Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aserys. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aserys. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 25 czerwca 2018

Od Aserysa do Olivii

Gdy lekcja jazdy konnej dobiegła końca, rozstałem się z Olivią i wróciłem do swojego pokoju. Koniecznie chciałem od razu wziąć prysznic - od stóp do głów pokryty byłem jasnym pyłem, a gruba warstwa błota na moich butach sięgała powyżej kostek. Na doprowadzenie się do ładu miałem śmiesznie mało czasu, dlatego niezwłocznie po wejściu do akademika wparowałem do łazienki, po drodze zrzucając z siebie po kolej wszystkie elementy garderoby. Olivia obiecała odwiedzić mnie za kilka minut i jeśli nie chciałem paradować przed nią przeciorany i pachnący tak jakbym dopiero co wrócił z koszar, musiałem się bardzo pospieszyć. Mogłem zapomnieć o leniwym moczeniu się i rozkoszowaniem ciepłem wody, na co lubiłem sobie pozwolić od czasu do czasu.
Wpadłem do kabiny z prędkością torpedy, po czym po omacku odkręciłem skrzypiące ze starości kurki z wodą, nie przykładając większej wagi do temperatury, jaką uda mi się nastawić, i wylałem na dłoń garść płynu do kąpieli. Pospiesznie zacząłem się szorować, możliwie najdokładniej i najszybciej, starając się za wszelką cenę zignorować fakt, że lała się na mnie woda tak zimna, jakby transportowano ją ze źródeł na Alasce. Syknąłem i ręką pokrytą pianą sięgnąłem do kurka z gorącą wodą. Ten jak na złość oczywiście się zaciął i minęła dłuższa chwila, zanim ponownie udało mi się go przekręcić. Już miałem wrócić do szorowania się, gdy wtem usłyszałem odgłos, którego nasłuchiwałem z nieukrywanym niepokojem - pukanie do drzwi.
Jasna choleera.
- Już idę! - zapewniłem donośnie, co miało się do rzeczywistości mniej więcej tak, jak teoria geocentryczna do faktycznej budowy wszechświata.
Darowałem sobie dalsze mycie. Niedbale, pobieżnie i z zawrotną prędkością zacząłem spłukiwać z siebie mydło. Gdy uznałem, że pozbyłem się z siebie niemal w całości, zakręciłem wodę. Wychodząc z kabiny, przez własną nieuwagę poślizgnąłem się, i gdyby w ostatniej chwili nie udało mi się złapać równowagi, wyrżnąłbym głową prosto w umywalkę, najpewniej tracąc przy tym górne zęby.
Owinąwszy się ręcznikiem w pasie, pobiegłem skosem przez pokój prosto do drzwi. Nim otworzyłem je, ręką zaczesałem mokre włosy do tyłu.
- Chyba przyszłam w nieodpowiednim momencie… - zachichotała cicho pod nosem czarnowłosa, gdy tylko stanąłem w przejściu. Oblała się delikatnym rumieńcem na widok mojego niekompletnego odzienia, na co uśmiechnąłem się lekko, starając się ukryć lekkie zdenerwowanie jej wizytą.
- Ależ nie, wejdź. - Ruchem ręki zaprosiłem ją do środka, przytrzymując drzwi.
- Na pewno? - upewniła się, a róż na jej policzkach nabrał intensywniejszego tonu. - Zawsze mogę wpaść później, to naprawdę nie problem...
W kilku słowach przekonałem ją, że jej obecność w niczym mi nie przeszkadza, a wręcz przeciwnie, jest mile widziana. Dopiero wtedy czarnowłosa zdecydowała się wejść środka. Powoli przekroczyła próg, po czym uśmiechnęła się pod nosem na widok porozrzucanych po całym pomieszczeniu ubrań. Ja tymczasem pobladłem i przełknąłem przekleństwo, cisnące mi się na usta.
Jeden but leżał na boku na środku pokoju, z żyrandola zwisały spodnie (dobry boże, co one tam robiły?), a na oparciu krzesła jak kot rozciągnęła się brudna koszulka. O drugi but potknąłem się, podchodząc do Olivii.
- Ymm, stokrotnie przepraszam za bałagan... Zaraz coś z tym zrobię... - bąknąłem w biegu, niezwłocznie zabierając się do zbierania ubrań. Dodałem jeszcze przez ramię: - A ty usiądź sobie wygodnie na fotelu i czekaj. Zdaje się, że obiecałem ci masaż. - Przez ramię puściłem jej oko i schyliłem się po najbliższy but.
<następne opowiadanie>
<Oliv? ♥ Przepraszam, że takie krótkie, ale czas naglił :c>
Ilość słów: 546

