Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Soraya. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Soraya. Pokaż wszystkie posty

sobota, 24 marca 2018

Od Sorayi do Judy

Z wdzięcznością przyjęłam tabletki i wodę od Judy. Popiłam dwie białe kapsułki sporą ilością płynu, który przyjemnie schłodził moje gardło. Sam smak wody sprawił, że poczułam się odrobinę lepiej. Odetchnęłam, czując, jak ten niemiłosierny ból powoli zaczął ustawać. Oddałam Judy jej rzeczy, posyłając jej przy tym nieśmiały uśmiech. Znam ją jedynie z zajęć gimnastycznych w Auris. Nie wiem, jaka jest poza szkołą, dlatego zachowałam na wszelki wypadek dystans. Jednakże jej nagłe pytanie lekko wytrąciło mnie z równowagi. Spojrzałam nerwowo na swoją torbę na ramieniu potem na Judy i znowu na torbę. W pierwszej chwili nie wiedziałam co jej odpowiedzieć. Przełknęłam szybko nadmiar śliny w ustach.
– Ee... – wyrwało się z moich ust. – Ja... – Nie wiedziałam, co powiedzieć. Patrzyłam i mrugałam na niższą od siebie dziewczynę. Przecież nie powiem jej, że chodzę na balet. Co reszta sobie pomyśli? Nie chcę tańczyć razem z nimi z pomponami, a wyginam się na deskach teatru... Może uznać mnie za hipokrytkę. Zresztą, co mnie to obchodzi? Nie interesuje mnie zdanie innych. Ale z drugiej strony... Nie chcę, by potem ktoś mi to wypominał. Po dobrej chwili uświadomiłam sobie, że mam otwartą buzię, więc zamknęłam ją szybko, ponownie przełknęłam ślinę.
– Tak, to prawda. Trening się skończył – rzekłam wreszcie po dość długiej chwili ciszy. Oddaliłam się nieco od lady, umożliwiając innym klientom dostanie się do niej. Stanęłam między dwiema wysokimi półkami, a zaraz za mną podążyła Judy. Wyraźnie oczekiwała odpowiedzi na swoje pytanie. Nie wiem czemu, ale pomyślałam, iż dziewczyna wyśmieje mnie, gdy jej powiem prawdę. Spuściłam głowę w dół, jednocześnie lekko się zawstydzając. Nie lubię kłamać, poza tym jestem marnym kłamcą. Unikam tego typu sytuacji, ponieważ nigdy nie wiem jak z nich wybrnąć. Nie ciepię kłamstw! Judy dostrzegła rumieńce na mojej twarzy. Nie jest to trudne, moja niemal biała cera w niczym mi nie pomaga w takich chwilach jak ta. I ta głowa, znowu zaczęła mnie boleć. Spojrzałam znad kurtyny włosów na dziewczynę. Patrzyła na mnie odrobinę zmartwiona.
– Będziesz się śmiać. Ktoś taki jak ja i... TO... W szkole nikt o tym nie wie. Jedynie moja przyjaciółka i bracia. Nie chcę, by inni o tym wiedzieli. Jeszcze tego by brakowało, by chłopaki z drużyny mi dupę zawracali swoimi kolejnymi zaczepkami. – Nadymałam gniewnie policzki.

< Judy? >
Liczba słów: 374

poniedziałek, 12 lutego 2018

Od Sorayi do Judy

Mimo bólu głowy, który wciąż mi dokuczał, postanowiłam udać się na zajęcia z baletu. One mnie odprężają, pozwalają wyciszyć w środku. Gdy tańczę, znikają wszystkie negatywne emocje, a zostają tylko te dobre. Jest tak, odkąd pamiętam. Od pierwszych chwil, jak tylko zaczęłam tańczyć wraz z Dorianem, wiedziałam, że balet będzie jedną z moich pasji na całe życie.
Tak więc pakowałam właśnie moją torbę sportową. Czarny strój do ćwiczeń, baletki i te zapasowe w kolorze czarnym, dwie butelki wody i jeszcze inne potrzebne bzdety. Lekarz co prawda zabronił mi jeszcze ćwiczyć, ale nie mogę już wysiedzieć w miejscu. Po prostu muszę coś ze sobą zrobić, bo inaczej zwariuję w tych nudnych czterech ścianach.
Idąc korytarzem, jak zwykle słuchając muzyki przez słuchawki, wydostałam się niezauważona z akademika, a chwilę potem szłam już w stronę wyjścia z terenu szkoły. Zachodzące słońce skryło się już za linią horyzontu, dzięki czemu na dworze zaczął panować coraz silniejszy półmrok. Na niebie zaczęły pojawiać się już pierwsze gwiazdy. Spojrzałam w górę. Lekko się uśmiechnęłam, widząc, jak piękny widok rozpościerał się wysoko nad moją głową.
Szłam już ulicami miasta, jednak rosnący ból głowy stawał się nie do zniesienia. Przeklęty ból. Dlaczego to tak boli? Brat powiedział, że przez jakiś czas będę odczuwać dyskomfort, w końcu porządnie rąbnęłam wtedy głową w mur. Badania wykazały, że miałam lekki wstrząs mózgu, lecz nie groźny dla zdrowia. Po czterech dniach spędzonych w szpitalu pozwolono mi iść do domu. I tak kolejnych siedem dni spędziłam w swoim pokoju w domu rodziców. Ojciec z początku się wściekł. Zgłosił napaść na mnie na policję, jednakże było już na to za późno. Nie znaleźli tych oprychów, a mnie pozostała blizna z boku głowy. W pewnym momencie ból stał się tak silny, że aż przystanęłam na środku chodnika i złapałam się za głowę. Myślałam, że zaraz mi czaszkę rozsadzi. Skręciłam do najbliższego sklepu, który był tuż za rogiem. Nawet nie zwróciłam uwagi, jaki to sklep. Wparowałam do środka niczym strzała. Dopadłam do lady, przepychając się obok jakiej niskiej dziewczyny, która akurat stała przy kasie. Odepchnęłam ją na bok. Lewą dłonią trzasłam o szklaną witrynę, pod którą znajdowały się same łakocie.
– Poproszę coś na ból głowy. Coś mocnego i byle szybko...
 < Judy? >
Liczba słów: 364

