał mi swoją kurtkę i zarzucił ją na moje i tak przemoczone obranie. Spojrzał w kierunku czerwonowłosego koszykarza.
– Kto to jest? – spytał zaintrygowany.
– Nikt – odpowiedziałam lodowatym tonem. – Nikt istotny.


< Kagami? O to wstąpiłeś na wojenną ścieżkę... >
Licznik słów: 1421

Od Erena do Kagamiego

-Aa.... Czyli naprawdę jak ślepy z głuchym. Mój ojczulek był na tyle kochany, że do czasu, aż mama umarła nie wiedziałem o nim nic, a tym bardziej nie miałem informacji na temat swoich mocy. W sumie to i nawet teraz nie jestem pewny, czy przypadkiem ten pierścień nie robi czegoś jeszcze.
---
Po tej rozmowie z Kagamim. Coś we mnie pękło. Ne miałem tak od bardzo dawna, a mianowicie od śmierci babci. Przez tyle lat, tyle walonych lat nie spotkałem kogoś takiego, który byłby podobny do mnie choćby w najmniejszym stopniu. On taki był, ale odniosłem wrażenie, że na wspomnienie o jego matce się delikatnie uśmiecha. Wtedy przypomniały mi się te wydarzenia z dzieciństwa. Bicie, wrzask, krew...uuch. Wpatrywałem się w jeden punkt za oknem, przez dłuższą chwilę. Nie docierało do mnie nic z zewnątrz. Kompletnie nic. Pochłonęły mnie wspomnienia, niekoniecznie te dobre, wręcz przeciwne, te najokrutniejsze. Czułem na sobie jego wzrok, ale mało mnie to obchodziło w tej chwili. Zazdrościłem mu jednej rzeczy, a mianowicie tego, że nie wie, jaką moc skrywa jego pierścień. Ja wolałbym nie wiedzieć, jaką moc skrywa mój klucz. Ostatnim razem skończyło się to tragedią. Pamiętam to, jakby to było wczoraj. Miałem jakieś 10 lat. Postanowiłem po szkole pójść do szpitala. Cieszyłem się, że spotkam znów w nim babcię. Była ona ukojeniem dla mojej duszy. Uwielbiałem się z nią bawić. Ale zamiast widoku babci, ujrzałem zwłoki. Zmiażdżone, porozrzucane po całej sali szpitalnej. Morze krwi... W oknie ujrzałem uciekającego ojca, a we fragmencie ręki babci , klucz na sznurku z włożonym do niego małym listem, właśnie od niej "Pamiętaj Eren, nawet jeśli cały świat będzie przeciwko tobie to wiedz, że babcia zawsze będzie po twojej stronie" . Nie wytrzymałem, czułem, że zaraz eksploduję. Klucz, który miał mnie od tej chwili chronić, oblał swój egzamin od razu. Moje moce się uwolniły, a ja przez swoje emocje zabiłem wszystkich w szpitalu. Wszystkich. Nie pamiętam, co się działo później, ale wiem, że obudziłem się w lesie z zakrwawionym kluczem w ręku. Od tamtej chwili go nie zdejmuję. Znienawidziłem ojca, a przede wszystkim siebie, ale musiałem wrócić do przeklętego domu. Matka stałą na progu drzwi. Z batem.. Dobrze wiedziała, co się stało. Już miała mnie uderzyć, ale nagle usłyszałem głos Kagamiego. Drgnąłem. Mimo że prosił mnie o wyjaśnienie, co się stało, to ja... nie, po prostu nie mogę się zwierzać komuś... To zawsze kończy się źle. Nie ma takiej opcji. Czerwonowłosy wrócił o swojego łóżka, a ja nadal nie mogłem otrząsnąć się. Cholera! Co się ze mną dzieje!? Przez tyle lat się udawało, a nagle nie mogę sobie z tym poradzić?! Wkurwia mnie to niemiłosiernie! Po policzku poleciała mi łza. Uznałem, że nie mogę dłużej trwać w takim stanie, bo sytuacja sprzed 11 lat powtórzy się. Schowałem mój klucz, który nadal miał tę charakterystyczną poświatę. Cholera nie dobrze, nie dobrze! Spojrzałem w okno. Las! Jestem uratowany. Wytarłem spływającą łzę i wybiegłem z pokoju. Nie myślałem już o sobie, tylko o całej szkole! A co jeśliby to się powtórzyło? Usłyszałem wołanie Kagamiego, ale nie mogłem go posłuchać. Biegłem najszybciej jak potrafiłem, z Ayato u boku. On wiedział, co się święci. Tak bardzo pragnąłem, by czerwonowłosy mnie nie znalazł, nie w takim stanie. Ja dam sobie radę sam, na pewno...
---
Po paru minutach byłem już w lesie. Te świeże powietrze, ten śpiew ptaków, wilki, inne stworzenia wokół mnie i Ayato u mego boku. Tak! Tutaj czuję, że żyję. Próbowałem się uspokoić, już rozwijałem skrzydła do lotu, ale nagle pojawił się on...
<Kagami? ^^>
Ilość słów: 579

Od Kagamiego do Erena

-Na to wygląda...
Czyli zaraz. Ja jestem półbogiem Zniszczenia, Śmierci i Dysharmonii, a mój nowy współlokator jest w sumie nieco podobny do mnie, bo jest on półbogiem Bólu i Cierpienia. Musiałem pomyśleć, bo mój mózg nie chciał przyswoić tych informacji. Zastanowiłem się po chwili, ale usłyszałem ciche burknięcie w brzuchu. Skrzywiłem się, patrząc na szatyna.
-Oi, Eren-kun. Nie chcę nic mówić, ale... Nie mogę myśleć kiedy jestem głodny. Zamówmy coś.-powiedziałem, po czym pochwyciłem laptop i usiadłem obok żółtkookiego. Blask na moim pierścieniu zmalał już bardzo mocno, choć było widać jakieś pojedyncze iskierki. Podrapałem się po szyi i wraz z chłopakiem zadecydowaliśmy co chcemy. Kiedy już odłożyłem laptop, usiadłem na swoim materacu, patrząc na Erena.
-Czekaj... Am... Wychowywałeś się z ojcem? Nie bierz mi tego za złe. Pytam, bo ja sam nie miałem ojca jak byłem młodszy...
-Gardzę nim. Nienawidzę go tak jak nikogo innego. Bezduszny, chamski idiota. Można więc powiedzieć, że nie miałem ojca i nadal go nie mam.
-Aa.... Czyli na prawdę jak ślepy z głuchym. Mój ojczulek był na tyle kochany, że do czasu, aż mama umarła nie wiedziałem o nim nic, a tym bardziej nie miałem informacji na temat swoich mocy. W sumie to i nawet teraz nie jestem pewny, czy przypadkiem ten pierścień nie robi czegoś jeszcze.
Nagle spod łóżka wyłonił się Cień. Szeroki uśmiech mojego towarzysza, przyprawił o dreszcze tego psowatego stwora mojego współlokatora. Czułem, jak po moich plecach przeszły ciarki. Nie może z powodu tego czarnego pupilka, lecz tego takiego wilczego, śliniącego się. Oparłem się plecami o ścianę, patrząc na żółtkookiego. Niby sam tytuł wydawał się mi znajomy, ale tego chłopaczka pierwsze widzę. Podrapałem się po policzku, a potem wystrzeliłem jak strzałka, gdy usłyszałem pukanie do drzwi. Otworzyłem je, rzuciłem pieniądze dostawcy, a potem siadając na podłodze zacząłem zajadać się ramenem na wynos oraz burgerami. Pyycha. Czułem, że jestem w niebie. Jedzenie to moje życie. To stan umysłu specjalnie dla mnie! Kiedy się napchałem (żarcik, mi zawsze mało), usiadłem obok Erena, patrząc na niego.
-Hej... Wszystko dobrze? Lekko pobladłeś.-powiedziałem nieco zmartwiony.
Wbrew pozorom takie nagłe zmiany odcienia skóry nie świadczyły też dobrze. Dotknąłem delikatnie jego czoła, ale nie miał gorączki. Wstałem na moment, otwierając okno. Potem wróciłem do żółtkookiego, czochrając go po włosach.
-Dobra, a teraz ładnie mi śpiewaj co ci w głowie siedzi. Proszę?-zapytałem, delikatnie klepiąc go po ramieniu.
Wiedziałem, że coś mu się może przypomniało? Może miał ze wspomnienia z ramenem i hamburgerami! Nie, to nie możliwe. Z jedzeniem powinny kojarzyć się same dobre rzeczy. Ale w sumie, to nie musi być to. Rozmawialiśmy o rodzinie, więc może mu się coś przypomniało. Mój kącik ust bardzo delikatnie uniósł się do góry, a potem dłonią pogłaskałem lekko chłopaka po głowie. Po chwili ujrzałem czatującego przede mną Cienia. Prychnąłem głośno sam do siebie, a potem wstałem przeniosłem się na swoje łóżko. Tam założyłem dłonie na piersi, a mój towarzysz ułożył się za mną. Przypomniały mi się chwile z mamą. Te zabawy w piachu, na łąkach, bawienie się w chowanego w domu. Była tak pozytywna, ale mój tatko musiał ją zabrać. Cholera. Nie lubię być sam. Nie znoszę tego. To okrutne, że życie innych zmiennokształtnych jest takie jak ludzkie. Niewiele przecież jest półbogów, choć kto tam wie. Położyłem dłoń na ogonie mojego pupila, ten warknął na mnie, a potem ponownie usnął. Ja jednak powróciłem spojrzeniem do szatyna.