czwartek, 31 maja 2018

Od Aserysa do Olivii

Jazda konna na tym olbrzymie okazała się, wbrew pozorom, niezwykle uspokajającą i przyjemną rzeczą. Ash sunął powoli, niemal powłócząc kopytami w sennym, jedwabistym stępie. Być może pomyliłem się co do jego natury i zbytnio wyolbrzymiłem całą sprawę, być może... czarnowłosa miała rację. Uwierzyłem w plotki, nie dając jej nawet szansy przekonać mnie do zwierzęcia. Uparcie nie chciałem uwierzyć w żadne jej słowo, mimo że nie miałem żadnych twardych dowodów na to, że jej koń istotnie jest tak agresywny, jak reszta jego gatunku. Nigdy nie przyznałbym tego głośno, ale w głębi duszy było mi z tego powodu głupio. Zawsze byłem uparty jak ostatni osioł i nic, absolutnie nic do mnie nie docierało. Niechętnie uświadomiłem sobie również, że powinienem przeprosić Olivię za swoje zachowanie i podziękować jej za anielską cierpliwość. Cóż, ja na jej miejscu już dawno chyba palnąłbym sobie w łeb.
Podczas gdy ja snułem refleksje na temat swojego dziecinnego zachowania, Olivia, patrząc przed siebie, ze stoickim spokojem prowadziła Asha za skórzaną uzdę. Jej ruchy, podobnie jak konia, były spokojne i płynne. Szła powoli, ładnie kołysząc przy tym biodrami. Musiałem przyznać, że bryczesy idealnie na niej leżały. Były czarne jak smoła i idealnie komponowały się z ekwipunkiem konia. Każdy jego element był w tym samym kolorze, co sprawiało, że wyglądał bardzo prestiżowo i schludnie. Sądząc po tym, jak wygodne było siodło, z pewnością nie zostało wykonane przez pierwszą lepszą firmę.
- Olivio... - zacząłem, gdy zrobiliśmy już pierwsze kółko. - Ech... - zrobiłem pauzę, próbując zebrać słowa. Przyznawanie się do błędu nigdy nie szło mi zbyt dobrze. - Wiesz, miałaś jednak rację. Ash nie jest krwiożerczą bestią. W zasadzie jest całkiem miły. Naprawdę. Przykro mi, że źle was oceniłem...
Usłyszałem, że Olivia cicho zachichotała pod nosem. Nawet nie obróciła się, żeby na mnie spojrzeć.
- Grunt, że wreszcie to zrozumiałeś, histeryku.
- Hej!
Zaśmiała się głośniej i spojrzała na mnie przez ramię. Na mojej twarzy widniał teatralny wyraz śmiertelnego obrażenia, który tylko jeszcze bardziej ją rozbawił. Wkrótce i ja zacząłem się śmiać. Nie potrafiłem skomentować całej tej sytuacji w inny sposób. Wszystkie moje obawy okazały się nieuzasadnione i nagle moje wcześniejsze postępowanie zaczęło wydawać się zupełnie nieuzasadnione. Zastanawiałem się, czym ja się w ogóle przejmowałem. Przecież Ash był absolutnie niegroźny.
- Mam nadzieję, że mogę liczyć na kolejną lekcję, poskramiaczko morskich bestii? - rzuciłem, lekko klepiąc ogiera po łopatce. Miał miękką, czarną sierść. Była miękką i przyjemna w dotyku.
- Ależ oczywiście, kiedy tylko chcesz - zapewniła, wyraźnie zadowolona z postępów, jakie uczyniłem w przeciągu zaledwie kilku minut.
- Wspaniale. W takim razie wiedz, że teraz nie uwolnisz się ode mnie, póki nie nauczysz mnie jeździć. - oświadczyłem beztrosko, oglądając mijane widoki. Nigdy nie przypuszczałbym, że jazda konna może być równie relaksująca.
- Wszystko w swoim czasie.
Uśmiechnąłem się pod nosem.
- Niech ci będzie.
Zrobiliśmy jeszcze jedno kółko. Potem Olivia zatrzymała się i przytrzymała konia, abym mógł spokojnie zsiąść. Zsunąłem się z siodła bez większych problemów i prosto stanąłem tuż obok. Czarnowłosa posłała mi pełne wyczekiwania spojrzenie głębokich jak studnia oczu. Nie lubiłem, gdy patrzała na mnie w ten sposób. Czułem się przez nią prześwietlany na wylot. Westchnąwszy cicho ze zmieszanym uśmiechem, zbliżyłem z lekkim ociąganiem. Gdy tak staliśmy naprzeciwko siebie w zupełnej ciszy, przez krótką chwilę popatrzyłem jej prosto w te jej onyksowe oczy i objąłem ją ramionami, co musiało być zapewne ostatnią rzeczą, jakiej się w tamtym momencie spodziewała. Przytulając do siebie, mruknąłem jej do ucha:
- Dziękuję, Liv.
<Liv? Patrz, jak romantycznie ♥>
Ilość słów: 571