piątek, 2 lutego 2018

Od Sorayi do Kagamiego

Zabolało, gdy mną szarpnął, jednak nie miałam siły się sprzeciwić. Usadowił mnie na krześle. Nie zważając na brak delikatności, zaczął polewać moją ranę na głowie wodą utlenioną. Gdy ciecz zetknęła się z moją rozciętą skórą, aż się wzdrygnęłam. Chciałam odepchnąć od siebie chłopaka, lecz ten tylko mocniej mną szarpnął. Byle jak zabandażował mi głowę, w ogóle nie przejmując się tym, iż przez niego cierpiałam jeszcze większe męki. Kiedy skończył, machnął jedynie ręką w moim kierunku, po czym skierował się do wyjścia. Krzyknęłam, by mi wyjaśnił, dlaczego jest do mnie aż tak uprzedzony. Zatrzymał się, zaszczycił tym swoim pogardliwym spojrzeniem i powiedział, że gardzi żywiołakami. Potem pożegnał się i po prostu wyszedł, trzaskając drzwiami. Jego słowa sprawiły, że coś we mnie zawrzało, a następnie pękło. Za takie słowa... Za takie poglądy wobec innych zostanie surowo ukarany. I mówi to ktoś, kto jest dzieckiem boga. To było dla mnie nieprawdopodobne. Jak można być takim człowiekiem? Skreślił mnie, uznał na nic nie warte stworzenie, tylko i wyłącznie dlatego, że jestem żywiołakiem... Ktoś taki w moich oczach staje się automatycznie nikim. Jego marne wytłumaczenie odnośnie do braku sympatii do mojej osoby było godne pożałowania. Patrzyłam jeszcze przez dłuższą chwilę na drzwi, które zamknęły się za czerwonowłosym z hukiem. Prychnęłam pod nosem, jednocześnie podnosząc się do góry. Zdjęłam z głowy bandaż, rzuciłam go niedbale na stół. Zdziwiłam się nieco, widząc dość sporą ilość krwi, jednakże obraz coraz mocniej mi się zamazywał, więc plama na materiale mogła mi się tylko taka wielka wydawać. Czułam się zmęczona, bardzo zmęczona. Nogi odmawiały mi posłuszeństwa. Tak strasznie chciało mi się spać, dlatego zostawiłam bałagan w kuchni i poszłam do drugiego pokoju. W progu zostawiłam swoje buty. Na łóżko położyłam się powoli, uważając na swoją zranioną głowę. Czułam okropne szczypanie spowodowane wodą utlenioną, a także lekkie mdłości i ten paskudny ból, który po torturach Gbura stał się jeszcze silniejszy. Ułożyłam się na boku, twarzą do drzwi, które pozostawiłam otwarte. Oddychałam coraz ciężej. Zazwyczaj sen przychodził w inny sposób, nie czułam takiej niemocy w sobie. Teraz... teraz czuję się, jakby uchodziła ze mnie cała moja siła życiowa. Moje powieki, tak bardzo ciężkie, niczym ołowiane, opadły na oczy i już się nie podniosły...
~*~
Obudziło mnie mocne szturchanie, którym towarzyszyły znajome mi krzyki, aczkolwiek nie mogłam ich w pierwszej chwili skojarzyć. Gdy tworzyłam z trudem oczy, a przyszło mi to z bardzo wielkim trudem, ujrzałam przed sobą twarz. Znałam tę twarz. Skąd ja ją znałam...?
– Sor... Sor! Obudź się...!
– Siostra, nie rób nam tego!
– Smarku, obudź się, no...!
Nie potrafiłam ich rozpoznać. Gdzieś z tyłu głowy słyszałam cichy głos, że znam tych ludzi i to bardzo dobrze. Jednakże nie potrafiłam im odpowiedzieć. Nie mogłam się ruszyć, gdyż ból głowy był nie do opisania. Otworzyłam usta, aby coś wypowiedzieć, lecz zamiast słów z mojego gardła wydobył się cichy jęk.
– Otworzyła oczy, całe szczęście... – powiedział ktoś obok mnie.
– Soraya, co się stało? Kto ci to zrobił...? – dopytywał kolejny ktoś.
– Zabiję jebanego skurwiela... przysięgam... – Nie wiem czemu, ale to mnie akurat rozśmieszyło. Potem poczułam, jak ktoś bierze mnie na ręce, co oczywiście przysporzyło mi dodatkowych cierpień. Jęknęłam w ramię tego kogoś, kto mnie niósł. Następnie nie pamiętam, co się stało, ponieważ znowu moje powieki opadły.
~*~
Obudziłam się, gdy słońce na niebie dopiero wstawało, dlatego stwierdziłam, że musiało być rano. Chciałam się podnieść, jednak kłujący ból głowy uniemożliwił mi to. Moja ręka powędrowała do bolącego miejsca i spoczęła nie na włosach, a na materiale. Ktoś  drugi raz i tym razem o wiele porządniej zabandażował mi głowę. Ponowiłam próbę wstania i ty razem udało mi się. Zwlekłam się z łóżka ostrożnie, po czym powędrowałam do łazienki. Jak tylko mój wzrok spoczął na mym odbiciu w lustrze, aż sama się przeraziłam. Wyglądałam okropnie. Cała głowa obandażowana, włosy, posklejane krwią w stronki zwisały niechlujnie. Skóra, zazwyczaj mlecznobiała, teraz była trupio blada. I ta krew... Połowę ubrania miałam ubrudzoną zakrzepłą juchą.
Wyglądałam niemal tak samo, jak wtedy...
Wyciągnęłam drżącą dłoń, by dotknąć własne odbicie. Momentalnie do oczu wkradły mi się łzy. Wspomnienia, te straszne wspomnienia znowu pojawiły się w mojej głowie...
– Sor, czemu wstałaś? Powinnaś leżeć – usłyszałam za sobą męski zatroskany głos, lecz nie zareagowałam na niego. Stałam jak sparaliżowana, nie mogąc się ruszyć choćby o milimetr. Ten ktoś za mną podszedł do mnie, położył delikatnie swoje zakrwawione dłonie na moich trzęsących się ramionach. Dopiero to mnie wyrwało z odrętwienia. Tym kimś okazał się Oktay, jeden z moich starszych braci. Przytulił mnie do siebie, uważając, by nie sprawić mi bólu. – Siostra, już dobrze. Już wszystko dobrze...
Nie potrafiłam powstrzymać lejących się łez. Odruchowo wtuliłam się w brata mocniej, tak bardzo potrzebowałam tego w tamtej chwili.
Gdy się jako tako uspokoiłam, opowiedziałam braciom, co się stało, lecz sytuację z Kagamim pozostawiłam jedynie dla siebie. W międzyczasie Tobiraya zabezpieczył magicznie moją ranę, przez co nie musiałam już nosić bandaża, który wyglądał po prostu strasznie. Dostałam od Matayasa jego koszulkę, w którą się później przebrałam, gdyż moja nadawała się już jedynie do spalenia. Żadna pralka by nie sprała takiej ilości krwi. Najstarszy brat podał mi również specjalne środki, które miały mi pomóc ukoić nerwy i uśmierzyć ból. Na szczęście leki zaczęły szybko działać, dzięki czemu mogłam opuścić w towarzystwie Oktaya i Matayasa mieszkanie Tobisia.
Obraliśmy drogę obok cmentarza, który znajdował się tuż przy parku. Chciałam iść do Doriana, odwiedzić go, jak co miesiąc. Tak, to dzisiaj jest TEN dzień. To już pół roku... Gdy dotarliśmy przed odpowiedni grób, poprosiłam braci, by mnie zostawili. Nie chcieli tego zrobić, zważywszy na mój obecny stan, lecz po poproszeniu ich po raz któryś i zapewnieniu, że wszystko ze mną w porządku, ulegli. Zostając z moim ukochanym sam na sam, patrzyłam długo na wygrawerowane imię na pomniku. Mimo iż po części dotarło już do mnie, że to, co się stało oraz to, że nie ma go już wśród żywych, nadal nie mogłam pogodzić się z myślą, że to właśnie on musiał umrzeć. Dlaczego padło akurat na niego? Dlaczego Śmierć tak szybko mi go odebrała? Przełknęłam gulę, która znikąd pojawiła się w moim gardle. Dlaczego mój Dorian...? Zacisnęłam zęby, by tylko nie zacząć krzyczeć. Ukryłam zapłakaną twarz w dłoniach, by po chwili opaść na ławkę i zanosząc się cichym płaczem. Śmierć nie jest sprawiedliwa. Zostawia przy życiu tych, którzy nie zasługują na dar życia, a odbiera je tym, co mieli przed sobą praktycznie wszystko. Jakbym tylko miała możliwość, powiedziałabym Bogowi Śmierci, co o nim myślę. Nienawidzę go z całego serca. Nienawidzę za to, że odebrał mi osobę, którą kochałam ponad wszystko inne. Nagle poczułam, jak coś spadło mi na głowę, potem za chwilę znowu i znowu... Pojedyncze krople deszczu spadały na ziemię i groby. Z każdą chwilą robiło się ich coraz więcej, aż przerodziły się w deszcze, a potem w ulewę. Strugi deszczu lały się z nieba, tak samo, jak łzy po mojej twarzy, mieszając się w jedno. Słońce skryło się za gęstymi i ciężkimi chmurami. W pewnym momencie gdzieś nade mną zagrzmiało... Pogoda odzwierciedlała idealnie to, co działo się w moim wnętrzu. Ukazywała to, jak strasznie czułam się w środku - pozbawiona najważniejszej funkcji do życia.
Nie wiem, ile tam stałam. Mało mnie to obchodziło. Przemokłam do suchej nitki, a mimo to wolnym krokiem szłam ku wyjściu z cmentarza, które prowadziło do parku. Z rękoma w kieszeniach kurtki, z której deszcz w większości zmył już plamy krwi, przemierzałam alejki prowadzące na obrzeża miasta i jednocześnie do mojego rodzinnego domu. Nie zważałam na nic, nawet na uciekających przed burzą ludzi, którzy szukali schronienia przed ulewą. Tylko jedna osoba zwróciła moją uwagę, a było nie kto inny jak Kagami we własnej osobie. Stał w niedużej odległości od cmentarza, skąd miał idealny widok na to, jak po raz kolejny opłakiwałam Doriana. Nie zwalniając ani nie przyspieszając kroku, szłam dalej. Spojrzałam mu w oczy. Z odległości kilku metrów mogłam dostrzec ten jego pogardliwy wzrok, jednak... Nie tym razem, Kagami. Tym razem to ty musisz ustąpić. Moje spojrzenie, jednocześnie puste, jak i pełne nienawiści oraz cierpienia sprawiło, że chłopak zmarszczył nieco brwi. Minęłam go, jak gdyby nigdy nic, przerywając nasz kontakt wzrokowy. Wtedy pojawili się moi bracia, którzy zmierzali w naszą stronę. Osoba Kagamiego przestała mnie w tamtej chwili interesować. Jak to się mówi; jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie, ale to ja tym razem jestem przysłowiowym Bogiem. Gdy bracia się do mnie zbliżyli, Matayas z miejsca oddał mi swoją kurtkę i zarzucił ją na moje i tak przemoczone obranie. Spojrzał w kierunku czerwonowłosego koszykarza.
– Kto to jest? – spytał zaintrygowany.
– Nikt – odpowiedziałam lodowatym tonem. – Nikt istotny.


< Kagami? O to wstąpiłeś na wojenną ścieżkę... >
Licznik słów: 1421

czwartek, 1 lutego 2018

Od Sorayi do Kagamiego

Byłam nieco niespokojna, gdy Kagami wziął Katsuję na barana. Mój brat, mimo początkowego strachu, od razu go polubił. No ładnie, jeszcze tego brakowało, by Gbur zaskarbił sobie miłość mojego słodkiego braciszka. Chciałam zaprotestować, nie pozwolić, gdy czerwonowłosy zaczął biegać. Nie ufałam mu. A co, jeśli upuściłby małego? Lub tak mocno wsadził piłkę do kosza, że ta by trafiła Katsu? Ten gburowaty matoł jednak uważał, a maluszkowi nic się nie stało. Odetchnęłam z ulgą, gdy postawił mojego brata na parkiecie. Potem odszedł. Potraktował mnie jak powietrze, jakby w ogóle mnie tam nie było. Wzięłam głęboki oddech, gdy chłopak mnie mijał, a zrobił to szerokim łukiem. To już było po prostu wybitnie chamskie. Co ja jestem, jakaś trędowata?! Z coraz mocniej pulsującą żyłka na czole zabrałam Katsuyę z tej przeklętej sali gimnastycznej.
Gdy położyłam małego spać, wyszłam z jego pokoju i poszłam do swojego, aby odłożyć skrzypce do futerału. Zagrałam do snu Katsuyi jego ulubioną melodię, tą, którą kiedyś ułożyłam z Dorianem specjalnie dla niego. Ach, co to były za czasy... Kiedyś wszystko było inne. Teraz... Teraz jest tylko pustka w sercu. Pusta i samotność, które zawładnęły mną, by już nigdy nie dopuścić do mnie szczęścia. Spojrzałam na godzinę na wyświetlaczu swojego telefonu. Dochodziła dwudziesta, a to znaczyło, że musiałam już się zbierać do wyjścia. Byłam umówiona z braćmi do kina jak co dwa tygodnie. Dzisiaj też miałam nocować u Tobirayi, mojego najstarszego brata. Przebrałam się w coś bardziej odpowiedniego, po czym zeszłam na dół, krzycząc, że wychodzę.
Szłam ciemną uliczką na skróty, gdzie paliło się może z kilka latarni, aczkolwiek ich nikłe światło było za słabe, by ostatecznie oświetlić chodnik. Byłam już niedaleko kina, kiedy drogę zastąpiło mi kilkoro dresiarzy, a dokładniej rzecz ujmując, była ich czwórka. Zmierzali prosto w moją stronę. Wiedziałam już, co się święci, dlatego wyciągnęłam obie ręce z kieszeni i przystanęłam w miejscu. Choć konfrontacja była nieunikniona, to chciałam jakoś się z niej wymigać, co oczywiście okazało się niemożliwe. Wypuściłam powietrze z płuc, które wydobyło się z moich ust w postaci pary. Wieczorem temperatura potrafi spaść, ale nie aż tak. To zapewne sprawka jednego z tych typków.
– Kogo my tu mamy... – odezwał się jeden z nich. Jego głos od razu mi się nie spodobał.
– Zgubiłaś się? Może cię odprowadzimy? – zawył drugi, a reszta jego koleżków parsknęła śmiechem. Nie odpowiedziałam mu, jedynie obserwowałam ich ruchy. Otoczyli mnie, odcięli drogę ucieczki, co było do przewidzenia. – Ooo, nie odpowiesz? Nie wiesz, jak się języka używa?
– Zaraz ją nauczymy... – odezwał się ten najbliżej mnie. Ich zła aura biła od nich na kilometr. Po moim ciele przebiegł dreszcz. Jego uwaga nie spodobała mi się i to ani trochę. Kiedy chciałam wyminąć tego ohydnego sukinsyna, jeden z jego kumpli złapał mnie od tyłu. Jego obleśne łapy owinęły się wokół mojej talii.
– Zaraz zobaczymy, jak głośno potrafisz krzyczeć... ładnie pachniesz, kochanie... – Szept tego oblecha dotarł do mojego ucha. To podziałało na mnie jak płachta na byka. Wyswobodziłam z jego uścisku, jednocześnie wykręcając napastnikowi ramię. Nagle poczułam uderzenie. Jeden z nich pchnął mnie na ścianę, przez co moja głowa zaliczyła bardzo niemiłe spotkanie trzeciego stopnia o ceglastą powierzchnię. Poczułam tępy ból z boku głowy, który na chwilę przyćmił moje zmysły. Na kilka sekund straciłam kontakt z rzeczywistością i ta krótka chwila wystarczyła moim oprawcom do działania. Dobrali się do mnie. Ich ręce zaczęły docierać tam, gdzie nie powinny. Moja magia zaczęła działać, jednak ci skurwiele okazali się odporni na elektryczność oraz na ogień. Powoli zaczęłam panikować, aż w pewnej chwili... Stało się to, o co się akurat modliłam. Nie chciałam ich razić piorunami, bo bym ich z pewnością zabiła, lecz ktoś inny się z nimi rozprawił i ku mojemu zdumieniu... było to Kagami. Rozniósł tych gości w minutę. Nawet pokazał swoją magię.
Kolejny półbóg...
Ja to mam do nich pecha. No naprawdę. Los się na mnie uwziął...! Stałam oparta o ścianę, z coraz mocniej bolącą głową. W pewnym momencie poczułam, jak coś ciepłego spływa mi po włosach, ale postanowiłam to zignorować, a także narastające wymioty.
– P-poczekaj... – zawołałam za nim. – Zranili cię?
Nie wiem, co mną w tamtym momencie kierowało. Dostrzegłam wtedy, jak szkarłatna ciecz skapuje z jego dłoni na chodnik. Zacisnęłam usta, podejmując decyzję. Poza tym... chciałam się dowiedzieć, czemu on tak oschle mnie traktuje. Wątpię, by nadal miał za złe mi to wpadnięcie na niego w nocy. Tu musi chodzić o coś więcej...
– Wiem, że mnie nie lubisz, i nie musisz lubić, ale pozwól, chociaż, że ci to opatrzę. – Zrobiłam kilka kroków w jego stronę, jednak ten nawet się na mnie nie obejrzał. Mimo nerwów, które się we mnie kłębiły, całego nagromadzonego stresu, powinnam wybuchnąć. Dać upust emocjom, ale stało się ze mną coś, czego sama się po sobie nie spodziewałam.
– Proszę... chcę wiedzieć... czemu mnie tak nienawidzisz – rzekłam cicho, po czym objęłam się ramionami, czując, jak podmuchy zimnego wiatru owiewały moje ciało i szamotały rozwianymi włosami. – Chcę wiedzieć, dlaczego mnie nienawidzisz... – I właśnie wtedy pierwsze łzy spłynęły po moich policzkach. Jeszcze nigdy nie czułam się samotnie jak wtedy. Tak... odepchnięta. Patrzyłam na plecy Kagamiego, które przestały się ode mnie oddalać. Odwrócił się w moją stronę, popatrzył na mnie tym swoim wrogim spojrzeniem, które zapewne miało mnie wbić w ziemię, ale ja wcale tego nie czułam. Nadal mam w sobie wystarczająco wiele dumy, by nie dać się tak stłamsić. Podeszłam do niego powoli. Dbając o to, by nie upaść na glebę, która raz po raz zamazywała się przed moimi oczami. Gdy stanęłam wystarczająco blisko Kagamiego, sięgnęłam po jego krwawiącą dłoń. Nie wyglądał, jakby odczuwał ból, ale z tego, co wywnioskowałam po jego ranie, była ona dość poważna.
– Trzeba to przemyć i najlepiej zszyć. Chodź, zaprowadzę cię do mieszkania mojego brata. Tobiraya pracuje jako lekarz, więc ma w domu apteczkę. – Sięgnęłam do kieszeni po moją czerwoną wstążkę i najdelikatniej jak potrafiłam, zawiązałam mu ją wokół rozcięcia, tamując krew. – Chodź – rzuciłam cicho. Czując coraz silniejszy ból, z boku głowy zaprowadziłam czerwonowłosego do mieszkania Tobirayi. Gdy znaleźliśmy się na klatce schodowej, zapaliłam światło i zaczęłam przetrząsać kieszenie. Przy każdym ruchu głową myślałam, że zemdleję z bólu. Tak bolała... Wreszcie znalazłam klucze, których szukałam, włożyłam odpowiedni do zamka, przekręciłam i wreszcie, otworzyłam drzwi. Wchodząc do środka, zapaliłam w przedpokoju światło, jednocześnie zamykając za Kagamim drzwi.
– Idź do kuchni, jest za drugimi drzwiami w prawo. Zaraz przyjdę z apteczką. – Wskazałam drogę chłopakowi, zaś sama sięgnęłam po telefon, by zadzwonić do braci i powiedzieć, żeby na mnie nie czekali. Matayas dopytywał, co się stało. Pewnie poznał po głosie, ale nic mu nie powiedziałam, nie chciałam, by się niepotrzebnie martwili. Nie chciałam im marnować dobrej zabawy. Poszłam do łazienki, w szafce pod umywalką znalazłam pokaźnych rozmiarów apteczkę. Zabrałam ją, schylając się. Jak tylko się podniosłam, porządnie zakręciło mi się w głowie. Dzisiejszy obiad podszedł mi do góry, omal nie wydostając się na świat. Wzięłam się jakoś w garść. Odetchnęłam głęboko kilka razy, po czym weszłam do kuchni, gdzie czekał na mnie czerwonowłosy.
– Siadaj, opatrzę ci to.
< Kagami? Co dalej..? >
Licznik słów: 1170