<Eren? Izaayaa-kun~>
Ilość słów: 552

Od Erena do Kagamiego

Położyłem kolejne pudło na łóżku i zacząłem przeglądać jego zawartość. Nie było tam nic nadzwyczajnego. Karma i zabawki dla Ayato, słuchawki, kilometry kabli, ubrania i inne pierdoły. Wyciągałem kolejne przedmioty i układałem je na półkach i w szafie. Oczywiście Ayato musiał sprawdzać wszystko i kontrolować. Przecież jego zabawki nie mogą leżeć byle gdzie, no tak... Minęła godzina i moje męki ustały. Wszystko rozpakowane i ułożone, w końcu! Mogłem się lenić przez resztę dnia. Wskoczyłem na łóżko i włączyłem muzykę z mojego telefonu. Wreszcie chwila wytchnienia. Ostatnio tylko walone przeprowadzki, idiotyczne zachcianki mojego ojca, problemy u nauczycieli i uczniów. Kolejna szkoła i znowu muszę przechodzić przez to samo. Osoby wlepiające gały we mnie jakbym był jakimś trędowatym. Te szepty na korytarzach z powtarzanym od paru dobrych lat zdaniem "Potwór". Zrzygać się można. Jeszcze muszę dzielić pokój z tym Kagamim. Na pozór spoko typ, ale każdy taki jest z początku. Dopiero później zaczyna się karuzela śmiechu.
O! O wilku mowa. Czerwonowłosy wszedł do pokoju, a raczej próbował, bo Ayato go zatrzymał na drodze. Myślałem, że on o tym nieprzepadaniu za psami żartuje. Myliłem się, ojj i to bardzo. Ale Ayato to mądry wilk, zrozumiał, co jest na rzeczy i ustąpił, a on niczym Usain Bolt podbiegł do łóżka. Nie obchodziło mnie to za bardzo. Zacząłem z nudów bawić się z wilczkiem. Czułem na mnie jego wzrok. Kątem oka przyglądał się nam, ale odwrócił się szybko, jakby chciał powiedzieć "I don't give a fuck". Pomyślałem wtedy, że kolejny raz miałem rację, każdy jest dokładnie taki sam, ale coś było nie tak, sam nie wiedziałem do końca co. Odwróciłem wzrok na Kagamiego. Bawił się swoim wisiorkiem. Nagle wyczułem wokół niego taką aurę, której nie czuje się, przechodząc obok byle czarodzieja. On chyba poczuł to samo. Brwiasty podniósł się z łóżka, ja z resztą też. Nasz wzrok się spotkał. Miał przy tym takie... takie święcące czerwone oczy, a na jego wisiorku było coś napisane, Tak samo, jak u mnie! Mój klucz ukazał wygrawerowane moje imię, podświetlone ta żółto-złoty kolor tak jak moje oczy.
-Eeeee..co...co się stało?- spytałem zdziwiony.
-Eee... świeci się?
-Naprawdę? Pierdolisz...- odparłem z sarkastycznym głosem- kim ty do cholery jasnej jesteś?!
-Chyba to ja powinienem zadawać pytania, panie wielce ważny....
Cholera Jasna, nigdy nie spotkałem się z kimś...takim, znaczy, chodzi o jego aurę, taką przepełnioną nienawiścią, chęcią zniszczenia. Szczerze? Zamurowało mnie.
-Ty...ty jesteś półbogiem?
-Nie, no, latającą syrenką destrukcji. Pewnie, że jestem półbogiem wilczurze jeden...
-Kurwa! Bez żartów proszę...- wrzasnąłem. Ta sytuacja mną wstrząsnęła, za bardzo. Muszę się uspokoić, bo będzie bardzo źle. Zacząłem drapać się nerwowo po głowie. Powstrzymywałem emocje, jak tylko mogłem. Czerwonowłosy chyba zauważył, że coś jest na rzeczy i nieco złagodził ton głosu.
-Dobra, już spokojnie, bo ci żyłka w dupie pęknie. Jestem synem Boga Zniszczenia, Śmierci oraz Dysharmonii. Mówi ci to coś? A ty? Kim jesteś?
Na szczęście obok mnie stał Ayato. Uspokoiłem się, na szczęście. Wziąłem głęboki oddech i odpowiedziałem:
-Jestem...-zawahałem się przez chwilę. Nienawidziłem swojej mocy, a tym bardziej ojca. Trudno było się zwierzać komuś poznanemu kilka godzin temu!Ale spiąłem poślady i to powiedziałem.- jestem synem boga bólu i cierpienia- mówiąc to, spojrzałem w oczy Kagamiego, oczekując reakcji.-O no widzisz. Czyli dobrali nas jak ślepego z głuchym...
-Na to wygląda...
<Kagami? ^^>
Ilość słów: 535

Od Ranehe do Shane'a

Leżałam spokojnie na miękkiej trawie, podziwiając cudowny błękit nieba. Było ono nieskalane. Żadnej chmurki, żadnego ptaka. Czysty jedwab. Swoim wyglądem zapierało mi dech w piersiach. Lekki wiatr nieco rozwiewał moje włosy na boki, sprawiając, że prawie całkowicie wtopiłam się w roślinność. Jedynie biała skóra odróżniała mnie od trawy. Jakbym była częścią tej sztuki pisanej przez naturę. Kochałam to, co piękne od dnia narodzin, a przyroda była perfekcyjnym dziełem.
W uszach szumiały mi kojące szepty. Powietrze wokół mnie lekko łaskotało mi twarz. Panował taki błogi spokój. Nic tylko się zdrzemnąć w takiej atmosferze. Byłam na łące położonej w środku dzikiego lasu. Nikt po nim nie chodził poza mną. Wszyscy dorośli byli zbyt zabiegani, by odpocząć. Wszystkie Nagi przygotowywały się do bardzo ważnego dnia. Jakiego? Tego nie wiedziałam. Nikt mi nie chciał powiedzieć. Byłam tylko dzieckiem. Poza tym się bałam. Ostatnio coraz częściej towarzyszyły mi wśród innych dziwne szepty. Każdego z mojej rasy spojrzenie było utkwione we mnie. Jednak żaden nie chciał spojrzeć mi w oczy. Nie rozumiałam. Dlaczego?
- E! Przesuń się trochę trawiasta! - Ktoś krzyknął mi do ucha, wybudzając z rozmyślań. Przerażona sturlałam się kilka metrów dalej, w bok, a następnie wyskoczyłam w górę. Działałam instynktownie. Momentalnie całe moje ciało się spięło. Poczułam, jak wchodzę w drugą postać. Cala moja skóra w sekundę pokryła się błyszczącymi łuskami. Bolało. Bardzo bolało. Nie lubiłam tego. Babcia mówiła, że to normalnie. Mama kazała przestać się mazgaić, bo nie miała czasu. Ona nigdy nie miała czasu.
- Ej! Ej! Spokojnie trawiasta! Ja chciałem się tylko tu położyć! - Ten sam głos zabrzmiał teraz... Mniej pretensjonalnie. Jakby miło. Chyba chciał mnie uspokoić. Albo siebie. Uniosłam głowę wyżej. Zobaczyłam chudą pierś. Musiałam porządnie zadrzeć głowę, by ujrzeć twarz właściciela. Z zaskoczeniem szerzej otworzyłam oczy. Mimowolnie usta rozwarły mi się w szoku. Nigdy wcześniej nie widziałam takiej istoty.
Chuda, niemal koścista twarz wyglądała mizernie. Bardzo biednie, jeżeli miałam ocenić. Jakby organizm był niedożywiony. Był to chłopak. Z pewnością tak. Aż tak chyba ślepa nie byłam. Szeroko się uśmiechał, co jakimś dziwnym sposobem sprawiało, że miał takie małe, płytkie dziureczki w policzkach. Czy to się nazywało dołeczkami? Mama wciąż chwaliła swojego nowego chłopaka za takie coś. Bo chyba o to chodziło. W każdym razie ten przebrzydły intruz spoglądał na mnie kpiąco błękitnymi oczami. Właśnie to mnie tak zaskoczyło. Barwą były idealnie takie same jak nieboskłon, który wcześniej podziwiałam. Takie nieziemskie.
Nagle coś mnie tknęło. Ja go znałam. Ja go doskonale znałam! To był Anubi! Mój kochany przyjaciel! Natychmiast jak tylko sobie to uświadomiłam, skoczyłam na niego ze śmiechem. On również zaczął chichotać. Byłam taka szczęśliwa! Musiałam mocno go przytulić. Objął mnie, jak jeszcze leciałam, swoimi chudymi ramionkami. Wtuliłam twarz w jego klatkę piersiową, po czym zaciągnęłam się jego zapachem. Pachniał siarką. Zaraz... Dlaczego siarką!?! I dlaczego wciąż byłam w locie?
Czym prędzej otworzyłam oczy. Wokół mnie panowała ciemność. Dalej przytulałam kogoś. To nie był jednak Anubi. Obejmowałam kości ludzkie. Szkielet jak najbardziej prawdziwy przycisnął mnie do siebie mocniej. Zaczęłam krzyczeć. Nie mogłam się ruszyć. Spadaliśmy w ciemność. A ja cały czas wpatrywałam się w puste oczodoły czaszki.
I tak nagle, jak pojawił się kościotrup, tak samo szybko poderwałam się do góry. Natychmiast ogarnęłam, że coś jest nie tak. Było ciemno, ale to nie była ta przepaść. Do tego nie leżałam w ramionach strasznej kreatury, a we własnym łóżku, po którym spływały moje zielone włosy, tłuste od potu. Cała byłam mokra. Lało się ze mnie jak z wieprzka na rodzinnym grillu tłuszcz. Nie mogłam pojąć. Czy to mi się śniło?
Gdy uświadomiłam sobie, że Anubi nie był prawdziwy, rozpłakałam się. Całym moim ciałem wstrząsnął żałosny szloch. Nie potrafiłam się uspokoić. Miałam już dwadzieścia lat, a dalej nie potrafiłam się pogodzić ze stratą. Zasadza, że czas leczy rany, w moim przypadku nie poskutkowała.
***
Nazajutrz rano obudziłam się jak pod wpływem kaca. Chociaż nigdy się nie upiłam. Nie pozwalano mi. Nie miałam prawa tknąć alkoholu ani niczego, co by pozbawiło mnie świadomości. A tak bardzo chciałam uciec w zapomnienie. Chociaż raz...
Automatycznie najpierw założyłam nieodłączny element mojego życia-okulary przeciw słoncze. Dzięki dużej czarnej oprawie, jak i tej samej barwy szkłom nie było widać moich worów pod oczami. Bo z pewnością je miałam. Babcia nie będzie miała pretensji. Zresztą przestałam ją obchodzić. Albo raczej pogodziła się z moją decyzją. Już nikt więcej nie ujrzy moich oczu. Nawet ja sama. Na zawsze pogrzebię tę najpaskudniejszą część mnie. Ukryję przed wszystkimi. A zajmowała się mną z poczucia obowiązku. Tak, na pewno dlatego!
Ledwo co zwlekłam się z łóżka. Właściwie sturlałam na podłogę owinięta w kołdrę. Najpierw w nocy po koszmarze było mi zbyt ciepło. Potem jakby mróz przeszył moje biedne kości. Nie kłopotałam się ubieraniem ani zakładaniem papci. Mieszkałam sama z babcią, więc przed żadnym mężczyzną kryć się nie musiałam. A lubiłam chodzić boso. Niestety w miasteczku, w którym niestety mieszkam, jako niezamężna Nagi powinnam się zakrywać. Choć jak zauważyłam, ta zasada tyczyła się tylko mnie. To było dziwne, niezrozumiałe.
Nie wychodziłam za często z domu. Prawie wcale. A jak już to tylko nocą, kiedy wiedziałam, że nikogo nie spotkam. Bałam się. Nie potrafiłam rozmawiać z innymi. Nie zasługiwałam nawet na ich uwagę. Pocieszenie w swojej żałosnej egzystencji znajdowałam w niebie. Nocne było jeszcze większym dziełem niż te za dnia.
- Ra! Śniadanie! - Usłyszałam głos mojej babci. Biedna kobieta. Musiała się ze mną męczyć na starość. Jakimś cudem doczekałam się do schodów. Mieszkałyśmy w małym, jednopiętrowym domku. Ja zajmowałam piętro, natomiast moja opiekunka parter. Chyba po prosty chciała odciąć swoich gości ode mnie. Byłam tylko powodem do wstydu. A właściwie nawet jego jeszcze gorszą córką. Moja matka też była straszna. Pewnie w tej chwili latała sobie z kolejnym narzeczonym po ciepłych krajach. Osobiście nie dziwię się jej. Do czego miała wracać? Chyba nie do takiej córki. Jasno nazwala mnie potworem. Moją winą było to, że mój „ojciec” ją zostawił. Powiedziała mi.
Babcia tego nie komentowała. Zawsze tylko spoglądała na mnie jak na najsłabszą sierotę. I zapewne taką byłam. Przyczłapałam do kuchni. Nawet nie spojrzałam na opiekunkę, tylko od razu usiadłam przy stole. Usłyszałam, jak odwraca się w moją stronę, po czym parska pod nosem. Jednak nie skomentowała mojego stroju. Co do gołych stóp to ją to nie dziwiło. Zawsze stwierdzała, że w sumie nie są mi potrzebne buty, skoro miałam ogon. Czy ja miałam ogon? Ta babunia coś sobie ubzdurała. Byłam wadliwa. Nie posiadałam trzeciej formy typowej dla Nagi. „Zepsuta” - to słowo doskonale mnie określało. Wynaturzenie. I jedna tragedia to wszystkim uświadomiła.
Z głośnym trzaskiem starsza Nagi postawiła przede mną idealnie biały talerz z niewielką porcją naleśników z serem polanych czekoladą. Wszystko wyglądało perfekcyjnie. Dwa małe plaski owijające słodkie nadzienie ułożone były równo. Miały taki sam kształt. Sos oczywiście był równie perfekcyjnie rozłożony. Żadnego chaosu, żadnej wady. Bo ta kobieta nie miała wad — pomyślałam z goryczą. Niestety trafiły jej się takie potomkinie, jakie trafiły.
Śniadanie pachniało cudownie. Babcia gotowała doskonale. Ale ona nie potrafiła robić czegoś źle. Wszystko na najwyższym poziomie. Była uosobieniem takiej osoby, jakiej ja nigdy nie zdołam, chociażby naśladować. Nierealne. Nie potrafiłam. W każdym razie zabrałam się nawet z lekkim entuzjazmem za pałaszowanie śniadania. Nóż wbijał się w naleśniki jak w masło. Pierwszego zjadłam z niebywałą jak na mnie prędkością. Drugi spożyłam znacznie wolniej, delektując się całą gamą smaków. Czułam na języku posmak cynamonu, cukru i... Tej jednej, ostatniej przyprawy nie pamiętałam.
Ledwo przy tym zarejestrowałam, że krzesło po drugiej stronie stołu zaszurało. Oznaczało to ni mniej, ni więcej jedno. Moja babcia chciała o czymś ze mną porozmawiać. Albo raczej poprawka. Chciała mi coś zakomunikować. Już dawno przestała się kłopotać dyskusjami ze mną. Mimo wspólnego mieszkania żyłyśmy oddzielnie. Jakbyśmy były odgrodzone od siebie szklaną ścianą nie do przebicia.
Nawet na nią nie spojrzałam, tylko spuściłam głowę, czekając na to, co miała powiedzieć. Nie oczekiwałam, że to będą optymistyczne nowiny. Zazwyczaj takowych nie miała. Bo, a to jakiś sąsiad się skarżył, że za głośno słucham muzyki, a to któraś Nagi ze Starszyzny pragnęła mnie zobaczyć. Raz na ruski, ale się zdarzało. Siedziałyśmy w niezręcznej ciszy dobrych kilka minut. Cisnęło mi się na usta, by krzyknąć, co po raz kolejny złego zrobiłam. Jednak nim otworzyłam usta padło jedno zdanie.
- Idziesz do szkoły. - To jedno jedyne zdanie sprawiło, że kostki domina zaczęły upadać po kolei. Najpierw zakrztusiłam się naleśnikiem, by po sekundzie wypluć go na moją babcię. Dokładniej trafiłam w twarz, o zgrozo. Następnie spadłam z krzesła zaszokowana, lądując oczywiście nie bezpiecznie na tyłku, ale na nadgarstku przy okazji wykręcając go. W tym samym momencie ktoś na chama wparował do domu.
***
Siedziałam jednocześnie przerażona i obrażona na tylnej kanapie w czarnym mercedesie. Czułam się jak w karawanie. Choć wrażenie nie odbiegało daleko od ogólnej atmosfery. W aucie panowała grobowa cisza. Powietrze zdawało się takie gęste, że można by je ciąć. Byłam naprawdę zła. Moja babcia także. Od czasu śniadania, kiedy to zdążyłam sobie uszkodzić rękę, żadna z nas nie wypowiedziała choćby słowa.
Spojrzałam ze smutkiem na obandażowaną rękę. Viva la niezdarność i minus pięćdziesiąt punktów do zręczności Rene -pomyślałam z przekąsem.
Wróciłam jednak myślami do ważniejszego tematu. Jechałam do szkoły. Na moje nieszczęście nie byle jakiej. Dużo słyszałam o Auris. Nie musiałam nawet wychodzić z domu. Plotki same do mnie przychodziły. Placówka ta powstała na obrzeżach miasta Lalien podczas Małej Wojny. Celem miało być chronienie młodych nadnaturalnych przed ludźmi i jednoczesne przygotowanie ich do dorosłego życia.
Nie miałam wątpliwości, że to będzie mój koniec. Zdawałam sobie sprawę z moich wad. Jednak żadna szkoła nie będzie w stanie mi pomóc. Za późno na to było. W mojej głowie zaczęły kłębić się same czarne myśli. Na pewno mnie wyrzucą przed upływem miesiąca! Nie chciałam tam iść. Tak bardzo nie chciałam. Będę musiała mieć kontakt z innymi. Do tego tam większość będzie w moim wieku albo młodsza. Od tak dawna nie spotkałam osoby, która nie miałaby co najmniej czterdziestu lat i grzyba na stopach. W ogóle chyba tylko raz czy dwa spotkałam kogoś z innej rasy. Anubi... On nie był Nagą.
Miałam dużą urazę do swojej babci. Choć nie dziwiłam się jej decyzji. Już i tak miała ze mną ciężko. W końcu pękła. Decyzja o oddaniu mnie do placówki tak bardzo oddalonej od rodzinnego miasta była ryzykowna. Starsi nie lubili, kiedy ktoś wyjeżdżał. Zazwyczaj oznaczało to, że ta osoba już nigdy więcej nie powróci w rodzinne strony. Osobiście się nie dziwiłam.
Przymknęłam oczy, czując nagłe pulsowanie głowy. Zmiana... Pójście do szkoły to była dla mnie wielka zmiana. Bo do żadnej tego typu placówki nigdy nawet nie odwiedziłam. Chyba nawet nie widziałam. Uczyłam się sama, w domu.
***
Nie wiem, kiedy zasnęłam znużona długą jazdą, ale pobudkę miałam bardzo drastyczną. Dosłownie zostałam wykopana z auta razem z moim niewielkim bagażem. Pierwszy raz w życiu poczułam ciężar babcinego sandałka na plecach. Jak na tak starą kobietę miała ogromną siłę.
Upadłam na piach, zarywając brodą w piasek. Nie wiem jakim cudem niczego sobie nie złamałam. Choć skręcony nadgarstek strasznie zaczął dokuczać. Z sykiem podniosłam się ku górze, pragnąc jak najszybciej zwiać z powrotem do auta. Tylko pojawił się wtedy kolejny problem. Czarnego mercedesa nigdzie nie było widać. Nawet nie usłyszałam, kiedy odjechali. Po upadku chwilę dzwoniło mi w uszach.
Gdy w końcu pewnie stanęłam na nogi, zaczęłam rozglądać się uważniej wokół siebie. Na około pięćset metrów przede mną stały budynki mojego więzienia, mojego cmentarza. Mimo znacznej odległości brama była dla mnie wyraźnie zarysowana. Chcąc nie chcąc, musiałam tam pójść. Zapowiadał się długi spacer. Poprawiłam szybko okulary na nosie, spojrzałam gdzie mam bagaże, po czym ruszyłam w kierunku niechybnej zguby. Może nie będę musiała wracać po walizki. Może odeślą mnie natychmiast. Oj jak się łudziłam. Nawina byłam.
***
Kiedy w końcu, z wielkim trudem, dotarłam do mojej nowej szkoły, przeżyłam pięć zawałów na raz. Tyle na zewnątrz kłębiło się osób! Serce podeszło mi do gardła z przerażenia. Jakoś musiałam ich wszystkich ominąć. I naprawdę się starałam! Niestety, gdy tylko stanęłam swoimi bosymi stópkami za bramą, oczy wszystkich zwróciły się na mnie. Chyba musiałam naprawdę żałośnie wyglądać, ponieważ pierwszą rzeczą, jaką usłyszałam, było pytanie, czy wszystko w porządku...?
Prawie natychmiast zwiałam w nieznanym mi kierunku odprowadzana krzykami. Wyszło zwierzę z dziczy w sam środek cywilizacji. Mój mózg działał instynktownie, kierując ciało w stronę najbliższego budynku, przy którym stało najmniej ludzi. Nawet wcale nie było przy wejściu nikogo. Niestety ledwo kontaktowałam, co robię oraz jak wyglądał świat wokół mnie. Liczyło się jedno — znalezienie bezpiecznego schronienia.
Znalazłam się w jakimś wąskim korytarzu pełnym drzwi. Każde posiadało jakiś numer. Nikogo nie było. Mimowolnie na mojej twarzy pojawił się uśmiech wyrażający ulgę. Nieco uspokoiłam się. Już nie biegłam, tylko szłam powoli, przyglądając się każdemu z drzwi dokładnie. Ciekawe dokąd one prowadziły. Może do jakiegoś nieznanego mi świata? Ale co ja tam myślałam! Przecież nawet ten, w którym żyłam, nie był mi znany. Żyjąc jak w klatce, byłam teraz niczym dziecko, które nauczyło się wreszcie chodzić. Imoria postanowiła rzucić mnie na głęboką wodę. Nie podołam temu wszystkiemu.
Moje rozmyślania przerwał gwałtowny, obezwładniający ból. Nagle cały świat zgasł, a przed oczami miałam jedynie ciemność. Czułam, jakby po mojej twarzy zaczęła płynąć woda. Jednak... nie mogłam się poruszyć! A ból obezwładniał całkowicie. Najbardziej cierpiały okolice nosa. Tylko co się stało!?! Przecież... Nagle nawet mój mózg przestał być świadomy. Odpłynęłam.

< Shane? >
Liczba słów: 2189

Od Kagamiego do Angelo

Spokojnie sobie grałem w kosza... Ta. Spokojnie. Powiedzmy. Z początku wszystko było okej, ale kiedy taki jeden młodziak z przeciwnego składu perfidnie mnie sfaulował, czułem, że mój gniew i chęć zemsty automatycznie wprowadza mnie w Zone. Mój mózg nie akceptował żadnych przeszkadzających krzyków. Od razu dojrzałem Tiago Hornzallera. Chłopak grał nieźle, choć jego ruchy czasami, podkreślam czasami, były dość mechaniczne. Nie wiem czemu mi się tak wydawało. Może to dlatego, że byłem w Zone? Choć kto tam wie. Odebrałem piłkę od chłopaka, który nadal wydawał się być lekko spięty grą. Niczym błyskawica przebiegłem między przeciwnikami, wyskakując bardzo wysoko z linii rzutów wolnych. Zamachnąłem się i wykonałem przepotężny Meteor Jam. Konstrukcja kosza zadrżała, a ja potem otrzepałem palce. Ogłoszono koniec meczu z naszą przewagą zaledwie sześciu punktów. Było ciężko, ale się udało. Idąc ku wyjściu z boiska, dojrzałem czerwonowłosego, wątłego chłopaczka, trzymającego się za żebra. Rozejrzałem się, ale jakoś coś tak poczułem, że chyba z nim coś nie tak. Ukucnąłem przed nim.
-Oi, młody, coś ci się stało?-zapytałem.
-E-Em... Bolą mnie nieco żebra, ale to nic wielkiego... Z-Zapewne mi p-przejdzie do wczoraj. Znaczy, do jutra.-zająknął się chłopaczek.
Pokręciłem głową, wstałem, lekko ujmując jego ramię. Ostrożnie pociągnąłem go do pielęgniarki. Nie będę patrzył jak taki mały, zbiedniały muchomorek siedzi z obolałym biodrem. Może to już jego czas? Ale na starego nie wygląda. Choć tutaj to kto wie. Nim dotarliśmy do gabinetu pielęgniarki, zajęło nam trochę czasu, a ja musiałem pilnować czerwonowłosego, aby nie zgubić go w tłumie ludzi. Po chwili lekko się przerzedziło. Puściłem jego ramię, strzelając kośćmi.
-Młody, jak się nazywasz?-zapytałem.
-Angelo.-wydukał.
-Ja jestem Kagami. Miło mi ciebie poznać.
Wepchnąłem go do gabinetu, gdzie przywitał nas nasz szkolny duchowy pielęgniarz. Tam pozostawiłem muchomorka pod jego opieką, a sam powoli ruszyłem na lekcje. Spóźnienie, spóźnieniem, ale chyba najważniejsze było to, że pomogłem temu małemu chłopakowi. Przeprosiłem panią Clostrime za spóźnienie, mówiąc co było tego powodem. Pokiwała głową i kazała mi iść na swoje miejsce. Usiadłem sobie na pierwszym lepszym miejscu na końcu, a potem zacząłem słuchać, co ma do powiedzenia na temat fizyki. Nuuda... Ziewnąłem, tylko odliczając do końca lekcji.
---
Wraz z dzwonkiem wyszedłem z sali, kierując się na salę gimnastyczną, aby odbyć nasz trening przed mistrzostwami. Ziewając oraz drapiąc się po karku, stawiałem krok za krokiem, gdy nagle ktoś mnie zatrzymał. Odwróciłem głowę w tamtym kierunku. O to ten biedny muchomorek. Jak mu było...
-Dziękuję, ż-że mi pomogłeś, Kagami.-powiedział.
Poczochrałem go po tych jego czerwonych włosach, patrząc w w ogóle innym kierunku.
-No to jak? Może chcesz iść ze mną na trening kosza?-zapytałem.
<następne opowiadanie>
<Angelo? Póki co słabe, ale daj się rozkręcić>
Ilość słów: 426