środa, 2 maja 2018

Od Aserysa do Olivii

Gdy zobaczyłem konia Olivii, od razu przeszła mi jakakolwiek chęć do jazdy. Nie zrozumcie mnie źle - nie byłem specjalnie tchórzliwym człowiekiem, ale ze zwierzętami tej rasy nie było żartów. Cechowała je agresja, brutalność i ogromna siła; słyszałem wiele o ich ognistym temperamencie i nie byłem pewien, czy chciałem ryzykować kalectwo lub utratę życia w imię przejażdżki na koniu dziewczyny, która mi się podobała. W końcu wszystko ma swoje granice, prawda? Coś takiego byłoby szaleństwem. Zgoda, Olivia próbowała mnie przekonać, że Ash jest niegroźny, milutki, puchaty i takie tam, lecz ja nie dawałem się tak łatwo przekonać. W końcu sama powiedziała, że w każdej chwili może mu się odwidzieć moje towarzystwo, a ja, no cóż, raczej nie chciałem się dowiedzieć, co może się stać, gdy wspomniany wcześniej koń nagle stwierdzi, że nadszedł czas zakończyć naszą znajomość.
Skrzyżowałem ręce na piersi i jeszcze raz przebiegłem wzrokiem po zwierzęciu rozmiarów małego busa.
- Wiesz, Liv, raczej nie mam ochoty na nim jeździć - zadeklarowałem, patrząc prosto w oczy dziewczyny. - Nie sądzę, aby wniknęło z tego coś dobrego.
Olivia pogładziła karego ogiera po chrapach i uśmiechnęła się pod nosem.
- Aż tak cię wystraszył?
Wybałuszyłem oczy i otworzyłem usta, nie mając najmniejszego pojęcia jak zareagować na kpiący wyraz twarzy dziewczyny. Zazwyczaj to ja naśmiewałem się z innych, dlatego też nie miałem doświadczenia w sytuacjach, gdy to ktoś drwił ze mnie.
- Wystraszył? - powtórzyłem z niedowierzaniem wymalowanym na twarzy. Uniosłem jedną brew i parsknąłem gromkim, dźwięcznym śmiechem. - No błagam... Mógłbym dosiąść go nawet teraz, tyle że raczej nie widzi mi się aktualnie odwiedzać szpital, także wybacz.
- Akurat - prychnęła, bez uprzedzenia podprowadziwszy konia niebezpiecznie blisko mnie, na co mimowolnie cofnąłem się o krok. Czarnowłosa przechyliła głowę i spojrzała na mnie wymownie. Westchnąłem.
- No dobrze - uniosłem dłonie w geście kapitulacji - Może i nie zrobiłbym tego dosłownie t e r a z, ale jestem pewien, że mógłbym dokonać tego jutro. - Dumnie uniosłem podbródek i spojrzałem na konia, usiłując nadać swojemu spojrzeniu wojowniczego akcentu.
Olivia stłumiła śmiech, pobłażliwie skinęła głową i zawróciła konia do stajni.
- A więc jesteśmy umówieni. Przyjdę po ciebie jutro po lekcjach. - puściła mi oko, pomachała palcami dłoni, w której trzymała wodze i ruszyła do stajni. Prowadząc konia obok siebie, bezceremonialnie zostawiła mnie samego, nie obejrzawszy się ani razu.
~***~
Czarnowłosa, zgodnie z obietnicą, pojawiła się pod moimi drzwiami następnego dnia. Tym razem ubrana była w białą koszulkę polo, idealnie dopasowane bryczesy oraz godne pozazdroszczenia, lśniące czystością oficerki. Włosy spięte miała w wysoki koński ogon, a w ręce trzymała toczek z małą kokardką z tyłu. Uśmiechając się pod nosem, rzuciła na powitanie:
- Gotowy?
Oparłem się w drzwiach i położyłem jedną rękę na karku.
- Ech, niezupełnie - przyznałem, głośno wypuszczając powietrze. - Nie za bardzo wiem, jak powinienem się ubrać. Co prawda szukałem w szafie, lecz nic nie wydaje mi się odpowiednie. Może zechciałabyś mi pomóc?
Może rzeczywiście nie wiedziałem co założyć, a może tylko grałem na zwłokę, ponieważ myśl o bliskiej konfrontacji z koniem Olivii nadal budziła we mnie niepokój. Tak czy inaczej, zaprosiłem dziewczynę ruchem ręki do środka, nieustannie czując wwiercające się we mnie intensywne spojrzenie jej onyksowych oczu.
<Olivia?>
Ilość słów: 528

niedziela, 1 kwietnia 2018

Od Aserysa do Olivii

Przez sekundę patrzyłem w ciszy na Olivię, w żadnym stopniu nie pojmując sensu jej pytania. Jazda konna to jazda konna, o co innego mogłoby mi chodzić, jeśli nie o jazdę na czterokopytnym stworzeniu zwanym koniem? Nagle doznałem olśnienia. Zmarszczyłem z namysłem brwi i wybuchnąłem gromkim śmiechem, który poniósł się dźwięcznym echem po całym pokoju. Brzmiał lekko i szczerze. Można mi było zarzucić wszystko, ale nie to, że nie umiałem się śmieć. Zasłoniłem usta wierzchem dłoni i oparłem się drugą dłonią biurko, wiedząc, że jeśli tego nie zrobię, najprawdopodobniej zacznę się tarzać po podłodze.
- Nie myślałaś, że chyba ja... - ugiąłem się pod nową falą wesołości -...za coś takiego chciałbym... - Spojrzałem na Olivię i zatoczyłem się ze śmiechu jeszcze raz, widząc jej bezbłędny wyraz twarzy, dokładnie tak, jakby ktoś właśnie sprzedał mi dowcip stulecia. - Naprawdę nie myślałaś, że chyba mógłbym... Och nie, jaki wstyd! - Spojrzałem na nią, kręcąc głową w wyrazie dezaprobaty i przybierając na twarz wyraz żartobliwego skarcenia. Po chwili musiałem ponownie zakryć usta ręką, by stłumić ostatnią falę śmiechu.
- No co? - zapytała oskarżycielskim tonem, lecz cały groźno-stanowczy elekt zniweczony został przez wydawany przez nią dziewczęcy chichot. Nie wiedziałem, czy ta sytuacja bawiła ją w takim samym stopniu jak mnie, czy może po prostu zaraził ją mój śmiech, ale cieszyłem się, że nie jest już taka ponura jak wcześniej.
- Nie mam pojęcia, Olivio, czego zażądała od ciebie w zamian osoba, która ostatnim razem bandażowała ci nogę, ale ja wbrew pozorom nie miałem niczego takiego na myśli. - Usiadłem na krześle, które uprzednio zajmowała Olivia i, opanowawszy się już nieco, podałem jej spodnie.
Nie powiem, sugerowana przez Olivię forma zapłaty za moją drobną przysługę nie była wcale taka zła, jednakże... Czułem się poniekąd rozczarowany faktem, iż białowłosa myślała, że zaoferowałem jej pomoc, zaprosiłem do pokoju i byłem wyjątkowo uprzejmy, ponieważ chodziło mi tylko o jedno. Zgoda, zawsze mogłem tak postąpić, lecz koniec końców nie byłem aż tak płytki. Och, no zgoda, w stosunku do płci przeciwnej zdarzało się, że czasami jednak byłem, niech będzie, ale... nie tym razem. Pomogłem jej z dobroci serca, tyle w tej sprawie.
Olivia zabrała spodnie i bez słowa zaczęła się ubierać. Tym razem grzecznie skupiłem wzrok na suficie, a nie na jej obłędnych nogach. Uświadomiłem sobie, że nic dziwnego, iż wpadła na taki pomysł, skoro jeszcze przed chwilą przyglądałem się im w dość... jednoznaczny sposób. No cóż, nie moja wina, jestem tylko facetem.
- Idziesz czy nie? - zapytała białowłosa, zmierzając do drzwi.
- Gdzie?
- Do stajni. Chyba miałam cię uczyć jeździć, racja?
Uśmiechnąłem się pod nosem.
- Czyli jednak się zgadzasz? - podniosłem się z siedzenia, przeciągnąłem leniwie i spojrzałem jej w oczy. - Wspaniale. Chodźmy.
Gdy opuściliśmy pokój, ze szczęknięciem przekręciłem w zamku klucz i wsunąłem go do tylnej kieszeni spodni. Ruszyliśmy niemal pustym korytarzem w kierunku stajni. Droga nie była długa, jako że mój pokój znajdował się na wylocie.
Po dotarciu na miejsce Olivia poprowadziła mnie do boksu swojego konia. O ile w ogóle dało się go tak nazwać.
Szczerze mówiąc, gdy myślałem o koniu Olivii, miałem na myśli drobną siwą klaczkę o jedwabistej sierści, lśniących kopytkach i grzywie zaplecionej w słodkie warkoczyk, ewentualnie dużego, grubiutkiego, lekko ślamazarnego kucyka o uroczej aparycji i porośniętych gęstą sierścią pęcinach, ale na pewno nie TO COŚ.
To była kara bestia. Ashley był zdecydowanie największym koniem, jakiego miałem okazję kiedykolwiek wyglądać. Mierzył pewnie grubo ponad dwa metry w kłębie i być może miałbym problem, aby pogłaskać go po nim ręką. O ile dobrze pamiętałem, rasa, której był przedstawicielem, nie należała do spokojnych pożeraczy trawy. Po moich plecach przebiegł dreszcz. Nie wątpiłem, że zwierze byłoby zdolne jednym kłapnięciem pyska odgryźć mi dłoń albo zamaszystym kopnięciem potężnych nóg wysłać prosto na tamten świat.
- TO? - wycelowałem palec prosto w nos konia (oczywiście zachowawszy bezpieczną odległość...) i oskarżycielsko spojrzałem na Olivię, dokładnie tak, jakby to ona odpowiadała za niebotyczne rozmiary konia. - TO jest Ashley? - strzelałem przez chwilę rozgorączkowanym wzrokiem to na konia, to na dziewczynę. Musiało to wyglądać przekomicznie. - Błagam cię Liv, powiedz, że żartujesz i chodźmy do tego twojego kucyka...

< Olivia? XD >
Liczba słów: 683

piątek, 23 marca 2018

Od Aserysa do Olivii

Zaprowadziłem czarnowłosą do swego przytulnego pokoiku i z nieukrywaną ulgą przyjąłem fakt, że kazała swojemu gadającemu psu zostać za drzwiami. Miło z jej strony. Będę musiał się jej jakoś za to odwdzięczyć, jako że, szczerze mówiąc, naprawdę nie miałem pojęcia, do czego mogłoby dojść, gdyby ponownie doszło między nim a mną do burzliwej konfrontacji słownej. Poza tym... No cóż, cieszyłem się, że zostanę z Olivią sam na sam. Oznaczało to mniej więcej tyle, że zyskałem małe pole do popisu, do tego na własnym terenie. Och, nie muszę chyba mówić, że zamierzałem nieco z tego faktu skorzystać?
Gestem podbródka wskazałem dziewczynie wysokie, rzeźbione krzesło a sam opadłem się biodrem o biurko i skrzyżowawszy ręce na piersi, omiotłem wzrokiem pomieszczenie.
Mimo że byłem przedstawicielem płci męskiej, moja kwatera z reguły utrzymana była w ładzie, przynajmniej pozornym. Nie zrozumcie mnie źle, w żadnym wypadku nie byłem żadnym stukniętym pedantem, co to w każdej wolnej chwili biega po szkole z koszem żeli antybakteryjnych i sterylizuje każdy przedmiot w zasięgu wzroku, och nie, o tym w moim przypadku nie mogło być mowy. Ja jedynie lubiłem pracować w czystym i schludnym otoczeniu. Wtedy łatwiej było mi pozbierać myśli.
- Prawie zapomniałam - zaczęła Olivia nieco skonfundowanym głosem, wlepiając we mnie intensywne spojrzenie aksamitnoczarnych oczu. Blada cera, czarne włosy, czarne tęczówki... Wyglądała trochę jak szop pracz. - Nie mogę podciągnąć tych spodni, więc możesz się odwrócić, żebym mogła je zdjąć? - uśmiechnęła się niewinnie i przymilnie zatrzepotała rzęsami.
Przechyliłem głowę i rozciągnąłem usta w szelmowskim uśmiechu. Pasmo białych włosów zsunęło mi się na drugą stronę twarzy wiedzione prawem grawitacji.
- Jeśli twoje spodnie są naprawdę tak bardzo dopasowane, jak mówisz, może chcesz, abym pomógł ci je zdjąć? - zapytałem frywolnie.
Olivia skrzywiła się i spuściła brwi, przez co jej oczy zaszły cieniem, a cała urocza i niewinna aura poszły w diabły.
- Poradzę sobie - ucięła, po czym gestem ręki ponagliła mnie, żebym spełnił jej życzenie i niezwłocznie się odwrócił.
- Jesteś pewna? - niezrażony łudziłem dalej, czyniąc swój uśmiech coraz bardziej rozbrajającym. - Skoro mam opatrzyć twoją ranę koniec końców i tak będę musiał zobaczyć cię bez spodni, czyż nie?
Olivia łypnęła na mnie ponuro. Nie wyglądała na specjalnie przekonaną, ale niepodważalność mojego argumentu sprawiła, że wyraz jej twarzy nieco złagodniał.
- Pff, no dobrze... - mruknęła przeciągle, unosząc brwi. - Popatrz sobie, jeśli musisz. - prychnęła pod nosem i nieznacznie poruszyła ustami. Byłem niemal pewny, że słowa, które konspiracyjnie wypowiedziała do siebie samej, brzmiały: typowy facet.
Okeej, może i zachowywałem się jak przeciętny osobnik płci męskiej, ale miałem swoje powody. Jak zauważyłem Olivia była nie lada perełką wśród szkolnych panien, a ujrzenie jej bez spodni było, cóż tu wiele mówić, prawdziwą gratką.
- Chyba tak zrobię - odparłem zadziornie po chwili udawania, że się nad czymś głęboko zastanawiam. Nonszalanckim ruchem dostawiłem sobie naprzeciw niej krzesło, usiadłem na nim po wielkopańsku i zwróciłem przenikliwy wzrok na Olivię. Położyłem kostkę jednej nogi na kolanie drugiej i celowo przybrałem wyjątkowo skupiony, niemal karykaturalny wyraz twarzy, jakbym miał na chwilę stać się widzem trudnego filmu albo spektaklu teatralnego, z którego zależało mi, aby nie uronić żadnego szczegółu.
Olivia rzuciła mi groźnie spojrzenie, lecz po chwili odwróciła wzrok i zajęła się ściąganiem spodni. Najpierw odpięła metalowy, połyskujący guzik z uroczym miniaturowym napisem, pewnie logiem jakiejś znanej firmy. Potem zgrabnie wstała i zaczęła zdejmować rurki. Wbrew pozorom poszło jej to całkiem sprawnie i już po chwili przewiesiła je przez oparcie krzesła. Spojrzałem na jej nagie nogi. Długie, zgrabne, nie za chude, nie za grube, w sam raz. Idealne, poza kilkoma widocznymi bliznami i ranką na kolanie.
- No i? - zapytała ciemnowłosa, napotykając mój wzrok.
- No i, co?
- Pójdziesz w końcu po te bandaże?
- Ach tak. Bandaże. Zapomniałbym. - opieszale podniosłem się z miejsca i wysunąłem drewnianą szufladę przy biurku. Pogrzebałem w niej chwilę, nim znalazłem to, czego szukałem. Gestem ręki zaprosiłem ją, aby ponownie usiadła na krześle, po czym uklęknąłem przy niej na jedno kolano, dokładnie tak, jakbym zamierzał się jej oświadczyć, i wnikliwie przyjrzałem się ranie na nodze.

< Olivia? ;3 >
Liczba słów: 672

wtorek, 6 marca 2018

Od Aserysa do Olivii

Z całą godnością podniosłem się na równe nogi i omiotłem dziewczynę wyniosłym spojrzeniem, dokładnie takim, jakim zasiadający na tronie książęta lustrują swych uniżonych poddanych. Kto to w ogóle był? Jej twarz absolutnie nic mi nie mówiła. No tak, była więc zapewne kolejną szczebioczącą trzpiotką, która dopiero co przybyła do akademii, z czego radowała się tak wielce, że aż zapomniała patrzeć jak idzie. I oto mamy tego efekt — oboje wyrżnęliśmy w podłoże, ja nieco szczęśliwiej, ciemnowłosa nieznajoma wręcz przeciwnie. Upadła tak fatalnie, że rozbiła sobie kolano, powiedziałbym nawet, że dość poważnie. I cóż ja miałem zrobić w takim wypadku? Wiadomo, gdyby nic jej się nie stało, pewnie zignorowałbym całą sytuację, albo, jeśli miałbym gorszy nastrój, dobitnie wyłożyłbym jej, co sądzę o wpadaniu w kulturalnie przechadzających się bogu ducha winnych uczniów akademii. A tak... Wypadałoby, żebym chociaż pomógł jej wstać. Koniec końców nie wyglądała na taką, która zrobiłaby coś takiego umyślnie.
- Na twoje szczęście, wygląda na to, że nie. - uspokoiłem ją, krzyżując ręce na piersi i beznamiętnie spoglądając na nieznajomą z góry. Dyskretnie wzniosłem oczy ku niebiosom i wyciągnąłem ku niej rękę, aby pomóc jej wstać. - Następnym razem radziłbym patrzeć pod nogi. I pilnować psa. Nie wszyscy uczniowie pałają do nich bezwarunkową miłością, a więc raczej średnim pomysłem jest puszczanie go samopas — opieszale i bez większych wrażeń przeciągnąłem wzrokiem po czworonożnej futrzastej istocie, obdarzonej przez naturę rozmiarami właściwymi raczej dla wyrośniętego kuca niż przeciętnego kanapowca. Stworzenie jak na komendę obnażyło komplet połyskujących w słońcu śnieżnobiałych zębisk.
- Tak się składa, że jestem wilkiem, hipokryto — stworzenie niespodziewanie przemówiło podirytowanym głębokim głosem, łudząco przypominającym ludzki.
Uniosłem brwi, nie kryjąc rozbawienia.
- Wszystko jedno, psino — wzruszyłem ramionami i poklepałem go po nosie, rozciągając usta w ujmującym uśmiechu.
Szczerze mówiąc, chciałem możliwie najszybciej zrobić to, co do mnie należało i z powrotem zająć się swoimi sprawami. Nie miałem wystarczająco wiele czasu, aby trwonić go na nic niewnoszące pogawędki.
- Jestem Rys — podając rękę, przedstawiłem się białowłosej, jak nakazywał obyczaj. Anielsko niewinny uśmiech nieznajomej co prawda dawno już zsunął się z jej ust niczym kartka papieru porwana wiosenną bryzą, wyglądało jednak na to, że nadal była całkiem przyjaźnie nastawiona.
- Olivia — odparła krótko, z niejakim wahaniem podając mi lodowatą rękę. Aż przeszły mnie ciarki.
Uśmiechnąłem się tajemniczo, podpierając się zamkniętą dłonią pod bok i przechylając nieznacznie głowę w ptasim geście. Gdy przyjrzałem się dziewczynie lepiej, ku memu zdumieniu okazało się, że z aparycji jest całkiem niczego sobie.
- Tak więc, panno Olivio — zacząłem głosem, który sam w sobie zwracał uwagę, jednocześnie z troską przyglądając się miejscu, gdzie znajdowało się nieciekawie wyglądające zadrapanie. - Zapraszam do mojego pokoju. Znajduje się śmiesznie blisko, poza tym znam się trochę na opatrywaniu ran... - puściłem jej oko, ciągle uśmiechając się łobuzersko.

 < Olivia? Nie zabij mnie za ilość słów:> > 
Liczba słów: 460

sobota, 24 lutego 2018

Witamy - Aserys Raegan!

Imię i nazwisko: Aserys Raegan
Pseudonim: Rys
Wiek: 18 lat
Data urodzin: 13.03
Płeć: Mężczyzna
Orientacja: Heteroseksualny
Partner: Wolne żarty.
Klasa: II Mundurowa
Kluby: Klub siatkówki | Klub kulinarny
Rasa: Magicznie uzdolniony
Specyfika: Nie sprawia mu większego problemu przywoływanie różnego typu przedmiotów, jeśli zna ich dokładny wygląd i położenie. Może wezwać ich nieograniczoną ilość, należy jednak pamiętać, że im dana rzecz jest cięższa i dalej się znajduje, tym więcej trzeba zużyć czasu i energii na jej przywołanie. Poza tym potrafi siłą woli przestawiać różnego typu przedmioty znajdujące się w niego polu widzenia oraz dowolnie nimi manipulować. Jeśli porządnie się skupi, może w obrębie niedalekich dystansów teleportować samego siebie, lecz nie zawsze kończy się to sukcesem, a przy tym jest poważną stratą energii.
Charakter:  Można by z powodzeniem określić go w jednym zdaniu: teatralna poza, wysoko uniesiony podbródek i usta wiecznie wygięte w cwaniackim uśmiechu, sprawiającym wrażenie, że nieustannie podśmiewa się pod nosem z doskonałego żartu znanego wyłącznie sobie.
Rys w gruncie rzeczy to typowy bad boy — diabelsko pewny siebie, koszmarnie zadufany w sobie i do tego obdarzony ciętym językiem, ustawicznie wpędzającym go w mniej lub bardziej poważne tarapaty. Zwykle jednak udaje mu się wywinąć od poważniejszych konsekwencji, ponieważ, gdy tylko zajdzie taka potrzeba, kawał z niego przebiegłego komedianta. Jak można się domyślić, nie jest szczególnie obowiązkowy i, cóż tu wiele mówić, żaden z niego prymus, a mówiąc dokładniej, z wieloma nauczycielami ma na pieńku i sporym błędem byłoby sądzenie, że specjalnie z tego powodu rozpacza. Przeważnie dopisuje mu wyśmienity humor i mało co jest w stanie trwale zetrzeć z jego ust słynny łobuzerki uśmieszek (no, może z wyjątkiem pięści i tak dalej...). Unika bezsensownych sprzeczek oraz bijatyk, nie nęci go myśl o nieuzasadnionym wpadaniu w opresje; jeśli już, to z konkretnym zamiarem i w określonym celu. Wykazuje zdolności przywódcze i chyba jak każdy osobnik płci męskiej uwielbia dyrygować innymi i się rządzić. Gardzi monotonią oraz pociąga go ryzyko, a im większe, tym lepsze. Nie bywa pamiętliwy, nie żywi długotrwale urazy o zwykłe błahostki — przymyka na nie oko, jako niewarte uwagi. Nie jest osobą mściwą ani zawistną, wystrzega się też ulegania uprzedzeniom, co nie zawsze kończy się jednoznacznym sukcesem. Drażnią go osoby przesadnie ciekawskie i wścibiające nos tam, gdzie o to nie proszą. Jest bardzo towarzyski i raczej nie ma oporów przed zawieraniem nowych znajomości, szczególnie z płcią przeciwną. Jeśli jakaś dziewczyna wpadnie mu w oko, z miejsca zamienia się w imperatora komplementów, wyborowego amanta i króla podrywu, rzadko jednak zdarza się, aby zainteresował się kimś na dłużej niż tydzień czy dwa.