środa, 31 stycznia 2018

Od Sorayi do Kagamiego

Nie wiem, o co chodzi temu gburowi, ale z całą pewnością mogę stwierdzić, że się raczej (na pewno) nie polubimy. Obejrzałam się drugi raz za siebie i los chciał, że on też się spojrzał w moją stronę. Ponownie nasze spojrzenie się spotkały. Jego wzrok, gdyby tylko mógł, stopiłby metal. Jego wybujała pewność siebie kiedyś go zgubi. Westchnęłam rozeźlona, no po prostu ten koleś tak mi działa na nerwy, że to aż niemożliwe. Musiałam wziąć dodatkowych kilka głębszych wdechów, by nie stracić panowania nad sobą.
Po jakiś trzydziestu minutach znalazłam się na obrzeżach miasta, a dokładniej rzecz ujmując przed moim domem, lecz nie weszłam do środka piętrowego budynku, a zaszłam od tyłu, by wejść przez warsztat. Zastałam tam, jak zwykle, mojego ojca, który od samego rana grzebał pod maską sędziwego gruchota, który zapewne należał do któregoś z klientów. Przywitałam się z nim ciepłym uściskiem, jak to ojciec z córką, uważając przy tym, by nie pobrudzić się smarem. Znając życie pewnie już mnie czymś tatulek wysmarował...
Gdy tylko przywitałam się z mamą, która wmusiła we mnie drugie śniadanie, pobiegłam po schodach na górę, gdzie pewnie mój najmłodszy brat jeszcze spał. Stanęłam przed drzwiami do jego pokoju, po czym lekko je uchyliłam. Widząc jego spokojną buziuchnę pogrążoną w głębokim śnie uśmiechnęłam się pod nosem, zamknęłam drzwi i na palcach przemierzyłam kilka metrów, by dostać się do mojego pokoju na końcu korytarza. Jak tylko się w nim znalazłam, od razu zabrałam się za ściąganie przepoconych ciuchów, które wylądowały obok łóżka na podłodze. Niemal goła poczłapałam do dużej szafy, by znaleźć jakieś przyzwoite ciuchy. W ręce wpadła mi moja ulubiona czarna koszulka oraz zwykłe, również czarne jeansy. Ubrałam to wszystko na siebie. Po drodze zgarnęłam jeszcze z wieszaka moją skórzaną ciemnobrązową kurtkę.
Schodząc na dół natknęłam się na Katsuyę, który musiał przed chwilką się wybudzić. Jego czarne kręcone włosy sterczały na wszystkie strony, zaś pyzate poliki zdobiły dwa różowe rumieńce. Jak tylko jego czarne oczka spojrzały w moim kierunku, zaspanie poszło w niepamięć, a zamiast niego pojawiła się czysta i szczera radość. Maluszek podbiegł do mnie, a ja jednym sprawnym ruchem wzięłam go na ręce. Jako dwulatek swoje już waży, jednak mnie jego ciężar nie przeszkadza.
– Soja soja...! – wykrzyczał mi wprost do ucha.
– Cześć Katsu – przytuliłam brata do siebie jeszcze mocniej. – Poszukamy mamę? – spytałam, a mały pokiwał głową na tak. Mimo dwóch lat Katsuya nie mówi za wiele, co trochę nas niepokoi. W tym wieku dzieci powinny już zaczynać wypowiadać całe zdania, a on ogranicza się jedynie do imion i kilkunastu słów. Może z czasem mu to minie...
Zeszłam po schodach z powrotem na dół, gdzie rodzice już siedzieli przy stole. Popijali swoją poranną kawę, jak co dzień. Usadowiłam małego na jego specjalnym krzesełku, a sama zajęłam swoje stare miejsce po lewej stronie taty, jednocześnie naprzeciwko mamy. Sięgnęłam po dzbanek z wodą, po czym nalałam sobie do szklanki.
– Jak w szkole? W zeszłym tygodniu dyrektor nie wzywał nasz do siebie – tato zagadał do mnie, odstawiwszy swój kubek na stół.
– Obiecałam, że będę grzeczna, więc jestem – odpowiedziałam nie patrząc na rodziciela. Nie musiałam nawet tego robić, by wiedzieć, że podejrzliwie zmarszczył te swoje bujne brwi.
– Ostrzegam cię, młoda damo. Jeśli znowu coś kombinujesz...
– Oj tato... wyluzuj! Obiecałam ci coś, tak?
– Trzymam cię za słowo. – Tata machnął w moją stronę nożem upaćkanym masłem, co mama skomentowała pobłażliwym uśmiechem patrząc to na mnie, to na swojego męża, a mego ojca. Potem zajęła się karmieniem Katuyi.
– To kto dzisiaj się zajmie małym po południu? – spytała ni stąd ni zowąd. Przy stole zrobiło się nagle dziwnie cicho. Tata spojrzał na mnie, potem na mamę, aż wreszcie jego wzrok wylądował na zegarku.
– Ooo, już ta godzina..?! Muszę lecieć do warsztatu...
– C-co..? Ej, tato..! –  chciałam już zaprotestować, bo ten stary zgred znowu chciał się wywinąć, no ale nie zdążyłam nic więcej powiedzieć, ponieważ tata zniknął w ułamku sekundy. Nienawidzę, gdy używa swojej magii błyskawicznego przenoszenia. Cholerny mag burzy...
– No dobra, zaopiekuję się Katsuyą. Ale wieczorem chcę mieć wolne. Muszę ćwiczyć. – Popatrzyłam lekko zrezygnowana na srebrnowłosą kobietę przed sobą. Mimo czterdziestu sześciu lat, moja mama wygląda jakby miała ze trzydzieści, nie więcej. Bycie szamanką i biologiem w jednym wychodzi jej na zdrowie.
Po południu, spakowałam potrzebne rzeczy i razem z Katsu wybrałam się na dzisiejszy mecz koszykówki w Auris. Nasza szkoła gra z drużyną konkurującej z nami placówki, a że małemu podobało się poprzednim razem to stwierdziłam, że wezmę go znowu. Tak więc, szliśmy sobie w stronę szkolnej sali gimnastycznej, która powoli wypełniała się kibicami.
Zajęłam miejsce na jednym z niższych rzędów, by móc tłumaczyć małemu co i jak. Katsu patrzył na grających jak zaczarowany. Bił brawo za każdym razem, gdy nasi zdobyli punkt. Byłam tak zaoferowana bratem, że dopiero po pewnym czasie zdałam sobie sprawę z tego, kogo oklaskuję. Prychnęłam pod nosem rozpoznając Gbura, który bawił się na parkiecie doskonale. Z niechęcią, wielką jak diabli, muszę przyznać, że dobry jest skurczybyk. Jednakże, brawura i zbytnie popisywanie się w jego wykonaniu są zbędne. Tak nie przystoi na boisku. To brak szacunku wobec rywala. Z każdym kolejnym koszem udowadniał swoją wyższość nad pozostałymi zawodnikami. Pokręciłam jedynie głową z dezaprobatą.
Po wygranym przez naszą drużynę meczu, wszyscy opuścili salę. Aby nie pchać się przez tłum postanowiłam poczekać, aż ludzie wyjdą. Jeszcze by któryś z nich popchnął małego,a ten by się nie daj Boże przewrócił... Matka by mi dopiero głowę suszyła. Minęło kilkanaście minut, a po tłumie nie było już śladu. Wzięłam małego na ręce i powoli zaczęłam się kierować do wyjścia z tej ogromnej hali.
– Nie nie... – Katsu zaczął się wykręcać we wszystkich kierunkach, przez co coraz trudniej było mi go utrzymać. Musiałam go postawić na podłodze, bo ten wiercił się jak opętany.
– Co się stało? – spytałam się malca, klękając przed nim na kolanach. Czarnooki chłopiec popatrzył na mnie, a potem na piłkę, która została pod koszem. – Chcesz się pobawić? – znowu spytałam, jednak tym razem uzyskałam odpowiedź.
– Tak, bawić. – Katsu pobiegł po piłkę, która okazała się dla niego dość ciężka – nie mógł jej ponieść, dlatego postawił ją na podłodze i zaczął w nią po swojemu kopać. Jego słodką buzię rozpromienił szeroki uśmiech, przez co i ja sama się uśmiechnęłam. Podeszłam do brata, usiadłam jakiś metr od niego i czekałam, aż kopnie do mnie pomarańczową piłkę. Gdy mu się to udało, zaczęłam bić mu brawo, przez co chłopiec uśmiechał się jeszcze szerzej. Wyczułam, jak ciśnienie wokół niego się zmienia co chwilę. Delikatne jego wahania to normalne w jego otoczeniu. To jeszcze dziecko, nie zdaje sobie jeszcze sprawy, że używa magii.
– No Katsu, kopnij do mnie! – krzyknęłam. Brat zamierzył się, ale nie trafił i upadł na pupę. Szybko się jednak pozbierał, chwycił piłkę w rączki i podniósł. Ja także wstałam, stanęłam za nim, złapałam pod pachy i uniosłam. – Chcesz trafić do kosza? – zwróciłam się do niego. Ten pokiwał głową na tak. Uśmiechnęłam się szerzej. Złapałam brata pewniej, mówiąc mu, by trzymał piłkę mocno. Zaczęłam biec w stronę kosza, a gdy byłam już wystarczająco blisko, za pomocą szybkości wyskoczyłam wysoko w górę. W ostatniej chwili mały przełożył piłkę przez obręcz. Wylądowałam pod koszek, zanosząc się śmiechem.
– No, a teraz... pobawimy się w berka! Uwaga, gonię...! – wykrzyczałam wesoło, gdy Katsuya zaczął przede mną uciekać. Bawiłam się z nim w najlepsze, aż nagle przystanęłam w miejscu widząc, kto wchodzi na salę. Gbur we własnej osobie. Katsuya akurat obejrzał się za mną, więc nie zauważył go i wpadł na jego nogi, przewracając się. Za pomocą swojej magii znalazłam się w ułamku sekundy przy bracie, który podniósł się na swoich łapkach i popatrzył na Kagamiego, a widząc jego wiecznie wkurwiony wyraz gęby przestraszył się i zaczął płakać. Błyskawicznie wzięłam małego na ręce i zaczęłam uspokajać.
– Ci... no już, no... Ten pan nic ci nie zrobi... Nie pozwolę mu cię skrzywdzić... – głaskałam braciszka po jego czarnych, lśniących włosach. Moje zaś były rozwiane. Zapomniałam je związać, przez co później będę mieć problem z rozczesaniem ich. Spojrzałam na tego bałwana groźnym, jednocześnie zatroskanym spojrzeniem. Katsu powoli się uspokajał. Wtulił się we mnie, czułam ciepło bijące od jego drobnego ciałka. – Już wszystko dobrze, kochanie – rzekłam nadal patrząc na Kagamiego. Mając brata przy sobie nie potrafiłam być zimna w stosunku do drugiej osoby. Przy bracie zachowywałam się tak, jak kiedyś. Kiedy żył Dorian... Katsuya odchylił się i popatrzył na mnie zapłakanymi oczami. Spojrzałam na niego czule, jednocześnie uśmiechając się jak do rodzonego syna. Prawą ręką starłam łezki z jego zaczerwienionej buzi. Postawiłam chłopca z powrotem na parkiecie, a ten, powoli podszedł do Gbura, wziął nieśmiało piłkę i wrócił do mnie. Jednak po chwili postawił pomarańczową kulę przed sobą i kopnął do Kagamiego. Piłka potoczyła się wolno wprost pod jego nogi. Popatrzył na małego beznamiętnym wzrokiem.
< Kagami? Dziecku odmówisz..? :D >
Ilość słów: 1468

poniedziałek, 29 stycznia 2018

Od Sorayi do Kagamiego

No ja się chyba przesłyszałam... Co za gbur! Do tego jaki niekulturalny. Przyznałam się do błędu, przeprosiłam. Na zgodę podałam mu rękę. Co jak co, ale odrobinę ogłady jednak w sobie mam. Gdy podał mi telefon, obejrzałam go dokładnie, choć w tych egipskich ciemnościach nie dostrzegłam zbyt wiele. Gdy już chciałam otworzyć usta, by mu podziękować, ten wyjechał do mnie z takim tekstem, że aż zaniemówiłam. Zbeształ mnie z góry na dół. Skończywszy na mnie warczeć, odszedł w swoją stronę. A i dobrze. Ze złości, która na nowo zaczynała się we mnie gromadzić, zacisnęłam zęby i także ruszyłam w swoją stronę. Ten niemiły głos zapamiętam sobie, oj zapamiętam.
– Co za prostak... cham i prostak... – mruczałam wściekle pod nosem, wchodząc do swojego pokoju w akademiku.
Wściekła, trzasnęłam drzwiami tak mocno, że te prawie wypadły z zawiasów. Torbę z ciuchami z ćwiczeń rzuciłam w kąt, a sama rzuciłam się na łóżko. Ukryłam twarz w poduszce, aby następnie zacząć w nią krzyczeć. Stłumiony wrzask rozległ się w na wpół pustym pomieszczeniu. Łóżko obok mnie, jak i szafa ciągle stały puste. Jak dotąd nie przydzielono mi żadnej lokatorki. Może to i dobrze? Jakbym miała użerać się z dziewczyną, która chodziłaby cała na różowo... Nie, tego bym nie zniosła. Taka dawka pozytywnej energii by mnie po prostu zabiła. Ale najpierw bym zwymiotowała tęczą. Myślami wróciłam do sytuacji sprzed chwili. Jak ten kretyn mógł tak źle mnie potraktować?! Za kogo on się w ogóle uważał? Kagami... To imię coś mi mówiło, ale... postanowiłam wyrzucić je ze swojej pamięci. Koleś jest już u mnie przegrany. Boże, czemu muszę żyć wśród takich ludzi? Zabrałeś mi dziadka, babcię – najfajniejszych ludzi pod słońcem, Doriana... Zabrałeś mi osobę, która była dla mnie więcej, niż wszystkim, a na drodze zaś stawiasz takie mendy jak Kagami. To nie jest fair. Ani trochę. Do moich oczu zaczęły się cisnąć niechciane łzy, przez co zezłościłam się jeszcze bardziej. Zerwałam się z łóżka, szybkim ruchem starłam słoną ciecz hańby z twarzy. Podeszłam do komody, wyjęłam z górnej szuflady piżamę, czyli bluzę i krótkie spodenki, po czym udałam się do łazienki wziąć prysznic.
Ciepła woda sprawiła, że chociaż część negatywnych, kłębiących się w mojej głowie emocji odeszło w siną dal. Postanowiłam, iż nie będę już zaprzątać swojej bystrej główki kimś takim jak Kagami. Do życia jest mi on absolutnie zbędny, tym bardziej jego złośliwe uwagi. Takich ludzi nie ma co żałować. Kładąc się spać, sięgnęłam jeszcze raz po telefon. Odblokowałam go, nacisnęłam odpowiednią ikonkę i moim zmęczonym oczom ukazała się galeria zdjęć. Uśmiechnęłam się lekko, rozpoznając na nich swoją rodzinę. Zdecydowaną większość z nich stanowił Katsuya. Mały rośnie jak na drożdżach. Uwieczniałam wszystkie śmieszne momenty z nim w roli głównej na pamiątkę. Westchnęłam głośno. Katsu to niezły urwis, jednakże mój uśmiech wyparował, gdy na wyświetlaczu pojawiło się zdjęcie moje i Doriana. Byliśmy na nim razem, uśmiechając się i patrzący na siebie nawzajem. Nie widzieliśmy poza sobą niczego. Nasza miłość była prawdziwa, na wieki... Była... Tym razem nie wstrzymywałam swoich łez. Słone krople zaczęły spływać po mojej twarzy, mocząc poduszkę kolejny już raz. Moje cierpienie, pomimo upływu czasu nie osłabło. Jedynie skryło się, i to tak głęboko, iż sama czasami się zastanawiam, gdzie ono się podziało. Czuję, że gdzieś ono jest, czasami na krótkie momenty udaje mi się o nim zapomnieć, na przykład w tańcu. Jednak w najmniej spodziewanych chwilach, ból pojawia się znowu i to zwielokrotniony. Najczęściej w nocy. Upuściłam telefon na podłogę, zanosząc się cichym szlochem. Dorian, tak strasznie za tobą tęsknię...
Budząc się rano, zdałam sobie sprawę, że jest sobota, czyli nie musiałam się szykować do szkoły. Przeleżałam dobrą chwilę w cieplutkiej pościeli. Tak strasznie mi się nie chciało z niej wychodzić, ale, niestety, poranne ćwiczenia same się nie zrobią. Muszę trzymać formę. To pomaga mi w kontrolowaniu swojej magii, a za nic w świecie nie chcę stracić nad nią panowania. Lata katorżniczej pracy miałyby tak po prostu pójść na marne? Nie ma mowy! Dziadek by się chyba w grobie przewrócił i zesłał na mnie takie gromy, że bym popamiętała to do końca swych marnych dni. Tak więc wywlekłam swoje płaskie dupsko i resztę ciała, z wygrzanego wyrka. Ubrałam na siebie przylegający czarny top do ćwiczeń, dresowe, także czarne spodnie i wygodne buty do biegania. Na stoliku nocnym znalazłam swoje białe słuchawki a pod łóżkiem telefon. Poranne bieganie bez muzyki kategorycznie nie wchodzi w grę. Wyszłam z pokoju, wiążąc włosy w wysokiego kuca czerwoną wstążką, którą zawsze noszę na nadgarstku. Wisiorek z błyskawicą i wstążka – moje dwie najcenniejsze rzeczy. Moje skarby. Pokierowałam się do stołówki, gdzie kilkoro uczniów już zajadało się swoimi posiłkami. W oddali dostrzegłam moją przyjaciółkę Lily z jej chłopakiem i Oktaya, jednego z moich braci. Odebrawszy swoją porcję specjalnie zabezpieczonych błyskawic, kartonu mleka i jabłka, ruszyłam w stronę przyjaciół. Najedzona, pożegnałam się z resztą, wytrąciłam bratu z ręki ostatni kawałek kabanosa, który poturlał się po podłodze i z wrednym uśmiechem udałam się do wyjścia. Obelgi Okesia słyszałam jeszcze będą już na korytarzu...
Biegłam swoim tempem, zasłuchana jak to zazwyczaj, w dźwięki ulubionych piosenek. Z czasem zaczęłam biec coraz szybciej. Po pożywnym śniadaniu miałam masę energii, którą chciałam spożytkować jak najlepiej. Może wpadnę dzisiaj do domu i porobię coś z rodziną? Tak, to dobry pomysł. Wybiegłam z parku, odczuwając już leciutkie zmęczenie, lecz to mnie nie powstrzymywało, by zwolnić tempo. Normując oddech, gnałam z porannym wiatrem, który muskał moją twarz. Rozwiewał długie, ciemne włosy. W pewnej chwili zwolniłam do truchtu, po czym wykonałam sekwencję piruetów. Rano nikt nie zapuszcza się w okolice miejskiego boiska do koszykówki, dlatego byłam pewna, że nikt mnie tu nie zobaczy. Przystanęłam na chwilę, by wyjąć słuchawki z uszu. Zgięłam się lekko, by móc oprzeć się rękami o kolana. Mój przyspieszony oddech powoli dochodził do normalnego stanu, gdy nagle usłyszałam, jak ktoś powiedział kurwa. Ten głos wydał mi się znajomy, dlatego rozejrzałam się po okolicy. W pierwszej chwili nikogo nie zauważyłam, lecz dziwne uczucie nie pozwoliło mi odejść. Coś kazało mi iść w stronę boiska do kosza. Poprawiłam wstążkę, mocniej związując sobie włosy, które jak zwykle żyły swoim własnym życiem.
Wchodząc na boisko, od razu pożałowałam, iż tam poszłam. Mój dobry humor prysł w jednej chwili niczym bańka mydlana, gdy wyczułam Jego obecność – tego niekulturalnego kretyna z wczoraj. Zdążyłam się jedynie obrócić się na pięcie, jednak wtedy zdałam sobie sprawę, że zachowuję się jak tchórz. Od kiedy to JA uciekam z podkulonym ogonem?! To do mnie niepodobne. Nie dam temu kretynowi tej satysfakcji. Dlatego, wciągnęłam powietrze do płuc, opanowałam swoje nerwy i z gracją baletnicy (którą przecież jestem) zaczęłam iść w kierunku chłopaka siedzącego na ziemi. Jakieś dwa metry od niego znajdowała się piłka do kosza. Bez jego pozwolenia wzięłam ją w ręce, odbiłam trzy razy, po czym wykonałam perfekcyjny rzut za trzy punkty. Odchodząc, spojrzałam przelotnie na czerwonowłosego. Nasz kontakt wzrokowy nie trwał długo, aczkolwiek było w nim coś... dziwnego. Wczoraj w nocy nie mogłam dostrzec dokładnie jego twarzy, natomiast teraz to co innego. Boże, serio? Uczyniłeś tego chama takim przystojniakiem? W dodatku z niezłym ciałem...? Ty nie masz dla mnie litości... Przełknęłam szybko ślinę. Rzuciłam mu ostatnie spojrzenie przepełnione chłodem, pewnością siebie i obojętnością do jego osoby. Nieważne, czy mnie rozpoznał, czy nie. Mam to głęboko gdzieś. Koleś ze swoją wredną, ale i też przystojną mordą, jest u mnie skreślony...! Musiałby się stać cud, abym zwróciła na niego większą uwagę...

< Kagami..? Podpadłeś...>
Ilość słów: 1218

niedziela, 28 stycznia 2018

Od Sorayi do Kagamiego

Było już późno. Madam Iwanienko przytrzymała nas dzisiaj dłużej na zajęciach z baletu. Czuję, że moje biedne stopy mi zaraz odpadną. Serio, nie żartuję. Ledwo daję radę, by iść! Dziewczyny z zajęć przygotowują się do kolejnych naborów do tej słynnej elitarnej szkoły baletowej. Mnie nasza nauczycielka też namawiała, ale odmówiłam. Nie chcę porzucać szkoły, chociaż za każdy razem, gdy siadam do ławki, lub gdy patrzę na koleżanki z klubu sportowego w szkole, to mam ochotę rzucić wszystko i wyjechać. Życie baletnicy nie jest takie złe. Madam Iwanienko, swego czasu znana na cały świat tancerka baletowa, często nam opowiada, jak to jest żyć w wielkim świecie. Gdzie stojąc na scenie, wszyscy cię oklaskują, każdy twój ruch to nagroda dla obserwujących cię ludzi. Kiedyś myślałam, by zająć się baletem na poważnie, ale miłość do książek, do warsztatu taty i oczywiście do burzy przeważyła nad moją decyzją.
Postanowiłam udać się skrótem, czyli przez salę gimnastyczną, na której szkolna drużyna koszykówki kończyła trening. Ostatnio dostali wycisk podczas ostatniego meczu, przez co przegrali kilkoma punktami. Byłam wtedy na widowni z moim dwuletnim braciszkiem. Zabrałam go na mecz, ponieważ nie miał z kim zostać w domu, a samego przecież nie można było go zostawić. Bracia jak zwykle podwinęli ogony i stwierdzili, że są bardzo zajęci. Myślałam, że chociaż tata wróci wcześniej, ale nie... Na facetów nie ma co liczyć. Zadzwoniłam wtedy do mamy i poinformowałam, że zabieram Katsuyę do szkoły na mecz. Nie miała nic przeciwko. Wie, że mały jest ze mną bezpieczny. Nie pozwolę, by spadł mi choćby jeden ciemny włosek z głowy.
Mały zrobił furorę wśród moich koleżanek ze szkoły. Wszystkie zajęły się nim, a nie oglądaniem meczu. Zaśmiałam się pod nosem, gdy mi się to przypomniało. Mój mały braciszek już w wieku dwóch lat potrafi zawrócić w głowach kobietom. Co to będzie, jak podrośnie...?
Zasłuchana w ulubioną piosenkę, do której zresztą tańczyłam na zajęciach dzisiaj, wkroczyłam na salę. Chłopcy właśnie skończyli swój trening, co mnie ucieszyło. Nie musiałam się z nimi witać. Czasami pytali, czemu nie tańczę podczas meczów z resztą cheerleaderek. Moja odpowiedź zawsze jest taka sama, że w życiu nie będę paradować w kusej spódniczce. Dekolty to co innego. Nie mam nic przeciwko spódniczkom, ale kibicowanie z pomponami to nie dla mnie. Uwielbiam akrobacje, to zawsze będzie dla mnie na pierwszym miejscu, ale dopingowanie pozostawię pozytywnie zakręconym lalom. Nie jestem ani słodka, ani milutka tak jak one. Ćwiczę z nimi, fakt. Nawet raz z nimi zatańczyłam układ. Zgodziłam się być rezerwową, ale nigdy, przenigdy nie mam zamiaru biegać jak postrzelona po boisku.
Wyszłam z sali gimnastycznej tylnym wyjściem. Rześki chłód nocy owiał moją twarz, przynosząc ulgę. Podkręciłam głośność w telefonie. Zamknęłam oczy, wsłuchując się w dźwięki skrzypiec. Lindsey Stirling to moja ulubiona skrzypaczka. Uczyłam się na jej utworach grać, potem tańczyć. Zakochałam się dzięki niej w skrzypcach. Nie wyobrażam sobie życia bez jej utworów. Nagle poczułam silne uderzenie. Poleciałam na trawę jak długa, bo tym razem nie zdążyłam się niczego przytrzymać. Wylądowałam na tyłku, na tej brudnej trawie, w dodatku telefon gdzieś mi wypadł, ponieważ nie słyszałam już muzyki w uszach. No po prostu wspaniale. Rozgniewana wyjęłam niepotrzebne już słuchawki z uszu. Ktoś, kto mnie niemal stratował, pomógł mi łaskawie wstać. Moja magia burzy zaczęła działać, przez co nieznajomy został delikatnie popieszczony prądem, i tak jak to zwykle bywa, w przyjemny dla tego kogoś sposób. Przyjęłam jego pomoc niechętnie. Zaczęłam się rozglądać za swoją zgubą, jednak w tych mrokach nocy niczego nie mogłam wypatrzeć.
– Sorka. – Tylko tyle usłyszałam od tego kogoś. Popatrzyłam na niego, bo to facet był. W ciemnościach, jakie nas otaczały, mogłam dostrzec tylko tyle, iż jest o dużo ode mnie większy. Byłam wkurzona. Popatrzyłam na niego mocno rozgniewana.
– Tak, jak najbardziej powinieneś mnie teraz przepraszać, ponieważ przez ciebie zgubiłam nowy telefon. Wprost fantastycznie. Ojciec mnie zabije... No co tak stoisz, pomożesz mi szukać, czy nie? – fuknęłam na niego, tracąc kontrolę nad nerwami. Czułam, jak ręce zaczęły mi się trząść. Wokół nas atmosfera zgęstniała, ciśnienie skoczyło gwałtownie w górę. Na Boga Burz, muszę się szybko opanować, uspokoić... Wdech i wydech Soraya, wdech i wydech... Gdy uspokoiłam swoje wnętrze, pogoda również się ustabilizowała. Mam ogromny wpływ na pogodę, zwłaszcza gdy się denerwuję, dlatego powinnam zachowywać spokój. No ale jak mam to zrobić, gdy wokół mnie są takie ciapy?!
– Przepraszam. Jestem strasznie zmęczona i nie panuję już nad nerwami. Sama mogłam bardziej uważać, jak chodzę. Ostatnio coraz częściej wpadam na nieznajomych. – Stanęłam przed chłopakiem, wyciągając do niego prawą dłoń w geście przywitania.

< Kagami? >
Liczba słów: 747

poniedziałek, 15 stycznia 2018

Od Sorayi do Joseph'a

Musiałam się zaśmiać. Chichot jakoś tam sam mi się wymsknął. Z tego, co widzę, nasz nowy kolega nie tylko jest niezwykły ze względu na... rasę. Uch, jak ja nie cierpię tego słowa... Wracając, Joseph... Nawet ładne imię jak na faceta. Zerknęłam dyskretnie na białowłosego, który usiadł ponownie obok mnie. Jego aura jest bez wątpienia wyjątkowa, boska. Nigdy nie miałam z kimś takim do czynienia, dlatego jego osoba wzbudziła moje lekkie zainteresowanie. Zdaje się, że gdzieś czytałam coś na temat dzieci bogów. Może po zajęciach pójdę do biblioteki i postaram się coś znaleźć na ten temat...?
Babka przynudzała jak zwykle. Na Boga Burz, dlaczego ja się muszę tego uczyć? Po co rodzice mnie tu zapisali? To ja mogłabym nauczać w tej żałosnej szkole z powodzeniem. Spojrzałam za okno, na niebieskie niebo. Podparłam się lewą ręką pod brodą i zamyśliłam się, choć jednym słuchem wciąż słuchałam tego, co paplała nauczycielka. W pewnej chwili wyprostowałam lewą rękę, by palcami dotknąć szyby. Zamknęłam oczy, aby móc się skupić. Wyczułam, jak nad budynkiem zaczęła tworzyć się nieduża chmura, a gdy uderzyłam lekko palcem w szybę, odgłos silnego grzmotu wstrząsnął okolicą. Nauczycielka przerwała na chwilę tłumaczyć swoje chore bzdety i spojrzała na mnie surowo. Mimo iż nigdy nie dostałam u niej oceny niższej niż pięć z minusem, to doskonale wiem, jak ta gruba foka marzy o tym, by móc mnie uwalić. W sali nastała cisza, kilkoro uczniów obróciło się w moją stronę, jednak nie zwróciłam na nich większej uwagi. Nowy kolega z ławki również skierował swój wzrok na mnie. I wtedy nasze spojrzenia się spotkały. Spojrzałam na niego tak, jakbym mogła ujrzeć to, co tkwi w jego wnętrzu. Na tę krótką chwilę smutek w moich oczach ustąpił miejsca ciekawości, lecz na powrót zajął swoje stare miejsce, gdy tylko przekierowałam czarne spojrzenie na nauczycielkę.
– Soraya Dreyar... – zasyczała, siląc się nadal na nauczycielski ton, Foka. – To nie są zajęcia z użytkowania magii. Jak tak bardzo chcesz się poszczycić swoimi umiejętnościami, to zapraszam do tablicy.
Powstałam powoli ze swojego miejsca. Rękoma podparłam się o blat przed sobą.
–Chyba daruję sobie to niepotrzebne przesłuchanie – rzekłam spokojnie. – Szkoda marnować czas na takie drobiazgi. Zgodzi pani ze mną, nieprawdaż? – spytałam, uśmiechając się niewinnie, lecz oczy i tak zdradziły mnie. Nauczycielka zrobiła się niemal tak samo purpurowa na twarzy, gdy mój nowy sąsiad z ławki się przedstawiał.
– Siadaj... – powiedziała po chwili, poddając się, jednak mimo to, gniew w jej głosie nie pozostawiał złudzeń. Kompletnie zniszczyliśmy jej dzisiejszy dzień. – Żeście się dobrali w tej ławce... – mruknęła jeszcze tylko pod nosem.
Tę uwagę postanowiłam zignorować. Poprawiłam niesforne włosy, które opadły mi na twarz, następnie zarzuciłam nimi delikatnie do tyłu. Jedyną rzeczą, jaką w nich lubię to ich zapach. Woń burzy... Wszystko, co jest z nią związane, jest po prostu piękne. Potęga natury jest piękna.
Gdy lekcja się skończyła, wybyłam z tej przeklętej sali, nie patrząc na nikogo. Zgarnęłam jedynie swój plecach i już mnie nie było. Na korytarzu spotkałam moją przyjaciółkę z jej chłopakiem. Pogadaliśmy chwilę, po czym popędziłam do biblioteki, by oddać ostatnio wypożyczone książki.
Lekcje mijały potem już raczej spokojniej. Joseph za to był zmuszony przedstawić się jeszcze kilka razy. Było po nim widać, że jest już tym wszystkim porządnie znudzony. Nie dziwię mu się.
Idąc korytarzami akademika, z torbą na ramieniu, zmierzałam właśnie do wyjścia. Miałam dzisiaj zajęcia z baletu, których za żadne skarby nie chciałam opuścić. Ze słuchawkami w uszach szłam przed siebie, nucąc sobie pod nosem. Zamyśliłam się tak mocno, iż w pewnym momencie, tuż przy wyjściu, wpadłam na kogoś. Dzięki refleksowi udało mi się tego kogoś przytrzymać, by nie paść niczym kłoda na zapaskudzoną podłogę. Znajome, znudzone oczy spojrzały w moją stronę. Puściłam chłopaka i stanęłam przed nim jak człowiek. Poprawiłam opadające włosy z czoła wolną ręką.
– Wybacz. Czasami chodzę z głową w chmurach. – Zrobiłam malutki krok do tyłu, co było u mnie naturalnym odruchem. Wyciągnęłam prawą rękę w geście przywitania. – Soraya jestem. Jeszcze raz przepraszam, że na ciebie wpadłam. A i oryginalne przedstawienie siebie w klasie, gratuluję odwagi. – Chłopak zerknął na moją niemal białą dłoń, nie uścisnął jej od razu, a gdy już to zrobił, dostrzegłam w jego oczach to, co wszyscy czują, gdy ich dotykam po raz pierwszy, chociaż u niego było to ledwo zauważalne.
Gdy tylko nasze dłonie się ze sobą zetknęły, chłopaka popieściła fala prądu, jednak nie była ona groźna. To raczej takie ciepło, które rozprowadza się wewnątrz ciała. Uczucie podobne do odczuwalnej przyjemność.

< Joseph? >
Liczba słów: 743


sobota, 13 stycznia 2018

Od Sorayi do Josepha

– Może byś się w końcu wziął z tego przejścia, głąbie...? – warknęłam na brata, który blokował mi przejście. Zaczynałam już powoli tracić cierpliwość. Moje dłonie zacisnęły się w pięści i lekko drżały. Patrzyłam wilkiem na Oktaya, który specjalnie stanął w wejściu do mojego pokoju tak, by utrudnić mi dostanie się do środka. Srebrzystowłosy spojrzał na mnie z góry, a, jako że jest ode mnie z jakieś dwadzieścia parę centymetrów wyższy, co najmniej, to musiał opuścić głowę w dół. W jego czarnych oczach zamigotały ogniki, czyli znak, iż nie odpuści tak łatwo.
– Zamknij się pchło i słuchaj co mam ci do powiedzenia. – brat nachylił się ku mnie, by swoim na pozór miętowym oddechem owiać mi twarz. – Gdzie jest moja ostatnio kupiona paczka fajek?
– A skąd mam wiedzieć? – spytałam, udając, iż nic nie wiem o jego zgubie.
– Oj wiesz... Gadaj smarku, gdzie to masz, albo...
– Albo co? – weszłam mu w słowo. – Co ty mi możesz zrobić?
Nasze nosy się ze sobą zetknęły. Oboje jesteśmy uparci. Nie wiadomo, które z nas bardziej, jednak mimo wszystko nie chciałam dać się zastraszyć. Nie temu głąbowi.
– Okeś, Sor, uspokójcie się. Chyba nie chcecie, by ojciec musiał wkraczać do akcji... – obok nas właśnie przeszła mama. Jednocześnie spojrzeliśmy na naszą rodzicielkę, która szła z koszem prania do łazienki. Przez myśl przemknęła mi perspektywa ojca, który znowu prawiłby nam kazania na temat rodzinnych waśni, i jak tylko sobie o tym pomyślałam, tak szybko odpuściłam. Oktay także się zreflektował i przepuścił mnie we wejściu, ale jak tylko go mijałam, złapał mnie za łokieć.
– Jeszcze dokończymy naszą rozmowę, smarku – rzekł mi do ucha półszeptem. Posłałam bratu niewinny uśmiech, a potem pokazałam mu środkowy palec prawej dłoni. Nie usłyszałam już, jak na mnie klnie, gdyż zatrzasnęłam mu drzwi przed nosem.
W pokoju czekała na mnie Electra, rozłożona na moim dopiero co pościelonym łóżku. Jej czarny ogon zwisał z materaca i delikatnie się poruszał. Podeszłam do niej, usiadłam na świeżej pościeli i zaczęłam głaskać jej przyjemnie miękką i błyszczącą sierść. Pantera zamruczała cicho, okazując odczuwalną przyjemność. Uśmiechnęłam się do niej delikatnie. Jednak po chwili westchnęłam, ponieważ nastał już późny wieczór, a ja dawno powinnam być w akademiku. Pozbierałam swoje rzeczy, upchnęłam je niedbale do czarnego plecaka. Gdy sprawdziłam, czy wszystko mam, pożegnałam się z rodzicami, z braćmi i w towarzystwie mojej kociej przyjaciółki wyszłam z domu. Jak zwykle, wyciągnęłam z kieszeni mój czarny smartphone ze słuchawkami. Po kilku minutach walki z przeklętym, zaplątanym kabelkiem, wreszcie udało mi się podłączyć sprzęt, a moje uszy zaczęły pieścić pierwsze dźwięki jednej z moich ulubionych piosenek.
Do akademików mam dość daleko, jednak nie boję się chodzić sama po nocach. Potrafię się obronić, poza tym przy moim boku jest Electra. Na niej zawsze mogę polegać. Tak samo było z Drake'em. Na nim także mogłam polegać. Zawsze....
Drake.
Tęsknię za tobą...
Jego wspomnienie, które pojawiło się w mojej głowie, sprawiło, iż do oczu ponownie cisnęły mi się łzy. Wspomnienia mnie tak bolą... Mimo tego, że są prawie najpiękniejszą pamiątką po nim, jaką posiadam. Pospiesznie starłam niechciane łzy z twarzy. Rozejrzałam się, czy przypadkiem nikt nie był świadkiem mojego rozklejenia, a gdy upewniłam się, że nikogo nie ma, podkręciłam głośność w telefonie niemal do maksimum i nieco szybszym krokiem ruszyłam w stronę mojego drugiego domu.
Auris jakoś nigdy nie wywierało na mnie wrażenia. Szkoła jak szkoła. Wszędzie trzeba się uczyć, jednak niektórzy nauczyciele są, jak dla mnie, oderwani od rzeczywistości. Dobrze, że mnie trafił się mało wymagający wychowawca, inaczej już dawno bym wyleciała z tej, jakże, zaszczytnej placówki edukacyjnej.
Wiatr zawiał w pewnym momencie, a mnie przeszył lodowy dreszcz. Automatycznie złapałam się za ramiona, jakby chcąc się choć trochę obronić przed zimnem. Mogłabym użyć swojej magii, jednak jestem już zbyt zmęczona. Moja energia po dzisiejszych zajęciach jest mocno nadwyrężona, a lekarz nakazał się oszczędzać. Chcę czy nie chcę, muszę się go słuchać. Sama zdaję sobie doskonale sprawę, że nie jest ze mną za wspaniale. Poprawiłam szybko włosy, które tarmosił wiatr. Stawało się coraz zimniej, czułam to każdą pojedynczą komórką ciała. Jedyne, o czym teraz marzę to ciepłe łóżko, poduszka i wygrzana kołdra...

Rano, jak zwykle po przebudzeniu odbyłam moje poranne ćwiczenia rozciągające, wzięłam prysznic, ubrałam na siebie ciuchy i wyszłam z pokoju. Włosy w kolorze smoły postanowiłam dzisiaj zostawić rozpuszczone. Ich końce, jak zwykle skręciły się w subtelne fale na końcach, co szczerze mówiąc, jakoś mi to nigdy nie robiło różnicy. Nie przykładam zbytnio wagi do włosów.
Weszłam do klasy i od razu skierowałam się do mojej ławki. Rzuciłam na blat swój skórzany plecach, po czym opadłam na krzesło, z miną skazańca. Z rana ledwo kontaktuje i tym razem nie było wyjątku. Nie spostrzegłam, jak ktoś się obok mnie dosiada. Nieświadoma jeszcze tego, że mam towarzysza rzekłam sama do siebie znudzonym tonem:
– Jak ja nienawidzę wstawać tak wcześnie rano... To powinno być zabronione ustawowo.
Dopiero gdy przekręciłam się w prawą stronę, ujrzałam siedzącego obok mnie chłopaka o białych włosach. Jego spokojna, wręcz znudzona twarz była skierowana w stronę tablicy.

< Joseph? Dasz się skusić..? >
Ilość słów: 834

wtorek, 9 stycznia 2018

Witamy - Soraya Danika Dreyar!

Imię i nazwisko: Soraya Danika Dreyar
Pseudonim: jak na razie brak.
Wiek: 19 lat
Data urodzenia: 22 lutego
Płeć: Kobieta
Orientacja: heteroseksualna
Partner: jej jak na razie jedyną miłością jest nauka, mechanika i gimnastyka
Klasa: II S
Kluby: Klub informatyczny | Klub cheerleaderek
Rasa: Żywiołak Burzy
Specyfika: Można powiedzieć, że jest chodzącą burzą. Tam, gdzie ona, tam i jej ukochane grzmoty. Aby się „doładować”, może dosłownie zjeść błyskawicę! Gdy jest wypoczęta i pełna werwy bez przeszkód może robić za przenośne źródło energii. Gdzie tylko się pojawi, potrafią polecieć gromy, często spowodowane nagłymi zmianami jej nastroju. Jest empatą, co uważa za swoją nie zaletę, a wadę. Jako żywiołak burzy powinna być niestabilna emocjonalnie i wybuchowa, jednak Sor taka nie jest. Potrafi się zatrzymać w „połowie drogi” i się uspokoić. Ludzie burzy zazwyczaj są porywczy, ale nie ona. Stara się do wszystkiego podchodzić na zimno, choć zdarza się jej nie wytrzymać i wybuchnąć. Co ją wyróżnia, to jej IQ, które nawet dla niektórych nauczycieli jest tajemnicą. Burzowi posiadają ponad przeciętną inteligencję, jednak Sor to zdecydowanie osobnik wykraczający poza skalę.
Charakter: Oj uwierz, ta dziewczyna, niby z pozoru słodka, a chowa diabła za skórą. Gdy tylko chce, potrafi być bezczelna i arogancka. Jak kogoś upatrzy sobie za wroga, będzie tak długo dążyć do tego, aż wreszcie go zniszczy. Posiada specyficzne poczucie humoru. Jako istota pokrewna burzy jest z natury bardzo gwałtowna, aczkolwiek dzięki medytacji, jodze oraz ćwiczeniom sprawnościowym potrafi się wyciszyć i uspokoić. Ze względu na swoje zdolności ma niesamowity refleks i intuicję. Jest też niezwykle szybka, jednakże ze względu na gorsze zdrowie szybko się męczy. Mimo swojej gwałtowności to nigdy nie działa pochopnie. Lubi wszystko obmyślić dwa razy, niż popełnić błąd i cofać się do punktu wyjścia. Jest skrupulatna, dokładna i wymagająca – jednym słowem perfekcjonistka. Zawsze stara się wydobyć z siebie więcej niż sto procent, dzięki czemu doskonale opanowała swoje zdolności w wieku siedemnastu lat.
Jest niebywale inteligenta. Matematyka, fizyka, czy chemia... nie są jej straszne. Od małego miała styczność z nauką, więc teraz w szkole jest jej o wiele łatwiej, niż innym.
Na pierwszy rzut oka wydaje się osobą zdystansowaną i stroniącą od ludzi, lecz nie jest to prawdą. Do obcych podchodzi z rezerwą, może dlatego, że jest bardzo nieufną osobą. Czasami sprawia wrażenie osoby niemiłej, jednak jest to tylko powłoka. Taki jej mechanizm obronny, ponieważ dla rodziny i przyjaciół jest zupełnie inna. Skrywa w sobie jedną z nielicznych cech, których w sobie nie lubi, a jest to empatia. Czuje ból innych, dlatego trzyma się od cierpiących z daleka. Z tegoż względu tak bardzo unika szpitali, cmentarzy i tym podobnych miejsc, jednakże, gdy ktoś w jej pobliżu jest gnębiony, staje w jego obronie.
Dla swojego dwuletniego braciszka wskoczyłaby w ogień. Katsuya jest jej całym światem, często po szkole, gdy nie ma zajęć dodatkowych, pomaga swojej matce zajmować się maluchem lub usypia go grą na skrzypach.
W szkole stara się zachowywać przyzwoicie, choć czasami zdarzy się, że jakaś nierozważna pusta lala zajdzie jej za skórę. Wtedy państwo Dreyar są wzywani do szkoły, by odebrać swoje „niezdyscyplinowane” dziecko. Poza niektórymi incydentami jest wzorową uczennicą. Zawsze jest przygotowana na zajęcia, a odpowiedzi przy tablicy nie są jej straszne.
Jako młoda osoba jest dość obowiązkowa i nienawidzi niesprawiedliwości. Zazwyczaj tacy, co mają za nic sprawiedliwość czy prawość są u niej skreśleni do końca ich marnych dni.
Co do przyjaciół, to nie otacza się zbyt wieloma osobami. Woli towarzystwo swoich maszyn, narzędzi, książek i oczywiście swojej pantery, Electry, a mimo to jest oddaną i kochającą przyjaciółką. Dla przyjaciół zrobi wszystko, oddałaby absolutnie każdy skarb świata, aby jakoś pomóc bliskiej jej osobie.
Lubi wieść raczej beztroskie życie poza szkołą i obowiązkami. Chodzi na imprezy, lecz wystrzega się alkoholu czy innych używek. Jeden z jej braci pali, co doprowadza ją czasami do szału. To często jest główną przyczyną kłótni jej z braćmi. Jako jedyna dziewczyna wśród rodzeństwa nauczyła się radzić sobie z facetami. Nawet najstarszy z braci, który skończył już szkołę się jej boi.
Aparycja: Soraya posiada średni wzrost, gdyż mierzy sobie dobre sto siedemdziesiąt centymetrów. Wyróżnia się z tłumu, a to za sprawą swojego wyglądu. Jej włosy, długie, niemal do pasa są w kolorze głębokiej, smolistej czerni. Podobnie jak oczy, których źrenic nie sposób odróżnić od tęczówek – są tak ciemne. Jej usta za to są w kolorze ciemno malinowym. Lica dziewczyny zdobią lekkie, o różanej barwie rumieńce. Nos leciutko zadarty. Na oczy zawsze opada jej przydługa grzywka, którą non stop poprawia, zakładając niesforne kosmyki za ucho. Jej skóra jest praktycznie biała, niemal mlecznobiała, co daje niezwykły kontrast z czarnym, hipnotyzującym spojrzeniem oraz włosami.
Jej ciało jest raczej drobne, choć matka natura nie poskąpiła jej kobiecych krągłości. Soraya może się poszczycić rozmiarem stanika duuużego D. Ze względu na lata treningu jej figura, jak i całe ciało jest ukształtowane. Wszystko jest na swoim miejscu, jednakże Sor narzeka na, jak to ona określa, swój płaski tyłek. Dziewczyna często ubiera na siebie ciuchy z dużymi dekoltami, jeansy i trampki, choć zdecydowaną większością w jej szafie są skórzane kurtki we wszystkich ciemnych kolorach. Wychodząc z domu, czy do warsztatu, gdzie spędza większość swojego wolnego czasu, ubiera na siebie skórzane czarne biodrówki, ciemny podkoszulek no i nieodłączne czarne okulary przeciwsłoneczne. Na szyi spoczywa jedna z dwóch pamiątek po jej dziadku, poprzednim Żywiołaku Burzy – naszyjnik z błyskawicą, natomiast jej prawą rękę zdobi czerwona wstążka z niezniszczalnego materiału – to z kolei pamiątka po jej babci.
Głos: Taylor Swift
Numer pokoju: 22
Współlokator: Ria Cloya Blau
Zainteresowania: Sor posiada wiele zainteresowań, są one głównie związane z... wojną. Dziewczyna jest wyśmienitym strategiem, co uwydatnia się podczas zabaw czy sprzeczek z jej z braćmi. Wolne chwile poświęca na grzebaniu w silnikach, czytaniu wszelakich książek, czy na graniu na skrzypcach. Babskie sprawy jakoś mało ją interesują. Nie buszuje po sklepach, a jedyne półki, jakie przetrząsa to te z książkami w bibliotece, chociaż... Jest jedna babska rzecz w jej życiu, a mianowicie balet. Ale cicho, o tym nikt nie wie... Oprócz mechaniki, która nie ma tajemnic przed Sorayą, dziewczyna również jest świetnym informatykiem. Lub jak to jej bracia mówią, hakerem. Nie ma takiego kodu, którego by nie złamała. Nie ma takiej technologii, której by nie zrozumiała. Interesuje ją też historia świata oraz sam świat. Chciałaby kiedyś wyjechać i zwiedzić niektóre miejsca na mapie. Soraya uwielbia muzykę, między innymi dlatego gra na skrzypcach. Uczyła się w dzieciństwie gry na innych instrumentach, ale to właśnie skrzypce skradły jej serce. Poza tym dziewczyna uwielbia kino. Często z braćmi urządza wieczorne seansy filmowe, które kończą się nad ranem.
Moce:
Cóż, jej zdolności są nie tylko co niebezpieczne, ale też o wielkiej sile rażenia:
– posiada szybkość błyskawicy
– potrafi wykreować potężne burze, jak i kontrolować te, które tworzą się samoistnie
– sama jest odporna na elektryczność, jej ciało wytrzyma praktycznie każde natężenie prądu
– ze względu na unikalność swoich zdolności posiada również ograniczony wpływ na pochodne swojego żywiołu, czyli ogień, energię i wiatr, lecz są to tak drobne zdolności, że można ich nie zaliczać
– jest zdolna łapać błyskawice, nadawać im jaki tylko zechce kształt, zaś kontroluje je poprzez grę na skrzypach, by zająć czymś młodszego brata.
Rodzina:
– Saron Dreyar - ojciec Sorayi. Dziewczyna jest jego jedyną córką, a co za tym idzie, jego oczkiem w głowie. Odstrasza każdego potencjalnego kandydata na zięcia. Sor kocha ojca niemal tak samo mocno, jak najmłodszego braciszka. To właśnie po ojcu odziedziczyła smykałkę do mechaniki i do układania strategii. Ich rodzina kiedyś miała powiązanie z armią, dlatego pan Dreyar stara się wychowywać swoje dzieci w dyscyplinie i w poszanowaniu dla prawa. On sam jest jednym z najlepszych mechaników na wyspie, jego warsztat codziennie odwiedza masa klientów. Jest to człowiek oczytany i wykształcony. Z wykształcenia jest inżynierem mechaniki i robotyki.
– Tayuya Dreyar – matka Sor i czworga jej rodzeństwa. Pani Dreyar to serce rodziny. To ona dba o to, by jej niesforna banda nie narozrabiała zbytnio w mieście. Już lepiej ona, niż jej ukochany małżonek, który szerzy postrach wśród ich synów, zresztą podobnie jest na mieście. Tayuya to kobieta o wielkim sercu, ale też i o stalowych nerwach. Jest szamanką. Nie sposób jej wyprowadzić z równowagi. Doskonaliła tę umiejętność przy piątce, czasami „nad aktywnych” dzieci, dzięki czemu stała się prawdziwą mistrzynią. Z zawodu jest biologiem, a zamiłowania astrofizykiem. Gwiazdy to jej konik.
– Tobiraya Dreyar – najstarszy syn pańswta Dreyar i brat Sor. Dwudziestopięciolatek właśnie zakończył edukację w Auris z wyróżnieniem za wybitne wyniki w nauce. Tobiś odziedziczył magię po matce. Tak jak ona jest szamanem. Podobne jak siostra, opanował swoje zdolności do perfekcji, będąc jeszcze chłopcem. To geniusz. Z Sorayą łączą go bardzo bliskie stosunki. Mimo swojej gabarytów, które nawiasem mówiąc, są imponujące, czasami boi się młodszej o prawe siedem lat siostrzyczki z piekła rodem.
– Matayas Dreyar – uczęszcza do ostatniej klasy S oraz do klubu sportowego. Dwudziestotrzyletni młody chłopak trenuje pływanie. Z Sorayą rozumieją się bez słów. Zazwyczaj we dwójkę buszują w sieci i włamują się na zakazane strony. Mat to typ samotnika, który podobnie jak jego siostra swoją miłość ofiarował książkom.
– Oktay Dreyar – wieczny lekkoduch i największy śmieszek w rodzinie. Ma dwadzieścia jeden lat i ani myśli o wydorośleniu. To on zazwyczaj wyciąga rodzeństwo na różne imprezy, które potrafią trwać do białego rana. Soraya jest dla niego bardzo ważna. Mimo iż wiecznie się ze sobą sprzeczają, to dla siostry jest gotów na każde poświęcenie. Chodzi do klasy III sportowej oraz na klub lingwistyczny.
– Katsuya Dreyar – to najmłodszy członek rodziny jak na razie. Ma dwa lata i właśnie odkryto, iż tak jak Soraya jest Żywiołakiem Burzy. Jego zdolności są jak dotąd niegroźne, lecz z czasem mały urośnie w siłę. Jedyną osobą, która jest w stanie skutecznie go uśpić to właśnie Soraya ze swoją grą na skrzypcach. Mały uwielbia się z nią bawić.
Historia: Nie ma tu za wiele do powiedzenia. Jej rodzina, podobnie jak inne żyje na wyspie od zawsze. Wcześniej Soraya uczyła się w domu, a jej nauczycielami była matka, najstarszy brat i nieżyjący już dziadek – Soren Dreyar. Musiała uczyć się w domu, ze względu na słabe zdrowie. Jako małe dziecko była wesoła, wszędzie było jej pełno. Jak tylko nauczyła się mówić, to powtarzała naokrągło, że zostanie gwiazdą rocka i mistrzynią świata w gimnastyce akrobatycznej. Z biegiem lat wyrosła, nieco spoważniała, choć zdarzają się u niej chwile tak zwanej głupawki. Przed osiągnięciem osiemnastego roku życia jej rodzice zadecydowali, iż zapiszą ją do Auris. Najzwyczajniej w świecie chcieli się pozbyć jedynej córki z domu, ponieważ ta nie wytykała nosa poza warsztat ojca czy swego pokoju. Od najmłodszych lat trenuje gimnastykę oraz uczęszcza wieczorowo do szkoły baletowej cztery razy w tygodniu.
Pupil: Soraya posiada panterę o imieniu Electra. Zwierzak, tak samo, jak jego właścicielka jest odporny na elektryczność. Ma już ponad jedenaście lat, a wciąż zachowuje się niczym młode kocie. Electra to jedna z najwierniejszych przyjaciół czarnowłosej. Dziewczyna często zwierza się panterze ze swoich problemów, których wbrew pozorom ma całkiem sporo.
Inne: 
- Młoda Dreyar jest niezwykle upartą osobą. Jak coś sobie wbije do głowy, czy coś postanowi, żadna siła nie jest w stanie jej powstrzymać przed zrealizowaniem celów. Bywa tak, że dociera do nich po trupach, jednak nigdy nie przekracza ostatecznej granicy.
- Mimo że niezłe z niej ziółko, które potrafi porządnie komuś grzmotnąć, to wystrzega się przemocy.
- Działa tylko i wyłącznie w obronie koniecznej.
- Ojciec i bracia nauczyli ją jak walczyć, a dzięki elastycznemu ciału, szybkości i sprytowi wychodzi zwycięsko niemal z każdego starcia. W szkole jednak stara się nie wychylać. I tak uchodzi za kujona, jednak nikt tego głośno nie powie – nikt nie chce ryzykować bycia trafionym piorunem.
- Sor ma wiele sekretów, a jednym z nich jest jej wrażliwość. W głębi serca jest bardzo delikatna, krucha niczym szkło.
- Dziewczyna panicznie boi się igieł. Ma traumę z dzieciństwa, o której nie lubi rozmawiać. Nie ma sobie równych w grze w szachy.
- Często zapomina o swojej niemałej urodzie.
- Lubi czasem czytać te same książki po kilkanaście razy.
- Była kiedyś zakochana w pewnym chłopaku, ale ten umarł. Jego śmierć zmieniła Sorayę jeszcze bardziej niż utrata ukochanego dziadka.
- Jest bardzo mocno zżyta z rodziną. Weekendy spędza zazwyczaj z bliskimi w domu, chyba że ma dość swoich dwóch starszych braci, wtedy nocuje u najstarszego – Tobirayi.
- Jej ulubioną potrawą jest lasagne. W sumie jest to jedyne, co potrafi ugotować i wychodzi jej to nawet dobrze.
- Jak wcześniej wspomniałam, jest kompletnym beztalenciem kulinarnym. Również nie potrafi rysować czy malować. Jej rysunki wyglądają gorzej niż te należące do przedszkolaków.
- Dziewczyna ma piękny głos. Czasami, gdy układa nowe utwory na pianinie, by później ćwiczyć je na skrzypcach, podśpiewuje sobie pod nosem.
- Uwielbia konwalie i białe róże, lecz to właśnie konwalie są najbliżej jej serca.
- Ukrywa to, że jest baletnicą.
- Ogląda wszystkie mecze w telewizji. Jej ulubionymi dyscyplinami, prócz gimnastyki, są koszykówka i siatkówka.
- Uważaj, ponieważ nigdy, ale to przenigdy nie wyzywaj jej na wyzwanie w bilardzie albo w pokerze. Oskubie cię do cna.
- Jej kolejną tajemnicą jest umiejętne posługiwanie się kataną lub sai.
Kontakt: Mam trzy adresy mailowe, ale proszę się ze mną kontaktować, pisząc na kimiko222moon@gmail.com
Motto: „Kiedy piszesz historię swojego życia, nie pozwól, aby ktoś inny trzymał pióro.”
Relacje: się okaże z czasem.
Ważne opowiadania: jak na razie brak.
Inne zdjęcia:

Źródła zdjęć: wszystkie arty zostały znalezione na Pintereście i mają różnych autorów.