sobota, 3 lutego 2018

Od Kagamiego do Erena

Wkroczyłem na salę gimnastyczną, aby wreszcie móc pograć w koszykówkę. Ostatnio odwołali nam trening, a ja miałem braki. Widząc na sali tego żółtkookiego, zacząłem się zastanawiać, co on tutaj robi. Raczej nie uprawia sportów. Wzruszyłem ramionami, rzucając torbę na ławkę, a potem pochwyciłem piłkę. Odbiłem ją parę razy, a moje serce zaczęło szybciej bić. Uśmiechnąłem się, a potem podbiegłem do kosza, wbijając do obręczy piłkę. Potem przeciągnąłem się, patrząc na szatyna.
-Oi, Eren-kun, zagramy potem?-zaproponowałem.
-Spoko.
Nagle ten do mnie podszedł i wykonał, a przynajmniej chciał, uderzyć mnie w głowę. Wykonałem szybki krok w tył, robiąc lekki przysiad. Prawą ręką objąłem od zewnątrz jego piętę prawej dłoni, a potem odwróciłem się w lewo. Nacisnąłem silnie plecami na kolana chłopaka, co spowodowało, ze ten przewrócił się w tył. Potem wstałem, patrząc na niego ze zdziwieniem.
-Eren-kun? Co ty wyrabiasz?-zapytałem.
-Chciałem zobaczyć, czy znasz się na samoobronie i sztukach walki.
Zdziwiony z początku, uśmiechnąłem się do niego. Położyłem dłonie na szyi, patrząc na szatyna. Przybrałem pozycję obronną, wcześniej odrzucając piłkę. Eren popatrzył na mnie nadal lekko zaskoczony, więc podszedłem do niego, czochrając go po tych kudłach, a potem podałem mu dłoń. Skorzystał z pomocy, a zaraz po tym przystąpiliśmy do ,,walki". Po dobrych kilkunastu minutach, odsunęliśmy się, ciężko oddychając.
-Skąd tak dobrze...?-wydyszał żółtkooki.
-Mam rozszerzoną samoobronę i sztuki walki.-powiedziałem.
Po chwili usiedliśmy na samym środku sali, aby odpocząć chwilkę. Wiedziałem, że dzisiaj sala jest pusta, więc nie stresowałem się tym, że zaraz wpadnie tutaj jakaś drużyna z chęcią treningu. Dzięki Hyudze wiem, kiedy sala jest wolna i z tego korzystam. Przeczesałem włosy, patrząc na Erena.
-To teraz chyba zagramy w kosza. Chcę zobaczyć, czy umiesz. Kto wie, może znajdę jakiegoś przeciwnika z którym będę czuł, że mogę przegrać. Ostatnio brak mi takiej gry.
Szatyn pokiwał głową, a ja wziąłem piłkę, a potem zacząłem nią odbijać, patrząc, aż ten się podniesie. Kiedy to uczynił, uśmiechnąłem się i ruszyłem w kierunku jego kosza. Wyminąłem go z łatwością, robiąc mocny wsad do kosza. Opadłem na ziemię, patrząc na Erena.
---
Kiedy się rozkręciliśmy i żółtkooki zaliczył parę koszów, choć nie zawsze trafia. Po chwili nieświadomie wszedłem w Zone. Było to spowodowane pasją do gry. Uśmiechając się z pełnym potencjałem ruszyłem do kosza, a kiedy zrobiłem wsad, cała konstrukcja kosza zadrżała, a ja spadłem na ziemię wraz z obręczą. Podrapałem się po głowie, a potem odłożyłem obręcz, patrząc na Erena.
-Tylko cicho. To nie ja.-uniosłem dłonie do góry, a po chwili wybuchłem śmiechem.
Nagle na salę wszedł Hyuga, przecierając swoje okulary. Oj, cisza przed burzą. Zacząłem się rozglądać się za ucieczką, a potem widząc, że jedyną drogą ucieczki są drzwi za Hyugą pokręciłem głową. Nie żyję.
-Żegnaj Eren-kun. On mnie zabije za kolejny kosz.-powiedziałem żartobliwie, a potem wziąłem głęboki oddech.
Hyuga nałożył okulary, a ja się uśmiechnąłem do niego, a widząc jego twarz zacząłem się śmiać. Nie minęła chwila, a mój kapitan znalazł się przy mnie i uderzył mnie w głowę.
-Ty cholerny psujo... Bakagami!-powiedział wściekły, a ja wydałem z siebie dźwięk śmiania się zmieszanego z bólem.
-Przepraszam Hyuga!-zalałem się śmiechem.
Kapitan uniósł ręce, a ja wiedziałem, że to czas, aby się ewakuować. Spojrzałem na szatyna, dając mu znak głową, że na nasz już czas. Chłopak wraz ze mną opuścił salę gimnastyczną.

<Eren? XD>
Ilość słów: 536

Od Erena do Kagamiego

Rozłożyłem skrzydła. Chciałem polecieć. Jak najdalej. Jak najszybciej. Zawsze się tak uspokajałem. Odkąd pamiętam. Zawsze muszę to robić. Czuję, jakbym to ja sam był kratami swojej celi. Jakbym ja sam pociągał siebie coraz niżej. Jakbym był niewolnikiem swoich uczuć.Chciałbym się pozbyć tej mocy. Raz na zawsze, ale wiem dobrze, że tak się nie da. Ludzie zawsze myśleli, że nigdy się nie uśmiecham, że jestem twardy jak skała, wyprany z emocji. Po części mieli rację. Przy nich nie miałem co okazywać. Nie umiałem się śmiać z takich błahostek. Nie umiałem się złościć z powodu pierdół. Dlatego zawsze byłem sam. Przyzwyczaiłem się do tego, ale i tak czułem jakąś pustkę. Ale gdy zobaczyłem, że mam u boku osobę, która po części wie, co ja czuję, to dodało mi odwagi. Przez jego słowa "Nie musisz się niczego bać". Poczułem ulgę. To była dla mnie radość. Prawdziwa radość dla mojej duszy. W końcu ktoś mnie zaakceptował.
--
Wróciliśmy przez balkon do naszego pokoju. Było wspaniale. Dawno się tak dobrze nie bawiłem. Mimo, że nadal byłem rozrywany w środku, to jednak było mi o wiele lżej. Przez chwilę leżałem na łóżku. Patrzyłem jak Kagami bawi się ze swoim Cieniem. Zabawne było ich widzieć takich beztroskich...Ale nie chwal dnia przed zachodem Słońca. Ręce Kagamiego zaczęły iskrzyć. Chłopak, by się uspokoić zaczął medytować, na dwóch rękach. Po tym go zapytałem:
-Widzę, że nie tylko ja mam problemy z okiełznaniem swoich mocy? Pocieszające.
-Mówiłem, ze jesteśmy bardzo do siebie podobni.
-Masz na to jakiś specjalny sposób?
-Nie mam. Zazwyczaj to się dzieje kiedy jestem wściekły
-A teraz jesteś wściekły?
-Hm... Raczej nie. Bardziej podniecony tym, ze za niedługo mam mistrzostwa
-Ooo...słyszałem, że grasz w koszykówkę. Jestem tu zaledwie kilka dni, a już słychać plotki o chłopaku, który łamie kosze...Zastanawiam się tylko, kto to- popatrzyłem z uśmiechem na czerwonowłosego
-Myślę, że tego kogoś masz przed sobą. Nie rozdaję autografów.
- A szkoda, Ayato chętnie by go wziął
-A kysz....
-Ale nie bądź dla niego taki okrutny, on się stara z całych sił, prawda Ayato? -Wiem, ale to jednak pies...
Nagle wilk zwrócił pysk do mnie i powiedział poprzez telekinezę.
-Ayato mówi, że jesteś ciotą- powiedziałem ze śmiechem
-Patrz, żebyś zaraz tego pieska nie stracił. Cień ostatnio zgubił w wymiarze cienia swoja zabawkę. Trzeba dać mu nową.
Zaśmiałem się. Chłopak przebrał się i walną na łóżko, a ja bawiłem się z Ayato. Nagle padło pytanie z ust Kagamiego.
-Oi, Eren-kun, myślałeś kiedyś jakby to było nie być półbogiem?-zapytałem tak nagle.
Usiadłem na łóżku opierając się o ścianę i odpowiedziałem:
-Jeśli mam być z tobą szczery, to nigdy nie potrafiłem wyobrazić sobie tego, nawet jeśli bardzo chciałem.
-To się zaczyna robić straszne... Myślałem tak samo
-Poważnie?
-Tak....
-Kagami-kun, spotkałeś kiedyś jakiegoś mniej mrocznego półboga od nas? Nie wiem... np. przyjaźni?-Nie. Nigdy. Jakoś nie napatoczył mi się takowy pod nogi
-A może tacy nie istnieją?
-Może tak, może nie... Czas nam pokaże.
Gadaliśmy o wszystkim i o niczym jeszcze przez parę godzin.
---
Rano wstałem około godziny 8:30. Kagami jeszcze spał, a w związku z tym, że dzisiaj był dzień wolny to postanowiłem poćwiczyć trochę umiejętności walki wręcz. Poszedłem więc na salę gimnastyczną. Nie było tam żywej duszy, więc nie wiedziałem co ze sobą zrobić, już miałem zamiar iść po jakąś piłkę, gdy nagle Kagami zaszczycił mnie swoją obecnością. Ciekawe jak radzi sobie w walce wręcz i samoobronie...
<Kagami? ^^>
Ilość słów: 433

Od Melusine do Corazona

Widząc zniszczoną protezę, byłam wściekła. Jak mogła go tak poharatać! Ruszyłam w ich kierunku, piorunując spojrzeniem dziewczynę, która była winna tym zniszczeniom. Profesor Ogonowski już nawet się nie odezwał, bo widział, że i tak by nic nie zdziałał. Zacisnęłam dłonie w pięści, a potem uklęknęłam obok blondyna.
-Zabiję cię, wiesz?-warknęłam.
-Przepraszam.
Przewróciłam oczami i zaczęłam zbierać większe części protezy Corazona. Nie wiedziałam jednak, czy nie będzie potrzebna dla niego nowa. Z tego już nic nie zrobię. Przetarłam oczy, wiedząc, że czeka mnie dużo pracy. Wstałam i podeszłam do profesora.
-Przepraszam pana, ale Corazon już nie będzie zdolny do dalszej walki. Mogę z nim pójść? Muszę mu pomóc z tą ręką.-powiedziałam.
Oporny pan Ogonowski nas wypuścił. Czułam, że czeka mnie dłuuugie kazanie, aby wreszcie chłopak zrozumiał, że protezy są bardzo cenne. Jedyne co mnie niepokoiło to to, że będę musiała po nocach spędzać czas przy budowie. Ciągnąc chłopaka za ramię, wkroczyliśmy do akademików, a dokładniej do mojego pokoju, posadziłam go na krześle, a potem założyłam dłonie na piersi. Uderzyłam go lekko w głowę.
-To za to, że nie uważałeś. Prosiłam ciebie, abyś uważał przecież, prawda? Teraz, jeżeli stan ten ręki będzie gorszy, niż mi się wydaje, będę musiała zrobić ci drugą protezę, wiesz?-mówiłam z poirytowaniem w głosie.
- Przepraszam, ale mam zasadę nigdy nie uderzyć kobiety.
-Ale zrozum, że nie musiałeś być tak nieuważny. Wiem, że nie jesteś taki, że w czasie nawet treningu nie chcesz tego zrobić, ale mogła ci też się stać krzywda.
Pomogłam mu przejść na łóżko, położyłam go i usiadłam tak, aby móc przyjrzeć się jego protezie. Była w złym stanie. Popadała w krytyczny. Jednak i tak będę z nią siedzieć po nocach. Westchnęłam, a potem wzięłam narzędzia, aby już zacząć. Miałam grymas na twarzy, bo nie znoszę patrzeć jak takie piękne rzeczy są niszczone. 
---
-Corazon, jak chcesz to śpij. Muszę ci tą rękę skończyć do jutra, więc to pewne, że nie będę spała. Odpocznij.
Widziałam jednak w jego oczach niepewność. Uśmiechnęłam się lekko sztucznie, a potem pogłaskałam go. Po tym, wróciłam go jego ręki, aby ją naprawić. Nie było aż tak źle, jak mi się wydawało. Owszem, nie należała teraz do najłatwiejszych do naprawy, ale co to dla mnie! Jestem mechanikiem pierwszej klasy! Jednak przez to się nie wysypiam. Zauważyłam, że blondyn zasnął. Czemu uważam, że spędzanie z nim czasu jest dla mnie tak miłe? Uśmiechnęłam się delikatnie, wracając do protezy.
---
Z samego rana ukończyłam pracę. Wypolerowałam jego metalową rękę, a potem zaczęłam go budzić. Z jednej strony nie chciałam tego robić, ale on też musiał się przyszykować do zajęć.
-Corazon... Pobudka. Skończyłam już...-powiedziałam, lekko zachrypniętym głosem.
<następne opowiadanie>
< Corazon? ^^ > 
Ilość słów: 433

Od Summer do Shane'a

Co robić, co robić... Gabinet jest zamknięty! Zastanawiałam się, jakim cudem. Przecież choć jedno z państwa Faust powinno tam być. Wtedy przypomniałam sobie pewną sytuację sprzed kilku dni, gdy bez pukania weszłam do tego pokoju. Przyłapałam ich na czymś... i to nie było miłe doświadczenie. Poczułam, jak po raz kolejny się czerwienię.
Niepewnie zwróciłam się do czarnowłosego, podnosząc na niego swoje oczy. On również mi się przyglądał, przez co automatycznie spuściłam wzrok. Nagle coś sobie uświadomiłam. Niedawno dostałam od taty prezent w postaci swojej własnej apteczki, którą powiesiłam u siebie w łazience. Miałam tam paczkę plastrów, chusteczki, różne tabletki, syropy, a nawet rzeczy potrzebne w razie mojej miesiączki. Co nieco znałam się na pierwszej pomocy, więc... Tylko... czy ja byłabym w stanie zaprowadzić tego chłopaka do mojego pokoju? To... jedyne wyjście... Poza tym Tofik cały czas siedział w jego ramionach, a on naprawdę źle znosił obecność nieznajomych. Poniekąd zaczęłam się bać, że zaraz zemdleje, lub ze strachu ucieknie. To byłoby z nim możliwe.
Całkowicie zwróciłam się do jasnookiego, złączając ze sobą swoje dłonie.
- Nie miałbyś nic przeciwko... gdybym... zaprowadziła cię do siebie...? - nieśmiało się spytałam, niepewnie na niego spoglądając. Jedna jego brew podniosła się nieco wyżej, co od razu mnie speszyło. - P-po prostu mam u siebie apteczkę! - zawołałam zestresowana, przymykając oczy i machając nerwowo rękami. Po chwili się uspokoiłam, znowu wpatrując się w chłopaka przed sobą. Widziałam poniekąd błagalny wzrok rudego kocura, a twarz nieznajomego, nadal zasłonięta przez rękaw, zaczynała mnie naprawdę niepokoić.
- Proszę — cicho dodałam piskliwym głosem. Zaraz po tym usłyszałam jego westchnięcie.
- Dajesz — usłyszałam z jego strony. Delikatnie się uśmiechnęłam, odwracając się i idąc wzdłuż korytarza. Już się bałam, że się nie zgodzi i sobie pójdzie... wraz z moim maine coonem.
Dość szybko stąpałam po szkolnej podłodze, chcąc jak najszybciej być już u siebie.
***
Stanęłam przed drzwiami do swojego pokoju, czekając, aż brunet do mnie dojdzie. Otworzyłam go i pociągnęłam klamkę w swoją stronę. Poczekałam, aż jasnooki wejdzie do środka, bym sama mogła to zrobić. Zamknęłam drzwi i od razu skierowałam się do tych na lewo ode mnie, za którymi znajdowała się łazienka.
Apteczka wisiała zaraz naprzeciwko mojej wanny, która była jedną z nielicznych w pokojach akademika Auris. Jako syrena nie mogłam mieć niczego innego, chyba że prysznic z siedzeniem, ale to nie byłoby dla mnie takie komfortowe, jak ta zwykła wanna.
Otworzyłam szafeczkę i zerknęłam na rzeczy w środku. Pomadka ochronna, krem nawilżający do rąk o zapachu wiśni japońskiej, syrop na kaszel, tabletki na to samo, jak i na chrypkę... Woda utleniona oraz plastry! Nie wiedziałam też, że posiadałam zatyczki do uszu, a nawet takie do nosa. Wszystkie te przedmioty wraz z chusteczkami zgarnęłam w swoje dłonie, wychodząc z łazienki i przechodząc do mojej sypialni. Od razu stanęłam zdziwiona. Tępo wpatrywałam się raz na Tofika, a raz na chłopaka znajdującego się na moim łóżku. Może i ten normalnie sobie siedział, jednak kocur obecnie stał wystraszony na najwyżej półce z moimi książkami i nawet na chwilę nie odrywał wzroku od naszego gościa. Aż mi się go żal zrobiło... Rudzielca, oczywiście.

 < Shane? >
Ilość słów: 511

Od Corazona do Melusine

Oczy otworzyłem, gdy jeszcze było szaro za oknem. Rozejrzałem się wokół siebie. To pomieszczenie, raczej nie było moim pokojem. Chciałem się podnieść, jednak coś mnie przygniatało. Wtedy dopiero zauważyłem Melusine leżącą połowicznie na mnie. Sposób w jaki leżała sprawił, że mimowolnie się uśmiechnąłem. Trzymała się mnie, tak jakbym miał zaraz umrzeć. Było to na swój sposób urocze. Długo zajęło zanim się wydostałem z łóżka, tak żeby jej nie obudzić. Postanowiłem okryć ją zanim wyjdę. Narzuciłem na nią płaszcz i po cichu wyszedłem na korytarze. Trzeba było się jakoś ogarnąć i przebrać z podartych ubrań.
– – –
Jeszcze tylko dwie lekcje. Stałem przed tablicą z planem i szukałem rozpiski dla mojej klasy. No, ciekawe co i z kim mamy. Już znalazłem na kartce informację której poszukiwałem, gdy podbiegła do mnie Mel.
– Hej, wszędzie cię szukałam. Nie możesz tak po... – zadzwonił dzwonek przerywając jej w pół zdania.
– Sorki muszę lecieć, pogadamy po przerwie w bibliotece. Ok? – przerzuciłem torbę przed ramię i szybkim krokiem ruszyłem pod salę. Ciekawiło mnie jak tutaj wyglądają zajęcia ze sztuk walki. Profesor kazał nam przebrać się i wyjść na poligon.
Rozmawiałem właśnie z ludźmi z mojej klasy na temat zajęć i pana Ogonowskiego. O wilku mowa. Wyłonił się zza rogu prowadząc jakąś grupę uczniów. Objaśnił nam, że dziś z nami będzie klasa medyczna w ramach zajęć praktycznych z pierwszej pomocy. Ku memu zaskoczeniu zobaczyłem wśród nich znajomą blond czuprynę oraz te błękitne oczy. Podszedłem do niej, żeby dopytać się co chciała mi przekazać przed lekcją.
– Ja... Ja po prostu martwiłam się, że coś ci się znowu stało. Moje moce nie są idealne... – powiedziała.
– Wiem, ale to i tak lepsze niż miałbym samemu się składać, co nie?
– Niby tak... – podała mi jakieś kartki – Widziałeś?
Spojrzałem na papiery. Widniał na nich wielki wytłuszczony nagłówek "MASAKRA W ZAUŁKU WIŚNIOWEJ OBOK SZKOŁY!". Spojrzałem jej w oczy. Po plecach zaczął spływać mi zimny pot. Wróciłem do czytania "Tak urządzone zostały lokalne zbiry. Dwoje z nich trafiło do szpitala, trzeci do kostnicy. Na miejscu po sprawcy zostały tylko duże kolumny i kratery wokół nich oraz kilka stalowych włóczni".
– Coś ty tam nawyprawiał?! – mówiła zdecydowanie ciszej – Oderwana ręka, zmiażdżona głowa?!
Zauważyłem za sobą rosnący cień. Obróciłem się przez ramię i ujrzałem poirytowaną twarz nauczyciela.
– Skoro łaskawie skończyłeś romansować, to może mógłbyś pofatygować się na pole i zacząć pojedynek?
Bez słowa sprzeciwu ruszyłem przed siebie. Czekała tam na mnie moja przeciwniczka. Dziewczyna przyjęła postawę do walki i wyciągnęła miecz. Z racji, że nie był to odpowiedni moment na zgłaszanie zażaleń do Ogonowskiego, postanowiłem tylko się bronić przed atakami. Swoje ataki wyprowadzała na poważnie. Pojedynek nie był długi, ale za to intensywny. Była naprawdę zwinna. Kilka razy musiałem wybić się z kolumny albo się nią zasłonić, żeby uniknąć ciosu. W końcu jednak zdołała się przebić przez moje zasłony i przecięła mi protezę. Ta tylko z towarzyszącymi odgłosami spięć spadła na ziemię. Wiedziałem już jak to się skończy. Z tyłu rozległ się krzyk złości Mel. Spojrzałem na przeciwnika błagalnie.
– Zabij mnie, proszę... – wyszeptałem.
<Mel? Coś udało się... stworzyć?>
Ilość słów: 512

Od Kai'a do Yuki

Mam... dosyć! Uderzyłem swoim czołem o ścianę przy mojej klasie, zaraz po tym, jak przewodniczący klubu powiedział mi, że muszę dzisiaj przyjść. Czemu? Niedługo jest festiwal szkolny i musimy na niego coś ogarnąć... No tak. Zapomniałem, że dołączyłem do takiego zrąbanego klubu, który zajmuje się prawie wszystkimi imprezami szkolnymi. Normalnie umrę... Kiedy będę miał czas dla siebie i na powrót do domu? Nie wiem, jak długo to, o czym mówiła Kia rano będzie aktualne. A jeśli to coś złego? Jeśli dom się pali?? Przełknąłem nieco głośniej ślinę ze strachu. Nie mogę dzisiaj zostać, o nie. Oderwałem się w końcu od ściany i skierowałem swoje kroki w stronę klubu artystycznego. Czasem zastanawiam się, czemu w ogóle do niego dołączyłem. Może dlatego, że za bardzo by mi się nudziło bez jakichkolwiek dodatkowych zajęć? Pewnie to było tym powodem, tak.
Otworzyłem drzwi od pokoju klubowego, następnie do niego wchodząc. Kilka osób już w nim siedziało, przygotowując swój "sprzęt". Nie poświęciłem dużo czasu na przyglądaniu się obecnym ludziom, od razu podszedłem do Caspiana. Antropomorf siedział na jednym z wielu krzeseł, rozstawiając swoją sztalugę wraz z farbami.
- Caspian — zacząłem, chcąc, by się do mnie odwrócił. Zrobił to wręcz natychmiastowo, a mnie w oczy rzuciła się jego wyżej znajdująca się głowa. Przekląłem w duchu tego gościa i jego wzrost. - Nie mogę dzisiaj zostać — powiedziałem, patrząc się wprost w jego różowe oczy. W pewien sposób przypominały mi kolor moich własnych tęczówek.
- A czemu? - spytał, zakładając swoje ręce na torsie. Skłamać, czy powiedzieć prawdę?
- Dzwoniła do mnie siostra, ojciec trafił do szpitala — ostatecznie skłamałem, śmiejąc się w duchu. Nie ma to, jak wampir w szpitalu, co ja wymyśliłem... Jednak widząc minę chłopaka przede mną, przeczułem, że jednak mi uwierzył. Chociaż to mogło być możliwe, nie wiem, czy opowiadałem mu o swoich rodzicach. I nawet dobrze, nic nie musi o nich wiedzieć.
- Naprawdę? No to leć! - zawołał, ruszając dłońmi w geście, bym już sobie poszedł. Uśmiechnąłem się nikło, odwracając i zamierzając wyjść z sali. - A, poczekaj — usłyszałem za sobą jego głos, przez co się zatrzymałem. Zwróciłem się do ciemnowłosego. - Skoro ciebie nie będzie, to zrób po drodze zakupy na festiwal. Listę zrobiłem już wcześniej — rzekł, podając mi jakąś kartkę wraz z kopertą. Pewnie w środku są pieniądze na te rzeczy... Czymkolwiek one są. - I weź ze sobą tamtą dziewczynę — dodał, wskazując za siebie kciukiem. Zajrzałem za niego i zamarłem. Czy to jest ta sama laska z rana, co na mnie wpadła? Powiedzcie, że mam zwidy lub jakieś halucynacje...
 < Yuki? >
Ilość słów: 425

Od Kuroko do Megu

Wyciągnąłem spod poduszki telefon i spojrzałem na ekran. Jęknąłem cicho, wyłączając alarm. Niech ktoś mi da siły do wstawania w poniedziałek o 6 rano. Chyba jako jedyny chłopak w szkole budziłem się o tej godzinie, gdy miałem na 8:00, bo takie wczesne wstawanie to kojarzone raczej z kobietami. Te makijaże i tak dalej ponoć długo zajmują. A ja po prostu lubię rano się myć. Poleżeć w wannie. To całkiem relaksujące. Moja kąpiel potrafi trwać nawet godzinę. Znaczy, myje się raz na 2-3 dni, bo jakbym kąpał się codziennie, to naskórek by niezbyt dobrze zareagował, więc nie zawsze wstaje o tej godzinie. Powstałem z łóżka, wziąłem ubrania, czyli czarną koszulkę, koszulę w czarne i niebieskie kraty, czarne spodnie i jeszcze bieliznę, naturalnie. Udałem się do kibla i włączyłem wodę. Zostawiłem ubrania w łazience, po czym udałem się do pokoju, by spakować się tak, jak to miałem w porannej rutynie. Sprawdziłem na telefonie plan lekcji. Wychowanie fizyczne na początku... BAJECZNIE. My chłopacy, tylko noga, bo wszyscy chcą piłkę nożną! Ja bym wolał ręczną, ale jestem jednym z 3 osób pośród 23... A dziewczyny mają aerobik. I to chyba z tym rozciąganiem i tak dalej. Raz to zaproponowałem. To tylko bawiło resztę klasy. I cały czas staram się zdobywać zwolnienia z w-f'u. A to katar, a to coś boli, a to tamto i sramto. I tym razem mam zwolnienie, więc nie będę śmierdzieć na... geografii. Siedzę w pierwszej ławce więc... Najpewniej w moim plecaku znajdę rękę nauczyciela. Będę musiał się pilnować. Potem muzyka. Nie wiem, czy tylko mi się wydaje, czy pan Gonkaku robi lekcje, by umieć zagrać jakiś utwór? Ja z moim "talentem" mogę grać tylko na cymbałkach, flecie prostym, czy trójkącie. Kolejny jest rosyjski. Do niego nic nie mam, choć zapis trudny trochę. Polski. Nie oszukujmy się, lubię języki, ale polski jakiś nie ten teges. U otwarte i zamknięte, ż z kropką lub oddzielne. Po co to?! Nie wystarczy tylko jedno u albo tylko jedno ż? A następnie historia. Twarda Teoria! Jeszcze nauczycielka się mnie czepiła, bo raz ją poprawiłem, bo źle wymówiła pseudonim Cesarzowej Austrii, Sissi, powiedziała Sisi, zamiast Sissi. Błąd łatwy, ale każdemu się mógł zdążyć. Więc poprawiłem panią profesor. To był wtedy błąd. Potem matematyka. Ją to lubiłem, nawet jak bardziej byłem humanistą. Profesor była bardzo uprzejma. A na koniec? Używanie mocy i kontrolowania jej. Nienawidziłem tych lekcji. Pani Kristy stara się obudzić we mnie to, co drzemie, a inni się naśmiewają z moich nieudanych prób. Potem pani przechodzi do następnego ucznia i zostawia mnie albo na sam koniec, albo każe mi zostać na chwilę na przerwie na szybką rozmowę o tych moich mocach. Zaczynam się bać, że nie jestem "Tsuyosu" jak mówili lekarze, tylko zwykłym człowiekiem i trafiłem tu przez pomyłkę! Spakowałem wszystko do plecaka, a następnie udałem się do toalety, by się wykąpać.
Wyjąłem z kieszeni zwolnienie z w-f'u, gdy już miałem je w ręce, wpadłem na kogoś, a kartka papieru mi upadła.
- Przepraszam — rzuciłem, podnosząc szybko kartkę z podłogi. Spojrzałem na dziewczynę przede mną. Miała nietypowe włosy... W kolorze różowym... Pewnie farbowała.
- Nigdy wcześniej cię tu nie widziałem... Nowa? Kuroko jestem, pierwsza humanistyczna — podałem jej dłoń z uśmiechem.
- Megu... Też pierwsza... - wymamrotała, jednak nie podała mi ręki. I nie powiedziała, która dokładnie klasa. Na mej twarzy pojawił się grymas. Wziąłem od niej dłoń.
- Nowa, no nie? - spytałem z uśmiechem. Megu pokiwała głową na tak.
- Ja też do starszych uczniów nie należę, bo od stycznia... Jednak już to i owo wiem o szkole - rzekłem. - Wiesz, może chcesz spotkać się potem? Na długiej przerwie, przed stołówką, co? Bo mam zaraz lekcje, a jak się spóźnienie, to trochę kiepsko będzie.
< Megu, peku? >
Liczba słów: 613