Przy bliższym poznaniu, okazuje się, że Rys posiada też swoje pozytywne aspekty. Na przykład, zawsze stoi murem za swoimi bliskimi, dla których gotowy jest do większych poświęceń. Jeśli komuś uda się trwale zdobyć jego względy, zyska niezrównanego kompana do nawet najgłupszych i najbardziej skazach na niepowodzenie przedsięwzięć, z którym nuda z pewnością nie będzie nikomu doskwierać.
Aparycja: Rys jest posiadaczem smukłej sylwetki i dość wysokiego wzrostu. Jego cechą charakterystyczną są białe proste włosy o srebrnych refleksach, sięgające mniej więcej za łopatki. Zwykle nosi je wysoko spięte z tyłu głowy, tak aby nie zawadzały przy wykonywaniu codziennych czynności. Jego oczy posiadają złotą, połyskującą barwę, doskonale widoczną w półmroku oraz całkowitej ciemności. Ubiera się elegancko, a przy tym wygodnie i prosto. Najczęściej są to zwyczajne ciemne koszule, bryczesy i buty o wysokich cholewkach. Niekiedy da się przyuważyć go chodzącego w mundurku, nie stroni też od najzwyklejszych pod słońcem dopasowanych jeansów i luźniejszych T-shirtów. Ma również całą pokaźną kolekcję staromodnych płaszczy, ale rzadko kiedy decyduje się paradować w którymś z nich. Kto przyjrzałby się Rysowi dokładniej, zważyłby, że ma przebite lewe ucho. Nie nosi żadnych ozdób poza owym jednym kolczykiem.
Głos: Ashes Remain
Pokój: 5
Współlokator: -
Zainteresowania: Gotowanie, gotowanie i gotowanie. Może jeszcze dziennikarstwo i literatura, ale poza tym jego największą pasją są garnki i patelnie. Mimo że obecnie w sztuce kulinarnej radzi sobie całkiem nieźle, nieustannie dąży do pogłębienia wiedzy z tego zakresu i zdobywania nowych umiejętności. Wbrew pozorom, niczego sobie radzi sobie również w sporcie, szczególnie w siatkówce i tenisie. W tych dwóch dyscyplinach jest czarnym koniem i nie znalazło się dotąd wielu uczniów, którym ustępowałby pola. Niekiedy biega i trenuje szermierkę, ale uważa, że dawno stracił do tego pasję. Ach, lubi też i koty.
Moce:
- Iter - pozwala na wykonanie błyskawicznego przeskoku w dowolne miejsce. Nie może ono znajdować się zbyt daleko.
- Volare - odpowiada za swobodne manipulowanie rzeczami, znajdującymi się w zasięgu jego pola widzenia.
- Clamo - dzięki niej możliwe jest przywoływanie przedmiotów, jeśli nie znajdują się zbyt daleko oraz znany ich dokładny wygląd.
Inne:
- Gotowanie sprawia mu wielką satysfakcję, dlatego zawsze chętnie wyświadcza w tej dziedzinie niewielkie przysługi oraz dzieli się cennymi wskazówkami,
- Posiada łacińską sentencję („dies diem docet”) wytatuowaną na lewym przedramieniu,
- Jest mistrzem potyczek słownych i zdecydowanie woli rozwiązywać spory w ten sposób niż za pomocą magii, czy walki wręcz,
- Nie ma w zwyczaju składać zbyt wielu obietnic, a jeśli już się na to decyduje, jego słowo jest święte,
- Jeśli tylko ma okazję, uwielbia się bawić i zwykle nie stroni przy tym od procentów,
- Niezwykle drażni go cudze spóźnialstwo. Jego zdaniem świadczy ono o całkowitym braku szacunku,
- Z uwagi na jego niekonwencjonalny kolor włosów, znaleźli się śmiałkowie wołający na niego „siwy”. Legenda głosi, że słuch o nich zaginął,
- Jest całkiem niezłym szermierzem, niczego sobie radzi również w siodle. 
Kontakt: Rest In Peace
Motto: Człowiek jest wart tyle, ile jego słowo.
Relacje: ---
Ważne opowiadania: