wtorek, 3 kwietnia 2018

Od Primrose do Lily

Przepiękna, przemknęło przez myśl Primrose, gdy gość zdjął kaptur z głowy. Dziewczyna miała drobną, szczupłą twarz z łagodnie zarysowanymi kośćmi policzkowymi i ostrym podbródkiem. Duże, okrągłe oczy o niesamowitym kolorze przypominały eleganckie kamienie szlachetne. Częściowo zakrywała je niechlujnie ułożona grzywka. Klientka miała mały, prosty nos oraz pełne, blade usta. Cały czas uśmiechała się sympatycznie, co wywołało w Primrose poczucie sympatii. Gęste, ciemne włosy falami swobodnie opadały na ramiona dziewczyny. Niektóre kosmyki były mokre od deszczu.
Wydawała się bardzo sympatyczną i ciepłą osobą, co Primrose wywnioskowała po rozmowie, nawet jeśli trwała zaledwie kilka minut. Będzie miała jeszcze okazję do przekonania się, czy wrażenie, jakie Lily sprawia, odpowiada jej osobowości. Spacer był dla Primrose świetnym pretekstem do tego oraz miłą perspektywą spędzenia czasu i bardzo się ucieszyła, gdy dziewczyna jej to zaproponowała. Można powiedzieć, że wpadła nawet pomysł, gdzie mogłyby się udać, zwłaszcza że miała do przekazania paczkę dla swoich znajomych.
Wróciła za ladę i stanęła obok Dalii, wyczekując końca zmiany. Gdy przyjdzie jej zastępca, wreszcie będzie mogła ruszyć się ze swojego stanowiska, a potem spędzić wieczór w towarzystwie kogoś innego niż książek od biologii. Odpocznie od pracy oraz nauki i da umysłowi odetchnąć na świeżym powietrzu. Co ją również niezmiernie cieszyło, ciągle padał deszcz, a powietrze podczas deszczu zawsze miało niepowtarzalny i przyjemny zapach wilgoci.
- Prim! Możesz już kończyć, młoda. – Usłyszała za sobą niski tubalny głos. Odwróciła się i z uśmiechem powitała tęgiego, wyższego od siebie mężczyznę o ciemnej karnacji i jasnych, długich włosach. Tristan przyjacielsko poklepał dziewczynę po ramieniu. Miał duże, silne dłonie, dlatego Primrose zawsze zastanawiała się, dlaczego wybrał pracę w kawiarni, która wymagała raczej zręczności. Na początku uważała, że mężczyzna bardziej nadawałby się do pracy mechanika, stolarza albo cieśli, ale z czasem przekonała się, że Tristan świetnie sobie radził jako kelner.
Odeszła od lady i skierowała się na zaplecze, gdzie przebrała się z firmowego stroju w prostą, zieloną sukienkę z brązowym paskiem nad biodrami. Skromne pantofelki zamieniła na ciemnozielone kalosze, które kiedyś zostawiła. Były idealne na taką okazję. Rozpuściła jeszcze ciasno związane włosy i wzięła ze sobą parasolkę oraz drobną paczuszkę zawiniętą w szary papier. Wróciła do sali głównej.
- Idziemy? - Uśmiechnęła się raźno, na co dziewczyna szybko skinęła głową i podniosła się z miejsca. Primrose z zaskoczeniem stwierdziła, że Lily jest wyższa od niej co najmniej o głowę. A wydawała się taka drobna, gdy siedziała.
Wyszły razem z herbaciarni. Primrose natychmiast otworzyła parasol. Deszcz zamienił się w prawdziwą ulewę. Uwielbiała deszczowe pogody.
- Nie obrazisz się, jeśli odwiedzimy po drodze moich znajomych? Obiecałam im coś przekazać – odezwała się po chwili ciszy.
- Pewnie, że nie – odparła krótko Lily, na co driada uśmiechnęła się radośnie, podnosząc wyżej parasol, aby wpuścić pod niego także nową koleżankę. Poprowadziła ją przed siebie prosto do trochę mniej zaludnionych uliczek Lalien. Można je uznać za obrzeża obrzeży, gdzie nie spotka się z ogromnym przepychem reklam, bilbordów, tłumem ludzi i masą głośnych pojazdów. Tutaj wielkie modernistyczne budynki występowały rzadziej, przeważały głównie małe, urocze kamienice wzniesione z białego kamienia. W jednej z takiej kamienic mieszkali ludzie, których Primrose chciała odwiedzić.
- To tutaj – powiedziała do Lily i otworzyła drzwi, żeby wpuścić koleżankę pierwszą. Tymczasem przytrzymując je kolanem, złożyła parasolkę. Wspięły się po schodach na czwarte piętro i stanęły przed drzwiami z ciemnego drewna. Primrose wcisnęła dzwonek do drzwi i już po chwili otworzyła je kobieta w średnim wieku z przesympatycznym uśmiechem. Miała drobną, okrągłą twarz poznaczoną zmarszczkami. Drobne, szare oczy wyglądały na bardzo zmęczone, a jednak promieniowały ciepłem i radością. Kobieta związała siwe, cienkie włosy w ciasny kok na czubku głowy.
Odruchowo poprawiła druciane okulary, opatuliła się szczelniej dzierganym na drutach fioletowym swetrem i zaśmiała się wesoło.
- Witaj, moja droga. Dawno cię nie było, pewnie praca? Oj tak, praca, praca. I szkoła! Przecież ciągle się uczysz! Ojej, ile czasu minęło, od kiedy ostatni raz moja noga postąpiła w szkole. W każdym razie to już nie na moje lata, jestem zbyt zmęczona życiem, aby wstawać wcześnie rano i chodzić tak codziennie przez pół miasta. Ojej, zdecydowanie za bardzo zmęczona – zaczęła mówić delikatnym, trochę drżącym głosem. - Ojej, ojej, gdzie moje maniery, wchodźcie, dziewczynki, wchodźcie. Twoja koleżanka, kochanie? Ze szkoły czy z pracy? A może i stąd, i stąd?
- Poznałyśmy się właściwie dzisiaj przed końcem mojej zmiany, ma na imię Lily – odparła grzecznie Primrose i weszła do środka mieszkania, a nowa znajoma tuż za nią. - Przyniosłam książki, o które pani prosiła. - Podała kobiecie paczkę. Staruszka rozpromieniła się jeszcze bardziej, o ile mogło to być możliwe.
- Moje wnuki się ucieszą. Tak dawno im nie czytałam! Mój mąż pewnie też będzie szczęśliwy, ale w tej chwili śpi. - Prawie podskoczyła z radości i pomknęła do salonu. - Zaparzyć wam herbatę? Pewnie zmokłyście. Bardzo pada, oj tak, wręcz ulewa. I zimno się zrobiło. Ogrzejecie się, dziewczynki kochane.
Primrose zachęciła machnięciem ręki Lily, żeby razem z nią weszła do salonu. Pomieszczenie było niewielkie, ale przytulne. Na środku stał stół z ciemnego drewna, którego blat pokrywał beżowy obrus z ciemnobrązowy, kwiecistymi wzorami. Pod jedną ścianą widniała miękka kanapa obita czarną tapicerką, a przy przeciwnej stała duża szafa, komody oraz półki wypełnione po brzegi książkami, ręcznie malowanymi lalkami z porcelany, wystruganymi z drewna żołnierzykami, kolorową zastawą oraz zdjęciami w ramkach.

< Lily? :> >
Liczba słów: 870

Od Ace'a do Holly

Białowłosa wpatrywała się wyczekująco we mnie. I co ja mam teraz zrobić? Niby zmienić się w zwierzaka nie byłoby problemem, ale jednak coś mi mówiło, że to by raczej nie było to o co jej chodzi. W sumie mówiła coś o własnej inicjatywie...
– Holly, możemy się przenieść na zewnątrz? – spytałem wstając i chowając gitarę do pokrowca.
– Noo możemy, ale po co? Przecież tutaj też możemy dalej robić zdjęcia. – spytała opuszczając aparat i uśmiechnęła się lekko – Poza tym no weeź się zmień w kota, to powinno być to!
– Zobaczysz! – uśmiechnąłem się i otworzyłem drzwi sali gimnastycznej – O ile tylko mi się uda... – mruknąłem do siebie po czym skierowałem wzrok na Holly – To jak idziesz?
– Jasne, jasne, ale mógłbyś mi jednak wyjaśnić po co? Tu było dobre światło i nawet sceneria... – nadęła swoje policzki, co było dość zabawnym widokiem. Widząc ten wyraz twarzy zaśmiałem się i ponagliłem ją żeby wyszła.
– Zobaczysz... Chciałaś kota to zaraz będziesz mieć ich od groma... – mówiłem skupiając się na tym, jak to by użyć mojej zdolności panowania nad kotami. Czemu to zawsze było takie losowe. Jak wychodziłem pobiegać i nie chciałem żeby przyszły to jak na złość się wręcz do mnie kleiły, a teraz... Teraz jakby w ogóle w całym Arelionie żadnego kota nie było.
– Możesz mówić jaśniej? Poza tym, przecież sam mogłeś się w niego zmienić i nie byłoby problemu, a teraz będę musiała filtry zmieniać! – marudziła majstrując coś przy obiektywie aparatu. Zamknąłem oczy i próbowałem się skupić jeszcze bardziej. Wziąłem głęboki wdech i wstrzymałem oddech. Czemu to zawsze było takie losowe? Raz mogłaby się włączyć kiedy trzeba. Po dłuższej chwili wypuściłem głośno powietrze.
– Heh... No dobra, już się zmieniam... – powiedziałem lekko zrezygnowany nieudaną próbą i zacząłem przemianę. Chyba nigdy nie znudzi mi się to uczucie.
– Dziękuje! Widzisz? Tak trudno było się przemienić od razu? – Ho wydawała się podekscytowana tym widokiem i zaczęła cykać fotki zanim dokończyłem się zmieniać – Ace, skoro już skończyłeś, to spróbuj teraz zrobić jakąś uroczą pozę!
A sobie życzenia wymyśla... Padłem na lewy bok i ułożyłem się na plecach eksponując mój czarny brzuszek z aksamitnym futerkiem. Wyciągnąłem łapki i rozłożyłem palce. Mój wzrok skierowałem wprost na białowłosą i wystawiłem koniec języka z pyszczka.
– I o to chodziło! A teraz weź może jakąś pozę zrób jakbyś polował albo coś takie... – obróciła gwałtownie głowę i spojrzała w dół. Ja także poderwałem się z ziemi gdy tylko poczułem jak coś mnie w ogon pacnęło. – Ace! Skąd tu się wzięło tyle kotów?
W odpowiedzi tylko miauknąłem głośno i zacząłem zmieniać się z powrotem w moją ludzką formę. Po chwili stałem wyprostowany na przeciw Ho, a wokół nas zebrała się całkiem pokaźna liczba kotów.
– No wreszcie zadziałało! – przeciągnąłem się z uśmiechem. – Masz teraz zwierząt do fotografowania ile tylko zechcesz.
– Widzę... Ale co ci się wreszcie udało? To jakaś twoja specjalna zdolność? – jej oczka na nowo rozbłysły tym podejrzanym blaskiem.
– Ano, to moja specjalna zdolność... – kiedy wypowiedziałem to zdanie zdałem sobie sprawę, że właśnie sprowadziłem na siebie kolejną lawinę pytań.
– Specjalna?! Co to? Jak ona działa? – mówiła podekscytowana. – Co ona robi? Tylko ty tak umiesz, czy też jest więcej zmiennokształtnych z taką mocą? Masz więcej takich mocy?
– Jezu, Holly... I znowu nie wiem na które pierwsze odpowiedzieć. – położyłem rękę na z tyłu głowy i zaśmiałem się. – Ogólnie, to jest moc panowania na kotami. Mogę je przywoływać i wydawać jakieś polecenia. Nie wiem jaki ma zasięg, jak tego używać. Zazwyczaj samo się używa. I nie, nie wiem czy ktoś jeszcze posiada taką zdolność... W każdym razie nie słyszałem żeby ktoś jeszcze tak potrafił...
– Ace! Ale to jest świetne! Musisz to lepiej opanować! – podeszła do mnie omijając po drodze zwierzęta i zaczęła intensywnie się wpatrywać we mnie. – Wiesz jaki to ma potencjał pod sesje fotograficzne? No, a teraz zabieramy się do roboty!
Reszta popołudnia minęła na robieniu zdjęć i wywoływaniu ich później w ciemni szkolnej pracowni fotograficznej. Rozstałem się z Ho dopiero późnym wieczorem i ruszyłem do swojego pokoju. Zmieniłem się w kota i cichutko kicałem korytarzem. Trzeba przyznać, ma dziewczyna zapał do fotografii. Żeby do jednego zdjęcia robić ponad dwieście albo więcej podejść. Wszedłem cicho do pokoju nie budząc przy tym mojego współlokatora. Wepchnąłem się pod kołdrę i szybko zasnąłem.
***
Otworzyłem gwałtownie oczy i stoczyłem się z łóżka czując czyjś wzrok na mnie. W nie całą sekundę później stałem naprzeciw Holly. Chwila, co ona tu w ogóle robi?
– Hej Ace! – uśmiechnęła się, po czym spojrzała spojrzała na mnie poważnie – Szybko się ubieraj, mamy do nadrobienia wszystkie części Harrego Pottera! Nie zapomniałeś chyba? Prawda?
– A to już dzisiaj sobota? I w ogóle która godzina? – przeciągnąłem się czując jak mi kości strzelają. Sięgnąłem po spodnie leżące obok łóżka i wszedłem do łazienki się ogarnąć trochę.
– No, przecież wczoraj był piątek... Jak można mieć tak zaburzone poczucie czasu? – zapytała z niedowierzaniem w głosie zza drzwi od łazienki. Wyszedłem po około kwadransie już umyty i z ogoloną z porannego zarostu twarzą. Przyjemnie było się tak odświeżyć z rana.
– A teraz zbieraj się, każda chwila życia w której nie znasz Harrego, to stracona chwila! – dziewczyna złapała mnie za rękę gdy tylko narzuciłem na siebie koszulkę i pociągnęła w kierunku drzwi. Na korytarzach pusto było.
– Poczekaj, skocze chociaż jakieś jedzenie przygotuje... Głupio tak wpaść z pustymi rękami...
– Jak wolisz, ale się pośpiesz! Mamy sporo zaległości, a czasu mało, wieczorem jeszcze sesje chciałam zrobić. – powiedziała i szybkim krokiem ruszyła do siebie. Spojrzałem na zegarek w telefonie kiedy zniknęła za zakrętem. O Jezu... Dopiero ósma była! Jezu, czemu tak wcześnie... Szybko skoczyłem do kuchni i zacząłem przygotowywać jakieś jedzenie.
***
– Wow, dziwny ten twój Harry, ale całkiem ciekawy! – mówiłem intensywnie gestykulując wolną od rekwizytów ręką. – Nie spodziewałem się, że ludzka wizja nas może być tak wkręcająca. Jest po prostu dziwnyyy! – zaśmiałem się na wspomnienie ich wersji szkoły magii, wilkołaków czy tego pokręconego bazyliszka i cerbera.
– Poczekaj, aż zobaczysz resztę! To były dopiero trzy części! – dziewczyna mówiła szczerze uradowana tym, że nawet udało jej się zaciekawić mnie tym światem. – Przed nami jeszcze cztery!
– Oya! – zakrzyknąłem wesoło.
– Oya? Co to znaczy? – spytała znowu z tym swoim błyskiem ciekawości w oczach.
– To, to w sumie nic nie oznacza. Bardziej taki mój wesoły okrzyk. – postawiłem rzeczy gdy doszliśmy w miejsce, które Ho sobie upatrzyła. – Właśnie, Holly! Sprawę mam... Jutro o szesnastej gramy mecz sparingowy, a ty jesteś w klubie dziennikarskim i może mogłabyś porobić jakieś zdjęcia i jakiś artykuł machnąć co by nas lekko wypromował i jakichś nowych przyciągnął?
<koniec wątku>

<Holly? I jak Ci się to widzi?>
Ilość słów: 1125

poniedziałek, 2 kwietnia 2018

Od Erena do Kagamiego

Dzisiejszy dzień był wspaniały. Zapomniałem o własnych urodzinach. W sumie, to rzadko je obchodzę, więc nic dziwnego. Matko... 22 lata. Stary jestem... Bardzo się cieszę, że mogłem spędzić z Kagamim cały dzień. Powinniśmy częściej tak wychodzić. O wiele częściej... Siedzieliśmy na ławce w parku. Nagle chłopak mnie postawił na ziemię, złapał za rękę i zaczął gdzieś prowadzić. Ciekawe gdzie... To było kawałek stąd, więc nie miałem pojęcia, gdzie i co to mogło być. Nagle stanęliśmy przed jakimś domem. No dobra, fajnie i co teraz? Co to za dom? O co chodzi? Nagle Kagami złapał mnie mocniej za rękę i spojrzał w oczy.
-Eren... Wiem, może nie znamy na tyle dobrze, ale... Bardzo ciebie kocham... Bardzo kocham twoje oczy, twój uśmiech... Całego ciebie. Powiedzmy sobie szczerze, że przeżyliśmy dużo. Bardzo dużo. Po prostu... Kocham cię. Cholernie ciebie kocham. Jesteś najważniejszą osobą w moim życiu i muszę, wręcz muszę ciebie poprosić... Proszę, Eren... Zamieszkajmy tutaj razem... Abym mógł do ciebie przychodzić, mówić, że wróciłem. Abym ciągle miał ciebie
blisko i nikt nie mówił nam, co mamy robić... Proszę, bądź ze mną...- szepnął, a ja spojrzałem na niego z zaskoczeniem, ale również z radością.
-Kagami... Nie mów mi, że ty... Wyjechałeś po to...
-Tak... Chciałem nam kupić dom...
-Z-zrobiłeś to dla nas?- w moich oczach stanęły łzy. Poświęcił się, by sprawić nam lepszą przyszłość. Lepsze życie. Nie wierzę... Tyle miesięcy... Tyle czasu pracował na to, a ja myślałem... Byłem głupi. Tak cholernie głupi. Gdyby od razu mi powiedział, wszystko wyglądałoby teraz inaczej. Z jednej strony się cieszę, ale z drugiej... Sam nie wiem, co czuję. Chyba tamta część mnie nadal się kryje w środku i szybko nie odpuści. Myśli same mnie nachodzą. Zrobił to dla mnie? Dla nas? Poświęcił się... Cierpiał... A ja? Ja byłem taki samolubny i głupi. Taki dziecinny... Nie domyśliłem się, choć powinienem. Nie zdążyłem mu wszystkiego powiedzieć... Jednak mimo wątpliwości, które nasuwa mi moja ciemniejsza strona, jestem szczęśliwy. Jestem ogromnie szczęśliwy, że zrobił to dla mnie, dla nas.
-Tak, Eren. Abyś wiedział, że ze mną będziesz naprawdę szczęśliwy, bez znaczenia co by się działo...
-Kagamiś...- zbliżyłem się do niego i przytuliłem mocno.- Dziękuję. Dziękuję ci z całego serca...
-Nie dziękuj mi promyczku....-szepnął i pocałował mnie w czubek głowy.
-Muszę... Jak mógłbym przejść obok tego obojętnie... Byłem taki głupi...-odsunęliśmy się od siebie, a ja popatrzyłem w różowo-niebieskie niebo.
-Nie martw się. To też moja wina, ale chciałem ci zrobić niespodziankę...-szepnął.
-I zrobiłeś... I to jaką. Nie wiem... Nie wiem co mam o tym myśleć... Jestem szczęśliwy. Tak bardzo...
-Wprowadzimy się, kiedy będziesz gotowy. -uśmiechnął się i pocałował go w czoło.-Wracamy...
-Dobrze.
Zaczęliśmy iść w stronę akademików. Przechodziliśmy niedaleko parku i kawiarni. Obok nas przechodził jakiś czarnowłosy chłopak z białowłosą dziewczyną. Dziwne... Skądś ich znam... Minęliśmy się, a ja poczułem jakiś mocny impuls. Moje oczy mocno świeciły na złoto, a mi zakręciło się w głowie. Para stanęła również, a ja przytrzymałem się ramienia Kagamiego. Po chwili ja i czarnowłosy chłopak popatrzyliśmy się na siebie. Jego oczy były krwisto-czerwone. Zaraz... On nie miał szarych oczu? Nie rozumiem... Łeb mnie strasznie boli... O co chodzi...
-Eren?! Co się stało?- Kagami zapytał mnie, mocno mnie trzymając, abym nie upadł. Białowłosa dziewczyna spojrzała na chłopaka w okularach, patrząc na niego z jakby niepokojem. Ale my, nie mogliśmy nic odpowiedzieć. Wpatrywaliśmy się w swoje świecące oczy. Co jest... Czuję jego emocje? Czemu? Co się dzieje, kim on jest? Zaraz... Znam go... Skąd go znam? Na pewno... Jestem pewien, spotkaliśmy się kiedyś, tylko gdzie?! Moja głowa... Złapałem się za nią.
-Eren...- wyszeptał czarnowłosy chłopak. Skąd zna moje imię? Kto to...
Kagami delikatnie nadal mnie trzymał, abym nie upadł. Białowłosa nagle wzięła głęboki wdech z zaskoczenia i pobiegła do czerwonowłosego. Kagami spojrzał na nią, kiedy ta się w niego wtuliła. Co tu się dzieje... O co chodzi? Kim oni do cholery są?! Czuję nienaturalne bicie jego serca... Czuję to, co on. Czemu... Czemu nasze oczy się świecą. Czemu ja go znam? Nagle czarnowłosy podszedł do mnie.
-Eren, pamiętasz mnie? Wiesz, kim jestem?-powiedział, zbliżając się, a ja spojrzałem w jego krwisto-czerwone oczy. 
-Nazywasz się... Shoto...- wiem jak się nazywa, ale... Coś napływa cały czas do mojej głowy... Co to jest... Białowłosa z płaczem wtulała się w Kagamiego, który po chwili objął ją wolną dłonią, bo drugą nadal trzymał mnie. 
-Shura...-szepnął Kagami, po czym pocałował dziewczynę w czubek głowy. Co? Oni się znają? Skąd? Co? Jak? Gdzie? Czemu tylko ja nie wiem o co... Zaraz... Te wspomnienia... On... Wiem, kim on jest... Podszedłem do czarnowłosego, zwalniając się z uścisku ręki Kagamiego.
-Shoto... Shoto Kurushimi... Mój młodszy brat...- gdy wypowiedziałem te słowa, zapadła grobowa cisza.
-Eren... Eren w końcu... - w naszych oczach stanęły łzy. Nadal nie odzyskałem pełni wspomnień, ale wiem, że on jest moim bratem... Dlaczego tego nie pamiętałem... Zapomniałem? Chciałem zapomnieć czy mnie zmusili? Co się stało? Czemu ojciec wydawał się w tym wspomnieniu taki ciepły...
<następne opowiadanie>
<Kagami?>
Ilość słów: 808

Od Rina do Katsukiego

-Dobra, nie będę przecież mówił ciągle na ciebie Ogoniasty Bałwan. Jestem Katsuki Yoshimura.-blondyn podał mi rękę. Dość specyficzny typ, nie powiem, że nie. Zaintrygował mnie, mówiąc szczerze. Coś tam ukrywa. Podałem mu rękę i się zapoznaliśmy. Tym razem oficjalnie i grzeczniej.
-Rin Kurushimi. Miło poznać...?
-Chyba miło. A kto tam wie.-mruknął, po czym uścisnął mi dłoń. Zaprowadził mnie do pokoju i pokazał wszystko, co i jak i gdzie. Na łóżku stała moja walizka i pudła. Matko, jak ja nienawidzę się rozpakowywać i pakować. Koszmar. Podszedłem do bagaży i zacząłem je rozpakowywać. Nagle przy moich nogach znalazł się mały, puszysty i jasny kotek, który zaczął mnie obwąchiwać i warczeć na mnie.
-Hej mały.- popatrzyłem w stronę kociaka. Fajny był, choć trochę nerwowy. Zupełnie jak właściciel. Dobrali się, nie powiem, że nie.
-Ijime. Uważaj, nie lubi obcych.... -rzekł blondyn, a ja ukucnąłem przed kotem, który lekko ugryzł mnie w palec. Zaśmiałem się i pogłaskałem go.
-Zabawny jesteś, Ijime. Ciekawe gdzie się podziewa Kuro...- szepnąłem. Katsuki patrzył na mnie z uniesioną brwią, a gdy kot zaczął mnie drapać, blondyn prychnął ze śmiechem. Ja również się uśmiechałem, bo ten kotek, mimo, że narwany, to jest uroczy. 
-Uroczego masz kotka.-zaśmiałem się lekko i wstałem, ponownie zabierając się za bagaże.
-Poradzisz sobie z tym ogoniasty bałwanie? -wskazał na bagaże.
-Noo, chyba muszę, nie?- w tym momencie spojrzałem na balkon. Piękny widok. Chciałoby się coś porobić ciekawszego, ale no... Tak średnio bym powiedział, tak średnio. Najpierw muszę rozpakować to wszystko. Zastanawia mnie, kiedy Kuro dotrze tutaj. Powinien w sumie już tu być. Martwię się trochę, ale ufam, że sobie poradzi. Był kilkakrotnie w większych tarapatach niż wędrówka do nowego miejsca.
-Dobra, dawaj, pomogę ci.-powiedział, po czym podszedł do mnie.
-Nie musisz się zmuszać. Poradzę sobie.
-Zamknij się. Znaj moją łaskę ogoniasty bałwanie.
-Tak, tak... Dzięki- uśmiechnąłem się i zacząłem rozpakowywać kolejne pudło.
-Czego michę cieszysz?
-Bo normalnie ze mną rozmawiasz i się nie drzesz jak opętany, a na dodatek postanowiłeś mi pomóc.
Katsuki nagle uderzył mnie w tył głowy.
-Zamknij się. Werbuje członków, więc będę miły... Powiedzmy, że miły...
-Jasne, jasne...- zaśmiałem się, wyjmując pusty pokrowiec od katany, która była ukrywa we mnie.- Eech, gdzie ja mam to teraz wsadzić...-podrapałem się po głowie, rozglądając po pokoju.
-Co?
-Pokrowca od katany. Cholera, zapomniałem ją w go schować. Dobra tam.-rzuciłem pokrowiec do szafy i podszedłem, rozpakowując ostatnie już pudło.
Blondyn usiadł na moim łóżku.
-Pójdziemy potem do pokoju, gdzie są delikwenci. Podziemia zapraszają... -rozłożył się na materacu, a ja skończyłem się rozpakowywać.
-Hej,hej, jeszcze nie zadecydowałem o niczym.
-Dobra, ale jednak zapoznasz się z innymi. I jak mówiłem. Są tępi i to bardzo. Więc lepiej ich nie wkurzaj.-ziewnął, a ja usłyszałem wołanie mojego kochanego kotka z balkonu.
-Kuro!- podszedłem do balkonu i otworzyłem mu drzwi, a kotek przywitał się ze mną. 
-Kolejny sierściuch? Jeez...
-Oj, dasz radę.- Kuro poszedł zapoznawać się z Ijime, a ja usiadłem na łóżku, sprawdzając godzinę. Ijime syknął, a Katsuki mocniej rozwalił się na moim łóżku.
-Tobie nie za wygodnie?
-Cicho bądź.- Katsuki rzucił. Nagle Kuro na niego wskoczył i go zaczął oblizywać, a ja śmiałem się mocno, a mój ogonek chodził na prawo i lewo.
-Fuj! Spalę tego szczyla!
-Haha! Prędzej się udusisz.- Kuro się powiększył i przygniótł Katsukiego.- I jak? Przyjemnie?- cały czas się śmiałem.
-Zabieraj tego śmierdziela ze mnie! -wrzasnął, a kiedy chciał go uderzyć, powstrzymał się
-Już, już narwańcu- Kuro się zmniejszył i pobiegł gdzieś sobie. Przypomniałem sobie własnie, że przecież mam nadal rozciętą wargę. Przetarłem dłonią usta, na których zbierała się krew.-Eech... 
-Krew jest zajebista... -spojrzał na swoją zakrwawioną i poranioną do mięsa dłoń, na której widniało spalenie. Matko, nie ogarniam tego typa. Co z nim jest nie tak? Raz gada normalnie, a raz gada jak psychol. Jednak intryguje mnie. Może coś przeszedł w życiu albo po prostu taki jest?
-Ta, szczególnie do picia.
-Nie piłem...-polizał swoje palce.
-Słaby jesteś- uśmiechnąłem się- Nie wyglądasz na demona.
-Bo nim nie jestem, ogoniasty bałwanie.
-Po części ci zazdroszczę.- lek podpaliłem wargę, a rana mi się wyleczyła.
-A nie trzeba....-burknął
-Daj rękę- chciałem mu ją wyleczyć. Co, jak co, ale nie będzie paradował z rozwaloną do mięsa ręką.
-Nie. Fajna ta rana...-burknął.
-Zamknij się.-chwyciłem jego rękę i podpaliłem, lecząc ją. Po chwili ręka chłopaka była zdrowa.
-Spadaj!-wrzasnął, wyrywając ode mnie dłoń.
-Za późno!- zaśmiałem się i wstałem z łóżka, przeciągając się.
-Jebany bałwan...
-Tiaa... Wolisz mnie przeklinać czy iść do tego twojego królestwa liliputów?
-Sam kurwa liliput jesteś. Chodź.-warknął, po czym wstał i ruszył ku wyjściu z pokoju...
<Katsuki?>
Ilość słów: 742

Witamy - Avon Juliet Tenerbis!

Imię i nazwisko: Avon Juliet Tenerbis
Pseudonim: $ke$h - jej pseudonim na blogu, jak i na jej kontach w różnych portalach społecznościowych.
Wiek: 20 lat
Data urodzin: 08.12
Płeć: Kobieta
Orientacja: Biseksualna, uważa, że każdy w pewnym stopniu jest bi.
Partner: Singielka bez zauroczenia, działajcie moi drodzy, a może zaliczycie.
Klasa: III Medyczna
Kluby: Nie umiała się zdecydować, może kiedyś dojdzie.
Rasa: Magicznie Uzdolniona
Specyfika: Avon ma moce, które kojarzą się z magicznie uzdolnionymi - teleportacja oraz psychokineza. Może jedna moc jest specyficzna i raczej niespotykana. Odziedziczyła ją po swoim ojcu, a mianowicie potrafi przywoływać blastery, które są w stosunku do Avon jak najbardziej posłuszne.
Charakter: Jest strasznie niezdecydowaną osobą, nad małym wyborem może siedzieć bardzo długo. Całe szczęście, że nie lubi zakupów, bo nigdy nie wyszłaby ze sklepu. Na świat patrzy przez różowe okulary, a uśmiech nigdy nie znika z jej twarzy. Poza tym jest bardzo opiekuńcza i nie lubi, gdy ktoś znęca się nad kimś innym. Potrafi zrobić wiele głupot, można powiedzieć, że część mózgu, która odpowiada za wstyd... obumarła. Dawno. Choć potrafi dotrzymać tajemnicy, nie zawsze potrafi ugryźć się w język, by nie powiedzieć niczego przykrego. Uwielbia urocze zwierzaki, choć jakby jej pupile były starsze, nie oddałaby ich, czy nie wyrzuciłaby. Nienawidzi takiego zachowania w stosunku do zwierząt. Lubi też od czasu do czasu poflirtować z innymi.
Aparycja: Avon ma ładną dosyć wysportowaną sylwetką. Jej krótkie włosy, które ledwie dosięgają do ramion, są koloru dosyć ciemnego brązu, a w jej złoto-miodowych oczach można się aż zatopić. Jej wzrost wynosi równe 160 cm, co do milimetra. A waga adekwatna do wzrostu: 50 kilogramów. Tę wagę zawdzięcza sobie dzięki odpowiedniej diecie do jej wieku oraz płci i dosyć aktywnego trybu życia. Nie ma określonego stylu ubierania; raz włoży sukienkę, raz spodnie z koszulką. Choć nigdy nie założy legginsów jako spodnie, uważa to za zło.
Głos: JubyPhonic
Pokój: 48
Współlokator: Misuzu Kaneko
Zainteresowania: Dziewczyna od najmłodszych lat interesowała się muzyką, uczyła się grać na paru instrumentach takich jak perkusja, saksofon (który jest, swoją drogą, bardzo prosty w obsłudze) czy nawet gitara elektryczna oraz pianino. Uczyła się śpiewać różnymi stylami, od growlowania i screamowania do jazzu; choć brakuje jej do mistrzostwa w wielu dziedzinach, to ona nadal się nie poddaje. Stara się uczyć na większej ilości instrumentów oraz polepszyć swój głos. Trzeba też dodać, że dobrze radzi sobie z malowaniem krajobrazów. A kolejną rzeczą, która jest dosyć logiczna, bo po tylu latach w „zawodzie” vlogerki świetnie montuje filmy; bez tej umiejętności nigdy by się nie wybiła.
Moce:
- Teleportacja - „hipotetyczny w skali makroskopowej proces przenoszenia obiektów z jednego miejsca w inne, bez zachowania ciągłości istnienia obiektu w przestrzeni”. Prościej mówiąc, przeniesienie się z punktu A do punktu B w odległości widzianej od punktu A z przerwaniem ciągłości istnienia w przestrzeni.
- Psychokineza - możliwość ingerowania w przedmioty bez użycia siły fizycznej.
- Blastery - możliwość używania broni zwanej Blastery, które są urządzeniami, przypominającymi głowy smoka. Urządzenia te potrafią strzelać promieniami energii. Może z nich korzystać... godzinę miesięcznie. Jednocześnie może przywołać dwa blastery.
Rodzina: 
Matka: Olivia Tenerbis
Ojciec: Nathaniel Tenerbis
Pupil: Ame, Are oraz Cola.
Inne: 
- Dziewczyna od paru lat nagrywa vlogi, covery oraz pisze blog o wszystkim i o niczym. Trzeba przyznać, że ma mało dużo obserwujących. Blisko pięć tysięcy.
Kontakt: Anonim
Motto: "Żyj, aby żyć i spełniać marzenia, a nie, by przeżyć."
Źródła zdjęć: pinterest
Relacje: -
Ważne opowiadania: -
Inne zdjęcia: 
blaster


niedziela, 1 kwietnia 2018

Od Drake'a do Roy

Nie chciałem nic mówić, ale podzielałem zdanie Roy. Ktoś maczał brudne paluchy w zabezpieczeniach. Nie podobało mi się to. Miałem dziwne przeczucie, że to nie jest sprawka jakiegoś ucznia, a raczej kogoś bardziej ogarniętego. Nie zdziwiłbym się, gdyby któryś z nauczycieli nie zechciał przetestować naszych umiejętności, pozmieniawszy nieco zasady, na dodatek nie uprzedzając nas o tym. Na przykład mój wychowawca. Gendirin to fałszywa menda. Niby działa w słusznej sprawie. Generał od siedmiu boleści. Nie cierpię tego faceta. Gdybym tylko mógł, w życiu bym go nie wybrał na wychowawcę.
Gdy tylko Blue znowu znalazł się w centrum uwagi białowłosej, poczułem się zazdrosny. Ten mały, irytujący blaszak kradł całą jej uwagę, która bez wątpienia należała się mnie! Jak Roa mogła w ogóle bardziej zważać na Blue niż na mnie? Poczułem się naprawdę dotknięty. Obrażony skrzyżowałem ramiona na piersi i z miną naburmuszonego dziecka oparłem się o najbliższe drzewo. Do tego wszystkiego prychnąłem pod nosem. Tak, wiem. Szczyt szczeniactwa, ale co poradzę, taki już jestem. Nagle Roa zbliżyła się do mnie. Nieśmiało wyciągnęła rękę, by po kilku sekundach zanurzyć drżące palce w moich włosach. Z początku głaskała mnie nieśmiało, jednak z każdą kolejną chwilą jej ruchy były coraz odważniejsze.
– Strzeż się, bo teraz cię zagłaskam na śmierć – zaśmiała się dziewczyna. Jej pieszczota sprawiła mi, nie powiem, wielką przyjemność, dlatego postanowiłem się jej odwdzięczyć. Sam wyciągnąłem prawą dłoń, by opuszkami palców przejechać po jej policzku. Skóra Roy była gładka w dotyku i miękka. Spojrzałem jej głęboko w oczy. Czyżbym ujrzał w nich nutę strachu i niepewności? Zabrałem rękę, by po chwili odsunąć się od niej. Nie chciałem, by pomyślała sobie nie wiadomo co o mnie.
– Śmierć nie jest mi straszna. Jeszcze za mało zrobiłem, by odejść z tego świata. – Gdy odszedłem od niej na kilkumetrową odległość, odwróciłem się do mej białowłosej towarzyszki twarzą. – Czas na nas. Nie powinniśmy stać w miejscu, stajemy się tym samym łatwiejszym celem, a zależy nam na wygranej, prawda? – spytałem, posyłając jej tym samym kolejny uśmiech. – Coś mi się wydaje, że czeka nas dzisiaj niejedna niespodzianka.
***
Przez godzinę szliśmy, kierując się na zachód. Po drodze natrafiliśmy na jeszcze dwie inne pary, które udało nam się pokonać. I tak jak było za pierwszym razem, gdy jeden z przeciwników padł „trupem”, drugi nadal pozostawał w grze. Po kolejnym wygranym pojedynku nieco zmęczeni postanowiliśmy znaleźć jakąś kryjówkę, by odpocząć kilka minut i zregenerować siły. Jak na razie nie musieliśmy posługiwać się naszymi magicznymi zdolnościami. A ciekawiło mnie, jakim typem mocy dysponuje Roa. Na pewno nie jest żywiołakiem. To bym wyczuł z daleka. Pozostaje jeszcze kwestia zmienionych zasad gry.
– Chyba mam pewną teorię – odezwałem się po kilkuminutowej ciszy, jaka zapadła między nami. W lesie zaczął panować półmrok, jedynie światło pochodzące od Blue oświetlało nam siebie nawzajem. Do tego temperatura się obniżyła. Zimno coraz bardziej dawało nam się we znaki.
– Jaka to teoria? – spytała Roa. Przytulała Blue do siebie, dzięki czemu android oddawał jej trochę swojego ciepła.
– Co, jeśli połączyli nas w pary tylko dla zmyłki? Od samego początku mogli planować coś innego, a nam przekazać fałszywe instrukcje. Myślę, że... – urwałem, by się zastanowić. Mój głos obniżył się niemal do szeptu. – Że ostatnia para, która wygra, będzie musiała stoczyć walkę między sobą. Nie zdziwiłbym się, gdyby podczas gry zaproponowano nam także zmianę partnerów lub łączenie w większe grupy. Skoro po wyeliminowaniu jednego z pary ten drugi nadal jest w grze, to czemu kompan miałby nie zdradzić kompana i przyłączyć się do kogoś silniejszego? Wszyscy za jednego...
Po moim krótkim wywodzie zapadła cisza. Roa zaczęła analizować to, co przed chwilą powiedziałem. Według mnie to wszystko trzymało się sensownie kupy. Inne rozwiązanie jakoś nie przychodziło mi do głowy. Popatrzyłem badawczo na dziewczynę przed sobą. Czy byłaby zdolna do zdrady sojusznika? Do wbicia towarzyszowi noża w plecy? Nie znałem jej za dobrze, a właściwie nie znałem wcale. Wydawała się cicha i się niewychylająca. Raczej nie wyglądała na mistrza pierwszego planu, lecz kto tam ją wie? Może umiała świetnie grać?
Zadawałem sobie pytanie, czy mogę jej ufać...
– Powiedz... Roa.... – odezwałem się znowu, nie przestając świdrować dziewczyny wzrokiem. – Co myślisz o tym wszystkim? Jak ty byś postąpiła, gdyby okazało się to prawdą? – zadałem jej nurtujące mnie pytanie, aczkolwiek miałem świadomość, iż raczej prawdy mi nie powie. Tak, jak ona dla mnie, byłem dla niej obcym. Jedynie kolegą ze szkoły, z którym wymieniła kilkanaście zdań.
Jednakże, gdy tak na nią patrzyłem, na tę całkiem piękną, acz troszkę dziecięcą twarz, czułem, że można jej zaufać. Gdzieś nad nami zahuczała sowa. Dźwięk rozszedł się po głuszy, pozostawiając po sobie krótkie echo. Tymczasem nadal patrzyłem na Roę. Zacząłem dostrzegać w niej coraz więcej. Na przykład urodę. I delikatność.
– Czemu wybrałaś profil wojskowy? Mundur do ciebie nie pasuje, mała...

< Roa? >
Liczba słów: 794

Witamy - Oliver Alexander Mandeville!

Imię i nazwisko: Oliver Alexander Mandeville
Wiek: 17 lat
Data urodzin: 30.01
Płeć: Mężczyzna
Orientacja: Oliver jest biseksualny, jednakże większość znających go osób uważa go za stuprocentowego geja; wynika to po części z tego, że po pierwsze, o wiele bardziej ciągnie go w stronę tej samej płci niżeli kobiet, a po drugie, widok chłopaka z osobniczką płci pięknej to równie rzadki widok, co zupełna trzeźwość u tego blondwłosego osobnika.
Partner: Chłopak zbytnio nie gustuje w stałe, zobowiązujące związki – to kompletnie nie jest jego bajka. Znacznie bardziej intrygują go i ciągną krótkie, przelotne ‘znajomości’ głównie spędzane na łóżku, podłodze, stole, blacie, szatni…
Klasa: I iluzjonistyczna
Kluby: Raczej nie jest to osoba należąca do tego typu szkolnych ‘przedsięwzięć’.
Rasa: Slayri
Specyfika: Blondyn jest mało wyróżniającym się przedstawicielem rasy nadnaturalnej, jaką jest slayri; bardzo duża część osób myli go z magicznie uzdolnionym. Jedyne umiejętności, które bardzo mocno charakteryzują jego gatunek, to możliwość przywoływania iluzjonistycznych istot. Nie są to zbyt wyszukane czy skomplikowane obrazy, jednakże dla samego Olivera jest to przeraźliwie ogromny wysiłek. Jest początkującą osobą, jeżeli chodzi o używania magicznych mocy. Jego zdolności objawiły się, dopiero gdy ten osiągnął piętnasty rok życia, więc również i z tego względu jego umiejętności nie są dość mocno rozwinięte. Rzeczą, która go wyróżnia od zwykłego slayri, a często wprowadza w błąd innych ludzi, którzy dlatego też mylą go z magicznie uzdolnionym, jest fakt, że blondyn posiada niewielkie, ale jednak uzdolnienia w kontekście używania magicznego ognia. Jest on w stanie panować nad drobnymi płomieniami oraz posiada całkiem dobrze rozwiniętą odporność na ten żywioł. Moce te odziedziczył po swoim ojcu, który był magicznie uzdolnionym człowiekiem, doskonale panującym nad ogniem. Używanie magii przez Olivera posiada kilka dość istotnych wad. Chłopak do przywoływania iluzjonistycznych obrazów czy wytwarzania niewielkich ogników jest zmuszony użyć swojej energii życiowej. Jest to dość skomplikowany proces, którego sam młody Mandeville nie do końca rozumie. Prawie po każdym posłużeniu się swoimi magicznymi uzdolnieniami ulega ogromnemu osłabieniu, co również prowadzi do licznych krwotoków z nosa, uszu; czasem nawet krwista ciecz jest w stanie przedostać się przez oczy. Dosyć często dochodzi do omdleń chłopaka – prawie za każdym razem towarzyszą mu ogromne zawroty głowy, odruchy wymiotne. Dlatego też z tych powodów Oliver zmniejsza używania mocy do minimum. Zdaje sobie sprawę, że powinien trenować swoje zdolności, aby mógł coraz dłużej korzystać ze swoich umiejętności, jednak zdaniem blondyna nie jest to warte utraty zdrowia; dość paradoksalne zważając na wyniszczający tryb życia chłopaka.
Charakter: Cóż ciekawego można powiedzieć o Oliverze? Zbyt ironiczny, cyniczny i sarkastyczny jak na siedemnastolatka, który po pozbyciu się tatuaży, kolczyków i dziwnej otoczki kogoś innego, mógłby uchodzić za co najmniej piętnastoletniego chłopca… Ach, blondyna otacza zewsząd aura niedostępności; wrażenia, że rozmawia się z inną osobą. Jest ona wręcz namacalna w nielicznych konwersacjach z młodym Mandeville’em. Chłopak jest jedną z tych osób, która każdego ranka nakłada na swą twarz maskę sztucznej obojętności oraz towarzyskiej natury. Zmienia swoje twarze zależnie od sytuacji; czasem niekoniecznie udolnie – w końcu ile można udawać kogoś, kim się nie jest? Nie pozwala nikomu ujrzeć siebie ze swojej prawdziwej strony, tej kruchej oraz bezbronnej, pełnej bezgranicznej rozpaczy. Wokół siebie buduje wszechobecne, ogromne mury, których potęgi nie może nikt zburzyć. A przynajmniej ma takie mniemanie — nie jest on mistrzem w udawaniu, więc wystarczy sprawne oko oraz umiejętność odczytywania emocji, aby dostrzec, co w danym momencie tak naprawdę przeżywa blondyn. Swoje wspomnienia, przeszłość topi w alkoholu, używkach oraz seksie; najczęściej działa to na jedynie krótki moment, a potem cała fala niechcianych myśli wraca do niego ze zdwojoną siłą. Oliver jest człowiekiem uzależnionym od wszelakich substancji, proszków oraz leków, które są w stanie go odurzyć oraz wprowadzić w stan błogiego rozluźnienia przeplatanego z okresami nagłej agresji, rozpaczy, idiotycznych pomysłów oraz namawiania przystojnych, starszych kolegów na szybki seks. Oczywiście najlepiej za uiszczeniem jakiejś opłaty. Tak, chłopak używa swojego ciała jako narzędzie do zarabiania, nie posiada zbytniego szacunku dla swojej zewnętrznej powłoki. Można by rzec, że ma bardzo giętki kręgosłup moralny – nie ma dla niego rzeczy dziwnych, nieodpowiednich. Lubuje się w różnego rodzaju relacjach typu seks za pieniądze. Dorabianie na nocnej zmianie w nocnym klubie jako kelner oraz sporadyczne rozprowadzanie narkotyków nie daje blondynowi zbytnio satysfakcjonujących zarobków. Po drugie, Oliver jest niezmiernie zadłużony u ogromnej ilości ludzi, a w szczególności dilerów; dlatego też stara się jak najszybciej spłacać długi – najczęściej kończy się spłaceniem pieniędzy w naturze. Ogółem, często wchodzi w różne układy z dość niebezpiecznymi ludźmi i nie wychodzi z tego zazwyczaj dobrze. Jednakże nie da się przemówić do rozsądku osobie, która prawie codziennie ćpa i się puszcza. Paradoksalne jest to, że w aspekcie pieniędzy, używek jest beznadziejnie łatwy do zmanipulowania. Często popełnia głupoty, za które musi zazwyczaj potem słono płacić. Nie potrafi myśleć racjonalnie, logicznie i łączyć przyczyn ze skutkami. Nie jest to typ człowieka, który dobrze potrafi pokierować swoim życiem – akurat w tym aspekcie jest po prosty totalnym kretynem. Można spokojnie rzec, że chłopak sam wpędza się w coraz większe dno – i nie mija się to z prawdą. Jest dopiero siedemnastolatkiem, który tak naprawdę ma całe życie przed sobą, a on już ledwo co wiąże koniec z końcem oraz każdy dzień zlewa mu się w jedną, rozmazaną i nie do końca pamiętaną kolejnego wieczora plamę. Używki oraz brak poszanowania dla własnej osoby pomieszane z żalem i wspomnieniami, powodują, że Oliver miewa co jakiś czas nawroty depresji, która całkowicie potrafi zrujnować dotychczas wypracowaną ‘równowagę’ w jego życiu — począwszy od masek, które nakłada na swą twarz, a kończąc na ciele, które przez głodzenie potrafi stać się iście chorym widokiem. Równie częste w życiu blondyna są stany lękowe, które uwielbiają go nawiedzać w momentach całkowitego stracenia nad sobą kontroli – a jest to całkiem systematyczne zjawisko w jego egzystencji. Bardzo łatwo chłopak traci nad sobą panowanie, jakąkolwiek kontrolę. Nie potrafi trzymać swoich emocji na wodzy. W pozbywaniu się wszystkich uczuć, niepotrzebnych myśli, żalu pomaga mu taniec, który jest jego jedyną ostoją spokoju oraz wewnętrznej równowagi, której tak bardzo nieświadomie łaknie. Podczas baletu ukazuje swoją najbardziej kruchą stronę, skrytą pod otoczką lubiącego zabawę nastolatka, którego rzekomo nic nie obchodzi. Oj, jak bardzo jest to nieprawdziwe. Ale co się dziwić, że każdy go za takiego uważa, jeżeli nikt nie jest w stanie poznać prawdziwego Olivera? Tego, który codziennie zastanawia się, dlaczego jego los potoczył się tak, a nie inaczej. Tego, który codziennie wraca myślami do ukochanej matki. Tego, który codziennie wsypuje w siebie garście leków, aby choć na chwilę uwolnić się od… siebie i swoich myśli. Oliver jest z jednej strony przedziwnie skomplikowany, lecz z drugiej jego zachowania są dość banalne i proste, a ich przyczyna jest dość oczywista. Jego stany emocjonalne są… chaotyczne oraz roztargnione. W ciągu kilku minut potrafi ze zrozpaczonego chłopaka łaknącego oparcia oraz pomocnej ręki przemienić się w niewyżytą dziwkę, która najchętniej zaczęłaby się pieprzyć na środku ulicy. Tak, to zdanie najlepiej opisuje Olivera.
Aparycja: Oliver mierzy 172 cm przy wadze 55 kilogramów, co jest równe delikatnej niedowadze. Chłopak jest szczupły, jednakże nie przesadnie wychudzony; cała jego postura jest smukła, giętka. Posiada wyraźnie wyrysowane mięśnie, które zawdzięcza w największej mierze swoim prawie codziennym, katorżniczym treningom, w które wkłada cała swoje ciało oraz serce. Jego skóra jest w bardzo jasnym odcieniu, w większości jest pokryta tatuażami, które prawie w trzech czwartych były robione w stanie kompletnej nietrzeźwości przez całkowicie losowe osoby; jednakże nigdy chłopak nie żałował wytatuowania ani jednego ze swoich wzorów – każdy z nich ma powiązane ze sobą wspomnienia; te bardziej wyraźne oraz bardziej mgliste pomieszane z przebłyskami wymiotowania na czyjeś spodnie. Oliver jest doskonałym konsumentem ciekawych specyfików, alkoholu oraz papierosów. Zażywanie tego typu ‘przyjemności’ bardzo mocno odzwierciedla się na jego wyglądzie – matowa skóra, szybka utrata wagi, ogromne wory pod oczami czy ciągle przekrwione oczy. Można by nawet rzec, że chłopak jest wrakiem samego siebie i nie mijałoby się to z prawdą. Lata świetności ma już dawno za sobą, co jest mocno paradoksalne, patrząc na to, że młody Mandeville ma zaledwie siedemnaście lat. Jednak nie można mu odebrać tego, że przeżył w swoim życiu więcej niż nie jeden o wiele starszy osobnik. Oliver jest farbowanym blondynem, już prawie nie pamięta, jak wyglądał w ciemnobrązowych włosach. O tym, że jego naturalny kolor jest zupełnie inny, świadczą jedynie brwi, które są o wiele ciemniejsze niż kosmyki na głowie chłopaka. Posiada on w ich okolicy jednego pieprzyka. Nie posiada on zbyt wyszukanej fryzury; tak naprawdę jego włosy żyją własnym życiem, rosnąc w każdą stronę i włażąc nastolatkowi w oczy. Charakterystyczną rzeczą dla niego jest podgalany tył. Oliver posiada jasnobrązowe oczy o ogromie ciemniejszych plamek na tęczówce; wokół nich mieści się korona czarnych, gęstych rzęs, które bardzo często rzucają cień na zmęczoną skórę blondyna. Cała jego twarz jest w kształcie trójkąta, pośrodku mieści się mały, spiczasty nos, a poniżej wąskie usta, które potrafią zdziałać… wiele rzeczy. Kolejną charakterystyczną rzeczą dla młodzieńca, oprócz oczywiście tatuażów, są kolczyki w twarzy oraz uszach. Można by rzec, że jest wręcz obwieszony ‘żelastwem’. W lewym uchu posiada dziewięć dziurek, a w prawym cztery. W obu uszach posiada dziesięciomilimetrowe, srebrne trapery. Najczęściej można go spotkać również z indrustrial’ami, snug’ami oraz helix’ami. Uwielbia eksperymentować z efektami kolczyków, więc prawie codziennie na jego uszach można ujrzeć kompletnie inną kombinację. Nie licząc tych miejsc, posiada on przekłutą brew, nos oraz okolice ust. Tak naprawdę nigdy nie można go zobaczyć bez kolczyków w twarzy, są one dla niego niczym druga skóra. Oprócz tych doskonale widocznych, w takich miejscach jak uszy czy lico, chłopak posiada przekłuty język oraz sutki – z nimi również prawie nigdy się nie rozstaje. A w co chłopak się ubiera? Najczęściej są to luźne ciuchy w ciemnych kolorach; nic wyszukanego czy nadzwyczajnego. Chociaż i tak najlepiej wygląda on w swoim treningowym stroju do tańca… oraz bez niego.
Głos: Nightcore - Say Amen
Pokój: 31
Współlokator: -
Zainteresowania: Oliver od małego był pchany przez rodziców, a w szczególności przez matkę tancerkę w stronę baletu. Wpierw dość niechętnie i nieśmiało podchodził do tego, lecz koniec końców rodzicielka blondyna zaszczepiła w nim pasję do tańca. Od siódmego roku życia z różną intensywnością pielęgnuje swój wrodzony talent oraz wewnętrzną wrażliwość, którą odkrywa tak naprawdę jedynie podczas wykonywania poszczególnych choreografii. Przez prawie osiem lat trenował pod okiem swojej matki, która była wybitnie utalentowaną, rosyjską baletnicą; występowała ona między innymi w Teatrze Bolszoj. Po jej śmierci chłopak na jakiś czas porzucił balet, ponieważ oczywistością było, to że ogromnie przypominało mu to jego rodzicielkę, której miał już nigdy w swoim życiu nie zobaczyć czy usłyszeć jej głosu. Od tamtego momentu jest samoukiem. Taniec jest jego odskocznią od codziennych problemów, nauki czy własnych, wewnętrznych rozterek; również dlatego, rzadko kto ma możliwość ujrzenia Olivera podczas tańczenia – balet jest jego jedyną namiastką wrażliwości, wciąż żyjącym wspomnieniem o ukochanej matce. Tak naprawdę, jeżeli blondyn jest w stanie ukazać się w taki sposób przed kimś, to jest to z jego strony otworzeniem się z najbardziej delikatnej i kruchej strony dla tego kogoś. Oprócz tej czystej oczywistości, jaką jest taniec, chłopak interesuje się terrarystyką. Intrygują go i fascynują węże, do których zamiłowanie ukazywał od wczesnych lat dorastania. Swojego pierwszego gada dostał na czternaste urodziny, a potem jego kolekcja z czasem coraz bardziej się powiększała; wzbogacana była ona również wieloma rodzajami jaszczurek, pająków, płazów, jednakże to te urocze, kilkumetrowe zwierzątka szczerze zawładnęły jego sercem. Kolejną rzeczą należąca do jego zainteresowań jest tatuowanie i piercing. Od tej pierwszej czynności jest wręcz uzależniony – podczas prawie każdej imprezy, w której bierze udział, kończy z jakimś wzorem na swojej skórze. Na ogół nie są one robione przez osoby znające się na rzeczy czy za pomocą profesjonalnego sprzętu, ale jak widać, Oliver jeszcze żyje. Chciałby w przyszłości sam chwycić za maszynkę i samemu zacząć przygodę z tatuowanie innym, lecz jak na razie są to nieśmiałe mrzonki. Jeszcze do jego ‘większych’ pasji można podpiąć rysowanie; często zdarza mu się chwycić za ołówek oraz czarny szkicownik, w którym może puścić wodze fantazji i wyobraźni. Nie można zaprzeczyć, że Oliver posiada do tego smykałkę, lecz nigdy nie chciał rozwijać się w tym kierunku w jakimś większym stopniu. Bazgrolenie od czasu do czasu w momentach totalnej nudy całkowicie mu wystarcza.
Moce:
- Przywoływanie chowańców – Oliver dzięki tej mocy może przywoływać cztery iluzjonistyczne maleńkie smoki, które tak naprawdę są całkowicie bezużyteczne. Jako że są jedynie iluzją, nie mogą nikogo zranić czy czegokolwiek zepsuć; są jedynie elementem ozdobnym otoczenia. Jednak czy swoim brakiem jakichkolwiek zastosowań nie nadrabiają one swoim urokiem, który tak bardzo nie pasuje do właściciela tej mocy...? | 1 | 2 | 3 | 4 |
- Piromania – chłopak ma nieznaczne zdolności panowania nad ogniem; nie są to zbyt wyszukane oraz rozwinięte umiejętności. Może on rozpalić w dłoni niewielki płomień, który nie jest w stanie go sparzyć. Posiada on również odporność na ten żywioł; kontakt z gorącymi przedmiotami czy potencjalnymi obiektami poparzeń nie robią mu żadnej krzywdy. Jednakże ta moc bardzo mocno obciąża jego ciało i bardzo szybko go osłabia, co również równa się z mniejszą odpornością na ogień; w skrajnych przypadkach jest ona w stanie całkowicie zaniknąć, gdy chłopak jest przykładowo na skraju przytomności.
- Furia – moc, której chłopak użył raz w życiu i uważa to za przekleństwo, nie dar. W wyniku zderzenia się silnych emocji blondyn może popaść w niekontrolowany letarg, podczas którego jest w stanie wytworzyć iluzjonistyczne ściany oraz kręgi ognia. Mimo że jest to jedynie albo aż iluzja, po zetknięciu się z nimi zostawiają one na skórze ofiary takie same ślady, jak te rzeczywiste płomienie. Jednakże rany powodują błyskawiczną martwicę tkanek wokół obrażeń. Oliver nie wie, jak cofnąć szkody wyrządzone przez swoją moc.
Rodzina:
- Ariadna Marietta Mandeville – 37-letnia rosyjska baletnica zawdzięczająca swoją sławę dzięki występom na deskach Teatru Bolszoj. Osoba, z którą Oliver miał najlepszy kontakt, jedyny taki człowiek, z którym miał tak silną więź emocjonalną. Była to pierwsza i prawdopodobnie ostatnia postać, którą obdarzył tak ogromnym pokładem bezinteresownej miłości. Kobieta zmarła, gdy blondyn miał piętnaście lat; odcisnęło to na nim i jego psychice ogromne piętno, którego widmo miało nawiedzać go przez całą resztę jego życia.
- Walter Graham Mandeville – 50-letni chemik, magicznie uzdolniony, po którym chłopak odziedziczył swoje zdolności nad panowaniem nad ogniem. Blondyn nigdy nie miał z nim zbyt dobrego kontaktu, od zawsze miał mu za złe to, że zbyt mocno poświęca się pracy niżeli rodzinie. Po śmierci swojej żony mocno podupadł na zdrowiu i zaczął zapijać wspomnienia oraz uczucia w alkoholu. Rok po śmierci Ariadny poznał swoją teraźniejszą, drugą żonę; przez to wydarzenie wynikła między nim oraz Oliverem bardzo zaciekła awantura, co uwolniło z młodzieńca jego trzecią moc – do dzisiaj żałuje, że został wyprowadzony z równowagi, bo mogłoby nie dojść do tragedii, która wstrząsnęła jego życiem.
- Margot Abigail Mandeville – 19-letnia, starsza siostra Olivera. Nie odziedziczyła, w przeciwieństwie do swojego blondwłosego brata, mocy po swoim ojcu – jest całkowitym człowiekiem. Zafascynowana sztuką, wybitnie utalentowana pod względem malunku oraz rysunku; marzy o dostaniu się do Wyższej Szkoły Sztuk Pięknych w Paryżu. Nie utrzymuje ze swoim młodszym bratem żadnego kontaktu.
- Lydia Veronica Mandeville – 6-letnia, nieżyjące i ostatnie dziecko spłodzone przez Ariadne i Waltera Mandeville’ów. Radosna, wiecznie uśmiechnięta dziewczynka, która była oczkiem w głowie swojego ojca. Po śmierci matki chciał zapewnić jej dom, w którym ktoś otoczy ją matczyną opieką – jednakże wszystko poszło całkowicie nie tak, a dziewczynka znalazła się w złym miejscu o nieodpowiedniej porze, czym przypłaciła życiem.
Historia: Oliver urodził się trzydziestego stycznia jako drugie dziecko małżeństwa Mandeville. W dzieciństwie był nieśmiałym, cichym dzieckiem, które nie sprawiało najmniejszych problemów rodzicom. Od małego matka próbowała zaszczepić w nim swoją miłość do tańca, co zaowocowało dopiero w późniejszym czasie. Uczniem był średnim; często podpadał nauczycielom, zawsze miał coś do powiedzenia. W wieku trzynastu lat dołączył do szkoły baletowej. Problemy z blondynem zaczęły się dopiero w okresie późnego dojrzewania. Nie radził on sobie z własnymi uczuciami, myślami. Rozpoczął już w tym tak bardzo młodym wieku sięgać po używki; wpierw były to leki, które w późniejszym czasie przemieniły się w narkotyki. Sięgnięcie po różnego rodzaju specyfiki były jego gwoździem do trumny; w jego życiu zapoczątkował się ciężki okres. Chłopak poznał smak autoagresji oraz samotności. Był zdania, że nikt nie jest w stanie go zrozumieć – jedynie swojej matce całkowicie ufał i wiedział, że zawsze może jej wszystko powiedzieć. Paradoksem było to, że jego pasja, jaką był balet, w tamtym momencie ulegał rozkwitowi. To właśnie wtedy, gdy chłopak przeżywał wewnętrzny kryzys oraz czuł jak wali mu się świat pod nogami, odniósł największe sukcesy w swojej karierze tanecznej. Emocje, które ukazywał podczas tańca, potrafiły zahipnotyzować jurorów oraz publiczność. Chorobliwie chuda sylwetka oraz blizny na skórze tak bardzo nie pasowały do światła scen, oraz oklasku braw. Z czasem Oliver pod wpływem matki postanowił zasięgnąć pomocy psychologa. Właśnie wtedy rozpoczął się okres licznych terapii oraz życie pod transparentem depresji. Mnóstwa ilość rozmów z człowiekiem, który był mu w stanie pomóc, zażywanie leków oraz wsparcie matki spowodowało, że blondyn coraz bardziej otwierał się na świat i jego życie zaczęło nabierać kolorowych barw. W wieku piętnastu lat matka chłopaka zmarła na ukrywanego od wielu miesięcy przed rodziną raka trzustki, jedynie ojciec był świadom tego, co działo się w życiu Ariadny. Tamto wydarzenie było jednym z tych, które zmieniło Olivera na dobre, na zawsze odcisnęło ono na nim znamię. Kolejny raz czuł, jak traci grunt pod nogami… i w pewnym momencie całkowicie go stracił. Śmierć swojej młodszej siostry stała się kolejną raną na jego młodej psychice. Wszystkie te zdarzenia spowodowały ponowny nawrót choroby, coraz mocniej pogłębiające się uzależnienie od używek… I kompletnie niepasujące do jego życiorysu dołączenie do szkoły w Lalien.
Pupil: Jako że Oliver jest fanem terrarystyki, a w szczególności węży, w jego pokoju akademickim nie mogło zabraknąć kilku, uroczych stworzeń – Emhyr, Regis i Mistle.
Kontakt: aleksandra.nap@gmail.com
Motto: "Życie jest niczym utwór muzyczny. Wyjątkowy i niepowtarzalny. Czasem harmonijny, czasem dysonansowy, a czasem niewart wysłuchania."
Inne zdjęcia: -
Źródła zdjęć: pinterest
Relacje: -
Ważne opowiadania: -

Upomnienia: 1/5