Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dazai. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dazai. Pokaż wszystkie posty

piątek, 29 czerwca 2018

Od Dazai'a do Fumiko

Przyglądałem się beznamiętnym wzrokiem konającej w mych ramionach dziewczynie. Wynik tego "spotkania po latach", już w momencie ujrzenia pijanego Chuuyi był dla mnie w pełni przesądzony. W głowie jedynie pozostawało mi odliczać sekundy do rozmowy, która sprowokowała to wszystko. Ach... Pomyśleć, że nawet nie zdążyłem z nią powspominać pewnych wydarzeń z dalekiej, przepełnionej głębokim mrokiem i cierpieniem przeszłości. Dopiero poznałem jej osobę pod nową postacią, a na powrót wszystko wróciło do poprzedniego stanu rzeczy. Nie wspominając nawet o moim powtórnym przyglądaniu się jej śmierci - choć tym razem przyjmuję to zdecydowanie mniej emocjonalnie, niż te parę lat temu. Wzdychając cicho, powoli ułożyłem bezwładną głowę dziewczyny prosto na mokrą ziemię. Z pewnością jeszcze kiedyś się spotkamy. W końcu ten świat jest nazbyt mały, by byty takie jak my nie mogły ponownie skrzyżować swych dróg. Nie zmienia to jednak faktu, że sama ta sytuacja przywołuje do mych myśli niedawno czytany wiersz autorstwa księdza Jana Twardowskiego, o dumnym tytule "Śpieszmy się". Pierwszy wers ów utworu stał się całkiem popularnym wycinkiem, którego głębsze znaczenie oraz przeróbki zna znaczna część młodocianego społeczeństwa. Mianowicie chodzi o krótkie zdanie, myślę, że podsumowujące w punkt całą tą sytuację: "Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą".
Z całego towarzystwa - o dziwo ucierpiałem najmniej. Na swój sposób było to rzecz jasna niezgodne z moją naturą, choć za to nie musiałem narzekać na ból... Przykładowo, wyjący z bólu nieopodal rudowłosy, po tej akcji pozostał najbardziej poszkodowany. Jak dobrze mi wiadomo, jego aktualna świadomość nie będzie w stanie po śmierci przenieść się do innego naczynia, co ma się odwrotnie w przypadku Fumiko. O ile ta może mieć nieszczęście co do nowego ciała, tak on kolejnego zwyczajnie nie otrzyma. Póki co będzie zmuszony pomęczyć się z aktualnym stanem zdrowia i spędzić te kilkanaście dni w mafijnym szpitalu... Do czasu, aż nie zachce zająć się poszukiwaniem nowego wcielenia kilkukrotnie martwej dziewczyny. Wtedy, może rozpętać się istne piekło na ziemi, czego jednak wolałbym uniknąć. Niestety, co za tym idzie - tej pokraki trzeba będzie na każdym kroku pilnować, by przypadkiem nie doszło do niemiłej, przelanej procentami dyskusji.
Wspominając o tych cholernych trunkach, które buzowały aktualnie w krwi chłopaka...
- Och, Nadawcy Ciemnej Hańby... - doszedł do mnie po chwili cichy, przerywany stękami bólu szept ze strony rudowłosego. - ...nie budźcie mnie ponownie... - dokończył dobrze mi znaną formułkę, na co przyzwyczajony do jego bezmyślności po nawaleniu się w cztery dupy, w momencie przystanąłem tuż obok klęczącego. Nim całe jego ciało zdążyły spowić krwistoczerwone znamienia, uchwyciłem w swej dłoni nadgarstek partnera. W mgnieniu oka po aktywowanej mocy nie pozostało nawet śladu. a dotychczas dziko zwężone źrenice Chuuyi, powróciły do swego prawowitego stanu.
- Pora się zbierać, Chuuya - stwierdziłem prosto, podnosząc przy tym z ziemi ciemny kapelusz, który w trakcie agresywnej kłótni dwójki zdążył mimowolnie wypaść mi z dłoni.
Ujmując w dłoni komórkę, sprawnie wykonałem telefon pod zapisany w mej komórce numer. Rozmówca bez zbędnych dopytywań potwierdził wysłanie pomocy medycznej, we wskazane przeze mnie miejsce. Zaraz po potwierdzeniu przyjęcia zgłoszenia, z cichym westchnięciem rozłączyłem się i zająłem mniej istotną kwestią płaszcza rudowłosego. Leżał parę metrów od swojego właściciela... Sam do końca nie jestem pewien, w którym momencie zdołał go odrzucić. Spokojnymi ruchami sięgnąłem po narzutę, by następnie okryć nią widocznie poszarpane w kilku miejscach ciało towarzysza. Nie spodziewałem się, że dokona tego w aż tak brutalny sposób, chcąc jakby spektakularnie dokonać swego kolejnego żywota... Racja - w końcu po kobiecie, czy też nastolatce spodziewać można się dosłownie wszystkiego. Nie da się ukryć, że jest to jedynie spore utrudnianie życia dla przeciętnego mężczyzny, któremu słabo idzie radzenie sobie z kobietami. Cóż... Takim kimś chyba na zawsze pozostanie Chuuya. Chyba, że w przypadku tej dwójki spełni się dobrze znane każdemu powiedzenie - "kto się czubi, ten się lubi". Ach nie ukrywam, że byłoby całkiem zabawne widzieć rudowłosego w garniaku, z towarzyszącą mu, ubraną w białą suknię pannę młodą! Zaangażowałbym tyle osób w ich najważniejszy dzień życia i...
Stop. Racja. Tego wieczoru, również za dużo wypiłem.
***
Ziewnąłem głośno, widocznie znudzony ciągłym przypatrywaniem się białemu sufitowi. Z minuty na minutę zaczynałem żałować decyzji, o pozostaniu w tym przepełnionym różnymi specyfikami pokoiku. Otoczenie niemiłosiernie kusi do dorwania losowej fiolki i wlania w siebie całej jej zawartości. Ach, gdyby nie ewentualne, niemożliwe do zniesienia skręty w brzuchu, już dawno ta przepełniona specyfikami świątynia zostałaby przeze mnie opróżniona... Pomijając kwestię mojego samobójstwa - po dwóch tygodniach od śmierci Fumiko, stan Chuuyi znacznie się poprawił. Naderwane ścięgna poddane zostały specjalnemu, nowoczesnemu leczeniu, by chłopak jak najszybciej mógł poddać się ewentualnej rehabilitacji. Szczerze jednak myślę, że w przypadku tego upartego karła, podobne rzeczy zwyczajnie nie będą potrzebne...
- Dazai? Ty nadal tutaj? - wtrącił mi nagle w trakcie pomyślunku, leżący tuż za moimi plecami chłopak. Wywróciłem z lekka oczami, podnosząc się przy tym z mięciutkiej poduszki, o którą dane mi było się opierać. Moje plecy raczej nie wytrzymałyby ślęczenia tutaj kilka godzin z rzędu...
- Po prostu czekam, aż staniesz na nogi i będę mógł bezprawnie skopać ci zad... - wymruczałem pod nosem, w gruncie rzeczy przewracając się po prostu na brzuch. Wtuliłem twarz w białawy materiał, przymykając z lekka oczy. - Poza tym, siedzenie tutaj to idealny sposób na ograniczenie zrzucanych na mnie zadań do minimum... - dodałem cicho z delikatnym uśmiechem.
- Draniu! Koniec obijania się, won do roboty! - syknął na mnie, przy tym nogą chcąc zrzucić zajmowaną przeze mnie poduszeczkę z zewnętrznej obręczy łóżka.
- Zamordowałeś niewinną dziewczynę, panie damski bokser - wypaliłem, opierając się głową o skrzyżowane ręce. Bandaże również bywają przyjemną podporą do spania... - A już myślałem, że w końcu coś pomiędzy wami będzie... - dokończyłem z wrednym uśmiechem, na co zdenerwowany rudowłosy gwałtownie podebrał spod mojej głowy poduszkę, co automatycznie poskutkowało rąbnięciem czołem prosto w metalową rurkę. Poderwany dopiero po kilku sekundach, odruchowo przyłożyłem dłoń do wyczuwalnie mokrego bandaża, którego rażąca biel z sekundy na sekundę zaczynała przybierać krwisty odcień. Przekląłem pod nosem, mierząc przy tym niebieskookiego morderczym spojrzeniem. Zapewne, gdyby nie nagłe objawienie się w pokoiku pielęgniarki, wystrzeliłbym odpowiednią ilość kulek, by swym stanem przypominał metalowe, kuchenne sitko. Dłonią jedynie sięgnąłem po ulokowany na jednej z półek bandaż. Bez na tą porę zbędnych awantur, wybyłem z pomieszczenia, prosto w kierunku umiejscowionej niedaleko łazienki. Zaciskając palce na materiale, stanowczym szarpnięciem zerwałem owijający moją głowę bandaż... Świeży strup w okolicy łuku brwiowego, naruszony poprzez mocne uderzenie - nie dziwić się, że krwi będzie więcej od możliwej powierzchni siniaka. W miarę szybko uwinąłem się z obmyciem rany i późniejszym owinięciem prawej części twarzy świeżym opatrunkiem. Nie tracąc zbytnio czasu, na powrót wyszedłem na korytarz, u którego krańca jak na zawołanie pojawił się wieziony na wózku Chuuya. Nim kobieta zniknęła wraz z nim za zakrętem, stanowczym stąpnięciem pozwoliłem sobie zagrodzić drogę ów dwójce.
- Nie mogę patrzeć, jak pani śliczne dłonie męczą się przy przewożeniu tego mężczyzny... - zacząłem z uśmiechem, zbliżając się przy tym bardziej do dziewczyny. - Proszę oszczędzić sobie sił, ja zajmę się kolegą... - dodałem, opuszkami palców gładząc delikatną skórę zewnętrznej części dłoni przedstawicielki płci pięknej. Twarz pielęgniarki w momencie spowił krwisty rumieniec, na co jedynie cicho się zaśmiałem. Skinęła jedynie na mnie głową, po chwili znikając za drzwiczkami pobliskiego pomieszczenia służbowego. Odprowadziłem jej osobę wzrokiem, by w następnej kolejności z tym samym uśmiechem uklęknąć naprzeciw rudowłosego, którego mina na sam mój widok zrzedła. Pozwoliłem sobie w momencie uchwycić jego blade, owinięte w podobne bandaże co moje dłonie... Szczerząc się przy tym, spojrzałem chłopakowi prosto w połyskujące turkusem oko. Drugie bowiem było zasłonięte.
- Obiecuję ci, że gdy tylko zostaniesz stąd wypisany, stanie ci się o wiele gorsza krzywda, nieporównywalna do tej, jakiej doznałeś z rąk zmarłej już Fumiko... Sam zaangażuję również twoją sekcję zwłok oraz pogrzeb... - wyszczerzyłem się niczym jakiś psychopata, przypatrując się najmniejszemu drganiu źrenicy chłopaka. O dziw, agresywne zachowanie z jego strony momentalnie zniknęło... Może ta przemiła pielęgniarka podała mu jakieś tabletki na uspokojenie. - Z uśmiechem będę przyglądał się twojej śmierci w cierpieniach, którą podobnie zdecydowałeś się pod wpływem dokonać na niewinnej dziewczynie... Wiesz... Wiesz, że jestem do tego zdolny? -
***
Mroczny, przepełniony jedynie krzykami cierpień wieczór. Ach... Z całego serca, którego - jak myślę - nie posiadam, uwielbiam właśnie taką porę! Mogę beznamiętnie przyglądać się różnym, ciekawym akcjom prezentowanym przez otaczające nas społeczeństwo! Niesamowite... Szczególnie, że za moment miało dojść do sytuacji, w której uczestniczyć będzie dane również mi! Niech rudowłosy - de facto, mi towarzyszący - myśli, że po wydarzeniach sprzed niemalże miesiąca mu się upiekło... Za kilka minut dostanie za swoje w wyznaczonej przeze mnie ilości. Może i jego ciało nie jest jeszcze w pełni sprawne i tak dalej, a jak każdy, godny nazywania się człowiekiem humanoid wie - słabszych się nie bije, jednak za długo powstrzymywałem się od popatrzenia sobie na jego cierpienie. Nadal z nieprzychylną chęcią pozwoliłbym mu pochłonąć jak największą liczbę uderzeń... Siarczystych uderzeń w policzek... Dźgnięć nożem... Postrzeleń...
Pomarzyć mógłbym nieco dłużej, gdyby nie właściwy cel naszej podróży, który nieukrywanie zdziwił towarzyszącego mi chłopaka. Był to bowiem śliczny, ciemny zaułek, w którym też za parę minut miało dojść do bardzo ciekawej akcji, wymagającej naszej interwencji. Scenka prowadząca do naszego nadejścia odgrywała się bowiem po drugiej stronie przeszytego mrokiem przejścia.
<następne opowiadanie>
<Fumi?>

Ilość słów: 1518

środa, 20 czerwca 2018

Od Dazai'a do Fumiko

Odprowadziłem dziewczynę przelotnym wzrokiem do drzwi, przy tym uśmiechając się delikatnie. Odrywając tym samym na moment nieznacznie wzrok od książki, zwróciłem swe ślepa ku jej osobie.
- Z pewnością wpadnę. - skinąłem początkowo lekko głową. - Wiesz... Przykro mi to mówić, lecz Chuuya to już dla ciebie Senpai-Kun. Urósł zarówno fizycznie, jak i rangą - odparłem na pożegnanie, podnosząc się przy tym z dotychczas zajmowanego łóżka. - Jak wróci, z pewnością go od ciebie pozdrowię. -
- Do zobaczenia - zasalutowała mi z delikatnym uśmiechem, by po chwili przejść przez próg i zamknąć za sobą drzwi. Wpatrywałem się jeszcze chwilę w prostokątny przedmiot z klamką, przed oczyma mając głównie całkiem zabawne sceny sprzed kilku lat. Jej obecność niczym z automatu pozwoliła mi przypomnieć sobie kilka, bardzo ciekawych sytuacji z okolic wieku szczenięcego. Choć nasuwały mi się również całkiem niemiłe akty z tamtego okresu, stając się na te kilka sekund czystym przykładem optymisty, zacząłem kolejno je zbywać. Pozostawiając po jakimś czasie kwestię dzieciństwa na drugim planie, przeniosłem ukradkiem spojrzenie na obecnego od kilku sekund w pokoju chłopaka. Jego standardowy, pełen niezrozumienia wzrok, w tym momencie aż zrobił się dla mnie zabawny. Z mojego gardła, mimowolnie wydobył się odrobinę stłumiony śmiech.
- Spójrz, jeszcze nie skończyłem czytać pierwszej, a już otrzymałem drugą. - wyszczerzyłem się niczym jakiś psychol przy wypowiadaniu tych słów, co tego z kolei jeszcze bardziej wmurowało. Westchnąłem głośno, przymykając na moment oczy. - Może być to dla ciebie odrobinę niezrozumiałe, lecz przez stanie tutaj w miejscu, przeszłość zamiast odejść, jedynie mnie wyprzedziła - powiedziałem w kroku, mijając tym samym jasnowłosego i stając jakiś metr za nim. - Nie będzie mnie najpewniej w ten weekend, możesz w spokoju posiedzieć sobie w wannie - dodałem, stopniowo stabilizując swą chwilową poprawę humoru.
Nie czekając nawet na reakcję ze strony współlokatora, dorwałem ze swojej szafki dokumenty, telefon oraz papierosy. Upewniając się dodatkowo co do obecności pistoletu w tym wszystkim, praktycznie bezszelestnie opuściłem pomieszczenie. Tam z kolei, dopiero po wykonaniu kilkunastu kroków w stronę tylnego wyjścia, zdecydowałem się dorwać do siebie starą komórkę z klapką. Nawet bez dokładniejszego patrzenia, udało mi się wybrać dobrze kojarzony numer telefonu. Osoba po drugiej stronie, odebrała po trzech sygnałach.
- Halo, Chuuya? Słuchaj, mam dla ciebie bardzo ciekawy romans... -
***
Śledziłem uważnie kątem oka towarzyszącą mi dziewczynę, w której towarzystwie dane mi było iść od kilku dobrych minut. Choć nie doszło pomiędzy nami do najkrótszej wymiany zdań, szczerze nie czułem w panującej wokół ciszy niczego niezręcznego. Była ona akceptowana z obu stron, niczym swego rodzaju oczywistość. Jak też podejrzewam i dla niej wzajemne zrozumienie przychodziło w ciszy. Nie czułem w tym momencie szczególnej chęci do pogawędek na temat minionych lat, zdecydowanie łatwiej podchodziło mi trwanie w otoczonym mrokiem milczeniu. Mówiąc zwięźle - zmierzaliśmy ku budynkowi, do którego zapraszał nas drogi, rudy, słyszalnie nawalony znajomy.
W ciągu kwadransa udało nam się dojść na wskazane telefonicznie miejsce. Okazał się nim być przydrożny, widocznie opustoszały bar, który swym wyrastającym od ściany neonem jedynie odstraszał, zamiast przyciągać klientów. Była jedenasta wieczór, lampy gazowe unosiły się po drugiej stronie ulicy niczym duchy. Pobliskie restauracje prezentowały się o wiele lepiej, niż miejsce do którego właśnie zmierzaliśmy. Skinięciem głowy wraz z dziewczyną poinformowaliśmy własne osoby o konieczności przemknięcia szybszym krokiem przez ulicę, by oddalić się zarówno od pola widzenia ludzi, jak i z daleka dostrzeżonej milicji. Gdy jako pierwszy zszedłem po schodach, a moje płuca wypełnił przenikający ten lokal dym, dojrzałem siedzącego przy ladzie rudowłosego. Nim wykonałem kolejne kroki w kierunku wysokich krzesełek, niebieskooki poderwał się gwałtownie z zajmowanego mebla i z lampką niedopitego wina w dłoni, chwiejnym marszem starał zbliżyć się do mojej osoby. Odpowiedziałem mu na to szybką reakcją, jaką było przejęcie ów naczynia oraz błyskawiczne dopicie kilkudziesięciu mililitrów trunku. Z typowym dla siebie uśmiechem, zlustrowałem partnera wzrokiem.
- Nie wyspałeś się widzę po ostatnim? - podpytałem spokojnym tonem, w trakcie wymijania podburzonego, przy tym odkładając szkło na jego płaski kapelusz.
- Daaazai ty stary, zawszony dziadu! - wydarł się na mnie wyskakując jednocześnie ze swymi łapskami, co poskutkowało utratą równowagi ze strony szklanki. Wywróciwszy oczami, szybko zgarnąłem naczynie zanim zetknęło się z podłogą. Odłożyłem ów tym samym na blat, wzdychając ciężko.
- Ogarnij się Chuuya, bo za agresywne zachowanie naślą na ciebie policję - pouczyłem zdecydowanie niższego chłopaka, zachowując pozornie bardzo poważną minę. Odstąpiłem odrobinę na bok, by naćpane ślepia rudowłosego mogły dostrzec czającą się dotychczas w cieniu dziewczynę. - Poza tym, jakie ty masz poszanowanie do płci pięknej, że nawet przywitać się po latach nie potrafisz? - zganiłem kolejno, chcąc jeszcze bardziej podburzyć kolegę po fachu. Jasnooki przechylił pytająco głowę, przy tym mrużąc delikatnie oczy. Jak też wyszło - to Fumiko w pierwszej kolejności obdarzyła chłopaka swym z piekła rodem uśmiechem.
- Chuuya, podobno w końcu doszedłeś do stanowiska egzekutora! - wypaliła pierwsza. - Jeśli mam być szczera, nigdy nie wierzyłam w małych ludzi, lecz dzięki tobie w końcu odzyskuję wiarę w karły! - dodała, klepiąc go jakby pocieszająco po ramieniu, przed tym co za moment dodała: - Lecz nie da się ukryć, że prawdziwy facet zaczyna się od metra siedemdziesiąt... - podsumowała całkiem cicho, nie szczędząc sobie nawet cichego śmiechu. Rudego jakby z automatu wmurowało w ziemię, co z perspektywy obserwatora spokojnie spoczywającego na krzesełku obok, zdawało się być niezłym kabaretem...
- Przecież ty... - przetarł z nie do wierzeniem oczy wierzchem dłoni. - A z resztą! W dupie mam czy gadam do powietrza, czy tego wiecznie o pół centymetra niższego kurdupla, ale zamknij się, bo zdechlaki głosu nie mają! - odwarknął bez zastanowienia, patrząc na jasnowłosą spode łba. Pozornie zwyczajny, choć przesiąknięty nienawiścią śmiech wydobył się z gardła Fumi, najpewniej w odpowiedzi na tekst mężczyzny. Nim jednak dyskusja powróciła w nieodpowiednim kierunku, wtrąciłem się między kłótnię cichym odkaszlnięciem. Prześwidrowałem dyskutujących wzrokiem.
- Dzieciaczki, zanim jednak posiekacie siebie nawzajem wyzwiskami, może wypijemy za pierwsze i ostatnie spotkanie po latach? - uśmiechnąłem się niewinnie do dwójki, jednocześnie obracając się w te i wewte na krzesełku. Może któremukolwiek uda się wynieść coś z tego czysto proroczego zdania... W przewidywaniu przeszłości akurat, zdaję się być niemalże nieomylny. Chuuya wlepił we mnie swe niezadowolone spojrzenie.
- Kogo tu śmiesz zwać dzieckiem?! -
- Psychicznie i fizycznie nie przewyższasz gówniarzy z podstawówki. Zacząłbyś się zachowywać jak przyzwoity starzec u skraju życia, zrzędząc na temat swego marnego zdrowia. - wzruszyłem ramionami, rzucając jedynie krótkie spojrzenie znajomemu barmanowi. Po otrzymaniu potwierdzającego skinięcia głową, "wróciłem" wzrokiem do dwójki. - To jak? Napijemy się? -
***
Ach... Któż by pomyślał, że w tamtym momencie podobne słowa przyszły mi z taką łatwością. Zawsze miałem słabą głowę do alkoholu, a jako wydany przez partnera solenizant, zmuszony byłem wypić więcej niż zwykle - tłumacząc, ponad nic. Wieczory zazwyczaj spędzam na bezsensownym wpatrywaniu się w kulkę lodu oraz bursztynową ciecz, potocznie nazywaną whisky. Tymczasem, w żołądku miałem już jakieś dwie szklanki standardowej Jack Daniel's, co samo przyprawiało mnie o mdłości. Mimo, że w głowie mi niemiłosiernie szumiało, jakimś cudem pozostawałem przy w miarę zdrowych zmysłach, obserwując nawalonych w cztery dupy towarzyszy. Nadzwyczaj odważny w tym właśnie momencie Chuuya, starał się na swój sposób dobierać do każdej napotkanej osoby. Zgadza się - to samo działo się jakieś piętnaście minut temu z nami. Otóż, zostaliśmy bardzo kulturalnie wyproszeni z baru, po tym, jak jakiś fagas złapał nas na "upijaniu nieletniej". Nawet nie chcąc wiedzieć skąd dostał on podobne informacje, zdecydowałem się błyskawicznie zwinąć swych pijanych kompanów, bez niepotrzebnego wylewu krwi tego wieczoru.,,
Moje dotychczasowe, beznamiętne wpatrywanie się w jeden, oddalony o jakieś sto metrów punkt przerwała znajoma osoba uwieszona na mym ramieniu. Spojrzałem kątem oka na wyjątkowo niezakryty kapeluszem czubek głowy. Przedmiot ów bowiem utrzymywałem w swych dłoniach od kilku dobrych minut, z zamiarem przejęcia go w miarę możliwości dla siebie. Obiekt ten bowiem po wytrzeźwieniu partnera, miałem zamiar spalić właśnie na jego oczach... Przypadkiem, w trakcie zapalania dla nas obu ulubionych, złotych Rockets'ów. Właśnie! Papieroski. Może po nich będzie mi lepiej?
- Ktoś chce? - spojrzałem to na dziewczynę, to na chłopaka, wyciągając przy tym w ich stronę śliczne pudełeczko. Jasnowłosa odpowiedziała przecząco, w trakcie gdy chyba przysypiającemu rudowłosemu, wcisnąłem ów używek do ust. - Ogarnij się sflaczały, bo zaraz cię z mostu zrzucę... - mruknąłem pod nosem, dobierając do siebie zapalniczkę.
- Zamknij się kretynie, to ty wykorzystywałeś mnie do swego dobra przez cały weekend... - powiedział bardzo dwuznacznie, jak na moje przewrażliwione alkoholem myśli. Odepchnąłem gwałtownie niebieskookiego stanowczym ruchem ramienia, widocznie niezadowolony z podobnej opinii.
- Idź się leczyć lepiej, bo po alkoholu widzę ciebie jedynie w klubie dla dorosłych. Wpasowałbyś się jako striptizerka, czy też męska dziwka - odparłem, zaciągając się głęboko w uzależniającym tytoniu. Spoglądając co chwilę również na odważnie kroczącą w miarę właściwym krokiem dziewczynę, co chwilę dane mi było dojrzeć na jej ustach szeroki uśmiech. Przynajmniej ta się świetnie bawi, w trakcie gdy ja zaraz padnę przez rozrywający od środka ból... Cholera, nie takiej śmierci wyczekiwałem. Skoro mam zdychać w mękach, wolę jeszcze trochę pozostać na tej ziemi i znaleźć sobie jakiś mniej niewygodny sposób. Hmf... Choć mimo wszystko - nie da się ukryć, że to nie moja kolei powiedzieć "cześć" żniwiarzowi dusz...
<następne opowiadanie>
< Fumi? >
Ilość słów: 1506

niedziela, 3 czerwca 2018

Od Dazai'a do Aoi

Osłupiałem, zarówno czując, jak i widząc podekscytowanie chłopaka. W parę sekund z naszego mieszkania zrobił istne wariatkowo, przy tym sam stając się jego naczelnikiem. Początkowo jedynie obdarzając syrena przepełnionym pytań oraz niezrozumienia wzrokiem, stałem wmurowany patrząc jak wali głową o szafkę. Ostatecznie, po paru sekundach jego masochistycznych aktów, zbliżyłem się do jasnowłosego i wziąłem go za fraki. Pociągnąłem go gwałtownie do góry, przy tym krzyżując z nim odmiennej natury spojrzenia, by ostatecznie złożyć stanowcze uderzenie otwartą dłonią na jego policzku.
- Po pierwsze. Ogarnij się, bo dziecko przestraszysz - mruknąłem pod nosem, patrząc jak rozchyla zaskoczony wargi. - Po drugie... Ile ty masz do cholery lat, by tak się podniecać i załamywać jednocześnie?! Rozumiem, że w tych czasach widuje się różnych ludzi, ale podziękuję histeryczce w ciele faceta - kontynuowałem, nie zważając na swą prostą szczerość. - Następnie... Skoro już dali takiej pokrace jak ty rolę, to przynajmniej postaraj się i daj z siebie wszystko! Ustal sobie jakiś cel, wybierz motywację i działaj - podsumowałem, klepiąc go przy tym po ramieniu. - Pamiętaj, by nie przynieść mi wstydu - prychnąłem, pozostawiając oszołomionego na środku pokoju. Zająłem się dokończeniem posiłku, ignorując przy tym ciągłe podniecanie się współlokatora.
Po jakiś dziesięciu minutach, podałem drobne roladki z tortilli na przygotowane do spożycia posiłku biurko. Chłopak z początku przyglądał się zaciekawiony jedzeniu, by ostatecznie spożyć drobnostkę za pomocą drewnianej wykałaczki. Gdy tylko przełknął, cała jego twarz zaczęła promieniować podekscytowaniem. Otworzył szerzej oczy.
- Dazai, to jest przepyszne! - krzyknął pan Wielce Poruszony, patrząc na mnie z iskierkami w oczach. Dorwał do siebie kolejną, nadzianą wykałaczkę. - Ucz mnie gotowania! - wydarł się, rzucając mi błagalne spojrzenie.
- Nie mów z pełną gębą kretynie, bo się zadławisz - zganiłem go stanowczym warknięciem, również biorąc do dłoni drobny patyczek. Jako, że była to idealna porcja "na raz" wsunąłem cały kawałek. - Może kiedyś - dodałem, gdy tylko przełknąłem.
Gdy po roladkach nie było już śladu, wspólnie z chłopakiem zajęliśmy się sprzątnięciem naczyń. Zająłem się zmywaniem, w trakcie gdy współlokatorowi poleciłem nakarmić Jisatsu, określając to jako podział ról niczym w przedstawieniu. Po jakiś dziesięciu minutach, mogłem spokojne paść sobie na łóżko i dorwać do siebie swoją ulubioną lekturę. Ignorując przy tym wymowne spojrzenia Aoi'ego, swobodnie przeskoczyłem na odpowiednią stronę, jaką było samobójstwo poprzez utonięcie. Wczorajsza sytuacja zapewniła mnie, że gdyby nie obecność chłopaka, ze stuprocentową satysfakcją dokonałbym żywota. Utopienie się mogło być w tym przypadku nieskuteczne, przez niewystarczająco głębokie dno. Z kolei również ono mogło wspomóc kwestię utonięcia, czyli śmierć w wyniku zalania wodą dróg oddechowych. Korzystając z usłanego glonami dna, zapewne nie trudno będzie o zaplątanie się i tym samym, pozostanie na dnie już na wieki. Plan idealny...
- Czyli pora zbierać się do pracy! - powiedziałem na głos, podnosząc się przy tym na równe nogi. Do tylnej kieszeni spodni schowałem książeczkę wielkości dłoni, by następnie dorwać do siebie płaszcz.
- I zostawia nas, widzisz Jisatsu... Jaki niekochający ojciec... - wyburczał Aoi, sztucznie smutniejąc. Prychnąłem pod nosem, spoglądając na trójkę.
- Idę zarobić na rodzinę. Z tego co słyszałem, taka jest rola rodziciela płci niekoniecznie pięknej. - wzruszyłem ramionami, zbliżając się do drzwi. - Żegnam zatem. -
Westchnąłem ciężko, gdy tylko znalazłem się poza pomieszczeniem.
- Całkiem fajne miałem ostatnie dni życia... - dodałem do siebie, przechodząc szybkim krokiem przez korytarz. Nie widziała mi się śmierć z uprzednim doznaniem bólu fizycznego w wykonaniu jakiś napataczających się typów. Zaraz po wyjściu na zewnątrz spotkała mnie wymarzona niespodzianka, jaką okazał się deszcz. W zasadzie, czego można było się spodziewać po ujrzanej niedawno tęczy. Przywiodła za sobą więcej, nieco potężniejszych chmur. Taka pogoda jedynie sprzyjała mym założeniom, nie znajdzie się żaden idiota, który chciałby mnie uratować. Również sam nie będę w stanie wybrnąć z tej sytuacji, będąc już skazany pod wodą na śmierć. Podobno u końca czuje się niewyobrażalną ulgę, czego z chęcią chciałbym doznać. Z kamiennym wyrazem twarzy udałem się we wcześniej wybrane miejsce, przy tym nawet nie oglądając się na ewentualnych gapiów. Zbyteczne mi w tym momencie czyjeś zainteresowanie. Jedynie popsułoby ono moje plany.
W trakcie piętnastu minut udało mi się dojść na miejsce. Bez zastanowienia doszedłem do pomostu, gdzie też odrzuciłem swój płaszcz na przesiąknięte wodą drewno. Poprawiając poluzowany materiał owijający mój nadgarstek, oddaliłem się odrobinę od krańca gruntu. W niedzielę Bóg nakazał odpoczywać, ludzie nie pracują.
- Nie wypadałoby jutro wyzionąć ducha, narobiłbym innym roboty i problemów - pomyślałem, uśmiechając się przy tym do siebie. Pozostawiając również swoją książkę pod okryciem, odwróciłem się tyłem do krańca. Nawet jeśli pomost będzie blisko, pewne zaplątanie się o dno oraz brak umiejętności pływania, powinno zrobić swoje... Odepchnąłem się stanowczym ruchem od krańca, by po chwili zetknąć się tyłem głowy oraz plecami z chłodną taflą wody. Nie podejmując próby powrotu na powierzchnię, pozwoliłem sobie spokojnie opaść wprost na usiane naturalnymi linami dno.
Oplączcie mnie, proszę... Pozostanę z wami, aż po własny kres. Zwiążcie mnie niczym łańcuchy, nie pozwólcie zerwać się żadnej sile. Tylko tego pragnę. ~
< Aoi? Żegnaj ~ >
Ilość słów: 816

sobota, 26 maja 2018

Od Dazai'a do Aoi

Zatrzymałem w momencie rękę chłopaka, jednocześnie odbierając mu chusteczkę i biorąc się za samodzielne wytarcie. Wcisnąłem po chwili papierek do kieszeni, jednocześnie cicho wzdychając.
- Nie rozumiem... W jakim celu użyła ona liczby mnogiej, skoro jedynym zwolennikiem tęczy w tym towarzystwie jesteś ty? - podpytałem nieco żartobliwe, przyglądając się uważnie towarzyszącej mi osobie.
- Skąd ty... - zaczął widocznie zaskoczony, przy tym pozostawiając usta z lekka uchylone.
- Tęcza te sprawy... Wiesz, na tyle głupi nie jestem! - wyszczerzyłem się z lekka, zwracając uwagę na przypisany do jego osoby znak towarowy.
- A może po prostu lubię kolorowe rzeczy, jak na przykład tęcza? - mruknął pod nosem, widocznie niezadowolony z przejrzenia swojej orientacji. Starał się bronić za wszelką cenę, co jeszcze bardziej mnie rozbawiło.
- Co za różnica! Swoją reakcją jedynie zapewniasz mnie w moich domysłach. - poklepałem chłopaka delikatnie po ramieniu, kontynuując przemarsz w kierunku powrotnym, wprost do oddalonego o jakiś kilometr akademiku. Łączenie faktów, zawsze było moim sporym atutem. Kątem oka dostrzegłem jedynie, jak Aoi załamuje bezradnie ręce i kontynuuje kroczenie parę metrów za mną.
- Byłbyś świetnym detektywem, wiesz? - wtrącił po kilku sekundach, z cichym westchnięciem.
- Nie da się ukryć, że jestem kimś w rodzaju detektywa - skinąłem delikatnie głową, poprawiając jednocześnie pozostały na mych ramionach płaszcz. - Choć w mojej "pracy" bardziej ceni się strategię niż szybką dedukcję, nie da się ukryć, że również ona jest ważnym elementem całości... - przyznałem, w pewnym sensie zgodnie z prawdą. Niekoniecznie dorastała ona do pięt rzeczywistości, lecz przynajmniej ukazałem swą robotę w dobrym świetle.
- A co dokładnie robisz? - zadał kolejne pytanie, widocznie zaciekawiony moimi "zajęciami pozalekcyjnymi". Ponownie w moich oczach przypomina bezradne oraz bezbronne dziecko, zaciekawione otaczającym je światem.
- Mówiąc bardzo ogólnie, jestem strategiem. - machnąłem obojętnie ręką, nie mając najmniejszego zamiaru opowiadać chłopakowi o szczegółach. - I tak nie zrozumiesz... - dodałem jedynie mrukiem, spoglądając przelotnie na towarzysza.
- Jesteś wojskowym? - strzelił prosto, kontynuując swe próby odgadnięcia.
- No... Można to tak ująć. - odkaszlnąłem cicho, nie mogąc świadomie przytaknąć na podobne określanie.
- Ale wszystko w porządku z tym, że ja... - zawiesił na moment wzrok, spoglądając tajemniczo w niebo. -  No wiesz... jestem gejem? - wydusił w końcu z siebie, czego następstwem był jeszcze większy, najwidoczniej przeszywający jego osobę stres.
- Jeśli mam mówić szczerze, w mojej "pracy" przyczepiono mi niegdyś metkę homoseksualisty, ze względu na brak reakcji na przeróżne, w oczach innych ładne panie. - prychnąłem pod nosem, również odwracając na moment swój wzrok gdzieś w dal. Ostatecznie, z mego gardła wydobyło się jedynie ciche chrząknięcie. - Pomijając... Chyba nie zgwałcisz mnie w nocy? - wypaliłem pierwsze, co z pytaniem chłopaka nasunęło mi się na myśl. W pierwszej kolejności dane mi było dostrzec wyraźny rumieniec na twarzy chłopaka, gdy w następnej kolejności zdawał się dławić wdychanym aktualnie powietrzem.
- Nie! Skąd ten pomysł? - wyrzucił z siebie w końcu, nad wyraz wmurowany. Z początku, w odpowiedzi rozłożyłem jedynie teatralnie swe ręce, uśmiechając się przy tym niemrawo.
- Uprzedzenie do każdego typu człowieka, bez względu na karnację, pochodzenie, rasę, czy też orientację! - ogłosiłem jednoznacznie, nieco wzruszając ramionami. Tym razem za odpowiedź posłużył mi cichy mruk towarzysza, który odebrałem z jeszcze większym rozbawieniem. Nie da się ukryć, że po tych przepysznych lodach z adwokatem, humor zaczynał mi nieźle dopisywać! Dodatkowo biorąc pod uwagę fakt bytu przemiłej pani w lodziarni, która stanowczym machnięciem nawaliła mi tej żółtawej mazi... Świat stawał się piękniejszy, choć nie przegoniło to nawet w najmniejszym stopniu mych depresyjnych problemów oraz chęci pozbycia się większości oddychających istnień. Biorąc rzecz jasna pod uwagę, również własną egzystencję. 
Wracając. Wróciliśmy do akademika w niemalże grobowej, choć akceptowalnej z obu stron ciszy, której towarzyszyły jedynie okazjonalne uwagi, najczęściej związane z otoczeniem. Podczas gdy na korytarzu opiekę nad Jisatsu oddałem w ręce współlokatora, sam zdecydowałem się jedynie zająć zakupami oraz torbą, dzieląc tym samym obowiązki po równo. Podobnie miała się sytuacja w naszym niewielkim mieszkanku, gdzie każdej osobie przypadła podobna rola. Poświęcony w pełni zakupom, rzucałem w tym czasie jedynie okazjonalne spojrzenia w kierunku chłopaka, przebierającego wrzeszczący plastik. Niańka do bachorów ze mnie kiepska, więc postanowiłem mimowolnie, wciąż wypierać się obowiązków związanych z symulatorem. Nie da się ukryć, że lepsza by była ze mnie sprzątaczka - w pełnym tego określenia znaczeniu -, niż jakaś pseudo opiekunka. Tymczasem, z uprzednio zakupionych produktów, zacząłem komponować w pełni wegetariański obiadek, dla królika oraz jego towarzysza - najpewniej szczura. W końcu...
- Będziesz gotować? - wtrącił się w moje myśli chłopak, którego wzrok na sobie czułem od dłuższych kilku chwil. Wzruszyłem ramionami, biorąc do ręki nóż.
- Jest to bardziej opłacalne zarówno dla mojego, jak i twojego portfela - wyjaśniłem krótko, oglądając przy tym idealnie naostrzony przedmiot. 
"Gdyby moim priorytetem nie była bezbolesna śmierć, dokonanie żywota poprzez wbicie sobie noża w serce, mogłoby być całkiem ciekawą opcją..." - powiedziałem do siebie w myślach, zajmując się przy tym pokrojeniem, wcześniej umytych warzyw. 
- Tak mi się właśnie przypomniało - wtrąciłem w pewnym momencie, odrywając pełnię skupienia od pomidora. - Życiowa porada, którą na swój sposób wbito mi niegdyś do głowy... - uśmiechnąłem się mrocznie, przy tym zakrywając okolice oczu odrobinę niesforną grzywką. - Nie ufaj nikomu. Wtedy ból po stracie, zmniejszy się do minimum - oświadczyłem zwięźle. Pełnię, mego aktualnego, zagarniętego do siebie spokoju przerwał nierozważny ruch mojej osoby, jakim okazała się próba przecięcia ostrym nożem własnego palca. Nie potrafiąc powstrzymać cichego przekleństwa, w momencie powędrowałem wprost pod sam kran, trzepnięciem ręki włączając wodę. - Zapamiętaj to sobie lepiej do końca życia... - syknąłem nieco ciszej, wpatrzony w swój wskazujący palec. Tak się kończą próby bycia dobrym i uczynnym, w mym wykonaniu...
< Aoi? >
Ilość słów: 934

piątek, 25 maja 2018

Od Dazai'a do Aoi

Westchnąłem praktycznie niesłyszalnie, przy tym powoli podnosząc się na równe nogi. Siedzenie na podłodze, jest niewygodne dla mojej w pełni ubranej oraz zabandażowanej osoby. Oparłem się swobodnie o przeciwległą do chłopaka ścianę, krzyżując jednocześnie ręce.
- Wychowywał cię ojciec, jak mniemam. Stare obyczaje zgodnie z którymi córka pozostaje pod opieką matki, natomiast synem zajmuje się rodziciel... - urwałem na moment, przyglądając się jego osobie z góry. - Z naszego świata ten typ podziału obowiązków wyszedł z "użycia" szmat czasu temu, lecz jak też dobrze myślę, pod wodą wciąż coś takiego obowiązuje? - dokończyłem, unosząc przy tym pytająco brwi. Aoi nieco odwrócił wzrok w bok.
- Nie da się ukryć - odparł jakby chcąc mnie zbyć. - Co w związku z tym? - dodał tym samym jakby do siebie, zwyczajnie wpatrzony w swe dłonie.
- Nie dane ci było poznać rodzicielki, choć jak również wnioskuję, nie jest to żadną z przyczyn twych boleści. Jak można cierpieć przez osobę, którą nawet się nie zna w tak usystematyzowanym świecie... - w rzeczywistości, słowa aktualnie przeze mnie wypowiadane były zalążkiem tego, co tworzyło się w mojej głowie od kilku ostatnich dni, gdy też bez szczerych rozmów chciałem rozgryźć chłopaka. Korzystając z łatwo dostępnych w internecie informacji związanych z syrenami, udało mi się odnaleźć nazwisko współlokatora na liście syrenich książąt. Czysta, urokliwa oraz przydatna magia rozwijającej się technologii i upowszechniania przeróżnych ciekawostek. - Więc, w czym rzecz... Co takiego sprawia ci ciągłą przykrość, która kształtuje twoją aktualną, podrobioną wersję ciebie... - mruknąłem, celowo podkreślając obecność właśnie jego osoby w mych wypowiedziach. Rzecz jasna, w głowie posiadałem wiele tez mogących się przy dobrych wiatrach urzeczywistnić. Jednak, gram niepewności wciąż pozostawał w mych myślach.
- Słabość - odpowiedział jednym słowem, nie zmieniając nawet odrobinę swojej aktualnie utrzymywanej pozycji. Prychnąłem pod nosem, widocznie niezadowolony z jego aktualnej postawy. Oderwałem się od płaskiej powierzchni, robiąc przy tym kilka kroków ku chłopakowi.
- Interesuje mnie twoja historia oraz sam ty. - wypaliłem, odwzajemniając bezpośredniość. - Choć zaspokoiłoby to moją ciekawość, nie zmuszę cię do mówienia... Lecz skoro nazwałeś mnie parę minut temu swym przyjacielem, chciałbym lepiej poznać twoją przeszłość.
- Co widzisz, gdy na mnie patrzysz? - zapytał prosto, przy tym jedynie odrobinę unosząc podbródek do góry.
- Widzę osobę, którą po raz pierwszy obdarzyłem jakimkolwiek zaufaniem. Widzę również syrena, który psychicznie cierpi z niewiadomych mi przyczyn. Widzę ponadto przyjaciela, któremu w jakikolwiek sposób chcę pomóc.
- Jestem słaby, Dazai. Jestem pacyfistą, wegetarianinem o delikatnej urodzie i spokojnym charakterze, czyli tym wszystkim, czego mój ojciec nigdy nie akceptował. Zawsze byłem słaby, nawet nie miałem na to wpływu, po prostu stało się. Prawdę mówiąc jestem psychicznym wrakiem, staram się tego nie okazywać. Udawać, że jest wszystko w porządku, jednak jestem po prostu słaby... Widzisz? - przetarł niezdarnie swe policzki, które już od kilku sekund spowił drobny strumień łez. - Nawet nie potrafię normalnie o tym rozmawiać... - dopowiedział krótko, chcąc jakby upewnić mnie w przedstawionej przez siebie wersji własnej osoby.
- Czyli to właśnie, jest głównym powodem twych wszystkich zmartwień? Przeszłość, która dała ci w kość przymusowo narzuconymi osobami...? - zdecydowałem sam, dokonać próby własnego przekonania się. Postawa chłopaka, wciąż pozostawała niezmienna w stosunku do tej, prezentowanej przede mną parę minut temu. - Aoi, spójrz na mnie - wtrąciłem krótko, na co spuszczany dotychczas wzrok, został w końcu uniesiony prosto na krzyż z moim. - Jako twój prawdziwy przyjaciel, nie mam zamiaru ukrywać przed tobą żadnych, utworzonych w mojej głowie myśli. Chcę być z tobą szczery, nawet do bólu, dlatego posłuchaj... - schyliłem się nieco, by móc spojrzeć współlokatorowi prosto w twarz. - Rozśmiesza mnie twoje przejmowanie się opinią innych, w trakcie gdy sam nie chcesz na to pozwolić innym. To samo ma się do twojej słabości, której szukałeś we mnie zeszłego wieczoru. Mnie, prowadzi ona zarówno jako motywacja, jak i powód do wbijania kolejnego gwoździa do swej trumny, lecz ciebie... Już dawno zdążyła pochłonąć. Prawdziwy ty został szmat czasu temu sprowadzony przez nią na samo dno, by ostatecznie zagrzebać prawdziwego ciebie w żalach i smutku. Zamiast tego pojawiła  się błędnie przedstawiająca twoją osobę maska, której mimowolnie pozwalasz się kontrolować. Chowając ból psychiczny w szarym kącie swego mózgu, zabije i wyniszczy cię on od środka. Aoi, przeszłość, nie da rady dosięgnąć aktualnego ciebie, więc na cholerę ją tak rozpamiętujesz?! Sama jej zmiana, mogłaby mieć zły wpływ na otaczającą cię rzeczywistość! Stań się jedynym w rodzaju, myślącym śmiertelnikiem! - podniosłem przy końcu swój ton, którym jednak chciałem coś uświadomić chłopakowi. Tym razem to moja dłoń zbliżyła się do jego osoby, w celu delikatnego uniesienia podbródka współlokatora do góry. Sam przy tym, nieco się wyprostowałem. - Między innymi dzięki podobnym myślom, utrzymuje się jeszcze na tym świecie. Przeszłość, również ukształtowała ze mnie osobę nie do zabicia, do tego stopnia, że nie daję sobie rady z samobójstwem. - uśmiechnąłem się ciepło, przy tym opuszkami palców pozwalając sobie obetrzeć łzy, pozostałe na twarzy syrena. - Tymczasem. - podniosłem się gwałtownie, robiąc przy tym równie szybki obrót o sto osiemdziesiąt stopni. - Pora najwyższa się ubrać. Zakupy same się nie zrobią, jak mniemam.
<Aooi :P >
liczba słów: 837

środa, 23 maja 2018

Od Dazai'a do Aoi

Mimowolnie obudziły mnie ciche szmery, mające swe źródło parę metrów od mojej osoby. Nieco zaniepokojony wygrzebałem się szybko spod kołdry, dorywając jednocześnie pistolet do rąk. Wycelowałem w wiadome miejsce niemalże od razu, odgarniając przy tym kilka niesfornych kosmyków, które dobierały się do moich oczu. Jak wkrótce dane mi było dostrzec, ów dźwięki wydawała kręcąca się w foteliku Jisatsu. Przekląłem plastik pod nosem, chowając broń z powrotem pod kołdrę, przy tym sięgając dłonią w poszukiwaniu telefonu. Już po chwili dane mi było dostrzec na ekraniku bardzo wczesną, poranną godzinę. Mimo to, podniosłem się powoli, chcąc udać się do łazienki zarówno za potrzebą, jak i przymusem wywieszenia, wcześniej pozostawionego w pralce prania. Ziewnąłem prawie niesłyszalnie, odrzucając na bok kołderkę, by w następnej kolejności wykonać kilka, mozolnych kroków. Będąc już prawie w wybranym pomieszczeniu, nagle, zatrzymany w półkroku zwróciłem na powrót twarz w kierunku symulatora. Zaczęła się nieznacznie kręcić w swym foteliku, przy tym machając w przeróżne strony rączkami. "Dlaczego technologia musiała się tak rozwinąć, by kupa plastiku mogła zastąpić żywą istotę...?" - zapytałem sam siebie w myślach, robiąc kolejne kroki - tym razem ku bujakowi. Spojrzałem z góry na dziecko, któremu chyba zbierało się na płacz. Wywróciwszy z lekka oczami, uchwyciłem rączkę fotelika. Zaciągnąłem tą małą pokrakę do łazienki, nie chcąc przypadkiem obudzić śpiącej, większej pokraki oraz współlokatora. Gdy tylko zaświeciłem światło i zamknąłem za sobą drzwi, przykucnąłem tuż obok dzieciaka. Oczy Jisatsu były - niestety - szeroko otwarte. Przekląłem cicho, podnosząc pseudo dziewczynkę na ręce i sprawdzając stan jej pieluchy. Na całe nieszczęście, było coś w środku. Z cichymi pomrukami nienawiści zająłem się przebraniem pampersa, co łącznie zajęło mi jakieś pięć minut. Gdy tylko brudne owicie wylądowało w śmietniku, ignorując już całkowicie plastik, zabrałem się za rozwieszenie prania. Jeśli wszystko poszłoby zgodnie z praniem, pozostawione na rurkach grzejnika rzeczy powinny wyschnąć do południa... Po jakiś piętnastu minutach pojawiłem się na powrót w większym pomieszczeniu. Oddany samowolnie przyjętej pracy, przygotowałem również jedzenie dla delikatnie bujanej - rzecz jasna przeze mnie - lalki. O dziwo, nie wydała z siebie nawet najmniejszego odgłosu protestu, jedynie grzecznie przyjmując ofiarowaną przeze mnie pomoc. Zadowolony z postawy symulatora, podświadomie rozwiałem swe powstałe już wczoraj wizje, dotyczące przypadkowego wyrzucenia ustrojstwa przez okno. Zamiast tego, zdecydowałem się na dotrzymanie jej nie-osoby do końca tego tygodnia - co jak na mnie, jest sporym progresem.
Gdy powróciłem do łóżka, mój telefon wskazywał już godzinę szóstą. Nazbyt rozbudzony wykonywanymi czynnościami, postanowiłem spędzić jeszcze jakieś pięćdziesiąt minut na samowystarczalnej rozgrywce, przerywanej okazjonalnym doglądaniem śpiącego plastiku. Dopiero gdy wybiła równa siódma, zdecydowałem się na ponowne powstanie i przejście do reszty pracy. Nie da się ukryć, że samo zajęcie się opatrunkami trochę czasu zajmuje. Szczególnie, jeśli nie chcę czuć większego dyskomfortu w chwilach wykonywania ruchów. Dokładne owinięcie przeróżnych ran, to następne pół godziny, wliczając w to rzecz jasna ubranie się oraz odbycie standardowej, porannej toaletki. Właśnie wtedy nie mając już zupełnie nic do roboty, zawyrokowałem o konieczności przebudzenia współlokatora. Stojąc nad łóżkiem chłopaka, z powagą wymalowaną na twarzy oraz zaciśniętymi na biodrach dłońmi, wlepiłem swój piorunujący wzrok prosto w jego słodko śpiącą osobę.
- Wstawaj Aoi! Jako, że jestem zmuszony zostać na weekend z tobą, przynajmniej mnie nie zanudzaj - warknąłem, uderzając delikatnie stopą w nogę łóżka. Odpowiedziały mi na to niezrozumiałe pomruki zarówno ze strony współlokatora, jak i leżącej tuż obok pokraki. Przekląłem pod nosem uświadamiając sobie, że wydarzenia z ostatniego wieczoru mogły jedynie odjąć mi parę "punktów przerażenia" w ich oczach. Wywróciłem oczami, poprawiając jednocześnie swe włosy. Gdyby nie fakt, że niestety nie wychodzi mi robienie obrzydliwego tofu, już brałbym się za jego przygotowywanie, specjalnie dla nich...
- Dazai, weekend jest właśnie po to, by odpocząć i pospać nieco dłużej... - przypomniał mi chłopak, z twarzą przyssaną do poduszki. - Daj sobie na wstrzymanie i idź jeszcze pospać. - przewrócił delikatnie głowę w bok, dzięki czemu mogłem go lepiej usłyszeć.
- Dla mnie weekendy są okresem ciężkiej pracy. Przerwami jedynie dodatkowo rozleniwisz swój organizm - wywnioskowałem, wzruszając jednocześnie ramionami. W tym momencie odprowadziłem również wzrokiem pokrakę, która jednak przebudzona, "przejęła" opiekę nad Jisatsu. - Poza tym, gdy jesteś ojcem nie ma weekendów! - fuknąłem, podając powstały w mojej głowie argument.
Odpowiedziało mi jedynie chamskie odwrócenie się na drugi bok. Prychnąłem pod nosem, chcąc w tym momencie zbliżyć się i sięgnąć dłonią po okrywający chłopaka materiał, gdy wtem przeszkodziła mi obecność pod nogami ogona pokraki. Zahaczyłem o część jej ciała stopą, co skutkowało natychmiastową utratą równowagi. Padłem oszołomiony nagle zaistniałą sytuacją, prosto na łóżko oraz samego chłopaka. W tym momencie... Dzieliło nas zdecydowanie za mało! Również pozycja w jakiej aktualnie dane nam było się znaleźć, przyprawiała mnie o mocne zażenowanie. Przeklinając w myślach kuca, jak i własną niezdarność, wlepiłem na moment wzrok prosto w jasnoniebieskie oczy Aoi'ego. Również nie wiedział co się dzieje. Gdy tylko odzyskałem swoją zdrową świadomość, odepchnąłem się gwałtownie, padając tym samym boleśnie plecami prosto na ziemię. Również czując nieprzyjemny ból z tyłu głowy, podniosłem się na tyle, na ile było mnie w tej chwili stać.
- Wypatroszę, zamorduję... - zacisnąłem mocniej pięści, przeklinając rzecz jasna niebieską pokrakę siedzącą za mną na ziemi. - Nienawidzę bliskości... Podobnie jak dotyku... - wysyczałem prawie niesłyszalnie, chcąc nagle rzucić się na kuca.

<Aooi? :3 >
liczba słów: 858

wtorek, 22 maja 2018

Od Dazai'a do Aoi

Westchnąłem ciężko, spoglądając kątem oka na nachylonego nade mną gapia. Stał w idealnej pozycji, by jednym ciosem skrzywić mu tą ładną buźkę... Doprawdy, ciężko było mi się powstrzymać od szybkiej reakcji, na jego nazbyt bliski kontakt. Jego dociekliwość zaczyna mnie nieco irytować. Swym zachowaniem, porównać go mogę jedynie do przedszkolaka, czy też przybysza z obcej planety. Choć - czego mogłem się spodziewać po ciekawskim syrenie, który stawia swoje pierwsze kroki w ludzkim świecie.
- Nieudane próby samobójcze... - wzruszyłem z lekka ramionami, przyglądając się nieodebranym połączeniom pochodzących od przeróżnych numerów. Szczególnie wyróżniały się trzy ciągi liczb, których właściciela dobrze znałem. Wywróciwszy oczami, przymknąłem klapkę telefonu. - Taka praca. -
- Dlaczego chcesz się zabić? Jaka praca? - zadał kolejno dwa pytania, jakby z pretensją związaną z moim zbyciem. Przekląłem pod nosem.
- Masz okropnie niewyparzony język - warknąłem pod nosem, zaciskając obie dłonie w piąstki. - Ja i moja przeszłość to coś, co powinno cię najmniej interesować - kontynuowałem, wciąż nie ruszając się z aktualnie zajmowanego miejsca. Protestem w tym przypadku okazało się jego nagłe pojawienie naprzeciw mnie. Zlustrowałem postać jasnowłosego zniesmaczonym wzrokiem. Jego dziecięca dociekliwość, w końcu doprowadzi mnie do szału...
- Nie martw się. Przyjaciół za wielu nie mam, więc będę trzymał język za zębami! - zapewnił jakże przekonywująco. Istny pomruk nienawiści, mimowolnie wydobył się z mych ust. Poprawiłem szybkim ruchem dłoni swe włosy, przy tym podnosząc się nieco mozolnie na równe nogi. Stanąłem tyłem do chłopaka.
- Spójrz pod łóżko i sam sobie odpowiedz na to pytanie - odparłem cicho, jednocześnie biorąc się za poprawę swego niedbale zawiniętego opatrunku. Do mych uszu doszły jedynie ciche szmery odsuwanej kołdry oraz późniejsze stuknięcie metalu. Spodziewam się, że dla niego może to być niejasny znak, lecz mimo wszystko pozostaje mi promyczek nadziei w kwestii jakiejkolwiek próby domysłu ze strony chłopaka.
- Jeden przedmiot nie uświadomi mnie w tym kim jesteś, ani czego doznałeś - odpowiedział zgodnie z pierwszą wersją moich krótkich dedukcji.
- Tym jednym przedmiotem mogę ci przestrzelić łeb, kretynie - syknąłem stanowczo, przełykając przy tym nieco głośniej ślinę. Wynik zarówno irytacji, jak i wkrótce zdolnej do napadnięcia mnie furii. Uwielbiam prowadzić przesłuchania, lecz odwrotnej ich wersji szczerze nienawidzę.
- Więc dlaczego tego nie zrobisz? - wypalił prosto, najwyraźniej niezbyt zważając w tym momencie na swoje słowa.
- Jeśli sobie tego życzysz, mogę cię sprzątnąć w tym momencie. - zwróciłem się gwałtownie w jego stronę, w tym samym momencie zgarniając podobnego gnata, tym razem jednak spod poduszki. Przeładowałem go niemalże od razu.
- Zrobisz to? Nie rusza cię fakt, że pozbawiłeś kogoś życia? - kontynuował nadzwyczaj zaciekle, patrząc na mnie z dziwnymi, wyzywającymi iskierkami w oczach. Wycelowałem dokładnie w środek czoła współlokatora.
- Nie potrafię określić ile osób straciło życie z mojej ręki - przyznałem w końcu. - Byłbyś jedynie jednym spośród wielu.
- To jest to czego chcesz? Zabić mnie? Przy dziecku? - wypytał kolejno, nie spuszczając wzroku ze mnie nawet na moment.
- Nie interesuje mnie ta kupa plastiku. Jeśli jest taka potrzeba, zabiję nawet dziecko - rzekłem chłodnym tonem, który towarzyszył mi niemal od samego początku.
- Chcesz tego? Czy chcesz mnie zabić? - powtórzył, nakładając celowy nacisk na pierwsze oraz czwarte z kolei, kierowane wprost do mnie słowo. Utrzymywana w górze dłoń, zaczęła w tym momencie samowolnie drżeć. Jego dobitnie kierowane w moją stronę słowa, odbijały się echem w mej czaszce. Spuściłem głowę nieznacznie w dół, zaciskając przy tym nieco mocniej zęby. Odrzuciłem w momencie pistolet prosto na miękkie łóżko, mrukiem wypowiadając parę siarczystych przekleństw. Padłem z powrotem na ziemię, tyłem do towarzyszącego mi, skończonego idioty. "Nienawidzę cię..." - wyrzuciłem tylko w trakcie swego dotychczasowego milczenia. Oczy, niczym z automatu mi się zaszkliły, czemu rzecz jasna towarzyszyło delikatne szczypanie. Spuściłem jedynie swą kasztanową grzywkę, wprost na dotychczasowo prezentowane pole widzenia.
- Nie interesuje mnie żadne z istnień na tej ziemi, nawet moje własne... Gdyby zaszła taka potrzeba, czy polecenie wydane z góry, zabiłbym nawet członków swojej rodziny. Dopuściłem się rzeczy, których wyobrażenie sobie może być dla ciebie za trudne. Z mojej ręki, czy też za moim pośrednictwem zginęło wiele istnień, w tym kobiety, a nawet dzieci... - urwałem na moment, wlepiając swój przytępiały wzrok w podłogę. - Nie mogę powiedzieć, że chcę twojej śmierci, bo jest to dla mnie zwyczajnie obojętne. Nie liczą się dla mnie losy ludzkości. Nie ma to dla mnie większego znaczenia, ani wpływu - wymieniłem kolejno, podkreślając przy tym nieustannie powtarzające się przeczenie. - Choć za spust i tak bym nie pociągnął, wiedz, że kiedyś mogę nie być w na tyle dobrym humorze, by jakkolwiek próbować się powstrzymać - dodałem również, tym razem z cieniem uśmiechu na ustach. Urwałem tym samym swoją wypowiedź na jakieś kilkanaście sekund, normując tym samym nieco przybrały na tempie oddech. - Jak dobrze myślę... wystarczy ci tyle, że jestem zwyczajnym, bezpańskim psem. Bezwartościowym, niczyim podrzutkiem.
<następne opowiadanie>
<Aoi?>
liczba słów: 799

poniedziałek, 21 maja 2018

Od Dazai'a do Aoi

Kolejne odkaszlnięcia mimowolnie wydobyły się z mych ust. Czułem mocno walące w piersi serce, którego ściski jedynie dodatkowo rozpędzały i tak przyspieszony oddech. Wszystko działo się zdecydowanie za szybko, co również miało swój związek z moim aktualnym stanem. Zaciskając mocniej palce na osobie, która aktualnie mnie podtrzymywała, nie zważałem nawet uwagi na jej usposobienie. Ignorując już nawet swój ubiór, starałem się jedynie odzyskać pełnię władzy i unormowania nad oddechem. Wlepiając po chwili swój przepełniony morderczymi iskierkami wzrok w chłopaka, zamarłem z miejsca zdając sobie nagle sprawę z naszego aktualnego bytu. Odwróciłem w momencie swą głowę w bok, nie chcąc nawet krzyżować z nim spojrzeń. Moje dłonie mimowolnie zacisnęły się mocniej na ramionach chłopaka, który najwidoczniej wpatrywał się we mnie przepraszający wzrokiem.
- Z wyzionięciem ducha dam sobie radę sam... - warknąłem jedynie na niego, by po jako-takim ustabilizowaniu oddechu, odepchnąć się stanowczym ruchem. Dosłownie opuszkami palców udało mi się dotknąć drewnianego pomostu, na którego po chwili bezzwłocznie się wspiąłem. Stojąc już na nim odkaszlnąłem ponownie, tym razem jednak zasłaniając usta dłonią. Takie sytuacje zdecydowanie mi nie służą. Zadziwiającym jest dla mnie, że przez wprowadzenie swego organizmu w podobny stan, jeszcze nie zacząłem kasłać krwią. Ignorując wydające dziwne dźwięki plastik, zająłem się przeszukiwaniem swych kieszeni. Pierwszy na rewizje padł pistolet, który jak się okazało - był przemoczony do cna. W podobnej sytuacji znalazł się mój służbowy telefon, utrzymywany dotychczas w przedniej kieszeni. Przeklinając syrena pod nosem, jednocześnie już zupełnie nie przejmując się ubraniem, sprowadziłem za sobą wózek z pomostu. Przed planowanym wrzuceniem suchutkich ubrań Aoi'ego do jeziora, powstrzymał mnie w tamtym momencie całkiem donośny płacz bachora. Piorunując plastik wzrokiem, w momencie odpuściłem sobie prowadzenie tego przenośnego urządzenia, pozostawiając je tym samym parę metrów od należących do chłopaka szmat.
- Wieź sobie sam ten syntetyk. Z twarzy podobna do ciebie, jeszcze mógłbym ją przez przypadek wyrzucić przez okno - fuknąłem na tyle wyraźnie, by doszło to w pewnym stopniu do pozostałego w podobnej pozycji syrena.
Przez całą powrotną drogę ignorowałem ludzi najlepiej, jak było mnie na tamten moment stać. Choć bezustannie czułem na sobie czyjeś spojrzenie, powstrzymałem się od jakiegokolwiek aktu agresji fizycznej, czy też psychicznej. Znalazłem się w pokoju po jakiś piętnastu minutach, niekwestionowanie zziębnięty panującym wokół chłodem oraz częstymi powiewami wiatru. Na wstępie powitał mnie morderczy wzrok kuca, który z początku jedynie zbyłem. Wybierając pierwszą, lepszą koszulę oraz bokserki, nie czekając za długo wparowałem do łazienki. Zaraz po zrzuceniu z siebie mokrych szmat i wrzuceniu całości do pralki, przeszedłem do obowiązkowego punktu, jakim była zmiana opatrunków. Pozostałe z tego jeszcze zdatne na cokolwiek kawałki elastycznych bandaży, porzuciłem w to samo miejsce co ubrania. Z paroma plastrami było ciężej, głównie ze względu na istnienie przypadkowo nabytych, wciąż podatnych na łatwe rozdrapanie ran. Mimo wszelkim przeszkodom, po jakiś dziesięciu minutach mogłem w spokoju wejść pod prysznic, na którym z kolei spędziłem mniej-więcej kwadrans. Wytarłem się na tyle, na ile pozwoliły mi na to przeróżne bodźce. Mrucząc przeróżne przekleństwa pod nosem, ponownie odbyłem nieco mniej bolesną męczarnię z opatrunkami. Łącznie, łazienkę zająłem na jakieś czterdzieści pięć minut. Zajęty przeróżnymi czynnościami, nawet nie zwróciłem uwagi na ciche wejście współlokatora do pokoju. Sama jego obecność objawiła mi się dopiero z chwilą opuszczenia pomieszczenia w przydługiej, granatowej koszuli z cienkimi, białymi paskami oraz bieliźnie. Skanując jedynie chłopaka morderczym spojrzeniem, przysiadłem sobie w spokoju na ziemię tuż obok pozostawionych, przemoczonych sprzętów. Pistolet niezauważalnie wsunąłem pod łóżko, podczas gdy z nieco podwiniętymi pod brodę nogami, zająłem się rozkładaniem komórki na części. Będę miał nieźle przerąbane jeśli okaże się, że z karty SIM nie pozostało za wiele... Niezbyt widziało mi się aktualnie udawać po nową, kolejną w tym miesiącu - czego też nie da się ukryć - do samego szefa. Zostałbym zmuszony pozostać na miejscu nieco dłużej, co często staje się niewyobrażalnie nudne... Również nie widzi mi się przesłuchiwanie kolejno jeńców, z których wyciąganie czegokolwiek, nawet siłą, jest dla reszty sporym problemem. Lubię tego typu spędzanie czasu, lecz w tym momencie, nie mam ochoty zupełnie na nic. Nie wliczając samobójstwa rzecz jasna, bo na to gotów jestem dzień i noc...
- Dazai... - nagle wtrącił się w moje rozmyślenia dotychczas ignorowany syren, który z tego co wyczułem, stał tuż za mną.
- Dzieci i ryby głosu nie mają. Jako, że zaliczasz się pod obie kategorie, milcz - mruknąłem na niego surowo.

<następne opowiadanie>
<Aooi?>

liczba słów: 712

niedziela, 20 maja 2018

Od Dazai'a do Aoi

Jedynie na moment zwróciłem wzrok na chłopaka, który zdołał zadać mi jedynie krótkie pytanie. Nie da się ukryć, że moje spojrzenie wciąż dokładnie rejestrowało uśmiechniętą twarzyczkę kawałku plastiku. Tym razem nie potrafiłem ukryć swojego zmieszania, wywołanego przez nagłe spadnięcie tego dziecka, niczym grom z jasnego nieba. Przekląłem pod nosem, opierając się sztywno o krzesło.
- Proponuję Jisatsu - powiedziałem ze stoickim spokojem, wciąż, obserwując drobną twarz dziewczynki. - W przeciwnym razie, nie nazwę jej swoim dzieckiem. - zwróciłem tym razem głowę w stronę chłopaka. Nie da się ukryć, że dopiero teraz mogłem mu się lepiej przyjrzeć. Ostatnimi czasy świadomie mnie unikał, co również zdążyłem zauważyć. Nie jestem pewien czy było to wynikiem naszej konfrontacji, czy też składały się na to inne czynniki, lecz cała postać chłopaka stała się jakby bielsza. Zarówno włosy mu wyjaśniały, jak i z twarzy nieco zbladł. Przez jego okres wypięcia się na cały świat, zdążyłem posiąść niezbędną wiedzę, jeśli mowa o przedstawicieli tej samej rasy. Po tych objawach jestem niemalże pewien, że jego przemiana ma związek z syrenim "odwodnieniem".
- Co to znaczy? - odparł, przechylając pytająco głowę. Westchnąłem cicho, a na moje usta mimowolnie wkradł się delikatny uśmiech. Odprowadzając kątem oka rozdającego przeróżne dodatki nauczyciela, nachyliłem się nieco nad jasnowłosym.
- Sa-mo-bój-stwo - przesylabizowałem, z tą samą, dumną miną.
- Lecz się, chcesz tak dziecko nazwać? - mruknął pod nosem, mrużąc nieznacznie powieki. Na jego słowa, jedynie wzruszyłem ramionami.
- Więc zajmuj się sam tym bachorem... - odwróciłem się na powrót w kierunku elektronicznej tablicy, zbywając syrena machnięciem dłonią. Nie minęła sekunda, a doszedł do mnie przepełniony nienawiścią pomruk, mający swe źródło w gardle towarzysza. Poprawiając skrócony rękaw marynarki, posłałem mu podobnego charakteru spojrzenie, przyozdobione uniesionymi kącikami ust. - Nie martw się, nazwisko będzie miała po tobie - odparłem jakże pocieszająco.
Nie czekając dłużej na odpowiedź, podniosłem się do równego pionu. Całkiem sprawnie uporałem się z wpakowaniem małej Jiss do przenośnego fotelika, który jak zdążyłem dostrzec, nadawał się również pod jazdę samochodem. Śliczną, różowiutką torbę z jedzeniem, pieluchami i innymi bzdetami narzuciłem na szyję chłopakowi, co rzecz jasna spotkało się z jego słownym protestem. Wystarczyło na szczęście tylko jedno moje spojrzenie, by Aoi posłusznie zarzucił sobie na ramię dodatkowy bagaż. Ignorując już zupełnie polecenia, czy też instrukcje recytowane przez nauczyciela, zająłem się włączeniem przenośnego symulatora zajmowania się dzieckiem. Nie chcąc by mały plastik zaczął jęczeć, przysiadając na miejsce z powrotem, zająłem się rozhuśtaniem fotelika na wcześniej uprzątniętej ławce. Moje ruchy, spotkały się jedynie z bacznym doglądaniem ze strony jasnowłosego. Ignorując nawet jego osobę, opuszkami palców, kontynuowałem wprawianie większej kupy plastiku w ruch.
- Po lekcjach idziemy na spacer - wypaliłem jakby nigdy nic, spoglądając na Aoi'ego. - Mówiąc dokładniej, nad pobliskie jeziorko - wtrąciłem jeszcze, chcąc w jakikolwiek sposób naświetlić towarzyszowi sytuację. Niestety i w tym przypadku spotkało się to z jego niezrozumiałym wyrazem twarzy. - Wyglądasz, jakbyś zaraz miał dostać palpitacji serca. Poza tym i tak chciałem sobie wypróbować tamto miejsce - odparłem, choć wnosiło to jedynie więcej tajemniczości mojej propozycji. O ile pierwsza część zdania mogła wejść do jego łba, tak z drugą nie mam do końca pewności. Zaskoczeniem był jednak dla mnie fakt, brak protestu, czy pytań z jego strony. Czyli aż do tego stopnia nie ma na nic chęci i siły?
Zaraz po wybyciu z klasy, w ciszy udaliśmy się prosto do naszego pokoju. Pogoda w trakcie przemieszczania się pomiędzy budynkami prezentowała się całkiem nieźle, co mogło stać się kolejnym pretekstem na wyjście spoza czterech kątów. Zaraz po pojawieniu się w pomieszczeniu, zabrałem się za pakowanie najpotrzebniejszych rzeczy. Jedzonko dla Jisatsu, pieluszki, kocyk... Trochę się tego ostatecznie uzbierało. Gdy sięgałem w kierunku lodówki, niespodziewanie, w kieszeni wyczułem całkiem znajome wibracje. No tak. W końcu zbliża się weekend... Odkaszlnąłem cicho. W zaledwie trzy sekundy udało mi się wparować do łazienki, zamknąć za sobą drzwi na kluczyk oraz zająć miejsce, najbardziej oddalone od nich oddalone. Dopiero wtedy wcisnąłem zielony guziczek, na klawiaturze telefonu z klapką. Przyłożyłem urządzenie do ucha, czego też w momencie pożałowałem...
- Dazai! Ty zawszona kanalio ludzka, gdzie się szlajasz?! - wydarł się znajomy głos ze słuchawki, na co jak z automatu nieco ją odsunąłem. Wywróciłem z lekka oczami, przy tym delikatnie się uśmiechając.
- Chuuya, musisz dać sobie radę sam - odpowiedziałem, przedłużając specjalnie imię chłopaka. - Nadrobię w przyszył tygodniu, bo jak podejrzewam, nie trafił wam się żaden ciekawy klient do przesłuchania... Poza tym, dorobiłem się dziecka. - wypaliłem, po czym jakby nigdy nic zamknąłem srebrną klapkę. Wyciszając również telefon, udałem się w kierunku drzwi. Otworzyłem je z impetem, przedostając się w następnej kolejności do pokoju.
- To jak, idziemy?
~
Droga minęła nam w podobnej, nieco niezręcznej ciszy co poprzednio. Jedynie okazjonalnie wymienialiśmy się przeróżnymi uwagami, związanymi z istnymi bzdetami. Udało nam się w jej trakcie zdobyć wózek od nauczyciela, akurat zbierającego pod szkołą sprzęt. Nie ukrywam, że była to spora ulga, bo niespecjalnie widziało mi się dźwiganie tego plastiku. Również mój blady towarzysz, chyba nie zniósłby tych wszystkich rzeczy, które wpakowałem mu do różowiutkiej torby. Oparty obiema rękoma o wózek, co chwilę spoglądałem na towarzyszące mi mniejsze i większe dziecko. To drugie, chore, wyglądało jakby zaraz miało paść i nie podnieść się już nigdy. Mimo tego jakimś cudem wytrzymał podróż, dzięki czemu po mniej niż połowie godziny, znaleźliśmy się przy opustoszałym brzegu jeziorka. Krajobraz zbiornika, uzupełniał jedynie oddalony o kilkadziesiąt metrów, drewniany pomost. Ów od razu wpadł mi w oko... Z daleka dostrzegłem tą przepiękną głębinę, której ani kszty dna poniżej widać nie było. Poczekam jedynie na odpowiedni moment i w spokoju dokonam swego żywota...
- Aoi, idziesz do wody, czy może mam ci pomóc? - dodałem, spoglądając kątem oka na przegrzebującego torbę chłopaka.
<Aoooi? Może użyczyć Ci swej mocy?>
ilość słów: 938

Od Dazai'a do Aoi

Rzuciłem przylepie przepełnione powagą spojrzenie, uzupełniane jedynie przez przebłyski niezrozumienia. Ten syren, jest naprawdę nieobliczalny. Podczas gdy ja nie zdążyłem nawet zbliżyć się do połowy opróżnienia szklanki, ten sam wyżłopał całą ciecz pozostałą w butelce. Przeklinałem go w myślach od dziwnie dłużących się kilku minut, które sam nie jestem pewien, czy nie zamieniały się kolejno w kwadranse. Powierzchownie rzecz jasna zachowałem pełen spokój.
- Zdychaj - powiedziałem krótko i treściwie, pstrykając żywy rzep w czubek głowy. Po zaledwie trzech sekundach moje nogi stały się na powrót wolne, dzięki czemu byłem w stanie spokojnie udać się do łazienki. Jak mniemam każde dziecko powinno znać typowy motyw z bajek o "zagubionej syrence, która przez swą uroczą nieudolność złapała się w sieć, czy też uderzyła głową o jakiś potężny głaz, by jej ciało następnie wypłynęło i ususzyło się na wiór... Gdy nagle pojawia się rycerz na białym koniu i ratuje piękność przed opresją. Nie chciałbym porównywać się do tych ckliwych historyjek, lecz przynajmniej pierwsza część ów opowiastki, musi się na swój sposób ziścić. Uruchomiłem kran, by następnie do, o dziwo zamontowanej w tej łazience, wanny nalać letniej wody. Dopiero gdy proces się rozpoczął, z tą samą miną co zwykle, wróciłem do jęczącej w poduszkę ofiary losu. Wywróciwszy oczami, zatrzymałem się nad jego zasłoniętą rękoma głową.
- Dazai... Z tego profilu, też jesteś naprawdę przystojny! - wtrącił, zapewne chcąc mnie w jakikolwiek sposób przekupić za darmowe usługi.
- Jeszcze coś dodasz, a ususzę cię niczym wodorosty do sushi - warknąłem pod nosem, patrząc na niego ostrzegawczym wzrokiem. Uspokoił się w momencie, hamując jednocześnie swoje dotychczasowe jęki. Ulga dla mych uszu... - pomyślałem, biorąc głębszy wdech. Sam do końca nie byłem w stanie wyobrazić sobie, jak daję sobie radę z przeniesieniem tego kretyna do wanny. Rzuciłem w tym momencie przelotne spojrzenie w kierunku kucyka, który z kolei trochę tępo wpatrywał się w naszą dwójkę. Niezadowolony widocznie z postawy poczwary, wywróciłem delikatnie oczyma.
- Ty tam, jak ci było... - odkaszlnąłem sztucznie. - Nene? Tak? Z resztą, co za różnica. Jeśli chcesz, żeby twój właściciel dożył rana, pomóż mi go przenieść do wanny! - wytłumaczyłem się zwięźle, podając, jak myślę, całkiem przekonywujący argument. Klacz już po chwili znalazła się przy mnie, by korzystając ze swej umiejętności manipulowania wzrostem, zająć się ogonem chłopaka. Nasze przenoszenie, wyglądało bardzo dziwnie, lecz co najważniejsze - dokonaliśmy jego prawowitego celu. Podtrzymywałem górną część ciała syrena, w trakcie całej tej akcji. Nie minęła minuta, a został zanurzony we wciąż dolewającej się wodzie. Odgłos ulgi, momentalnie wydobył się z gardła niebieskowłosego. Westchnąłem jedynie.
- W jakimkolwiek stanie nie byłbyś rano, jutro, mam zamiar wziąć prysznic. Tak też albo grzecznie zamaskujesz "to coś", albo wylądujesz za drzwiami, ewentualnie oknem, bo w końcu bliżej. - wzruszyłem ramionami, przyglądając się momentalnie przyćmionemu współlokatorowi. Zwyczaje syren, niestety nie są mi znane, lecz skoro nadarzyła się taka potrzeba... Niech zregeneruje swe siły w substancji, która podobno jest dobra na kaca. Pozostawiając Aoi'ego pod okiem kucyka sam zabrałem się za sprzątanie i szykowanie do snu. Jedyne o czym marze, to właśnie powiedzenie oficjalnego "sayonara" trwającej dobie. Zdecydowanie, za dużo się działo, jak na jeden, pozornie nic nie znaczący dzień... Uzupełnię resztę tego wieczoru grą na konsoli, bo ciekawsze sposoby spędzenia czasu, wykluczając samobójstwo, jakoś nie wpadają mi do głowy.
~
Następnego dnia, obudziłem się w okolicach godziny szóstej, po delikatnie zarwanej nocce wymuszonej przez zarząd. Podliczając, dane mi było przespać jakieś trzy, z pewnością nie więcej niż cztery godziny. Nie żeby jakoś specjalnie mi to przeszkadzało, choć nie da się ukryć, że miło by było przespać od czasu do czasu całą noc. Z cichym westchnięciem rozchyliłem powieki. Po jednej ze stron, dostrzegłem tą samą ciemność, podczas gdy z drugiej, dane mi było ujrzeć biały sufit. A mogłem pozostać, tak miło zatopiony jedynie w tym pierwszym... Ziewnięcie w trakcie mozolnego podnoszenia się na równe nogi, jakoś samo wydobyło się z moich ust. Przecierając twarz dłonią, zbliżyłem się do drzwi od łazienki, które pozostały dosłownie w tej samej pozycji, co ostatniego wieczoru. Mrużąc nieco powieki zmierzyłem pozostałego w wannie syrena nieco zirytowanym wzrokiem. Siedział wywalony niczym jakiś król w wannie, śpiąc sobie przy tym spokojnie. Mrucząc coś pod nosem zbliżyłem się do chłopaka, uprzednio dorywając do siebie ręcznik. Nie myśląc za długo, zdecydowałem się na wyjęcie kurka, który tamował upływ wody. Szczęściem okazał się w tym momencie fakt jego połączenia łańcuszkiem z "suchą" częścią wanny. Stanowczym szarpnięciem, odbezpieczyłem wylot, co od razu dało się we znaki cichym szumem i stopniowym upływem cieczy. Wywróciwszy oczami, rzuciłem bawełnianym przedmiotem, prosto w twarz syrena, by następnie, w spokoju opuścić pomieszczenie. Całkiem sprawnie udało mi się zgarnąć z lodówki wodę gazowaną, trochę lodu oraz szklankę, z którymi wróciłem zaś do łazienki.
- Wstawaj - odezwałem się stanowczym tonem, by następnie ze stoickim spokojem podrzucić mu w okolice torsu parę kostek lodu. Nagła zmiana temperatury, rozbudziła nawet usposobionego z wodą syrena... Dobrze wiedzieć. Ruszyła się również dotychczas spoczywająca na jego torsie klacz, która momentalnie, czując ruch, zeskoczyła na ziemię. Rzuciłem jej przelotne spojrzenie.
- Twój właściciel, powinien się trochę rozbudzić zanim stanie przed wyzwaniem przeistoczenia i ubrania się. - wzruszając ramionami, dorzuciłem resztę kostek. Kolejne piśnięcie wydobyło się z ust chłopaka, co dziwnie, wzbudziło we mnie jedynie rozbawienie. Gwałtownie ruszając swym ogonem, zrobił jedynie większego syfu wokół niż dotychczas. Całe szczęście, że wody nie pozostało na tyle, by doszło do istnej katastrofy...
- Dazai?! Jak ty mogłeś? - wypalił nagle, gdy tylko zrzucił ze swej twarzy ręcznik.
- Niewdzięczniku, wychlałeś mój alkohol i jeszcze łazienkę zajmujesz! Należało ci się, bo równie dobrze, mogłeś skończyć jako smaczne sushi w mojej kuchni! - warknąłem na niego, stawiając na niedużej szafeczce szklankę i butelkę. Ze swojej kosmetyczki, wyciągnąłem również pudełeczko tabletek przeciwbólowych.
- Masz dziesięć minut na wyjście stąd. Nie wiem czy lubisz gazowaną wodę, lecz jeśli nie, pozostaje ci kranówa - dodałem, odchodząc już w stronę drzwi. Kretyn... Gdyby nie fakt, że przydzielono nas do tego samego pokoju, a co za tym idzie - wszelka krzywda, która mogłaby mu się stać, zostaje z automatu zwalona na mnie, już dawno wąchałby kwiatki od spodu. Stanąłem po drugiej stronie drzwi, przy ścianie, w zasadzie tuż obok. Poprawiając tym samym swe bandaże, wyczekiwałem jego łaskawego opuszczenia pomieszczenia, okazjonalnie doglądając, czy nie przyszło mu nagle na powrót zasnąć. Nie mam zamiaru go bardziej niańczyć...
<Aoooi?>
liczba słów: 1042

czwartek, 17 maja 2018

Od Dazai'a do Aoi

Wziąłem głębszy wdech, gdy tylko z delikatnym uśmiechem ruszyłem w ślad chłopaka. Jego zaangażowanie w tamtym momencie, rozbawiłoby każdego do łez... Zaraz. Każdego, oprócz mnie. Sam dziwiłem się sobie, jakim cudem, jakikolwiek śmiech był w stanie wydobyć się z mych ust. Tym razem, zwyczajnie nie potrafiłem się powstrzymać. Nie da się ukryć, że początkowo miałem jakieś nadzieje co do niego, ze względu na pochodzącą z innych stron rasę. Liczyłem na jakąkolwiek ostrożność, czy też dystans, a ten... Bezwarunkowo mi zaufał. Czułem się nieco dziwnie z tą świadomością, lecz wszelkie moje pytania, rozwiewała wynikająca z tego wszystkiego naiwność. Kimkolwiek bym nie był, jakkolwiek również bym się prezentował, jego zachowanie było zwyczajnie dziecinne. Zatańczył tak, jak mu zagrałem. Uświadomiony zaledwie w tym, szczerze, mogę jedynie wyobrażać sobie, jakie męki dane mu będzie przeżyć od pierwszego dnia. Nawet mam pewne hipotezy, co do jego ostatecznego powrotu w rodzinne strony, czy też zwykłego przeniesienia się. Tajemnicą nie jest, że słabi odpadają jako pierwsi... Jeśli w porę się nie podniesiesz, możesz już na zawsze pozostać na dnie. W przeciwnym jednak razie, walcząc nawet ze samym sobą, uda ci się zyskać upragniony spokój.
Z takimi przynajmniej wnioskami, udałem się w kierunku dostrzeżonego z daleka chłopaka, uprzednio jednak dorywając do siebie czerwony koszyk na kółkach. Stał przy owocach morza, co również było widać gołym okiem. Podszedłem bliżej, spoglądając przelotnie na półki. Zanim ten jednak się na cokolwiek zdecydował, sięgnąłem po suszone wodorosty z wyższej półki, by w następnej kolejności, zlustrować je wzrokiem.
- Te powinny być dobre. Tutejsi uwielbiają wciskać chemię we wszystko. - wręczyłem mu do rąk produkt, na co jedynie odparł mi nieco niezrozumiałym burkiem, zbywając jednocześnie swym przepełnionym złością wzrokiem. Odstawił go na półkę, by po chwili wziąć odmienne wyglądem pudełeczko. Odbierając ode mnie postawiony tuż obok koszyk, przeszedł sobie dalej. Taa... Mogłem się tego spodziewać. Pomijając, że ci ludzie widzą go po raz pierwszy, jak i zapewne ostatni - czy on ma zamiar, strzelać mi fochy niczym kobieta? I to jeszcze nie zwyczajna, bo z pewnością przed krwawym tygodniem. Irytujące...
Zakupy minęły nam praktycznie w grobowej ciszy, przerywanej jedynie moimi okazjonalnymi poradami, - których rzecz jasna, chłopak nie miał zamiaru się słuchać - jeśli chodzi o jedzenie. Koszyk który mu przyniosłem, zapełniony był przeróżnymi produktami, których chłopak zapewne smak chciał poznać. Przynajmniej tyle wywnioskowałem, po dostrzeżeniu na taśmie przeróżnych, świeżych, czy też konserwowanych warzyw oraz owoców. Mój skrawek, składał się zaledwie z mrożonego kraba, wody gazowanej, skromnej buteleczki whisky i czekolady. Taki prowiant, miałem zamiar wykorzystać przez przynajmniej kilka dni, o ile jedzenie na stołówce szkolnej będzie do zniesienia. Z jakże stylowymi reklamówkami, opuściliśmy świątynię przenajświętszej biedronki. Chłopak dzierżył przy sobie dwie, przepiękne siatki z czerwonym owadem na wierzchu, podczas gdy ja, posiadałem niespełna jedną. Ponownie, połowa drogi minęła nam w grobowej ciszy, co z sekundy na sekundę, zaczynało stawać się coraz bardziej drażniące. Wywróciwszy oczami, zdecydowałem się w końcu na planowany od kilku sekund przerywnik.
- Dobra, słuchaj teraz uważnie, bo dwa razy powtarzać nie będę. - zacząłem, jednak przy tym nie przerywając nawet na moment. - Miejsce, w którym się znalazłeś, nie będzie usiane różami, ani laurami. Otaczający cię wokół świat, znacznie różni się od tego, z którego jak mniemam się wywodzisz. Mogę cię zapewnić już teraz, że nie raz zdarzy ci się wrócić z podkulonym ogonem do pokoju. Wyróżniające się osoby, nowe, czy zwyczajnie naiwne, nie zabawiają w takich miejscach za długo. Jako, że prezentujesz każdą z tych cech, powinieneś tym bardziej, ostrożnie podchodzić do ludzi. Sytuacja sprzed chwili, ma cię zapewnić, że bycie odmiennym w tym całym burdelu, wkrótce dostatecznie cię udupi. Zwyczaje dla ciebie nieznajome, sytuacje, zjawiska, to wszystko cię zmiażdży. Nie znam twojej przeszłości, szczerze, twa egzystencja mi wisi. Mógłbym z ubocza przyglądać się wszystkiemu, jedynie kibicując twoim napastnikom. Zrobię to z wielką chęcią, o ile sam nie staniesz na nogi i nie otrząśniesz się z ciągłego transu, głębokiego snu. - urwałem nagle, kątem oka spoglądając na widocznie skupionego chłopaka. - Dopóki nie staniesz mi na drodze, dopóki też ja, nie wykonam żadnego wrogiego posunięcia w twoją stronę. Nie ufaj mi w stu procentach, tak jak ja nie będę ufał tobie. Z kolei wierz mi, kiedy ja wierzę tobie, bo zapewniam cię, że słowa znużonego własnym istnieniem samobójcy, mogą być dla ciebie na wagę złota. - zakończyłem w końcu, poprawiając jednocześnie opadający mi z ramion płaszcz. W końcu, nie oczekuję od niego niczego więcej, niż odwzajemnianego szacunku.
- Tak, jak mówiłeś - nie znasz mnie, mojej przeszłości, więc nie traktuj mnie protekcjonalnie. Nie wiesz o mnie nic. Możesz kibicować moim wrogom, nie będziesz jedyny. Jednak zrozumiałem aluzję, nie martw się, nie mam zamiaru wchodzić ci w drogę. - odparł niemalże identycznym tonem, jakim ja go przed momentem potraktowałem. Zgadza się, o coś podobnego mi chodziło. Rzuciłem w jego kierunku ostatnie spojrzenie, jednocześnie przytakując mu delikatnie głową, z nieukrywanym uśmiechem. Warunki tej znajomości, zaczęły mi się coraz bardziej podobać.
Po piętnastu minutach, na powrót dane nam było zagościć, we wspólnych czterech progach. Rzecz jasna, już z początku przywitała nas ta mała flądra, którą najchętniej straciłbym za samo istnienie. Urywając im, jakże ciekawą rozmowę o nowym miejscu, poleciłem chłopakowi, jak powinien obchodzić się z owocami oraz innymi, zakupionymi przez niego przedmiotami spożywczymi. Sam zajmując się głównie uprzednio wypakowaną z walizki, przenośną konsolą, pozwoliłem sobie jedynie uprzednio schować do niedużej zamrażarki, nabytego kraba. W lodówce, wylądowała także whisky. Przynajmniej tak nadzwyczaj ciekawie, minął mi kolejny kwadrans, na spoglądaniu okazjonalnie na przebierającego w zieleninie niebieskowłosego. Widok trochę komiczny, nie ukrywam, choć z twarzy i tak zachowałem pełną powagę. Dopiero po dostrzeżonym klapnięciu Aoi na swoim łóżku, postanowiłem się podnieść na równe nogi, korzystając ze zwolnionych okolic skromnego aneksu kuchennego. Zaopatrzone w przeróżne naczynia szafki, jednak po coś się przydały. Z ich środka, wyciągnąłem dwie, ozdobne literatki, z lodówki wyciągając również trunek oraz - o dziwo - obecne w części mroźniejszej, kostki lodu. Zwróciłem delikatnie głowę w stronę współlokatora, pokazując mu trzymaną w dłoni buteleczkę.
- Chyba pod wodą nie mieliście czegoś takiego?
<Aoi? Polepszyć Ci humor? xD>
liczba słów: 991

środa, 16 maja 2018

Od Dazai'a do Aoi

Wpatrywałem się widocznie otępiałym wzrokiem w chłopaka. Nie sądziłem, że ten kretyn będzie w stanie posunąć się do tak bezmyślnego czynu. Powoli zamknąłem książkę, by następnie odłożyć ją grzecznie na szafeczkę obok. Dopiero wtedy podniosłem się na równe nogi, stając naprzeciwlegle do spuszczającego wzrok w dół chłopaka. Widząc jak się odsuwa, okazując swój protest w tej kwestii, uchwyciłem gwałtownie jego blady nadgarstek, przyciągając go tym samym nieco bardziej do siebie. Z delikatnym uśmiechem, nachyliłem się nieco bardziej nad jego uchem, nie chcąc rzecz jasna zwracać na siebie zbytniej agresji ze strony nabierającej wzrostu klaczy.
- Wiedz, że najgorszą rzeczą, jaka może cię spotkać w stosunku do mnie, jest opcja stania się mym wrogiem... - powiedziałem pół-mrukiem, który swymi tonami schodził do szeptu. - Nie wiesz kim jestem, skąd się wywodzę, ani w jakim celu tu przybywam. Nie znasz również mojej historii, która jest ściśle związana z twymi obiektami troski. - nieustannie pozostawiając kąciki ust uniesione, wpatrywałem się jedynie w niewidoczny dla innych punkt, jakim była ściana. - Wszystko, czego nigdy nie chciałem stracić, przepadło. Wszystko, czemu poświęciłem jakąkolwiek chęć, zostaje utracone, gdy tylko to otrzymam. Nie ma dla mnie niczego, co byłoby warte przedłużenia życia pełnego cierpień. - wypowiedziałem się w kilku zdaniach, stopniowo zmniejszając uścisk na przedramieniu niebieskowłosego. - I proszę, nie myl tego z depresją. Jestem w pełni świadom swych czynów. - podsumowałem, chcąc rozwiać wszelkie wątpliwości i kontrowersje powstałe w jego głowie. Dopiero wtedy odsunąłem się, by móc swobodnie wyminąć jego osobę. Zbliżyłem się do wieszaka, stanowczym pociągnięciem ściągając z niego płaszcz i narzucając go na swe ramiona. Zmierzyłem stojącego w tej samej pozycji, pełnym znużenia wzrokiem. Wyglądał, jakby przejawiał objawy palpitacji serca. Pomyśleć, że jego stany zawałowe tak bardzo mnie bawią.
- Podejrzewam, że jesteś wegetarianinem. Jak dobrze myślę trawy,czy innej zieleniny rosnącej nieopodal jeść nie będziesz, więc wypadałoby wybrać się do miejsca zwanego supermarketem. - odparłem z delikatnym uśmiechem, upewniając się co do obecności mojej broni. - Masz jakąś minutę zanim się rozmyślę. - skwitowałem krótko, wychodząc za drzwi. Dopiero po przekroczeniu progu, przypomniałem sobie o chyba najważniejszej w całym naszym spacerku kwestii. Zatrzymałem się w półkroku, zwracając się jednocześnie na powrót w kierunku wpatrującego się we mnie chłopaka. - A i jeszcze jedno! Tą pokrakę, zna-czy... - zakasłałem sztucznie. - Tego kucyka, lepiej zamknij na cztery spusty w pokoju. Jedynie narobi nam problemów, a uprzedzam, że na zewnątrz mogę nie być aż taki miły. - wzruszyłem ramionami, zostawiając za sobą drzwi delikatnie uchylone. Jak też się spodziewałem, szybciej niż w wyznaczonym przeze mnie czasie, niebieskowłosemu udało wydostać się z pomieszczenia, bez zbędnego obciążenia w postaci towarzyszki - co z resztą, w pełni mnie zadowalało. Kilka sekund później szedł już przez korytarz u mojego boku. Podświadomie czułem, że zabranie go ze sobą, może przysporzyć mi jakiś ciekawych doświadczeń, czy też zwyczajnie "umilić" parę chwil, których niestety nie mogę poświęcić na planowanie kolejnych prób samobójczych. Jak też Aoi powinien zdawać sobie sprawę, koniecznym będzie również zakup nowych bandaży co zmusi nas o zahaczenie o aptekę. Ach... Patrząc na takich ludzi, aż mam ochotę strzelić sobie w łeb. Chociaż nie. To musi boleć, zanim ostatecznie wyzionę ducha, co jest zupełnie niezgodne z moim planem, dokonania żywota bezboleśnie...
- Właśnie... Do jakiej ty klasy w ogóle zamierzasz iść? Coś związanego z medycyną? Biologiczno-chemiczna, czy też może medyczna? Choć, chyba stawiam na to drugie... - powiedziałem krótko to, co pierwsze przyszło mi na myśl, gdy zadałem sobie wewnętrzne pytanie w kwestii jego przynależności do klasy. Wmurowało go. Ponownie.
- Skąd ty... - urwał na moment, mierząc mnie niepewnym wzrokiem. Wzruszyłem początkowo ramionami, uznając to jako bardzo treściwą odpowiedź.
- Jeśli nie byłbym w stanie wywnioskować czegoś tak prostego, równie dobrze mógłbym skończyć śmiercią bolesną. - odparłem bardzo ogólnie, nie chcąc wspominać o swojej "pracy" nazbyt wiele. Gdyby tylko się dowiedział... Marny los, tylko jednego z nas. Zostałbym zmuszony zamknąć mu usta, wiadomym sposobem, by móc niczym cień zniknąć z tej szkoły.
- A ty, do jakiej klasy będziesz uczęszczać? - zadał - o dziwo- , pytanie w moją stronę. Uśmiechnąłem się niemrawo, jak to mam w zwyczaju.
- Zgaduj. - rzuciłem mu wyzywające spojrzenie, przechylając przy tym delikatnie głowę w stronę chłopaka.
- Ekhm... - zamurowało go na samym początku. Zaczął, po poprawieniu dłonią opadających mu na twarz włosów, jak zwykle niezwykle zestresowany. - Klasa mundurowa, po ubraniu? Czy może X? - z pierwszego jeszcze bym się zaśmiał, lecz słysząc drugą propozycję, z automatu przypomniał mi się jego gwałtowny ruch, gdy zaledwie kilkanaście minut temu chciał dowiedzieć się nieco więcej na temat moich bandaży. Nie da się ukryć, że podobnych posunięć, czy też pytań, mogłem się spodziewać. Choć tajemnicą nie jest fakt, jako taki "odważny" czyn, mocno mnie zaskoczył. Podobnie było w tym przypadku, jedynie przy użyciu słów.
- Non! - odparłem po francusku, wzdychając ciężko. Wywróciłem jednocześnie oczami. - Czuj się zaszczycony, stąpasz u boku osoby z klasy S, syrenie. - odkaszlnąłem, rzecz jasna nakreślając użycie ironii.
- Podobno osoby z S mają więcej lekcji, wszystko rozszerzone... Czy to nie jest za duży ciężar? - powiedział chyba do siebie, wpatrzony w widoczny tylko dla siebie punkt gdzieś w oddali. Rozłożyłem ręce.
- Któż to wie. Poza tym wątpię czy ta szkoła będzie mnie w stanie nauczyć czegoś ciekawego, czy też nowego. - dodałem zgodnie ze swymi wizjami.
Można powiedzieć, że ta półkilometrowa droga do apteki, minęła nam całkiem spokojnie. Okazjonalnie wymienialiśmy się zdaniami, przy tym większość czasu poświęcając obserwacji nowego otoczenia, jak i poniesieniu się własnym przemyśleniom. Do apteki trafiliśmy w zaledwie piętnaście minut, gdzie też wybrałem odpowiedni, kilkumetrowy bandaż. Wolałem wziąć więcej, na wszelki wypadek, gdyby temu zachciało się jeszcze raz majstrować przy czymkolwiek związanym ze mną. Po wyjściu z apteki, od razu zająłem się rozpakowaniem białego pudełeczka, które niemalże w momencie wylądowało w koszu na śmieci, podobnie jak resztki, wcześniej nie usuniętego przeze mnie materiału. Począwszy od ramienia, musiałem uporać się z wszystkim od nowa... Nieco żmudna praca. Przysiadłem na ławce, co też zrobił mój aktualny towarzysz. Podwinąwszy rękawy, zacząłem od samej góry, powoli zawijać bandaż, choć nie da się ukryć, że - wzbierający się wiatr, w niczym dobrym mi nie pomagał. Materiał, nieustannie powiewał na wietrze, co zdecydowanie utrudniało mi zadanie. Przeklęty... Zarówno on, jak i twórca mojego droczenia się z tym wszystkim.
- Podobno jesteś medykiem, czy nie tak...? - podpytałem prawie niesłyszalnie, jednak oczekując jakiejkolwiek reakcji ze strony niedoszłego "doktorka". - Masz jakieś umiejętności pielęgniarskie, jeśli chodzi o opatrunki? - burknąłem jedynie pod nosem.
liczba słów: 1072

wtorek, 15 maja 2018

Od Dazai'a do Aoi

Doprawdy w najśmielszych snach, czy też skrytych wyobrażeniach nie dane mi było ujrzeć podobnej wizji pierwszego dnia szkoły. Racja - pomijając przy tym fakt obecności obcych, wcześniej nie zapowiedzianych istot w przydzielonym mi pokoju, mógłbym spodziewać się dosłownie wszystkiego... Gdybym wcześniej wziął ten fakt pod uwagę, może nie zostałbym przywitany w podobny sposób, czy też zwyczajnie, przygotowałbym się na to psychicznie. Teraz, czuję dziwne świerzbienie rąk, które samo z siebie wydaje impulsy w mym mózgu o konieczność uzbrojenia się. Szczególnie w nocy, skoro dane mi będzie spać w tych samych czterech kątach, co ta chora towarzyszka nieznajomego. Zlustrowałem ów mężczyznę dosyć podejrzliwym wzrokiem, przy tym kierując dotychczas poświęconą klaczy uwagę jego osobie. Z wyglądu przypomina typowego, szkolnego pięknisia, który za wszelką cenę stara się górować nad resztą społeczeństwa. Choć rysy twarzy odpowiadały podobnym ideologiom, już po jego zachowaniu, pierwszym słowom, mogłem mieć pewne wątpliwości co do jej obecności akurat w tym przypadku. Westchnięcie samo wydobyło się z mych ust, gdy tylko zakończyłem poprawianie swego opatrunku. Kucyk z tupetem. Ma szczęście, że w porę wtrącił się pomiędzy  nas jej opiekun, co też zapobiegło niepotrzebnym, dodatkowym rękoczynom z mej strony.
- Zostałem przydzielony do tego pokoju jak widzę niewiele później od ciebie. - powiedziałem całkiem formalnie, ignorując uprzednie słowa chłopaka. - Nazywam się Dazai. Osamu Dazai. - dodałem jedynie, załatwiając tym samym kolejny "punkt" w każdemu znanym schemacie zapoznawań. Choć operuję zaledwie jednym okiem, bez obecności nawet jednego, mógłbym wyczuć ten stres, który bije od współlokatora, całkiem dosadnie i wyraźnie. W ramach kolejnego etapu procesu pierwszych powitań, wyciągnąłem dłoń w kierunku przedstawiciela płci, niekoniecznie brzydkiej. Przez kolejne kilka sekund, stał w bezruchu widocznie zamrożony, by dopiero po niespełna połowie minuty, skierować w moją stronę swą drżącą rękę.
- A-Aoi Umari. - przedstawił się równie zwięźle, na co jedynie ścisnąłem jego psychicznie bezwładną dłoń. Mając już wszystko za sobą, odwróciłem się na pięcie, tyłem do nowo poznanego. Tymczasem, dorwałem do swych rąk walizkę, którą w następnej kolejności ułożyłem poziomo na podłodze. Zajmując się zamkiem przesuwnym oraz prymitywną kłódką, rzuciłem przelotne spojrzenie na stojącego w tej samej pozycji chłopaka. Gdyby tak spojrzeć na to z trzeciej osoby, wśród naszej trójki, chyba tylko mi dane jest zachować zarówno zewnętrzny, jak i wewnętrzny spokój. Nie da się ukryć, że jest do dla mnie zabawne, na swój sposób... Dyskretnie schowałem do torby "zapasowy" pistolet, który towarzyszył mi jako zabezpieczenie w trakcie podróży, by w końcu móc przejść do właściwego rozpakowania się. Płaszcz, który dotychczas spoczywał na mych ramionach, pozostawiłem na jednym ze ściennych wieszaków, gdzie z resztą wisiało już wierzchnie odzienie współlokatora. Zatrzymując się przy szafie, me spojrzenie ponownie padło na wielce podburzoną klacz, która "kryjąc" plecy swego towarzysza, wlepiała w moją osobę, przepełniony czystą nienawiścią wzrok. Na ten widok moją twarz mimowolnie spowił cień, równie wrogiego uśmiechu.
- Jak się wabi twój kucyk? - podpytałem, lustrując wzrokiem jej rosnącą z sekundy na sekundę postać. Tak jak myślałem, w porę przed planowanym atakiem ponownie powstrzymał ją Aoi.
- Nene... - sprostował, grzecznie przedstawiając swoją koleżankę. - Nie przepada za podobnymi określeniami. - dopowiedział dodatkowo, zapewne nie chcąc wywołania niepotrzebnego wybuchu gniewu u klaczy, jak i w celu uświadomienia mi, że długo pohamowywać jej nie zdoła. Przyjmując sobie tą wiadomość do świadomości, zabrałem się za opróżnianiem walizki w której znajdowało się dosłownie wszystko i nic. Jeśli mam być szczery, zwyczajnie wpakowałem do jej wnętrza połowę z szafy, część komody i skrawek kosmetyków. Jedyną rzeczą na jaką poświęciłem nieco więcej czasu, było uzbrojenie się. W końcu przed niektórymi, nieco bardziej obeznanymi z polityką osobami wokół, trudno będzie wtopić się w tłum. Orzechem nie do zgryzienia, może okazać się zaistnienie zwykłej, pozornie błahej plotki.
Odrywając się od swego dotychczasowo odbywanego pomyślunku, wszedłem do łazienki z szarą kosmetyczką w ręce. Nie potrafię określić jakim zdziwieniem okazał się dla mnie, widok tak "ślicznie", choć nie kompletnie poukładanych, kolorowych buteleczek. Trochę wmurowany przyglądałem się całości.
- Jeśli mam być szczery... - zacząłem, dobrze czując na sobie wzrok współlokatora. - Brakuje tu jedynie różowego trójkąta. Tylko dla odmiany powieszonego na ścianie. - zasugerowałem, chcąc jednak rozluźnić to mocne napięcie pomiędzy nami. Niestety, odpowiedział mi jedynie tępy wzrok chłopaka, co spotkało się z mym cichym, choć stanowczym westchnięciem. Machnąłem ręką, tym samym unieważniając dyskusję. Nachylony nieco nad umywalką, zwróciłem swą szczególną uwagę, na nieduży pojemniczek z połyskującym płynem. Zmarszczyłem nieco brwi, powtarzając sobie w myślach wyraz z etykiety, który jakoś nie chciał przepłynąć mi przez myśli. "Nabłyszczacz do łusek..." - określiłem w końcu z mimowolnie rozchylonymi ustami. Odkaszlując cicho, zwróciłem na powrót głowę ku niebieskowłosemu.
- Mógł mi się trafić każdy... Naprawdę każdy... Ale syren z dziwnymi upodobaniami i jakiś agresywny kuc? - wymruczałem do siebie pod nosem, widocznie skwaszony. - Syren, jak mniemam? - zmierzyłem go od góry do dołu wzrokiem. Znowu odpowiedziało mi zmieszanie zdziwienia i przerażenia... Podświadomie zaczyna mnie to irytować, choć jestem w pewnym sensie świadom, jego sposobu bytu przy dnie jakiegoś morza, czy też oceanu. Ach... I jak tu żyć pozytywnie, gdy otaczają cię podobni kretyni. Ba, jak w tu w ogóle mieć chęć do życia. Przybiłem piątkę z twarzą, kręcąc zrezygnowany głową.
- Że też mimowolnie zdecydowałem się na coś takiego... - burknąłem praktycznie niesłyszalnie, rzucając wciąż utrzymywaną w rękach kosmetyczkę, na niedużą szafeczkę. Wychodząc z łazienki, tym samym wymijając stojącego w drzwiach, nieco wyższego chłopaka, przeszedłem na powrót w kierunku swojego "terytorium". Gdy tylko całkiem sprawnie uporałem się ze szmatami oraz sprzętem elektrycznym, pozostawiając w walizce jedynie ukrytą pod jej stelażem broń, wsunąłem ją tym samym pod łóżko, na które następnie przysiadłem. Z pełną opanowania miną, dorwałem do rąk ślicznie oprawioną książeczkę z charakterystycznymi znaczkami szubienicy na obwolucie. "Przewodnik po samobójstwie" - przeczytałem w myślach tytuł, wypisany tłustym drukiem na samym środku. Stosunkowo nowy nabytek, jeśli chodzi o moją skromną bibliotekę. Przerzuciłem pierwsze strony książki.
- Jak też podejrzewam, nie jesteś nazbyt obeznany w tym całym, otaczającym nas burdelu?
<Aoi?>
ilość słów: 972

niedziela, 13 maja 2018

Witamy- Dazai Osamu!

Imię i nazwisko: Dazai Osamu
Pseudonim: Coś związanego z jego bandażami, czy też popędami samobójczymi? Zdarzają się.
Wiek: 18 lat
Data urodzin: 19 czerwca
Płeć: Mężczyzna
Orientacja: Jeśli mamy mówić szczerze, nie przywiązuje do tego większej wagi. Uogólniając, biseksualny.
Partner: -
Klasa: I S
Kluby: Klub łucznictwa i strzelectwa
Rasa: Magicznie Uzdolniony
Specyfika: Z pewnością, jest to dosyć nietypowa zdolność, neutralizowania dotykiem mocy innej osoby. Wystarczy, że opuszkami palców dotknie np. włosów danej kobiety, a jej magicznie umiejętności zostaną "zatrzymane" na przynajmniej parę godzin.
Charakter: Dazai, jest osobą niezwykle tajemniczą oraz wewnętrznie skrytą. Zdecydowanie lepszy z niego obserwator, niż mówca, choć i w tym ostatnim jest całkiem dobry. Nie łatwo odgadnąć, czy też dostrzec prawdziwe intencje chłopaka, zanim sam ich nie ujawni lub jego plan, nie dojdzie do ustalonego skutku. Poczucie humoru, zdecydowanie nie jest jego atutem. Posiada owe, przesiąknięte trucizną oraz mrożącym krew w żyłach mrokiem, co często odstrasza ludzi. Pewny siebie, potrafi ze stoickim spokojem, uśmiechem, czy też nie zdradzającą uczuć miną, zamordować daną osobę. Trudno ukryć przeszłość - w tym teraźniejszość - chłopaka, która sprowadza się na drogi kryminalne. Ba, nie śmie zaprzeczać, że wciąż coś z niej pozostało. Jest nieszablonowo brutalny, metodyczny, kategoryczny oraz bezlitosny w stosunku do swych jeńców, czy też wrogów. Pozostawiając na drodze podobnych wszelkiego rodzaju pułapki, za wszelką cenę stara się przedłużyć czyjeś cierpienie. W przeróżnych sytuacjach zagrożenia, nie stroni nawet od morderstwa kobiety. Jest niezwykle inteligentny, co z kolei pozwala mu być nieprzeciętnym strategiem. Wszystkie zamiary, które później wciela w życie wraz z mafią, do której z resztą należy, planuje sam od A do Z - nie znosi niczyjego towarzystwa, w chwilach pomyślunku. W swym, osiemnaście lat trwającym życiu, zdążył wiele razy wylądować w szpitalu, po nie udanej próbie samobójczej. Sam, nie potrafiłby ich wszystkich zliczyć na palcach obu rąk. Po piątym, stracił rachubę, czy też - zwyczajnie zatracił się w tym syfie. Ciąży na nim dziwne przekleństwo, przez które, jakby się nie starał, nie może dopiąć swego. Może mieć to związek, z jego chorym (jak na niedoszłego samobójcę) ideałem, jakim jest bezbolesna oraz nieprzysparzająca nikomu problemów śmierć. Okoliczni powiadają, że najgorszą rzeczą dla wrogów Dazai'a, jest fakt bycia jego wrogiem.
Aparycja: Dazai, jest mierzącym sobie sto siedemdziesiąt cztery centymetry, przy wadze pięćdziesięciu czterech kilogramów chłopakiem, o orzechowych, falowanych włosach oraz rdzawych oczach, niekiedy lśniących delikatną czerwienią. Smukła sylwetka, nie przeszkadza mu w zadawaniu mocnych ciosów ofierze, czy też w razie potrzeby, uciekaniu przed zagrożeniem ile sił w nogach. Codzienny ubiór chłopaka składa się głównie z ciemnych, oficjalnych stroi oraz węglowego płaszcza. Jedynymi, jasnymi elementami w jego strojach, są koszule oraz opatrunki. Wspominając. Znaczną część ciała Dazai'a, spowijają bandaże. Pozostawia je odkryte, jedynie w okolicach dłoni, nieznacznej części torsu, pasa stóp oraz głowy. Pod względem fizycznym, można to nazwać swego rodzaju obsesją. Prawe oko pozostawia zakryte, choć w rzeczywistości, nie jest ono w żaden sposób uszkodzone. Osoby postronne nie mają o tym pojęcia, lecz ma je na sobie wewnętrznie obwiniając się, przez istnienie swej przepełnioną morderstwami i mrokiem "drugiej strony". Na swój sposób, jest do nich przykuty psychicznie. Pogłoski mówią jedynie, jako pieczętuje nimi swoją "prawdziwą potęgę".
Głos: Billy Raffoul
Pokój: 13
Współlokator: Aoi Umari
Zainteresowania: Nie tyle co zainteresowaniem, a jego hobby, czy też pracą jest przeprowadzanie przeróżnych akcji/misji, opartych na samodzielnie stworzonych strategiach. Co prawda, podczas takich potrafi improwizować w mowie, jak i własnych, decydujących o dalszych losach czynach, lecz jego wyłapywanie drobnych szczegółów, potrafi w skrajnych przypadkach podratować szanowne cztery litery oraz reputację chłopaka. Plany wszelakiego rodzaju, utworzone w myślach Dazai'a, najczęściej sprawdzają się w stu procentach. Jeśli mowa o nieco "normalniejszych" zainteresowaniach, uwielbia czytać książki. Najczęściej kryminały, poradniki, czy też dramaty.
Moce:
- Zatracenie - pozwala mu dotykiem neutralizować efekty wszystkich innych zdolności. Zauważalnym minusem umiejętności, jest istnienie wymogu zbliżenia cielesnego z postacią, co w niektórych przypadkach, jest zwyczajnie niewykonalne.
Rodzina: Jest on dzieckiem wychodzącym się z sierocińca. Adoptowała go okoliczna mafia.
Historia: Życia nie wiódł kolorowego. Odkąd pamięta, dzieciństwo spędził w przytułku. Był, jak i nadal jest, całkiem słabowitym bytem, bliskim śmierci na wskutek choroby wiele razy. Dopiero stamtąd, został "przygarnięty" przez okoliczną mafię, szukającą świeżej krwi. Miał wtedy, ledwo ponad czternaście lat. Już za tamtych czasów, widziano w jego osobie spory potencjał. Zdanie co do jego niezwykłości, pozostało niezmienne. W organizacji, obejmuje stanowisko jednego z pięciu hersztów. Pierwsze lata swej "działalności", przyniosły zgrupowaniu spore zyski, co również upodobało się aktualnemu przywódcy. Jak twierdzą - "nie było więzienia, które nie zaczęło się sypać w trakcie jego przesłuchania". Istny ekspert, jeśli chodzi o tortury. Sam zadecydował o dołączeniu do życia szkolnego, choć szczerze wiedział, że tego nie potrzebuje. Być może zadecydował tak, ze względu na chęć doznania czegoś nowego, czy też zwyczajnego, poprzyglądania się innym bytom, o odmiennej historii niż on sam. Kto wie - nieuniknione, że wśród towarzystwa, poszukuje swej przyszłej ofiary, do małych zabaw?
Pupil: -
Inne:
- Jego ulubionym owocem morza są kraby. Zjadłby każdą potrawę, zawierającą choćby odrobinę tych pyszności.
- Uwielbia samobójstwa, przy tym jednak nienawidzi bólu. Każdy z jego sposobów na udane kopnięcie w kalendarz, stroni od bólu.
- W czasie przerw, zazwyczaj pogrywa na całkiem starej konsoli PSP.
- Gdy nadużyje swych mocy, w pełnym tego słowa znaczeniu, zaczyna kasłać krwią, co nie rzadko doprowadza u niego do omdlenia. Dokładniej, miewa problemy z powstrzymaniem większych potęg: bożków, aniołów oraz demonów.
- Choć w walkach, zdarza mu się obrywać, nigdy, podobna nie została zapieczętowana zwycięstwem wroga.
Kontakt: Discord - XB.07, Email - panianasw@gmail.com
Motto: "Niekiedy myślałem sobie nawet, że gdyby z tych, powiedzmy, dziesięciu worków nieszczęść, które dźwigałem na barkach, ktoś wziął na siebie choćby jeden, toby się chyba pod nim załamał."
Źródła zdjęć: Pinterest, zerochan autorzy nieznani.
Relacje: -
Ważne opowiadania: -
Inne zdjęcia: