Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "The Touch of Death". Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "The Touch of Death". Pokaż wszystkie posty

niedziela, 24 czerwca 2018

Od Tadayoshiego do Ayano

Kiedy się obudziłem, na spokojnie się ubrałem i odwiedziłem pokój Ayano. Tak jak się spodziewałem, nie było jej tam. Za to nie wiedziałem, że zostawi mi karteczkę. Postanowiłem więc ją odwiedzić. Dziewczyna zasługuje na lepszy dom, niż ten w Dolinie Śmierci. Jestem pewny, że mieszka tam sama, więc miałem plan, a raczej prośbę, którą chciałem do niej pokierować. Nie mogłem... Nie, nie potrafię patrzeć na jej przerażoną i smutną twarz. Wyszedłem z domu, po czym za pomocą Mignięcia ruszyłem w stronę miejsca, które wskazała mi dziewczyna. Odczuwałem jakby niepokój, że coś się może jej stać. Nie wiedziałem dokładnie o co chodzi. Te dziwne uczucie towarzyszy mi dotychczas całą drogę. Nie byłem też pewny, dlaczego chcę jej pomagać. Nie jestem przecież kimś, kto jest dobry. Jestem zepsuty. Jestem zniesławiony. Jestem Jednookim. Jestem Outsiderem. Nie mogę być z ludźmi. Nie potrafię. Umiem tylko ranić. Potwór roztaczający niezgodę wszędzie, gdzie tylko może. Chcę jej pomóc. Chcę, aby... była w pełni szczęśliwa. Chcę, aby zrozumiała, że dotyk nie jest zły, że dotyk, jaki jej daję, ma być dla niej wsparciem... Ayano... Zrozum mnie i pozwól mi, abym uczył cię tego, czego sam jeszcze do końca nie rozumiem... Czym jest więc to dziwne uczucie wewnątrz mnie... Dowiem się tego...
Nie minęło wiele czasu, a dotarłem do Doliny. Stanąłem przed drzwiami do domu, jaki był jedynym w okolicy. Zapukałem, czekając, aż ktoś mi otworzy. Mimo to, nikt nie raczył się pojawić w progu. Wziąłem głęboki wdech i po prostu wszedłem do środka, rozglądając się.
- Halo? Jest tutaj ktoś? Ayano? - powiedziałem dość cicho. Nagle ujrzałem dziewczynę, jaka spała spokojnie na czaszkach. Miała na sobie tylko bandaże. Zaskoczony przyglądałem się temu z nieco otwartą buzią. Nim się otrząsnąłem, minęło trochę czasu. Czułem... Żal. Nie wiem czemu, ale było mi jej strasznie żal. Zdjąłem z siebie marynarkę i okryłem ją dziewczynę. Ścisnęło mnie w sercu, kiedy nieco zmarszczyła nosek. Uklęknąłem przy niej, zabierając jej włosy z czoła.
- Dlaczego tak się wszystkiego boisz... Ayano... - szepnąłem bardzo, bardzo cicho i uśmiechnąłem się, kiedy nieco się poruszyła, a jej drobne dłonie mocniej zacisnęły się na książce. - Nie powinnaś być nieszczęśliwa... W moich oczach, nie zasługujesz na ból...
- Ja... Jestem szczęśliwa... - wymruczała, będąc jeszcze nieco senna.
- Jesteś? To dlaczego tak się boisz... Nie masz czego... Mimo tego, że nie znam ciebie długo... Widzę w tobie tak dobrą i uroczą osobę, której złe wspomnienia źle wpływają na twoje zachowanie... Nie powinnaś być smutna... - nadal mówiłem cicho.
- Mimo tego, że się boję, nadal jestem sobą. To, że mam lęki jak każdy, nie oznacza, że mam najgorzej na świecie. Wbrew pozorom kocham swoje życie. Może dlatego, że nie znam innego, ale... Jakoś nie zmieniałabym go za bardzo. No może poza jednym wyjątkiem... - otworzyła oczy, nadal leżąc na czaszkach.
- Jaki jest ten wyjątek? Chciałabyś mi powiedzieć? - zapytałem spokojnie.
Zaśmiała się lekko, zrzucając z siebie moją marynarkę. Wstała i zjechała po kościach do mnie, zarzucając mi ją na ramiona. Wyglądała naprawdę uroczo. Dlaczego sądzę i chcę, aby nie szła nigdzie beze mnie. Chcę ją zamknąć, aby była ciągle obok.
- To nie jest trudne, by się domyślić. - posłała mi salut i wyszła z krypty z jedną mniejszą czaszką z ręku, którą podrzucała.Bardzo szybko wstałem i zatrzymałem ją, stając przed nią i rozkładając ręce tak, aby nie miała jak przejść. Miałem dość poważny wyraz twarzy, a moje oko rozbłysło delikatną żółcią. Patrzyłem na nią, nie chcąc rozdzielić naszych spojrzeń.
- Mam dla ciebie propozycję. Nie chcę słyszeć odmowy. Nie mogę patrzeć, jak siedzisz tutaj sama. Zabieram ciebie do swojego domu. Będziesz miała tam wszystko czego potrzebujesz. Jedzenie, ubrania, ciepłe łóżko. Dam ci wszystko. Kupię co tylko zechcesz. Zadbam o to, abyś... Nie była samotna. - powiedziałem, nadal zachowując powagę.
Ayano otworzyła delikatnie usta ze zdziwienia i złapała małą czaszkę myszy w rękę już jej nie podrzucając. Patrzyła na mnie z jakimś tajemniczym błyskiem w oku. Wydawało mi się to czymś bardzo pięknym. Ona wydawała mi się w tym momencie bardzo piękna. Tadayoshi... Co się z tobą dzieje, chłopie...
- J-ja... - nie wiedziała chyba co ma powiedzieć, a po chwili się zaśmiała lekko - Jesteś tego pewien na sto procent?
- Gdybym nie był pewny, nie mówiłbym ci tego, prawda, Ayano? Wierzę, że zapewnię ci wszystko, co tylko będzie tobie potrzebne. Każdą twoją zachciankę też spełnię... Chcę ciebie mieć przy sobie. Chcę... ciebie chronić... -powiedziałem już spokojniej i nieco ciszej.
- T-to... Niespotykane... I... No... Miłe... Powiedz mi jedną rzecz... Masz dużo miejsca w domu?
- Tak. Mam miejsca tyle, ile tylko będziesz potrzebowała...
- No... -otworzyła trzy wielkie wrota. 
W jednych była sterta czaszek. W drugich zbroje i bronie. A w trzecich... Jej koń... Uśmiechnąłem się delikatnie i podszedłem bliżej niej, unosząc dłoń.
- Mam miejsce na wszystko. Czaszki wniesiemy do piwnicy, zbroje i bronie tak samo. A Celes, on będzie mógł być w ogrodzie lub na pobliskiej polanie. - powiedziałem. - Jesteś uroczą osobą. Pozwolisz mi ciebie pogłaskać po głowie? - zapytałem, nadal się uśmiechając.
Na moje słowa, dziewczyna zaczerwieniła się, a ja nie mogłem powstrzymać uśmiechu. Była przeurocza.
- N-no dobrze... Ten jeden raz...
- Dziękuję ci.
Dotknąłem delikatnie jej głowy, a potem parę razy ją po niej pogłaskałem. Nadal się pochylałem, aby móc patrzeć na jej zaczerwienioną twarzyczkę oraz ten uroczy, skrępowany wyraz twarzy. Miałem nadzieję, że będę miał okazję częściej ją głaskać. Dziewczyna bez końca czerwieniła się, ale tym razem, nie drżała pod wpływem mojego dotyku.
- D-Dzięki... - szepnęła.
- To ja ci dziękuję. Dzięki tobie, nie będę sam w domu i będę miał do kogo się odezwać. Jestem ci wdzięczny, Ayano...
<następne opowiadanie>
<Ayanuś?>
Ilość słów: 934

sobota, 23 czerwca 2018

Od Ayano do Tadayoshiego

Co jest z typ typem nie tak?! Nie rozumiem! Czemu mi pomaga... Musi gdzieś być jakiś haczyk. Jakieś moje głupie przeoczenie. Czegoś nie zauważyłam. Czegoś nie dostrzegłam. Na pewno... Przecież dotyk zawsze oznacza coś złego. Przynajmniej w moim wypadku. Zawsze, gdy kogoś dotknę. Nawet drasnę. Przez ten walony przypadek... Wystarczy jedno draśnięcie. Lekkie posunięcie palcem... I się zaczyna lawina beznadziei i chaosu. Wrzeszczą, krzyczą, uciekają, biją, straszą... Wszystko. Tylko dlatego, że się pojawiłam. Że ktoś mnie zobaczył.. Przez co ten cały zamęt? Tak, właśnie przez dotyk... Dla innych jest to błogie uczucie. Przyjemność. Radość. Okazywanie miłości, przyjaźni. Pocieszanie i akt agresji... A dla mnie? Czym dla mnie jest ten niezrozumiały i pozornie nic nie znaczący czyn? Jest jak chaos. Jedno malutkie potknięcie i wszystko wpada w ruinę. Ten jeden gest... Którego nienawidzę tak samo jak się go boję... Nigdy nie znalazłam życzliwej dla mnie osoby. Dlatego zawsze myślę i szukam drugiego dna w tym ich "miłym" zachowaniu. Część osób może powiedzieć, bym po prostu zaufała. Nie. Nie zaufam. Nikomu nie ufam. Nie ufam nawet sobie w 100 procentach. Mów sobie o mnie, że jestem idiotką. Tak, jestem nią. Tyle, że ta idiotka nie ma nic, co mogłaby stracić. Nigdy nie miała tych cennych rodziców i przyjaciół, śmiania się, żartowania i wspólnego przeżywania bólu. Sama zawsze byłem. Jestem. I będę.. Dlatego Tadayoshi... Po prostu mnie zostaw. Zostaw mnie tak szybko, jak mnie zobaczyłeś. Pozwól mi odejść, a ja nie będę dłużej sprawiać problemów sobie i tobie. Zniknę... Na zawsze dla twoich oczu. Wszyscy będą szczęśliwi. Ja stanę się dla twojego życia mało znaczącym wspomnieniem, a ty dla mojego jednym z nielicznych, który chciał ze mną porozmawiać jak z człowiekiem, a nie potworem i duchem...
- Tadayoshi... Nie przeziębię się... Pozwól mi zniknąć i się rozbić... Jak kryształowa czaszka... Zapomnisz o mnie, ja o tobie. Będzie tak jak dawniej... - chciałam go wyminąć tak szybko, jak tylko potrafiłam... Chłopak zagrodził mi drogę ręką, patrząc mi w oczy.
 - Ayano... Ja nie chcę o tobie zapomnieć... Nie chcę, abyś znikała... - szepnął.
- Możesz w końcu przestać udawać! Gdzie jest ten walony haczyk, którego szukam tak kurczowo! - wrzasnęłam na niego głośno. Byłam tym wszystkim już zmęczona. Udawaniem na siłę silnej... gdy w środku byłam tak żałośnie miękka... Doprowadzało mnie to do szału...
- Haczyk? Nie ma go. Ayano, naprawdę nie chcę, abyś była nieszczęśliwa... Widzę, że taka jesteś...
- Czego chcesz w zamian?! Pieniędzy? Czego?! Za pomoc się płaci! Za przysługi się płaci! Za dotyk też się płaci! Za wysoką cenę! Za wysoką, rozumiesz?! Nawet za śmierć się płaci! Sama próbowałam i to wcale nie jest ukojenie! - wytykałam palcem na niego. 
- Ayano... Uspokój się, proszę. Zrób to dla mnie. Nie potrzebuję zapłaty za pomoc, przysługi. A dotyk... Dotyk to dla mnie coś, co powinno być przyjemne... Zobacz... - wystawił do mnie dłoń.
- Jedyne, co jest przyjemne w dotyku, to dotykanie kości.. . - popatrzyłam na jego rękę. Może... uda mi sie przełamać, myśląc, że on też jest kością. W końcu ma w sobie szkielet, prawda? Może to jest klucz... Może i to jest głupie, może i tymczasowe.. Ale zrobię w końcu krok na przód.. Ale co jak on mnie oszukuje? Co jak mnie wykorzysta? Wyciągnęłam nieśmiało do niego dłoń i dotknęłam ją palcem wskazującym... Jakie to.. Dziwne... Moje ręce drżały. Tak się bałam tego wszystkiego...
- Moja dłoń to tylko... Przenośnik. Przenośnik ciepła, miłości, dotyku... Dotyk to coś, co jest przenoszone przez dłoń. Jak choroba... Kiedyś zobaczysz... Że jest to coś miłego... Nie zmuszę ciebie, abyś trzymała moją rękę, ale uwierz, że będzie ci lepiej, jak to zrobisz...
- Jesteś jak... Mama... Takie... Podobne uczucie... - z mojego oka popłynęła pojedyncza łza. Te uczucie... Takie podobne jak tej kobiety,która nas przygarnęła... Takie... kojące... Może jednak nie będzie aż tak źle? Położyłam już całą dłoń na jego dłoni... Błagam, obym tego nie żałowała...Tadayoshi się do mnie lekko uśmiechnął. 
- Nie chcę dla ciebie źle, Ayano... Zaufaj mi.... - szepnął.
- Z-zaufać? Ja... Ja... - nie wiedziałam co powiedzieć... Kim jest ten czarnowłosy mężczyzna...
---
Byłam zmuszona zostać u niego na noc. nigdy czegoś takiego nie robiłam. To było dla mnie nowe. Wstałam dość wcześnie i ogarnęłam się. Tadayoshi jeszcze spał. Może to i dobrze? Sama nie wiem...
Może... Może mu zaufam... Nie wiem sama. Napisałam mu kartkę i zostawiłam ją w kuchni.

Dziękuję za wszystko... Może nie jesteś aż taki zły jak inni? Mieszkam w Dolinie Śmierci... Powinieneś szybko znaleźć mój dom. Nikt oprócz mnie tam nie mieszka...

Wyszłam szybko z jego domu i zagwizdałam. Szybko moim oczom ukazał się mój kochany koń Celes. Pogłaskałam jego pyski i wsiadłam na niego, jadąc szybko do domu. Matko, mam nadzieję, że nie zabiją mnie za to, że wczoraj nie wykonałam swojego zadania... 
---
Szybko znalazłam się w domu, lecz nadal byłam lekko śpiąca. Wzięłam książkę, jaką kobieta, która mnie przygarnęła, podarowała mi ją dość dawno. Uwielbiałam, jak ją czytała dla mnie... Leżałam na stosie z kości i czaszek różnych istot. Może i jestem dziwna. Może i tak... Ale ja to uwielbiam.. I nie chcę się zmieniać pod tym względem. Na początku czytałam książkę, lecz później zaczęły mi się zamykać oczy. Zasnęłam na stosie czaszek z otwarta książką, a byłam ubrana jedynie w zabandażowane niektóre części mojego ciała. Niewiarygodne, ale... Lubię swoje życie.. Jakie ciężkie by ono nie było...
<następne opowiadanie>
<Tadaś?>
Ilość słów: 886

poniedziałek, 11 czerwca 2018

Od Tadayoshiego do Ayano

Wstąpiłem poprzez opętanie do umysłu konia tej dziewczyny. Tak, jestem może upierdliwy i tak dalej, ale jednak nie jestem osobą, która zostawi tak spanikowaną osobę, która wręcz krzyczy, aby jej nie dotykać. Dobrze, rozumiem, nie każdy lubi być dotykany, ale też nie chciałem, aby była tak przerażona. Jej ciało wręcz drżało, było blade, a oczy były pełne strachu. Nie zrobiłem nic złego. Chciałem jej pomóc. Co z tego, że jestem półbogiem niezgody i zamętu? Nie chcę źle. Nie chciałem być tym, kim jestem, ale jednak się nim stałem. Tak samo nie chciałem dzierżyć tronu mojego ojca, ale musiałem to zrobić. Teraz czuję przymus, aby ta dziewczyna przestała tak panikować, bo przecież nie chciałem zrobić jej nic złego. Póki co spokojnym krokiem ruszyłem w bliżej nieokreślonym dla siebie kierunku. Nie chciałem, aby czarnowłosa zaczęła coś podejrzewać, chociaż wiedziałem, że może to zaraz nastąpić, bo nie wiedziałem, gdzie ona mieszka i nie wiedziałem też, kim jest... Nagle zahamowała i warknęła na mnie. Oj, nie zapowiada się dobrze...
-Celes, co ty robisz...?-zapytała.
Prychnąłem, po czym starałem się w umyśle konia znaleźć choćby fragmencik drogi lub miejsca, które on pamięta. Niestety, przez niepokojące szepty i zaćmienie jego głowy, nic nie mogłem odnaleźć w tej mgle. Nie pozostało mi nic innego, jak grać niespokojnego i zestresowanego konia. Zacząłem wierzgać, prychając i rżąc. Dreptałem przednimi kopytami w miejscu, nadal rżąc.
-Celes!-krzyknęła, po czym szarpnęła obie głowy konia za grzywy i przyjrzała się nim.
Cholera, nie znoszę, jak ktoś dotyka głowy zwierząt, jakie opętuję w danym momencie. Szepty wtedy stają się głośniejsze, bardziej uciążliwe i koń wtedy zaczyna panikować, a ja tracić kontrolę. Podejrzewam, że Celes, bo tak nazywa się chyba jej pupilek, długo się będzie zbierał, ale kto wie. Każdy inaczej na to reaguje. Ja na pewno będę miał koszmary. W sumie nic nowego. Prychnąłem znowu, ukazując niepokój i spojrzałem dla dziewczyny prosto w oczy.
- Jaki ty jesteś dzisiaj dziwny.. Nie ważne.. Pójdę sama.. - zeskoczyła z konia.
Trąciłem jej ramię jednym z pysków. Wiedziałem, że kończy mi się czas, więc chciałem ją pośpieszyć. Byłem pewny, że potem koń spanikuje i bez względu na wszystko ucieknie, a potem dopiero po długim czasie wróci. Bez znaczenia jaki byłby to zwierzak, udomowiony czy dziki, każdy ucieknie. Zacząłem ją pchać w stronę, w którą zaczęła się kierować. Rżałem niespokojnie. Jeszcze chwila, a naprawdę będę musiał opuścić jego głowę. Nie chcę zabić tego zwierzaka. Nie lubię tego robić. Szczury, owszem, zawsze giną, ale one są tak małe, że ciężko o to, aby przeżyły...
- O co ci chodzi, Celes do cholery?! - pogłaskała konia po pyskach. Jaki lekki i delikatny dotyk... - Cii, już, nic się nie stanie, pójdę sama.. Przecież wiesz...
Już dłużej nie mogłem siedzieć w koniu. Wyszedłem z jego umysłu, przez co spłoszone stworzenie ile sił w nogach uciekło i na sto procent tak szybko nie wróci. Ja za to stałem bardzo blisko dziewczyny. Widząc ten wzrok, cofnąłem się, aby nie stać nadal w jej strefie osobistej. Westchnąłem nieco rozkojarzony, wiedząc, że szykuje mi się niezły ochrzan za siedzenie w głowie tego konia. Nie minęło dużo czasu, a w oczach dziewczyny ujrzałem gniew.
Wściekła podeszła do mnie i uderzyła mnie chyba z całej swojej siły w policzek. Czułem zahaczający się o mój prawie, że niewidoczny szew jej paznokieć. Cichy dźwięk rwanej nici oznajmił mi, że rozerwała szew, a płynąca po nim mała strużka uświadomiła, że rozwaliła mi policzek. Uniosłem dłoń i kciukiem otarłem szkarłatną ciecz, patrząc w bok, a nie na nią.
-Przepraszam cię...-powiedziałem spokojnie, patrząc po chwili na zakrwawiony ślad na czarnej rękawiczce.
- Co ty sobie wyobrażasz?! Że możesz tak po prostu sobie opętywać mojego konia?! Kurwa, wszyscy jesteście tacy sami! - warknęła, odsuwając się ode mnie.
Pokręciłem głową i spojrzałem na nią.
-Nie każdego dnia mam siłę udawać, że wszystko jest ze mną dobrze. Jednak dzisiaj to coś odnalazłem i chciałem ci pomóc. Dzięki, że tak miło na to zareagowałaś. Oczekiwałem, że przynajmniej spróbujesz mi wyjaśnić, co się stało, bo nie codziennie spotykam tak przerażone kobiety... Nie musiałaś mnie policzkować, bo nie miałem złych zamiarów. I nie jestem jak wszyscy.-mruknąłem, odwracając znowu wzrok i poprawiając skórzaną, czarną rękawiczkę.-Jestem prawdziwym potworem, który został zmuszony do tego, aby być tym, kim jest. Więc jeszcze raz wybacz, że chciałem ci pomóc.
- Nie trzeba było mnie straszyć szczurami i opętywać mojego konia.. - warknęła - Jeżeli chcesz pomóc, zostaw mnie. Nie dotykaj. Zostaw.. - odwróciła wzrok i zacisnęła pięści. 
Widać było, że mimo wszystko się bała. Miałem chęć od tak po prostu do niej podejść i ją przytulić. Szkoda było patrzeć, jak dziewczyna boi się czyjegoś dotyku. Jednak miałem pomysł. Ruszyłem do niej, ale stanąłem też na wyciągnięcie jej dłoni. Delikatnie jednym palcem, dotknąłem jej ramienia.
-Nie dotykam ciebie dłonią. Mam rękawiczkę. Nadal się boisz?-zapytałem, nieco się schylając. Dziewczyna była o wiele niższa ode mnie, więc musiałem to sobie ułatwić, aby spojrzeć jej w oczy.
- C-Co ty robisz?! Zostaw! - odtrąciła moją rękę i cofnęła się nerwowo do tyłu.
-Cicho. Nie krzycz. To las, tutaj mieszkają zwierzęta.-powiedziałem spokojnie.-Nie chcę ciebie skrzywdzić. Chcę zrozumieć, dlaczego tak się boisz.
- N-Nie możesz sobie po prostu pójść jak miliony omijających mnie osób? Pójdź, zapomnij, a ja zniknę, ok? Nigdy się nie spotkaliśmy i nie spotkamy. I koniec..
-Nie zrobię tego, bo mam swoje zasady. Nie ufasz mi? Dobrze, tak więc poznajmy się. Jestem Tadayoshi Kirishima.-podałem jej dłoń, choć wiedziałem, że mi jej nie uściśnie.-A ty?
Cofnęła się, zabierając ręce. Wiedziałem, że ich nie uściśnie. Cóż, nie będę naciskał. Również zabrałem dłonie, prostując się.
- Ayano... Ayano Adachi... Zadowolony? Świetnie, mogę już iść?
-Ayano, miło mi ciebie poznać. Nie chcę, abyś szła, bo nie chcę też patrzeć, jak w twoich oczach widnieje przerażenie. Kogo się boisz? Czego się boisz? Powiedz mi, pomogę ci.-stwierdziłem spokojnie.
- Nie! Nie chcę żadnej pomocy od nikogo.. Jeżeli tak bardzo chcesz tego to po prostu idź.. Tak mi pomożesz...
Westchnąłem, po czym uśmiechnąłem się delikatnie i wsadziłem do jej dłoni wizytówkę z moim numerem telefonu. Nie dotknąłem oczywiście przy tym jej dłoni, ani reszty jej ciała. Potem się cofnąłem i po prostu ruszyłem w stronę swojego domu. Wiedziałem, że nie będzie łatwo, ale że aż tak...
---
Następnego dnia, a raczej wieczora, stałem na ganku z przodu swojego domu, rozmyślając o wcześniej spotkanej dziewczynie, jaka nieco zamąciła mi w głowie. Nie byłem w sumie pewny, czy po prostu chciałem jej pomóc, czy jednak miało to jakiś głębszy sens. Nie znam się na uczuciach i nie wiedziałem, czy powinienem dociekać. Ubrany w marynarkę i wyjątkowo bez opaski na oku, oparłem się o drewnianą ścianę. Wyjąłem z kieszeni papierosa i podpaliłem go. Byłem jeszcze nieco poddenerwowany i zaciekawiony, ale powoli się uspokajałem. Wiedziałem, że muszę czekać na telefon od czarnowłosej. Wsadziłem sobie tytoń do ust i spokojnie wdychałem dym do swoich płuc. Przyglądałem się też letniej burzy, która tworzyła strumienie na bokach ulicy oraz kałuży na trawniku w moim ogrodzie. Nagle, ujrzałem czarnowłosą dziewczynę, jaka właśnie przechodziła. Oj, znałem tą panienkę. Prychnąłem kątem ust, po czym użyłem Mignięcia i szybko pochwyciłem ją, a następnie postawiłem na ganku, okrytym dachem. Szła tylko w bluzie i nie mogłem pozwolić, aby zmarzła. Zarzuciłem na jej ramiona marynarkę, a sam zostałem w białej koszuli i czarnej, eleganckiej kamizelce.
-Witaj, Ayano. Wybacz, że tak nagle, ale nie mogłem patrzeć jak idziesz w taką burzę, a na dodatek jesteś cała przemoczona.-powiedziałem i zgasiłem już spalonego papierosa w odpowiednim miejscu.
Od razu po tym wziąłem gumę do ust. Nie lubiłem tego zapachu ze swoich ust, więc chciałem go szybko unieszkodliwić. Spojrzałem na dziewczynę, wystawiając do niej dłoń z niedużą paletką gum miętowych w plastrach.
-Życzysz może sobie gumę do żucia?-zapytałem kulturalnie.
Jej drobna i drżąca dłoń, pochwyciła gumę, a potem cofnęła się. Uśmiechnąłem się do niej delikatnie, nie chcąc jej wystraszyć.
-Po co to zrobiłeś...-rzekła.
-Powiedziałem, że nie chciałem, abyś zmarzła i się przemoczyła. Chcesz może coś ciepłego do picia? Kawa, herbata, może kakao? Możemy ją wypić tutaj lub w środku. Ogrzejesz się trochę.-powiedziałem spokojnie.
- Nie dasz mi spokoju, co? Kakao... - weszła w głąb domu, jak gdyby nigdy nic.
-Oczywiście, że nie.-zamknąłem za nią drzwi, ale nie na klucz- Chodź, zapraszam do kuchni.
Ruszyłem z dziewczyną, otwierając przed nią wszystkie drzwi. Ta posiadłość była duża i nie chciałem, aby mi się zgubiła. Po chwili ukazała się jej kuchnia z ciemnymi jak noc ścianami, ciemnobrązową podłogą oraz z brunatnozielonymi meblami z drewna. Wszystko było w typowym, wiktoriańskim stylu, który tak uwielbiałem. Odsunąłem jej krzesło przy stole i zaprosiłem gestem dłoni.
-Usiądź sobie.
- Eem.. - usiadła lekko się trzęsąc - Niezły dom...
-Zarobiłem sobie na niego sam. -spojrzałem na nią i pokręciłem głową.-Poczekaj chwilkę.
Nastawiłem mleko na kakao, po czym poszedłem szybko do salonu, aby wziąć stamtąd koc. Wróciłem po chwili do Ayano i spokojnie narzuciłem jej na ramiona ciepły kocyk. Nie zabrałem od niej marynarki, bo chciałem, aby się ogrzała. Nie mogłem patrzeć, jak drży z zimna. Uśmiechnąłem się, po czym czekając na zagotowanie mleka, wsypałem do dość dużego kubka kilka łyżek słodkiego kakao, które zmieszałem z tym gorzkim, aby nie skręciło jej od słodyczy buźki. Zalałem jej to potem mlekiem, wymieszałem i postawiłem przed nią. Usiadłem, na miejscu na przeciwko dziewczyny, uśmiechając się.
-Pij proszę, póki jest ciepłe. Jak będzie ci jeszcze zimno, mogę ci zrobić jeszcze jedno kakao i ewentualnie donieść jeszcze jeden koc.-powiedziałem.
Drżącymi dłońmi chwyciła kubek w obie łapki. Cóż za urocze stworzenie...
- Nie rozumiem, po co to robisz.. Przecież inni i tak mnie olewają.. Czemu po prostu nie zrobisz tego samego...
-Jak już mówiłem, mam swoje zasady i dla mnie widok przerażonej kobiety nie jest codziennością. Jak widzę kogoś takiego, czuję potrzebę, aby pomóc. Niezła ironia, skoro nie jestem od tego.-podrapałem się po karku, po czym czując, że coś się dzieje z moim okiem, nałożyłem na nie opaskę.
Spojrzała w kubek i obiema dłońmi wypiła z niego łyk kakao. 
- Wow... Jedna osoba z pośród milionów...
-Nie martw się. Nie mam złych zamiarów. Po prostu chcę ci pomóc. W pewnym sensie wiem, jak to jest bać się dotyku. Zauważyłaś chyba, że noszę ciągle rękawiczki...-powiedziałem, pokazując jej dłoń.
- Ciebie przynajmniej ktoś widzi.. - szepnęła bardzo cicho, pijąc kakao.
-Ayano... Jak masz jakiś problem, możesz mi zaufać. Nie miałem łatwo w dzieciństwie i chciałbym teraz pomóc komuś tak, jak ten ktoś wcześniej pomógł mi.-powiedziałem spokojnie.
- Po pierwsze, odpuść sobie, a po drugie, nie dasz rady mi pomóc.. Nikt nie da.. A tak poza tym. Nie ufam żadnej osobie chodzącej na tej ziemi...
-Dobrze, a jak zyskam twoje zaufanie? Zgodzisz się, abym przynajmniej spróbował ci pomóc?
- Skąd mam wiedzieć jak się zyskuje zaufanie.. Nie mam pojęcia..
-Moim pierwszym krokiem, będzie próba tego, abyś dotknęła chociaż palcem mojej dłoni. Nie martw się, nie będę na ciebie naciskał, abyś to zrobiła z przymusu.-uśmiechnąłem się.-Chcę, abyś sama przezwyciężyła kiedyś swój strach, dobrze? A przez ten czas, będę z tobą spokojnie rozmawiał, poznawał ciebie, a ty mnie.
- I myślisz, że tak po prostu się zgodzę? Posłuchaj, ostatni raz konwersowałam z kimś obcym jakiś rok temu, a tak to gadam z trupami. Nie oczekuj ode mnie sympatii i wszelkiego entuzjazmu...
Wzruszyłem ramionami, nadal się uśmiechając.
-Nigdy nie miałem sympatii i entuzjazmu, ani innych pozytywnych emocji. Szczerze mówiąc, jedyne co zadawali mi rodzice to ból i cierpienie fizyczne oraz psychiczne. Więc powiedzmy, że dostaniesz ode mnie to samo, bo nie umiem robić nic innego. No... Może jestem trochę opiekuńczy...-dodałem, patrząc jej w oczy.
- Rodzice... - zagapiła się, lecz po chwili się otrząsnęła, dopijając kakao.
-Słuchaj, nadal pada. Mogę ci udostępnić na dzisiejszą noc jeden z pokoi. Śpię na samej górze na strychu, więc jak będziesz czegoś potrzebować, będę tam. Pokoje są zamykane od środka, ale okna się całkowicie nie otwierają. Można je tylko uchylić.-powiedziałem, zabierając od niej pusty już kubek.
- Poradzę sobie i wrócę do domu... - wstała z krzesła.
-Ayano, proszę cię. Nie chcę, abyś była chora. Zostań, a jutro już nawet w nocy będziesz mogła iść. Przeczekaj przynajmniej tą burzę. Uwierz mi, że letnie deszcze są długie i intensywne, a na dodatek często chłodne.-rzekłem, stając na przeciwko niej, na bezpiecznej odległości, aby jej nie zdenerwować.
Spojrzała w sufit, warcząc.
- Aargh!
-Coś się stało? Nie zrozum mnie źle, nie chcę, abyś mi zachorowała z mojego powodu....
<Aya-chan?>
Ilość słów: 2030

niedziela, 20 maja 2018

Od Ayano do Tadayoshiego

- Hej, wszystko w porządku? Przepraszam, że na ciebie wpadłem.
Co? Nie, nie, nie, nie, nie! Żadnej ręki! Żadnej! Nie chcę żadnego dotyku! To straszne... Heh, zabawne. Mam do czynienia na co dzień z duchami i śmiercią, a boje się dotyku innych ludzi. Ja serio jestem jakaś dziwna, ale trudno. Nie wybierałam sobie tego kim mam być. Taka jestem i gówno was to powinno obchodzić. I tak nikt się mną nie przejmuje, więc jeszcze lepiej, ale teraz... Muszę uciec. Uciec, uciec, uciec, uciec, uciec! Szybko! Zniknąć, rozpłynąć się i będzie znów tak jak dawniej. Ignorowana i niedotykana przez nikogo. Tak! Tak jest najlepiej! Walić to, że jest mi smutno czasami... Samotniczka na swych przestworzach to właśnie jestem ja. Żadna dusza towarzystwa. Dlatego odwal się! Odwal, odwal!
- N-nic nie szkodzi. M-muszę już iść... - zaczęłam się cofać, nadal siedząc na ziemi.
- Czekaj. Czemu uciekasz?-zbliżał się. Nie, błagam, zostaw mnie w końcu! Zostaw mnie jak każdy inny idiota na ulicy!
- Zostaw mnie! - cały czas się cofałam. Nie chcę, by mnie dotknął znowu. Nie! Nie i już! Nikt nie będzie mnie dotykał od tak... Boję się tego jak jasna cholera...
-Spokojnie, czekaj! Harra Kisierr.-za mną usłyszałam piski szczurów. Nosz ja pierdole co za kretyn! Odwal się jełopie w końcu ode mnie! Chcę tylko uciec, zniknąć jak zawsze... Rozglądnęłam się dookoła. Matko, co to jest?! Szczury... Jeszcze lepiej... No po prostu kurna świetnie! A nie mówiłam?! Zawsze, ale to kurna zawsze jak kogoś dotknę do dzieje się coś złego! Z-A-W-S-Z-E! Teraz jest tak samo. Dlatego po co się pojawiać i po co dotykać? Czemu inni siebie dotykają tak swobodnie! Nie rozumiem... Czemu... Przecież dotyk zawsze wywołuje problemy. Zawsze jest coś nie tak... Albo wrzeszczą, albo płaczą albo śmieją się ze mnie jak z idiotki. A może nią jestem? Może to ze mną jest coś nie tak? Nie wiem i nie im to oceniać ani mi... Lecz teraz muszę się go jakoś pozbyć. Wstałam i nadal się chciałam cofać, ale drogę zagrodziły mi setki szczurów...
- Cholera jasna...
- Nie uciekaj. Nic ci nie zrobię. Nic.
- W takim razie zostaw mnie i będzie po sprawie... 
- Nie. Nie mogę.
No jasne kurde obrońca swej dumy i męstwa się znalazł. Czy tak ciężko ruszyć dupę do tyłu i po prostu stąd sobie pójść i mieć wyjebane na to?! Tak trudno?! Eeeech kurde...
- Czemu? Czemu nie możesz? Nogi ci do dupy przyrosły?
- Nie wypada damie mówić takich rzeczy. Przeprosiłem, chcę teraz, abyś mi powiedziała, dlaczego uciekasz?
- Damą nie jestem i nie wiem co mi wypada mówić, a co nie. Ok, fajnie, przeprosiłeś, a teraz sobie pójdę i już nigdy mnie nie zobaczysz, tak? Tak, to świetnie, hej...- zaczęłam iść w stronę tam, gdzie nie było szczurów. Nie odwracaj się! Nie zatrzymuj się! Po prostu idź tak jak gdyby nigdy nic...
- Ej! Stój!-krzyknał. Nosz kurw... Co za... Jak każdy. Zawsze, ale to zawsze dotyk jest zły, straszny i nie powinien dla mnie istnieć. A to wszystko przez jeden walony dotyk... Nienawidzę go, a zarazem się go boję... Nie odzwałam się, tylko szłam dalej. Byle tylko iść, iść, iść i się nie zatrzymywać... Zaraz zniknę i będzie wszystko dobrze...
- Wracaj tutaj!-zaczał chyba za mna biec... No nie... No przysięgam kiedyś zamknę się w tej dolinie i za nic z niej nie wyjdę! Za żadne skarby! Również zaczęłam biec. Trudno, walę szkołę. Wracam do domu. Za dużo wrażeń na dziś. Za dużo... I jeszcze ten typ... Aaaghhh! Zagwizdałam, a po chwili przede mną znalazł się mój kochany, dwugłowy konik. Wskoczyłam na niego i zaczęłąm biec na nim pędem. Uda się uciec, uda się... Musi się udać...
- Kohayas...-szepnął, a chłopak znikł. No i świetnie. Może w końcu mnie zostawił...
- Celes. Kierunek dom...- szepnęłam cicho do swego konia - Nie chcę już tu być, zabierz mnie stąd...
<następne opowiadanie>
<Tadaś?>
Ilość słów: 637

sobota, 19 maja 2018

Od Tadayoshiego do Ayano

-T-Tadayoshi... W-Wywołujemy d-dzisiaj ducha...?-zapytała.
Czarnowłosa przewodnicząca klubu okultystycznego przyglądała mi się uważnie. Jej oczy wyglądały jak zawsze pusto, ale jak tylko wspomniała coś o duchach, ujrzałem tam iskierkę ciekawości oraz ekscytacji. Oka była kimś innym jak była w swoim klubie. Uśmiechała się częściej, częściej się odzywała i robiła wiele innych rzeczy, jakich zazwyczaj nie robiła na codziennie. Poprawiłem opaskę na swoim oku, po czym uśmiechnąłem się szeroko.
-Jasne. Bardzo chętnie. Może nam się uda wywołać jakiegoś. W sumie, chyba tylko raz nam się udało.-poklepałem dziewczynę po głowie.
Usiadłem przed kręgiem, przy jakim zawsze wywoływaliśmy duchy. Był on z przeróżnymi symbolami, a wokół w odpowiednich odległościach umieściliśmy świeczki, które podpaliliśmy w kolejności, jaka była zapisana w notatniku Oki. Uśmiechnąłem się, siadając po jednej stronie kręgu, a dziewczyna zasiadła na przeciwko mnie. Spletliśmy nasze palce, wyłącznie palce i zamknęliśmy oczy. Czułem jak dziewczyna zaczyna drżeć, w sumie jak zawsze. Musiałem zachować powagę, a gdyby nie to, na pewno bym się zaśmiał.
-O wielki duchu świętego. Pojaw się i okaż nam swoją wielkość. Chcemy zobaczyć, jakiś ty niesamowity i wielki. Ukaż nam swoją arystokrację.-powiedziała Oka.
Ja z kolei wyłącznie szeptałem sentencje, jakie mówiłem tak wiele razy, że zapamiętałem je. Jestem aktorem, któremu nauczenie się kwestii nie zajmuje więcej niż dwadzieścia minut. Dłonie dziewczyny zacisnęły się na moich, a ja uniosłem spojrzenie. Otworzyłem szerzej oczy, kiedy źrenice kobiety stały się białe jak śnieg. Opętał ją. Udało nam się.
-O wielki duchu świętego. Czy tutaj jesteś?-zapytałem.
-Ja... Tutaj... Jestem...-szepnęła Oka zmodulowanym głosem.
Tak. To był zdecydowanie duch. Nareszcie nam się udało! Uśmiechnąłem się szeroko, ale po chwili znowu spoważniałem. Nie mogłem okazać widmie, że cieszę się z obecności i że się go nie boję. W nekrologu informowali, że duchy nie lubią rechoczących się osób i tym podobnych. Na spokojnie zacząłem konwersować z fantomem, a po kilku minutach niestety świece zgasły, a Oka potrząsnęła głową. Odczekałem chwilę, a kiedy już dziewczyna się uspokoiła, zaśmiałem się i przytuliłem ją.
-Udało nam się! Oka, drugi raz nam się udało!-krzyknąłem.
Czarnowłosa też zaczęła się śmiać, wtulając się we mnie. W sumie dziewczyna była dla mnie dobrą przyjaciółką. Nie najlepszą, ale taką dobrą, była. Pogładziłem ją po plecach, a potem wstałem, wyjmując z kieszeni telefon. Syknąłem pod nosem, widząc SMS-a.
-Wybacz mi Oka. Muszę iść. Mam sesję. Do zobaczenia jutro.-powiedziałem, idąc do wyjścia z klubu.
-D-Dobrze. D-Dziękuję ci za d-dzisiaj. D-Dzięki tobie t-ten klub nadal i-istnieje.-szepnęła, uśmiechając się.
-Nie ma problemu Oka-chan.-poprawiłem rękawiczki i wyszedłem.
Tak... Uwielbiam okultyzm. To niesamowita ucieczka od świata realnego. W sumie, jestem złączony ze światem okultystycznym, ale... Nie w taki sposób jaki bym chciał.
---
Po sesji ruszyłem spacerkiem po mieście. Jak ja lubiłem ruch. Przecież w Pustce nie było prawie nikogo. Wszyscy chowali się ze strachem w domach, a jak ktoś wyszedł, już nie wrócił. Nie rozumiałem tego i ciężko było to zrozumieć. Podejrzewam, że nawet to, że jestem następcą tronu nie zawahałoby najśmielszym zabójcą. Nic ich nie przestraszyło nigdy. Nawet mój ojciec. Byłem wściekły, że nic nie chciał zadziałać w tym wszystkim. Żadnej zasady, żadnej kary. Nikogo nie wysłali na pościg. Miałem chęć zajebać własnego ojca i jego żonę. Ta szmata była okropna. Przez nią muszę nosić rękawiczki, bo te cholerne oparzenia są bardzo szpetne. Nie chciałem, aby było je widać na sesjach do magazynu "S". Odebrałoby mi to kilkunastu fanów i zaważyło by na mojej pracy. Nie chcę jej stracić, bo dostaję za nią dobre pieniądze i mogę utrzymać swój dom. O to mi chodziło. Zdobyć pracę, mieć dom, mieć rodzinę. Rodzina... Jak mam znaleźć kogoś, kto mnie pokocha, kto będzie chciał mieć ze mną dzieci... Jestem z rodu Kirishima. Z rodu, który w niektórych miejscach wzbudza większy strach niż półbóg śmierci. Nie, nie jestem silniejszy, ale momentami nadnaturalni boją się bardziej nas. Tak bardzo nie chciałem być taki jak ojciec. Rozejrzałem się z ciekawością wokół siebie. Ło, trochę przesadziłem, bo dolazłem do parku, a to całkowicie gdzie indziej niż mój dom. No cóż, chyba wrócę Mignięciem. Kiedy już miałem zamiar się przygotować, kogoś potrąciłem. Spojrzałem na dziewczynkę i uśmiechnąłem się, podając jej dłoń.
-Hej, wszystko w porządku? Przepraszam, że na ciebie wpadłem.
<Ayanuś?>
Ilość słów: 618

piątek, 18 maja 2018

Od Ayano do Tadayoshiego

Kolejny nudny dzień. Kolejny raz muszę to znosić. Patrzeć na miliony rozmawiających ze sobą ludzi, wpadających na siebie, patrzących na siebie z miłością, pogardą, nienawiścią, zabawą, nadzieją i sympatią, idących za rękę, warczących na siebie, kłócących się, bawiące się dzieci, drażniące się pary, wszelkie randki i spotkania między przyjaciółmi, śmiech, zabawa, płacz, nadzieja, nauka, złość, mord, spokój, ukojenie, wypadki, pomaganie sobie, śmierć, krew i wiele innych... Codziennie widzę ten widok, ale za nic nie mogę się przyzwyczaić. To takie trudne... Świadomość, że ty ich widzisz, ale ty dla nich jesteś kompletnie niewidoczna. Nie istniejesz. Jakbyś rozpłynęła się w powietrzu lub w ogóle się nie urodziła. Nawet nikt nie opłakiwałby twojej śmierci. Zero. Kompletne nic. Pustka w sercu i umyśle. Twoim jedynym towarzyszem jest samotność. Ta cholerna samotność, która dręczy cię od czasu twych narodzin i będzie cię dręczyć przez wieczność. Codziennie przechadzasz się tą doliną. Wszędzie jest zaschnięta krew, wiszące na gałęziach ciała, oberwane kończyny i rozczłonkowane ciała, pistolety, naboje, liny, strzały, łuki, sztylety, oberwane paznokcie, narzędzia tortur... Wszystko tu znajdziesz co jest związane ze śmiercią. Ale najlepsze jest jedno... Kości. Mój raj na tej ochydnej ziemi. Mogę zabrać jaką chcę i którą chcę, bo kto mi zabroni? I tak nikt nie zauważy... Jedna w tę czy we w tę nie robi różnicy. Przyglądałam się temu krajobrazowi. Dla innych był obrzydliwy, ochydny, straszny, nie powinien istnieć.. Lecz dla mnie... To niesamowity, piękny  i wspaniały obraz... Moja codzienność i moje zadanie, które przydzielone mi zostało przez śmierć we własnej osobie. Taka wyniosła funkcja, a zarazem taka godna pogardy i lęku. Jednak ja nie wybierałam sobie swej rasy i swego życia. To nie moja wina, źe trafiłam akurat na to. Jednak po części podoba mi się ta praca. Jest wiele minusów, ale potrafię dostrzec w niej plusy... Szłam jeszcze chwilę, ale nie znalazłam nic wartego uwagi. Nie ma sensu brać popękaną kość czaski, by po prostu ją zabrać i nic z nią nie zrobić. To nie oto chodzi. Może i jestem dziwna i inna, ale jak i tak praktycznie nikt nie może mnie zobaczyć, więc...  Dobra, pora zbierać się do domu i zdjąć tą zbroję... Zagwizdałam, a po chwili obok mnie znalazł się mój wierny i kochany koń- Celes. Jest ze mną przez tak długi czas, że stał się częścią mnie. Bardzo się do niego przywiązałam i nie chcę go stracić za nic. Podarowała mi go ta piękna i miła kobieta, która przygarnęła mnie i Ayumu. Właśnie... Co do Ayumu. Ciekawe co tym razem odpierdala... Dobra, nie ważne. Nie chce mi się o tym myśleć, bo i tak nic nie zdziałam. Taki on już jest. Wsiadłam na swego dwugłowego rumaka i ruszyłam w stronę mego domu. Mijałam skaliste ścieżki, czarne rzeki i ogrom ciał zabitych lub samobójców. Jak dobrze, że nie ma tu nikogo... Że jestem sama w swym małym królestwie. Bez żadnego omijania ludzi, by cię nie dotknęli... Czuję się tu taka...Wolna. Nie muszę się niczym martwić. Ja nie widzę nikogo, a oni nie widzą mnie... Westchnęłam głęboko, wdychając świeże, ranne powietrze i patrząc na wschód słońca, które powoli wzbijało się ponad ostre, ośnieżone szczyty gór. Piękny widok i nigdy z niego nie zrezygnuję...
---
Celes dość szybko przywiózł mnie do mego domku. Drewniana, niezbyt duża chata... Dla innych wydawałoby się to być dziwne, ale dla mnie to cały świat. Nie mam aż tyle pieniędzy, by kupywać sobie luksusowe apartamenty, ale też nie mam aż tak mało kasy, by żebrać na ulicy. Jest w sam raz. Mój mały domek jest osamotniony, lecz przytulny. Leży na wzgórzu góry pośród innych ostrych i wysokich szczytów oraz przepaści... Coś pięknego i niesamowitego. Nawet w takiej dolinie można znaleźć jakieś życie, coś wyjątkowego i niespotykanego... Po chwili przyglądania się temu niesamowitemu widokowi, otworzyłam drzwi i weszłam do domu. Nie był on aż taki stary, ale nowoczesny aż tak też nie był. W sam raz. Odnowione ściany i meble. Nic dodać nic ująć. Na ścianach wisi moja kolekcja kryształowych czach. Muszę zajść do pomieszczenia, gdzie trzymam zbroję i sekrety... Do piwnicy...
---
Zdjęłam swoją zbroję i broń jaką przy sobie miałam. Teraz byłam ubrana w zwykłe czarne jeansy i czarną koszulkę, a włosy miałam rozpuszczone. Standardowo kreski na oczy, naszyjnik na szyję i mogłam wyjść do szkoły. Tak, tym razem tam pójdę... Muszę poza tym kupić coś do żarcia, bo powoli mi braknie wszystkiego w lodówce. Wyszłam z domu i na Celesie pojechałam do miasta...
---
Zeszłam z konia i przechadzałam się przez park. Jak zwykle dużo ludzi i uważać tylko, by nikogo nie dotknąć... Byle nie dotknąć, nie dotknąć, nie dotknąć! Jednak ktoś na mnie wpadł, a ja upadłam. Cholera jasna.... Co ja teraz zrobię? Nie może mnie zobaczyć!
<Tadaś?>
Ilość słów: 774