Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Shane. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Shane. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 29 marca 2018

Od Shane'a do Summer

Po ulotnieniu się z gabinetu chorej psychicznie pielęgniarki moim jedynym marzeniem było to, aby ten dzień się jak najszybciej skończył; zabawne w tym wszystkim był fakt, że ledwo co on się zaczął. Nie mogłem spędzić chociaż raz dwudziestu czterech godzin w zupełnym spokoju oraz braku towarzyszących mi na każdym kroku osób z niedowładem mózgu. Los musiał ze mnie sobie kpić przez cały czas. Zacisnąłem zęby, kierując się jednym z rozwidleń korytarza – miałem tej szkoły definitywnie dość. Cały czas coś musiało się dziać, na ogół niekoniecznie dobrego dla mnie. A to raz dostaję drzwiami w twarz, a to ja komuś funduję wstrząs mózgu, albo nagle materializuje się przede mną ryba, albo zostaję zaciągnięty do ciemnego, pustego lasu. To raczej nie jest zbyt normalne, prawda? Potrząsnąłem głową, a niektóre niesforne kosmyki moich włosów połaskotały mnie po twarzy. Nie miałem zamiaru dzisiaj uczestniczyć w lekcjach; przynajmniej nie w tych pierwszych. Po pierwsze, miałem takiego kaca, że szczerze się sobie dziwiłem, że chodzę. Po drugie, ‘bardzo sympatyczne’ spotkanie pierwszego stopnia z syrenim głosem oraz główną sprawczynią tego burdelu dość mocno mnie skołowały. Mimo że ta diablica zwana pielęgniarką uznała, że nie doznałem żadnych urazów, to dalej czułem, jak w głowie kręci mi się istna karuzela; od dzisiaj nie mieszamy wódki, piwa i wina. Niemrawo mój kącik ust drgnął, lecz po chwili opadł, gdy przez całą moją głowę przeszedł krótki, lecz bardzo bolesny spazm bólu. Zatrzymałem się i przekląłem pod nosem. Boże… Czy ten dzień może być jeszcze bardziej spierdolony…?
- Wszystko w porządku? – Nagle doszedł mnie cichy, drżący głos, na który omal nie dostałem zawału. Odskoczyłem i odwróciłem się w stronę źródła dźwięku. Mój Boże. Prawie by mi serce wyskoczyło z piersi ze strachu. Rzuciłem nerwowy wzrok na postać, lecz po chwili na moją twarz wypłynął grymas wzmożonej irytacji. Westchnąłem przeciągle na widok blondwłosej dziewczyny. Co ona tutaj jeszcze robiła…? Chyba nie ma zamiaru mnie niańczyć, czy czyś w ten deseń, prawda? Zmarszczyłem brwi i wbiłem wzrok w… Summer? Tak jej było na imię? Trochę zabawne, że znam ją tak naprawdę od wczoraj, a dopiero dzisiaj dowiaduję się, jak się nazywa. Jak można swoje dziecko nazwać lato? Chyba jej rodzice albo nie mieli żadnej wyobraźni, albo byli mocno pieprznięci. Z moich skromnych obserwacji wnioskowałem, że to chyba raczej druga opcja. Przecież skądś ta ryba musiała odziedziczyć charakter, prawda? Pociągnąłem cicho nosem.
- Po co za mną leziesz? – mruknąłem, chowając dłonie do kieszeni spodni. Nie, żebym coś miał do tej kałamarnicy, ale miałem już z lekka dość jej obecności. Chciałem po prostu znaleźć się w swoim pokoju i odpocząć. Byłem naprawdę zmęczony po wczorajszej, dzisiejszej nocy. Rzuciłem wzrok w stronę dziewczyny, która nie wiem dlaczego, ale zaczęła się trząść. Chryste… Czy ona ma jakiekolwiek pokłady pewności siebie? Serio, to było niepokojące – jak można być aż tak nieśmiałym na każdej płaszczyźnie życia? Ona ledwo, co mówiła. Chociaż, czy ten bełkot wydostający się z jej ust można był nazwać mówieniem? Eh… Cokolwiek.
- P-przecież pielęgniarka powiedziała, że masz być dzisiaj pod moją opieką… - Summer ledwo, co wypowiedziała te kilka słów. Chyba to było najdłuższe zdanie, jakie do mnie w ciągu tych dwóch dni powiedziała. Ciekawe, nie powiem.
- Wzięłaś to na poważnie? – spytałem lekko znudzony i ziewnąłem. Chyba serio nie powinienem tyle chlać. Zamrugałem parokrotnie, spoglądając na dziewczynę, której chyba cała krew odpłynęła z twarzy. Była wręcz biała jak kreda i tylko na policzkach znajdowały się dwie czerwone plamy. Boże, jak tacy ludzie działają mi na nerwy. Zacisnąłem zęby, zastanawiając się jak wybrnąć z tego szajsu. Oczywiste było, to, że panna idealna będzie chciała posłuchać się pielęgniarki. No przecież świat by się załamał, gdyby tego nie zrobiła, prawda? Wypuściłem lekko zirytowany powietrze z ust i spojrzałem w bok na okno, za którym rozciągał się główny plac szkoły. Niebo z powodu wczesnej godziny było lekko wyblakłe i mieniło się w delikatnych barwach pomarańczy. Ostre światło spotkało się z moimi oczami, więc mimo woli byłem zmuszony je zmrużyć. Zapowiadał się ‘cudowny’ dzień…
<koniec wątku>

< nudne >
Liczba słów: 659

sobota, 10 marca 2018

Od Shane'a do Dirhaela

Gorące krople wody z charakterystycznym dźwiękiem uderzały o łazienkowe kafelki, matową szybkę prysznica oraz moją nagą skórę. Z cichym westchnięciem oparłem się o ścianę, zwiesiłem głowę, pozwalając tym samym opaść moim ciemnym włosom na twarz; byłem cholernie zmęczony. Ba! Byłem aż tak wyczerpany psychicznie i fizycznie, że momentalnie po przekroczeniu progu domu zaczęły mi się kleić oczu. Szczerze to nie byłem tym zbytnio zdziwiony, nawet jeżeli przez całe życie targała mną nieodstępująca na krok bezsenność. Kto nie chciałby zakończyć tak dłużącego się oraz uciążliwego dnia? W historii mojej egzystencji w szkole to ostatnie dwadzieścia cztery godziny były jednymi z najgorszych, które miałem dane tutaj przeżyć. Wpierw kretyn, który śmie się nazywać moim współlokatorem, brutalnie mnie budzi, potem gdy chcę w spokoju i bez wadzenia komukolwiek urwać się z lekcji oraz pójść do akademika, napotykam idiotę numer jeden; nie mogło to się skończyć inaczej niż prawie moim zejściem z tego świata, krwotokiem z nosa, podczas którego pozbyłem się jednej czwartej krwi. Dopełnieniem całego tego teatrzyku było spotkanie nauczyciela, co równało się z późniejszą wizytą w gabinecie pielęgniarskim… No co jednak mogło pójść nie tak? Pielęgniarki nie było? Ojej… Jednak to nie była najgorsza część tego uroczego dnia, oj nie. Mój jakże wspaniały i inteligentny współlokator postanowił zaprowadzić mnie do pustego, pozbawionego obecności jakiegokolwiek człowieka lasu i pokazać mi… duchy. Hit. Pierdolony hit. Szczerze, to jedynym pytaniem, które mi się nasuwało po tym wszystkim, było to, jakim trzeba być kretynem, aby zgodzić się pójść do jakiegoś odosobnionego miejsca ze schizofrenikiem, który rzekomo widzi zjawy z zaświatów. Chyba tylko ja byłem aż tak ułomny – przykre, ale jak bardzo prawdziwe. Wracając, tak naprawdę, gdy Dirhael w rzeczonym lesie zaczął odprawiać jakieś egzorcyzmy oraz inne dziwnego rodzaju rzeczy, to już byłem pogodzony ze swoją nieuniknioną śmiercią. Naprawdę. Ten psychopata mógł zrobić wszystko – w przenośni i w dosłownym znaczeniu tego słowa. Jednakże coś w jego spierdolonym totalnie mózgu się przestawiło, co sprawiło, że teraz ‘spokojnie’ mogłem się załamywać psychicznie pod prysznicem. Oczywiście, to nie mógł być koniec tej jakże uroczej historii – w drodze powrotnej zgubiliśmy się ponad dziesięć razy. Całą beznadziejność sytuacji dopełniała ulewa, która musiała się pojawić akurat w momencie, gdy byliśmy kompletnie zgubieni w pierdolonym lesie. No co mogło pójść nie tak? Odgarnąłem dłonią mokre włosy z czoła i zakręciłem wodę. Może przez przypadek udało mi się wyczerpać całą ciepłą wodę? Oj, byłby to bardzo milutki akcent dzisiejszego i tak spierdolonego wieczoru. Mój kącik ust nieznacznie drgnął, byłem już tak cholernie zmęczony, że nawet drobne gesty sprawiały mi nienaturalne przemęczenie. Gdy przebrałem się w jakieś ubrania, które służyły mi jako piżamę, podszedłem do umywalki i oparłem się o nią dłońmi. Nie miałem zbytnio ochoty wychodzić z tego pomieszczenia na konfrontację z moim jakże normalnym oraz sympatycznym współlokatorem. Miałem go w cholerę dość. Ten człowiek już samą obecnością sprawiał, że we mnie zaczynało się momentalnie gotować. Na tę chwilę, gdybym miał sposobność zamordowania tego człowieka, to bym się nie wahał ani sekundy. Śmierć albo chociażby zmiana szkoły przez tego schizofrenika byłaby dla mnie zbawienną wieścią. Westchnąłem, kręcąc głową; jak na razie to byłem skazany na obecność tego kretyna. Daję mu i sobie maksymalnie dwa miesiące, zanim któryś z nas wniesie o zmianę pokoju oraz współlokatora. Z wielką chęcią zrobię z jego uroczego życia istne piekło, naprawdę. I akurat w tej kwestii nikt nie musi mnie do tego namawiać – zrobię to z czystą przyjemnością. Zacisnąłem palce na białej armaturze i uniosłem wzrok; napotkałem swoje odbicie w lustrze. Zmarszczyłem brwi, gdy jedna dość niepozorna rzecz na pierwszy rzut oka, przykuła mój wzrok. Przekląłem pod nosem. Moja dłoń się uniosła, a palcami dotknąłem niepokojących śladów na mojej szyi. Na całej prawej stronie oraz obojczyku rozciągały się fioletowo czerwonawe ślady, gdzieniegdzie przechodzące w ciemno bordo, które w żadnym stopniu nie wyglądały na sympatyczne. Cicho syknąłem, gdy przez za mocny dotyk tego ścierwa po całym ciele przeszedł mnie spazm bólu. Na moją twarz wypłynął lekki grymas; nienawidziłem tego cholerstwa. Za każdym razem po zbyt dużym i częstym użyciu mocy na moim ciele pojawiała się proporcjonalna ilość siniaków, zadrapań, otarć i tak dalej do sprawionego bólu sympatycznej ofierze. Nie powiem, to było bardzo uciążliwe. Gdyby nie ten mankament, to byłbym w stanie mówić, że mam umiejętność bez jakiejkolwiek wady czy skazy. Rzuciłem ostatnie, krótkie spojrzenie w lustro na moje przepiękne malunki na skórze i odwróciłem się na pięcie, kierując się w stronę drzwi. Po wyjściu z łazienki mój wzrok przykuł Dirhael, który ni to spał oparty o framugę drzwi wejściowych, ni je gwałcił. Moje brwi powędrowały wysoko w górę, ominąłem go, rzucając mu jedynie pogardliwe spojrzenie. Pierwszy raz z taką radością znalazłem się w łóżku, opatuliłem od stóp do głów kołdrą. Szczerze, to nawet nie wiem, kiedy zmógł mnie sen.
~*~
O tak, ten dzień będzie istną poezją, czystym dopełnieniem mojej i tak beznadziejnej egzystencji. Z czysto ironicznym uśmiechem na ustach przemierzałem korytarze uroczego Auris, siejąc pogardę i nienawiść do tych wszystkich ludzi mnie otaczających. Kolejny dzień wyrwany z mojego życia z przecudowną etykietką, oznajmującą, że ten dzień będzie tak samo obrzydliwie zły, jak poprzedni. W moich oczach momentalnie rozbłysła żądza mordu, a po kręgosłupie przeszedł mnie bardzo, ale to bardzo nieprzyjemny dreszcz. Na wspomnienia o wczorajszym dniu w moim wnętrzu budził się demon, który pragnął upierdolić łeb pewnej osobie, której imię zaczynało się na literę ‘D’, a kończyło na ‘L’. Z coraz to większym uśmiechem wymalowanym na twarzy przystanąłem koło klasy chemicznej. Emanowało ode mnie czyste wkurwienie. Ze złością spojrzałem na grupkę uczniów, która śmiała się zwać moją klasę i rzuciłem im pogardliwe spojrzenie. Niewdzięczne robactwo. Prychnąłem, odwracając głowę, wbijając tym samym swoje oczy w drzwi z plakietką oznajmiającą wszem wobec o tym, że za tym plastikiem znajduje się czysta otchłań piekieł oraz miejsce występowania najgorszego ścierwa, prawdziwego demona, skrywającego się za maską ‘przemiłej’ kobiety. Pani Kibo – najgorsza kreatura ludzkiego świata, człowiek zrodzony po to, by psuć każdą chwilę twojego życia, potwór, który żywi się życiodajną energią i jak głoszą pogłoski, sercami i innymi wnętrznościami nieuważnych uczniów. Diabeł w owczej skórze, który tylko czeka, aż się potkniesz, by móc wystawić ci na koniec semestru zagrożenie z jej jakże cudownego przedmiotu, jakim jest chemia. Gdyby ona mogła, to by moją klasę dawno temu rozpuściła w kwasie; chociaż kto wie, co się kryje w jej piekielnej głowie – może akurat tego dnia odpalą jej wrotki i postanowi pokazać swoją prawdziwą, diabelną twarz? Fuknąłem cicho pod nosem, gdy przez korytarz rozbrzmiał dźwięk dzwonka. Moje oczy zwęziły się w momencie, którym spostrzegłem kierującą się w stronę klasy chemicznej nauczycielkę; jak ja tej kobiety nienawidziłem. Była to chyba jedyna nauczycielka w tej szkole, którą darzyłem aż taką zło wrogością i nienawiścią – jednak zasłużyła sobie na to. Prychnąłem, a po otworzeniu drzwi do sali udałem się za falą uczniów. Czy to źle, że nie kojarzyłem połowy tych twarzy? Być może. Cokolwiek… Pokręciłem głową i skierowałem się w stronę mojej ławki, czyli dokładnie na samym końcu tego królestwa szatana. Z jednej strony byłem w najgorszym położeniu, jeżeli chodzi o ucieczkę przed krwiożerczym monstrum zwanym panią Kibo, lecz z drugiej strony zbyt bliski kontakt z tą kreaturą powodował u mnie natychmiastowe odruchy wymiotne. Siadając na krześle, przypomniała mi się moja wczorajsza myśl o zarzyganiu korytarza przed tym przytułkiem ciemności. Z perspektywy drugiego dnia dalej wydawał się to bardzo dobry plan. Uśmiechnąłem się pod nosem i wyciągnąłem z czarnej torby coś na wzór zeszytu, chociaż po szybkim przekartkowaniu bardziej przypominał on pamiętnik z przeżytych egzorcyzmów. Tłumaczenie pani Kibo było czymś na kształt wypędzania demonów z uczniów, niżeli próbą nauczenia czegokolwiek naszej bandy bezmózgich osiemnastolatków… A podobno Auris miało być świetną szkołą. Zakręciłem długopisem palcami i wbiłem złowieszczy wzrok w postać, która po krótkim przywitaniu, sprawdzeniu listy obecności, zaczęła bazgrać coś markerem po tablicy. Jak gdyby kogokolwiek to interesowało. Wzrokiem przesunąłem po klasie, która tak samo, jak ja miała kompletnie gdzieś fakt, że demon rozpoczął lekcję. Mój kącik ust drgnął, bo doskonale zdawałem sobie sprawę, że jeszcze kilka minut w takim chaosie, a mój kochany diabeł wybuchnie i najpewniej zafunduje nam cholernie trudną kartkówkę. Niby ten system nie miał luk, lecz miał zasadniczy mankament, który decydował o tym, że za każdym razem dostawałem dobrą oceną bez nauki. Notatki Kibo. Zawsze brała z nich zagadnienia do kartkówek, sprawdzianów i nigdy, ale to przenigdy się z nim nie rozstawała. Wyciągnąłem przed siebie ręce i rozprostowałem palce – czysty przypadek, że miałem moc lewitacji przedmiotami, prawda? Momentalnie oczy mi się zaświeciły, gdy szatańskie ślepia należące do cudownej nauczycielki chemii zwróciły się naszą stronę. Malowało się w nich czyste oburzenie tym, że jesteśmy takimi bezczelnymi gówniarzami, którzy nie potrafią chwili poświęcić na przyswojenie materiału. Czyżbym zgadł? Ach, moja intuicja się nigdy nie myliła – kilka minut później cała klasa była zmuszona wyciągnąć karteczki. Nawet nie wiecie, z jakim uśmiechem na twarzy pisałem pytania oraz zagadnienia dyktowane przez tę upiorzycę. Teraz wystarczyło jedynie czekać, aż kochana pani Kibo odwróci wzrok ze swojego jakże cennego dla mojej osoby notatnika.
~*~
Z największą wściekłością, na jaką było mnie stać (czyli na przeogromną), otworzyłem drzwi od akademika. Byłem ostro wkurwiony i… mokry. Od stóp do głów byłem przemoczony, woda wręcz lała się strumieniami z moich ubrań, włosów. Czy to jakiś żart albo złośliwość losu, czy tylko jestem aż tak przegranym człowiekiem? Ze złością odgarnąłem włosy z czoła – ja tylko chciałem w spokoju wrócić do swojego pokoju po męczącym dniu w szkole… Ale nie! Przecież musiało lunąć wtedy, gdy akurat miałem wyjść z tego przytułku zepsutych i zniszczonych dusz. No po prostu musiało! Szybko przemierzyłem korytarz akademika, zwęziłem oczy, spoglądając na drzwi należącego do mojego pokoju. Mojego, jak ja bym chciał, żeby on należał tylko do mnie. Kolejny raz los postanowił zakpić sobie z mojej osoby i postanowił wcisnąć mi w gratisie beznadziei życia pieprzonego schizofrenika. Czy może być gorzej? Zazgrzytałem zębami, nacisnąłem klamkę. Niemiłosierny huk rozległ się, gdy drzwi trzasnęły o ścianę. Nie miałem siły udawać przed tą skretyniałą kupą schizofrenii, że jestem oazą miłości oraz przyjaźni. Niech wie, że ma się do mnie dzisiaj nie odzywać i mnie nie wkurwiać. Wkroczyłem do pokoju, z oczami pełnymi pogardy spojrzałem na mojego dość zaskoczonego nagłą moją obecnością. Zwęziłem oczy, spoglądając na mojego psa, który jak gdyby nigdy nic leżał sobie koło tego idioty. Zdradziecka, dwulicowa menda. Fuknąłem i odwróciłem się na pięcie; rzuciłem torbę na ziemię. Sekundę później zdjąłem z siebie przemoczoną czarną bluzę, która wręcz pływała w wodzie. Przypominała ona bardziej rozgotowany papier niżeli jakiekolwiek ubranie. Rzuciłem wzorkiem po swojej części pokoju w poszukiwaniu czegokolwiek do przebrania, oczywiście jak na złość niczego nie było. Wiązanka przekleństw wydobyła się z moich ust i ze wściekłością zacząłem rzucać się we wszystkie strony i boki w poszukiwaniu suchej bluzy. No kurwa mać… Jest! Przewróciłem oczami, gdy w końcu znalazłem jakiekolwiek ubranie. Zacząłem wkładać bluzę, jednak coś skutecznie mi w tym przeszkodziło.
- Co się kurwa patrzysz?

< zacznijmy zabawę moja droga nie wiem rób co chcesz ma być fajnie >
Liczba słów: 1792

czwartek, 8 marca 2018

Od Shane'a do Ranehe

Lekko obruszyłem się na nagłe ocknięcie się świeżo co napotkanej i sprowadzonej do parteru nieznajomej; uważnym wzrokiem obserwowałem, jak chwiejnie unosi się do pozycji wpół siedzącej, wpół leżącej. Widać było, że po spotkaniu pierwszego stopnia z drzwiami nie do końca wiedziała, co się wokół niej dzieje. Zamrugała parokrotnie, jej mina była dość… skołowana. Przesunęła wzrokiem po podłodze, a po chwili jej oczy spoczęły na mojej skromnej postaci. Otaksowałem ją jednym krótkim spojrzeniem; nie wydawało mi się, abym ją kiedykolwiek widział na korytarzach uroczego Auris. Kompletnie nie przypominałem sobie, żeby ktoś z tak specyficznym wyglądem egzystował w tym cudownym i jakże normalnym gmachu szkoły. Przepraszam bardzo, ale nie wydaje mi się, abym był, aż tak ślepą i nieogarniętą osobą, aby nie dostrzec osoby z zielonymi włosami, które wręcz biły na kilometr w oczy swą niespotykaną barwą. Zmarszczyłem brwi – naprawdę nie przypominałem sobie tej dziewczyny; może była nowa? Wydawał się to być bardziej prawdopodobny scenariusz. Po krótkim rozmyślaniu na temat nieznajomej wróciłem wzrokiem na zielonowłosą i cicho westchnąłem – co ja niby miałem zrobić z osobą, która dostała przed chwilą drzwiami w twarz? Do pielęgniarki nie było mowy, abym ją zabrał; za dużo czasu już spędziłem w tamtym przebrzydłym miejscu zwanym gabinetem pielęgniarskim. Już na samą myśl o tym przeszedł mnie nieprzyjemny dreszcz. Z drugiej strony to była najkorzystniejsza opcja dla mnie; wystarczyło zaprowadzić zagubione dziewczę do tej czeluści piekła i zostawić ją na pastwę losu potwora zwanego pielęgniarką. Przeczesałem dłonią włosy – który to już raz z kolei ląduję w równie głupiej sytuacji co ta? I te feralne drzwi… Co z nimi było nie tak? Pierwszego dnia mojego pobytu w akademiku dostaję w twarz za pomocą rzeczonych drzwi, potem gdy próbuję się dostać do pokoju, mój cudowny współlokator zakłada na nie pieczęcie i moja postać ląduję na przeciwległej ścianie, a teraz ja sam funduję komuś wstrząs mózgu – wprost cudownie. Przewróciłem oczami, a na moją twarz wpłynął lekki grymas irytacji. Zawsze mnie musi mnie to spotykać. Zawsze. To było wkurzające. Bardzo. Przeczesałem dłonią włosy — dobra Shane, weź się w garść. Nie było mi dane cokolwiek powiedzieć czy nawet pomyśleć, bo w momencie, którym chciałem otworzyć usta, z ciała nieznajomej wydobyła się fala dzikiego, nieokiełznanego jazgotu.
- OKULARY!!! NIE PATRZ NA MNIE!!! NIE PATRZ!!! – Decybele jej głosu były porównywalne do tych, które wytwarza rakieta kosmiczna podczas startu. Nieznacznie drgnąłem dość zdziwiony obrotem sytuacji. Czyżbym coś poprzestawiał w mózgu mojej nowej, uroczej koleżanki? Albo kolejny raz napotkałem na swojej drodze kogoś psychicznie chorego…? Nie. Błagam tylko nie to… Przełknąłem ślinę, momentalnie spoglądając na dziewczynę, która zaczęła pełznąć po podłodze niczym dżdżownica. Przykro mi Shane, ale ona coś musiała mieć z głową. Tak, ona była z pewnością chora. Ja pierdole… Z jednej strony miałem ochotę siąść na podłodze i załamać się psychicznie, a z drugiej miałem ogromną chęć zostawienia tego całego burdelu oraz wyjechania gdzieś daleko od tego wariatkowa. Który to już raz z kolei staję się darmową opieką nad kolejnym szaleńcem? Czy ja przypominałem opiekunkę chorych umysłowo? Za każdym razem jak wychodziłem z pokoju (lub do niego wchodziłem), napotykałem nie do końca zdrowych ludzi na głowie. To szkoła dla ludzi z magicznymi mocami czy zakład zamknięty dla szaleńców…?! Zamknąłem oczy i wziąłem głęboki wdech. Spokojnie Shane, spokojnie – w tym wypadku może być tylko gorzej. Na moją twarz wypłynął uśmiech irytacji, który po paru sekundach znikł; zielonowłosa była już dobre parę metrów dalej. Zmarszczyłem brwi, dziewczyna miała niezłe tempo.
- Mogę wiedzieć, gdzie pełzniesz? – zapytałem, starając się, by mój głos brzmiał czysto obojętnie. Wolałem to, niż rozsadzający mnie wkurw od środka zmieszany z toną irytacji. Wsadziłem ręce do kieszeni i wolnym krokiem zacząłem zbliżać się do nieznajomej, która jakimś dziwnym trafem zaczęła się coraz szybciej oddalać. Oczy z tyłu głowy? Kolejna z uszami nietoperza? A może cukiereczek widzi duchy? – Możesz się zatrzymać? – Oczywiście nie uzyskałem odpowiedzi na żadne z moich dwóch pytań; no bo po co odpowiadać? Mruknąłem ciche ‘kurwa’ pod nosem, lecz chyba zbyt głośno. Jasnowłosa pisnęła i jej tempo pełzania po podłodze przemieniło się ze ślimaczego w żółwie. Ach, ma dziewczyna samozaparcie. Westchnąłem. Zatrzymałem się, będąc parę kroków dalej od niej. Myśl, myśl, myśl – jak wyjść z tej sytuacji bez uszczerbku na swoim oraz jej zdrowiu? Zwiesiłem głowę, zacząłem bujać się na piętach. Minęło kilka sekund, zanim ponownie uniosłem głowę i na moją twarz wpełzł szyderczy uśmiech. Oczy mi momentalnie błysnęły.
- Minęłaś swoje okulary.
<koniec wątku>

< trochu się wyszło z wprawy i wyszło to (czyt. największe najgorsze najbardziejzjebane ścierwo na tej kuli ziemskiej ogółem nie odpowiadam na uszczerbek na zdrowiu po przeczytaniu tego oraz problemów psychicznych, oraz niemożności napisania dalszego opa wybacz duszku) >
Liczba słów: 731

czwartek, 22 lutego 2018

Od Shane'a do Summer

Poniedziałek. Kurewsko chujowy poniedziałek. Kto wymyślił tak beznadziejny dzień tygodnia? Wypoczęty po weekendzie musisz wrócić do tego syfu zwanego szkołą oraz rzeczywistością, aby zgnieść w sobie świeżo co wyrośnięte zalążki chęci do życia po cudownych dwóch dnia świętego spokoju. Fuknąłem cicho pod nosem; głowa wręcz pękała mi od nieustających spazmów bólu oraz gwałtownych zawrotów. Od dawna nie miałem aż takiego mocnego kaca, naprawdę. Poprzedniego wieczoru odrobinę za dużo wypiłem – to fakt. Nieznacznie przesadziłem z ilością alkoholu oraz moimi możliwościami w piciu procentów. Mimo wszystko wydaje mi się, że i tak, to wszystko było w graniach zdrowego rozsądku; wcale nie zarzygałem spodni jakiegoś napalonego zboczeńca oraz całej męskiej łazienki – w ogóle. Powiedzmy sobie szczerze, czy ja bym był do czegoś takiego zdolny? Ja…? Najgrzeczniejszy na świecie abstynent, który alkoholu nie miał nigdy przenigdy w ustach? Mój kącik spierzchniętych ust niezauważalne drgnął w górę; wczorajszy wieczór mimo wszystko wspomniałem jako bardzo dobry. Poznałem kilka w miarę ogarniętych osób, które były świetnymi kompanami w chlaniu. Aż dziwne, że w ogóle się tam jakoś odnalazłem. Wlanie w siebie prawie półtora litra wódki jednak potrafi popchnąć człowieka do różnych niespodziewanych rzeczy. Shane rozmawia z kimś w miarę normalnie? Szok i niedowierzanie. Syknąłem cicho z bólu; głowa niemiłosiernie pulsowała nieustającym bólem. Na ogół nie byłem aż takim smokiem w piciu alkoholu, jednak po prawie dwóch tygodniach w tej zwichrowanej szkole pełnej szaleńców musiałem jakoś odreagować. Co jest lepszego od schlania się w trupa? Całkiem dobrze mi się egzystowało w stanie kompletnej nietrzeźwości. Szczerze to tylko, gdy się kompletnie spiłem, byłem w stanie normalnie zasnąć. Z jednej strony jest to dość przykre, ale jednak zawsze ma się wymówkę, co do picia kolejnych to kieliszków, nie? Przewróciłem nieznacznie oczami i sekundę później już tego cholernie żałowałem. Nieprzyjemny, ostry ból przeciął moją czaszkę; lekko się zachwiałem od fali igieł zatapiających się w moją skórę. Momentalnie wezbrało mi się na wymioty. Słodki Jezu, Shane, nie będziesz rzygać na szkolnym korytarzu przy drzwiach od laboratorium chemicznego... Chociaż… Chociaż mina pani Kibo przed wejściem do klasy byłaby zapewne niezapomniana. Kuszące, nie powiem. Niebezpiecznie się zachwiałem; czyżby alkohol nie do końca wyparował z mojego ciała? Oparłem się o najbliższą ścianę i przetarłem dłońmi zmęczoną, niezwykle skacowaną twarz. Mimo dobrej zabawy byłem cholernie wymęczony. Chlanie przez całą noc jednak jest dość wyczerpujące fizycznie. Psychicznie, to ja już byłem od dawna martwy. Pociągnąłem nosem i uniosłem wzrok na równoległą ścianę. Zmrużyłem oczy, przekląłem w myślach. Nigdy więcej alkoholu w takich ilościach, Shane… Nagle coś wyrwało mnie z mojego sympatycznego, procentowego skołowania; do moich niczego nieświadomych uszu doszedł krystaliczny dźwięk. Był on… doskonały. Zmarszczyłam delikatnie brwi i rozejrzałem się po korytarzu. Wokół nie było żadnej żywej duszy; chociaż, co się dziwić? Było przed siódmą — żaden normalny uczeń nie będzie spędzał czasu przeznaczonego na sen w szkole… więc co ja tu w takim razie robiłem? Wiecie, gdy wraca się o piątej z imprezy płynącej wódką oraz różnymi dziwnymi specyfikami w tabletkach, to nie opłaca się tak naprawdę już kłaść do łóżka. Zanim wziąłem prysznic, ogarnąłem się do stanu używalności i ubrałem, zegar już wskazywał wpół do siódmej. Dwa, nie zasnąłbym w ciągu godziny czy nawet dwóch. Bezsenność — moje drugie ja, moje ciche przekleństwo. Dodatkowo byłem dość mocno rozbudzony. Delikatnie się uśmiechnąłem, a moja dłoń mimowolnie powędrowała w stronę kieszeni jeansowych spodni. Opuszkami palców przesunąłem po niewielkiej foliowej torebeczce. Nawiązałem wczoraj bardzo dobre znajomości, wręcz doskonałe. Dźwięk dobiegający do moich uszu przybrał na sile; nie miałem kompletnie pojęcia, co jest jego źródłem. Jednak wiedziałem jedno – dawno nie słyszałem czegoś tak po prostu pięknego. W bezruchu wsłuchiwałem się w kolejne to tony melodii, która ogarnęła ciche, puste labirynty korytarzy, usidlając w swoich ramionach każdy najdrobniejszy przedmiot. Zmrużyłem oczy; z każdą chwilą coraz mocniej pragnąłem ujrzeć źródło tego jedwabnego głosu oraz dowiedzieć się co lub kto tak pięknie śpiewa. Mijały kolejne to minuty, a ja dalej stałem oparty o ścianę. Z sekundy na sekundę moja głowa stawała się coraz cięższa, lecz zarazem myśli były takie lekkie i przyjemne. Nie miałem pojęcia, co się wtedy ze mną zaczęło dziać… I szczerze? W tamtym momencie nie obchodziło mnie nic oprócz delikatnych dźwięków opanowujących moje ciało oraz umysł. To było takie piękne i czyste… po prostu zamroczyło mnie. W pewnym momencie przed oczami ujrzałem mroczki, które w niepokojący sposób zaburzały mi moje pole widzenia. Nawet nie poczułem, gdy moje nogi mimowolnie ruszyły przed siebie, dążąc za cudowną pieśnią rozbrzmiewające po budynku szkoły. Byłem jak… otumaniony, niezdolny do podejmowania słusznych oraz racjonalnych decyzji. Jedyne, co liczyło się dla mnie w tamtej chwili, to znalezienie źródła tej bajecznej melodii. Moje nogi były niczym z waty, poruszały mną bezwolnie. Bezsilność zmieszana z nutami słodyczy. Mój umysł jakby zamarł w miejscu. Powoli sunąłem po szkolnych korytarzach; dźwięk stawał się coraz głośniejszy, wyraźniejszy, przybierał na sile. Leniwie otworzyłem oczy, będąc przed szarymi, nijakimi drzwiami z niewielką karteczką, na której wydrukowane były proste, czarne litery. "Gabinet pielęgniarski"...? I dlaczego do moich uszu przestała dochodzić ta przepiękna melodia? Zawirowało mi w głowie. Z nieznacznym łoskotem oparłem się o drzwi; kolejny raz mnie zamroczyło, jednak tym razem cały świat zawirował jak w psychodelicznym kalejdoskopie, aby potem spowić mój umysł w całkowitej ciemności. Chyba wtedy straciłem kompletny kontakt z rzeczywistością.
~*~
- Halo, słyszysz mnie? – z kompletniej ciszy oraz ciemności, która mnie ogarnęła, wyrwał mnie damski, delikatny głos. Nieznacznie zmarszczyłem brwi — oczywiście, że cię słyszę idiotko. Otworzyłem gwałtownie czerwonawe oczy i nad moją postacią ujrzałem szkolną pielęgniarkę – drobną blondynkę o zielonych oczach. Momentalnie podniosłem się z ziemi, nie odpowiadając na jej pytanie; niebezpiecznie się zachwiałem, a cały świat niebezpiecznie zawirował.
- Czy wszystko jest w porządku? – zapytała z niepokojem w głosie kobieta, kładąc mi rękę na ramieniu.
- Tak. – prychnąłem, strzepując jej dłoń. Uniosłem wzrok i rzuciłem jej pogardliwe spojrzenie.
- Jednak wydaje mi się, że… - zaczęła, lecz nie było dane jej skończyć.
- A ona co tu robi? – mruknąłem, wkładając ręce do kieszeni spodni. Na kozetce siedziała, wróć, kuliła się dziewczyna, którą wczoraj miałem dane poznać. Posłałem jej najbardziej nienawistne spojrzenie, na jakie było mnie stać w tym momencie. Dlaczego cały czas na nią zacząłem trafiać? Nie, żeby coś, ale to zaczynało być co najmniej dziwne oraz niepokojące.
- Znacie się? – spytała pielęgniarka, doskonale czułem jej wzrok na sobie.
- Ta. – odpowiedziałem krótko. – Czy ja już mogę stąd iść? Przypadkowo tu wszedłem. – nie chciałem zostawać w tym pomieszczeniu ani jednej sekundy dłużej. Nie miałem pojęcia, co się ze mną działo, lecz jedno było pewne – to nie było normalne zjawisko.
- Wszedłeś? Bardziej zemdlałeś. – stwierdziła blond włosa kobieta. – Moim obowiązkiem jest cię zbadać, chociaż prawdopodobnie znam przyczynę. – tutaj spojrzała na Summer, która skuliła się jeszcze bardziej. Zakryła swoją zarumienioną twarz we włosach. Zmarszczyłem brwi, rozpocząłem skakać wzrokiem z jednej do drugiej postaci. Cholera jasna, o co w tym wszystkim chodzi?

<następne opowiadanie>
< Suuumeeeeer? >
Liczba słów: 1138

wtorek, 6 lutego 2018

Od Shane'a do Summer

No cóż, kompletnie nie wiedziałem, co wstąpiło do głowy tej małej dziewczynki, ale dość mocno mnie tym rozśmieszyła. Postanowiła mnie zaprosić do siebie do pokoju, aby… no właśnie. Chciała pomóc? Zgwałcić mnie? Parsknąłem cicho śmiechem, gładząc miękkie futro przerażonego kota, znajdującego się na moich kolanach. Z każdą sekundą blondynka mnie coraz mocniej zadziwiała. Była taka naiwna, głupiutka oraz niedoświadczona w życiu. Kto normalny tak się zachowuje w stosunku do obcej sobie osoby? Nie, żebym narzekał, bo bardzo miło mi się głaskało stworzonko zwane Tofikiem, jednakże jej osobliwa postawa była po prostu dziwna. Nie przywykłem do pomocnej dłoni ze strony nieznajomych mi ludzi. I to na dodatek od małych dziewczynek, które wyglądają, jakby się urwały z pierwszej klasy podstawówki. Zmarszczyłem delikatnie brwi, spoglądając na drzwi łazienkowe, w której moja nowa koleżanka szukała swojej słynnej apteczki, po którą tak naprawdę mnie tu tylko i wyłącznie zaciągnęła. Mój urok osobisty to jest jednak oszałamiający. Pokręciłem głową. Ile tak właściwie mogła mieć ona lat? Piętnaście? Szesnaście? Nie wyglądała na pełnoletnią, o to, to nie. Nie wydawało mi się również, abym widywał ją na szkolnych korytarzach; może była nowa? Jednak szczerze to się nie dziwię, że jej nie uważałem, jeżeli uczęszczała tu dłużej do szkoły. Co było w niej tak naprawdę interesującego? No właśnie. Cicho westchnąłem, drapiąc Tofika za uchem. Powoli otaksowałem pomieszczenie wzrokiem – najzwyklejszy pokój w akademiku. Żadnych rzeczy na wierzchu, które wskazywałyby na jakieś zainteresowania blondynki. Nudziara. W tym samym momencie, co opuściłem wzrok na drewniane drzwi, powłoka się otworzyła. Jasnooka stanęła przy framudze; momentalnie ruda kicia trzymana w moich rękach, zamiauczała przeciągle i czmychnęła, gdzie pieprz rośnie. Kicia… Wykrzywiłem usta w podkówkę i spojrzałem na Tofika, który wdrapał się na sam szczyt półki z książkami. Jego oczy były wpatrzone w moją osobę z czystym przerażeniem.
- Kicia, wracaj. – jęknąłem w stronę kocura i wyciągnąłem w jego stronę dłonie. Rudzielec jedynie się zjeżył na mój gest. Prychnąłem, zakładając ręce na piersi. Nie to nie; prosić się nie będę. Przesunąłem wzrok na bladą jak kreda dziewczynę, która trzymała w swoich dłoniach chyba połowę zawartości tej osławionej apteczki. Moje brwi lekko się uniosły na ten widok, blondynka jedynie spąsowiała na twarzy. Westchnąłem; co ja mam z tymi ludźmi.
- Jak się nazywasz? – zapytałem, świdrując ją wzrokiem. Usilnie odwracała wzrok, cały czas się rumieniąc.
- S-summer. – odpowiedziała niemal szeptem i oczywiście jąkając się przy tym, jakby ktoś ją raził prądem.
Brawa! Klękajcie narody! Złota rybka przemówiła! Wywróciłem czerwonawymi oczami i wstałem z łóżka, ruszyłem wolnym krokiem w stronę jasnowłosej. Dziewczyna rzuciła mi przerażone spojrzenie, machinalnie się cofnęła. Zwróciłem wzrok ku sufitowi. Dlaczego ona się tak wszystkiego bała? Rozumiem, że nie wyglądałem zbyt korzystnie, ale to tylko odrobina krwi. Na dodatek sama zaproponowała mi pomoc, nie? Wyminąłem Summer, wchodząc tym samym do łazienki. Oparłem się rękoma o umywalkę i spojrzałem w lustro. Nie było aż tak tragicznie, jak sądziłem. Nos i usta były całe w szkarłatnej cieczy, no i oczywiście moja do dzisiejszego dnia bialusieńka bluza. Lekko zacisnąłem palce na krawędzi armatury. Moja kochana bluza… Uniosłem prawą dłoń i złożyłem ją w znak, przedmioty w rękach blondynki uniosły się w powietrze. Strzepnąłem palce. Wszystko, co przed sekundą lewitowało, znalazło się z donośnym hukiem na podłodze. Cały czas uważnie obserwowałem odbicie Summer w lustrze. Gdy przedmioty uniosły się z jej dłoni, cicho pisnęła i przyłożyła ręce do ust, natomiast jak uderzyły o ziemię, zbladła do tego stopnia, że przez chwilę pomyślałem o tym, że zejdzie tutaj zaraz na zawał.
- To naprawdę nie będzie potrzebne. – odparłem cicho, dalej wpatrując się w lustro.
Blondynka spuściła wzrok, kucnęła i w ciszy zaczęła zbierać porozrzucane rzeczy. Mój kącik ust nieznacznie drgnął. Odkręciłem lewą dłonią srebrny kurek z wodą, przezroczysta ciecz znalazła się w moich dłoniach. Obmyłem dolną część twarzy, starając się zmyć skrzepniętą krew ze skóry. Nie byłem zbyt dużym fanem jej widoku; lekko mnie ona odpychała. Trochę paradoksalne, nie? Chwyciłem pierwszy lepszy ręcznik leżący na krawędzi wanny i wytarłem w niego dłonie oraz twarz. Miękki, błękitny materiał zabrudził się resztkami czerwonej cieczy. Trudno.
- Dziękuję za pomoc, ale będę się zbierał. – odpowiedziałem na odchodnym, gdy skierowałem się w stronę drzwi i po prostu… wyszedłem. Byłem skurwysynem, oj byłem.
< przepraszam za mod psychol szejn wybacz wybacz wybacz >
Liczba słów: 694

Od Shane'a do Ranehe

Z cichym westchnięciem zamknąłem laptopa znajdującego się na moich kolanach. Maraton powtórki z Grą o Tron mogłem uznać za w pełni zakończony. Wbiłem oczy w podłogę; powinienem teraz pisać sprawdzian z biologii. Przegryzłem wnętrze policzka, faktycznie wypadałoby pójść na tę lekcję i odbębnić ten cholerny egzamin z genetyki. Cicho westchnąłem. Zaliczę to w drugim terminie – tak jak każdy inny test czy kartkówkę. Uniosłem dłonie w górę, rozprostowując zastygłe kości. Uwierzcie mi, kilkanaście godzin siedzenia bez ruchu nie jest zbyt komfortowe, gdy przychodzi co do czego. Odłożyłem urządzenie z kolan obok na łóżko. Nie miałem kompletnie pomysłu, jakbym mógł zagospodarować dzisiejszy dzień. Może i miałem do napisania trzy eseje, dwa wypracowania oraz wykonanie prezentacji na lekcję chemii, lecz nie do końca o takie spędzanie czasu mi chodziło. Nauka nigdy nie ucieknie, to nie zając. A mój czas natomiast spieprza ode mnie w zawrotnym tempie. Pokręciłem głową – tworzyłem sentencje niczym Paulo Coelho. Dobra Shane, pora wyjść z tego pokoju. Z ociąganiem wstałem z łóżka i mój wzrok mimowolnie przesunął się na biurko mojego ‘kochanego’ współlokatora. Aż mnie rączki zaświerzbiły, gdy te wszystkie zeszyty, podręczniki i długopisy były tak perfekcyjnie ułożone. Na mojej twarzy zakwitł ogromny, przepełniony jadem uśmiechem. Wydaje mi się, że Dirhael będzie dumny z tego artystycznego nieładu, mojej własnej interpretacji chaosu. Władczo się uśmiechnąłem. Łagodnie uniosłem dłoń w górę, moje palce luźno zwisały. Przez moje ciało przeszedł dreszcz, a sam poczułem, jak magia przepływa przez moje dłonie. Cudowna chwila. Przedmioty uniosły się, gdy podniosłem wyżej rękę. Miłego sprzątania! Z impetem machnąłem dłonią, niemal się przy tym obracając wokół własnej osi. Wszelkie przedmioty z biurka z nieopanowaną prędkością uderzyły o ściany, aby po chwili upaść z donośnym hukiem na podłogę. Potarłem dłoń o dłoń; byłem dumny ze swojego dzieła. I teraz to ja mogę wyjść z akademika! Rozpromieniony skierowałem się w stronę drzwi wyjściowych. Zacisnąłem dłoń na klamce i z całej siły je otworzyłem. Coś zderzyło się z drewnianą powłoką na, co ja lekko drgnąłem. Zmarszczyłem brwi i z lekkim przestrachem wyszedłem na korytarz. Chryste… Na podłodze, koło tych cholernych drzwi leżała długowłosa dziewczyna. Dlaczego ja mam takiego pecha z tymi piekielnymi wrotami?! A to sam dostaję w twarz, a to po dotknięciu klamki ląduję na ścianie, a to sam komuś funduję wstrząs mózgu. Co było w tym akademiku nie tak z tymi drzwiami…?!
- Żyjesz? – zapytałem nieznajomą, która nawet przez chwilę nie drgnęła.
Cicho westchnąłem i zacząłem liczyć do dziesięciu. Brawo Shane. Zabiłeś kogoś ciosem w twarz. Gratulację. Owacje na stojąco. Uniosłem oczy do góry, modląc się, abym nie trafił do pierdla za nieumyślne morderstwo jakiejś wyrwanej z lasu dziewczynki. Dlaczego z lasu? A, miała zielone włosy, B, nie miała butów. Naprawdę nie wiedziałem, czy ja może śnię, czy może mam halucynacje od niedoboru snu? Ukucnąłem koło nieznajomej i trąciłem ją palcem wskazującym w ramię. Zero reakcji. Dźgnąłem ją między zebra. Również zero reakcji. Cicho westchnąłem; czyli trzeba przejść do kroków ostatecznych. Wyprostowałem się i zrobiłem parę kroków do tyłu. Palce w błyskawicznym tempie ułożyłem w znak, zielonowłosa momentalnie uniosła się z ziemi. Rozluźniłem dłoń i dziewka opadła z gracją na podłogę. Eh… Niezbyt chciało mi się lecieć po nauczyciela – byłem bardziej niż pewien, że dostanę zrugany za moją nieobecność na lekcjach od góry do dołu. Po pogotowie też nie było sensu dzwonić; po co mieliby się fatygować z karetką, jeżeli może nie jest ona potrzebna? I tak jej rodzice będą mieć dość wydatków związanych z pogrzebem. Zmarszczyłem nos, spoglądając na nieboszczkę; skóra dziewczyny była przerażająco biała. Może ona była już martwa wcześniej? Czyżbym spotkał żywego trupa na swojej drodze? Zrobiłem z ust dziubek i lekko się rozejrzałem – żadnej żywej duszy w pobliżu. Może ta kreatura wcześniej wszystkim zjadła mózgi? I byłem jedyną osobą, która się ostała wśród szału krwiożerczego monstra? No to jestem w takim razie bohaterem. Zabiłem potwora. Na mojej twarzy zakwitł nieśmiały uśmiech.
Zamrugałem parokrotnie; umierałem wewnętrznie – byłem takim debilem, że…
- C-co się dzieje? – nagle dobiegł mnie cichy, dziewczęcy głos.

< jakiś szejn psychol mi się włączył wybacz mi >
Liczba słów: 661

poniedziałek, 5 lutego 2018

Od Shane'a do Dirhaela

Cholera, cholera, cholera, cholera... Przycisnąłem mocniej do twarzy biały rękaw bluzy, który w błyskawicznym tempie nasiąkł brunatnym szkarłatem. Z nosa ciekła mi istna fontanna; błysnąłem nerwowo oczami. Pierwszy raz od bardzo dawna moja reakcja na używanie mocy była tak… gwałtowna oraz niespodziewana. W dosłownie w ciągu paru sekund z małej, drobnej strużki krwi wybuchło istne Morze Czerwone, które zalało mi pół ryja. Krew była dosłownie wszędzie. Cała dolna część mojej twarzy była pokryta czerwienią. Rękaw bluzy zmienił się na kolor wypływającej z nosa cieczy, a pojedyncze krople opadły na resztę jeszcze czystego materiału na moim ciele. Po prostu, kurwa, świetnie. Zacisnąłem zęby, starając się zatamować ten cholerny krwotok. Odchyliłem głowę do tyłu, łudząc się, że to cokolwiek pomoże. Tak się chyba robi, prawda…? Zamknąłem oczy, licząc do dziesięciu. Ten kretyn mnie tak mocno wkurzył, że jeszcze się dziwiłem, że tylko w taki delikatny sposób wybuchłem i go potraktowałem. Należało mu się co najmniej utopienie w benzynie albo w kwasie. Nienawidziłem ignorancji, braku należytego szacunku oraz zwykłego olewania. A ten delikwent zaserwował swoim zachowaniem właśnie te trzy cechy. Aż mnie krew zalała z tych nerwów… Boże. Przewróciłem oczami. Czemu akurat w takich momentach moje wrodzone poczucie humoru zaczynało sięgać dna…? Nie minęła nawet sekunda, gdy z nosa wyciekły mi kolejne hektolitry krwi; momentalnie pochyliłem się do przodu. Jęknąłem z bezsilności. I co ja niby miałem z tym armagedonem zrobić? Krew była po prostu wszędzie, zaczynając na mojej twarzy czy ubraniu, a kończąc na chodniku obok. Wrócić do budynku szkoły nie mogłem, bo bym od razu spotkał jakiegoś przewrażliwionego nauczyciela, który oskarżyłby mnie o bójkę z wyimaginowanym uczniem. Do akademika również nie miałem, którędy przejść – główne wejście nie wchodziło w grę, a na boisku były prowadzone w tym momencie lekcje. Zacisnąłem knykcie na bluzie, tak, że aż pobielały. Tylko ja potrafię się wkopać w tak beznadziejne sytuacje. Zawsze robię coś bezmyślnego, a potem dopiero logicznie i sensownie myślę. Czasami naprawdę przydałoby mi się zacząć używać tego dziwnego organu w mojej czaszce zwanego mózgiem… Oparłem się o ścianę budynku, gdy poczułem, że ciecz kapiąca z mojego nosa nie jest dalej istnym wodospadem Niagara. Nie wiedziałem, czy byłem bardziej wściekły na samego siebie i swoją głupotę, czy na tego kretyna w okularach. Mogłem nie użyć na nim swoich mocy — to fakt. Jednak zasłużył sobie, więc moje postępowanie, było w prawie stu procentach słuszne oraz prawidłowe. Każdy by tak postąpił na moim miejscu… Prawda? Nie dam sobie wejść na głowę, oto, to nie. Niech przynajmniej ma odrobinę respektu i szacunku do mojej dumnej osoby. Odwracanie się do mnie plecami, jeszcze czego. Kto to widział takie bezczelne zachowanie? Brakowało jeszcze środkowego palca na do widzenia oraz krótkiego ‘spierdalaj’. Wrogo spojrzałem przed siebie, lekko nadymając usta. On był po prostu kretynem. Debilem w czystej postaci. Dlaczego właśnie mi go przydzielili, jako współlokatora? Było mnóstwo wolnych pokoi i osób chętnych na przyjęcie pod swoje skrzydła paranoicznego schizofrenika. Dlaczego więc to ja stałem się ofiarą tego szaleńca? Byłem najbardziej pokrzywdzony w całej tej sytuacji; najbardziej poszkodowany, najbardziej stratny na tej całej szopce. Jakbyście się poczuli, gdyby z dnia na dzień wrzucono wam do waszej uroczej strefy komfortu… wariata? Gadającego do siebie samego w nocy? Mającego krwiożerczą bestię, która niby udaje kota? Albo przynoszącego do waszego mieszkania… dwumetrowy kij? No błagam… To nie jest zachowanie normalnego człowieka, który myśli prawidłowo. Jeżeli w ogóle ten osobnik to robi albo chociaż potrafi... Rzuciłem zdenerwowanym wzrokiem na kawałek boiska i murawy, który miałem widoczny w dość ograniczonym polu przez ścianę budynku szkoły, ciemne włosy opadające na czoło oraz przyłożony rękaw bluzy do twarzy. Mruknąłem ciche ‘kurwa’. Odsunąłem od siebie rękę i jęknąłem z przerażenia. Materiał mojego ubrania był wręcz przemoczony do cna, lepił się do skóry. Część krwi była już lekko zakrzepła, a reszta leniwie rozprzestrzeniała się po tkaninie. Wyglądałem jak ofiara jakiegoś wypadku samochodowego albo napadu z bronią w ręku. Cudownie. Po prostu świetnie. Niby jak tak wyglądając, miałem w spokoju, dostać się do akademika? Jeszcze by ktoś zadzwonił na policję… Miałem ochotę strzelić sobie w twarz. Chociaż… Może lepiej nie. Pokręciłem głową zrezygnowany, byłem w martwym i dość… krwawym punkcie. Nieznacznie przesunąłem się w stronę krańca ściany budynku, zerknąłem na ruch panujący na boisku. O zgrozo, dalej jakaś klasa miała lekcję wychowania fizycznego. Czy właśnie miało mnie czekać godzinne czekanie, aż ta chmara sobie pójdzie do szatni? Chryste… Momentalnie zakręciło mi się w głowie i gdyby nie to, że oparłem się o ścianę gmachu szkoły, to bym już najpewniej leżał na ziemi. Och, Shane, w coś ty się wpakował…? Przełknąłem ślinę, uważnie sunąc spojrzeniem po zielonej murawie. Nie było szans, abym tu został, chociażby sekundę dłużej. Jeszcze chwila, a nauczyciel, który mnie znajdzie, będzie musiał mnie zeskrobywać z chodnika. Zmrużyłem oczy, spoglądając na Hornzaller’a. No idź stąd, ci chłopcy i tak grają lepiej od ciebie. Niczego ich nie nauczysz, czego nie wiedzą, kretynie. Moje oczy powędrowały do góry. Czy tak właśnie Bóg karał mnie za moje grzechy i przewinienia? Miałem skończyć swój żywot… wykrwawiając się? I to na dodatek przez krwotok z nosa? Chyba stwórca nie miał pomysłu na mój scenariusz życia, przysięgam… Pewnie i tak przez przypadek jestem na tym świecie. Westchnąłem zażenowany całą tą, jakimś cudem istniejącą sytuacją. Wzrokiem znów wróciłem do obserwowania kochanego nauczyciela wychowania fizycznego klas trzecich… A gdzie złociutki polazł? Gwałtownie otworzyłem czerwonawe oczy i nie myśląc zbyt wiele, pobiegłem w stronę trybun. Wyhamowałem ledwo co przed schodami prowadzącymi do miejsc siedzących. Serce kołatało mi jak szalone. Wypuściłem drżące powietrze z ust, zastanawiając się, czemu byłem taki debilem, że nie zostałem na tej cholernej lekcji chemii. Jedna jedynka w tę czy drugą stronę, nie zrobiłaby mi chyba wielkiej różnicy… Ale nie! Cholernie głupi Shane Lyott musiał zrobić, tak, aby potem żałować swojej decyzji do końca najbliższego tygodnia! Debilem to się chyba rodzi. Powoli, wręcz się skradając, wszedłem po metalowych schodach. Uważnie wysłuchiwałem czy przypadkiem te dwie cholery siedzące na trybunach nie spostrzegły mojej ‘zakamuflowanej’ w barwy wojenne postaci. Wiecie wojna i krew… Eh… Mój plan na dostanie się do akademika był dość prosty. Chciałem się przekraść przez trybuny, niewidocznie dla innych uczniów oraz kochanego Hornzaller’a. Następnie wystarczyło zejść po schodach i przejść przez dziurę w płocie. Bajka! Mój kącik ust nieznacznie drgnął, gdy znalazłem się wśród błękitnych, plastikowych krzesełek. To było tak dziecinnie proste, że aż nie wierzyłem w moją bezkarność oraz bezczelność w stosunku do nauczyciela prowadzącego w tym momencie lekcję wychowania fizycznego. Oj, biedak, nawet nie wie, co się za jego plecami wyprawia… Podkradłem się na tyły trybun, wzrok wlepiłem w dwie postacie siedzące na samym ich, szarym końcu. Mary cały czas coś mówiła i dość energicznie gestykulowała, Dirhael najwidoczniej nie był zbyt zainteresowany rozmową, bo nawet nie uraczył jej wzrokiem. Idiota. Może on faktycznie jest gejem? Powiedzmy sobie szczerze, który osobnik płci męskiej nie byłby zainteresowany nawet w minimalnym stopniu Okami? No właśnie… To było niepokojące. Bardzo niepokojące. Wiecie, posiadanie jako współlokatora schizofrenika z wybrakowanymi zdolnościami myślenia, który woli mężczyzn od kobiet, jest dla mnie dość… przerażające oraz niekomfortowe. Wariat to wariat, jak mu odpalą wrotki, to różne rzeczy może zrobić. Przełknąłem ślinę. Dopiero teraz uświadomiłem sobie, na jak ogromne zagrożenie zostałem wystawiony… Pierdolona administracja! Wróciłem wzrokiem na dwie siedzące istoty; znajdowali się oni w pierwszym rzędzie, więc nie było możliwości, by mnie w jakikolwiek sposób spostrzegli. Zmrużyłem znacznie oczy, gdy moje różowe tęczówki przesunęły się z siostry Okami na blondyna. Zazgrzytałem zębami na samą myśl, że przez tego kretyna przechodzę przez istne katusze. Momentalnie zaświerzbiła mnie ręka. A gdyby tak… Nie! I tak już sobie nagrabiłeś Shane. Ale może…? Cichutko westchnąłem, jasnowłosa nieznacznie poruszyła się na plastikowym krzesełku. Zatrzymałem się w pół kroku i rzuciłem w jej stronę przerażony wzrok — kurwa mała, tutaj nikogo nie ma, masz halucynacje, omamy… Zacisnąłem zęby, patrząc na tę różowowłosą flądrę, która cały czas zerkała na wszystkie strony i boki. Chryste… Czy ona ma jakieś uszy nietoperza? To nie jest możliwe, by słyszała mnie z takiej odległości. Jeszcze przez jej chorobę sierocą mnie zauważą… Powoli, krok po kroczku, byłem coraz bliżej mojego celu, wolności zwanej końcami cholernych trybun. Serce łomotało mi w piersi jak szalone, jak gdyby chciało się wyrwać na zewnątrz. Mogłem już chyba zostać ze spokojem przyjęty do FBI jako agent specjalny; kto ma tak jak ja, rozwinięte w stopniu mistrzowskim umiejętności szpiegowskie? Moje kąciki ust lekko drgnęły, byłem już prawie na końcu trybun. Jeszcze tylko jedynie parę kroków…
- A ty co się tak skradasz, co? – dziewczęcy głos niespodziewanie dobiegł do moich przerażonych uszu.
Zatrzymałem się w miejscu. Byłem jak sparaliżowany, jakby mnie ktoś poraził prądem. Moje ciało odmówiło posłuszeństwa i zamiast zacząć jak najszybciej uciekać, to moje nogi stały się niczym zrobione z waty. Przełknąłem ślinę, modląc się w duchu, by to wszystko okazało się jakiś przedziwnym koszmarem… Kurwa. Nieprzyjemny dreszcz przeszedł przez moje ciało, a mi zrobiło się momentalnie gorąco. Drgnąłem i spojrzałem na różowowłosą, która była odwrócona w moją stronę. Nasze spojrzenia się spotkały, a ja posłałem jej wzrok oznajmiający, że może się żegnać ze swoim życiem. Gdyby nie fakt, że byłem na wpół żywy, to już by się zwijała z bólu… Czy ja jestem sadystą…? Wypuściłem rozdygotane powietrze z płuc; Dirheal również odwrócił się w moim kierunku. Czy ja kurwa zawsze muszę być taką ofermą, która zawsze wywala się na środku drogi? Nie potrafiłem przejść paru metrów niezauważony! Dlaczego miałem tak cholernego pecha?! Zacisnąłem zęby. Byłem w ciemnej dziurze problemów i kłopotów, które były po prostu nieuniknione. Przecież ten lamus w szkłach nie da mi teraz życia. Ze zrezygnowaniem opuściłem rękaw bluzy. Na widok tego ogromu krwi Mary Okami pisnęła, a różowooki spojrzał na mnie z lekkim… przestrachem? Ten to się powinien bać. Zrobię mu z dupy jesień średniowiecza. Przysięgam.
- Shane? Co ci się stało? Pomóc ci jakoś? – blondyn zapytał mnie łagodnym tonem i podniósł się do pozycji stojącej.
Ten człowiek… Ten człowiek jest bez duszy. Diabeł w jagnięcej skórze. Czyste zło. Belzebub. Lucyfer. Czart. Skierowałem na to złe licho wzrok i posłałem mu wrogie spojrzenie. Ostatnią rzeczą, którą chciałem na ten moment, to pomoc z jego strony. Prędzej bym się wykrwawił na śmierć, używając ponownie mocy, niżeli przyjął od niego pomocną dłoń. Aż tak jeszcze nie upadłem na głowę. Nigdy w życiu nie schowam swojej wysoko noszonej dumy do kieszeni – oj to, to nie. Mam swój honor, szacunek do siebie oraz trochę oleju w głowie; akurat w tym kontekście, bo czasem to faktycznie mi go brak… Sam mnie sprowokował, a teraz udaje miłego współlokatora? To jest chyba jakieś nieporozumienie. Fałszywa, kłamliwa i dwulicowa… Shane, spokojnie. Uspokój się. Moje wargi nieznacznie rozpoczęły drżeć, mimowolnie mój palec wskazujący prawej dłoni się wyprostował. Oj, świerzbiły rączki, świerzbiły. Nawet nie wiecie jaką przyjemność, by mi sprawił widok, zginającego się w pół blondwłosego z czystego, wszechogarniającego bólu. Zmrużyłem oczy, spoglądając na Dirhaela. Bardzo dokładnie wyobraziłem sobie tę scenę. Sekunda po sekundzie. Milimetr po milimetrze. Prychnąłem i podniosłem dłoń — prawie w tym samym momencie ją opuszczając — masz już i tak za dużo kłopotów na jedno życie Shane… Gwałtownie wciągnąłem nosem powietrze i zgromiłem dwójkę wzrokiem; chyba powinienem się w końcu do nich odezwać. Chociaż czy w ogóle warto? Już i tak pewnie myślą, że kogoś zamordowałem i zakopałem pod szkołą… Albo, że jestem kanibalem, jedzącym ludzkie wątroby…
- Co tu się dzieje? – do moich uszu dobiegł postawny, męski głos.
Momentalnie zamknąłem oczy; ciche kurwa wydostało się z moich ust, pokrytych prawdopodobnie w całości krwią. Byłem w dupie. Byłem w pierdolonej kropce. Czy ta cała sytuacja mogła być bardziej beznadziejna? Dlaczego miniony dzień był tak paskudny... Oh, wiem! To wszystko przez tego cholernego człowieka zwanego pod imieniem Dirhael! Wszystko zaczęło się od tego kretyna! Gdyby administracja kochanej szkoły Auris nie była aż tak ułomna i nie przydzieliłaby mi akurat tego idioty do pokoju, to teraz pewnie bym w spokoju siedział sobie w pokoju wraz z kolejnym odcinkiem Sherlocka. Nie zostałbym obudzony, nikt nie zmusiłby mnie do pójścia na lekcje... Przez różowookiego są same problemy! Tylko i wyłącznie jakieś komplikacje. A to rzuca mną o ścianę, a to przez użycie na nim mocy, moja twarz zmieniła się w krwawe pobojowisko — jakbym dostał z prawego sierpowego od wilkołaka. Tyle że wtedy miałbym jedynie siniaka. Aktualnie moje naczynia krwionośne postanowiły popełnić zbiorowe samobójstwo... I jak tu żyć? Szczerze to nie wyobrażałem sobie życia w przyjaźni oraz wzajemnej sympatii wraz z moim jakże kochanym współlokatorem. Ja miałem niby spędzić z tym gościem następne kilka miesięcy? Jakiś bardzo nieśmieszny żart, przecież ja już chciałem go zamordować. A spędziliśmy ze sobą jedynie dwa dni. Dwie niepełne doby! Ja już miałem go ochotę udusić po tych kilku spędzonych w swoim towarzystwie godzinach. A co dopiero bym chciał zrobić z nim po kilku tygodniach? Albo miesiącach...? Chryste... Nie wyobrażałem sobie tego. W żadnym przypadku kwestii czy kontekście. Jego towarzystwo było mocno działające na nerwy, a w szczególności, gdy pieczętował te swoje cholerne blokady oraz pieczęcie na moją magię. Istny koszmar, w którym ja grałem pierwsze skrzypce. Oczywiście wraz z tym blondwłosym kretynem. Zacisnąłem zęby w momencie, gdy ujrzałem nauczyciela wychowania fizycznego koło Dirhaela oraz Mary. Uniosłem powieki i z przestrachem spojrzałem na Hornzalller’a. Byłem w tej szkole od… trzech dni? Nie miałem pojęcia, jaki ‘w obejściu’ jest ten nauczyciel. Jedynie słyszałem plotki uczniów, że jest całkiem w porządku. Ale czy przeleje się to na rzeczywistość? Cóż… Miałem się właśnie o tym przekonać. Na własnej skórze.
– Kim jesteś? – zapytał nauczyciel, otaksowując mnie od stóp do głów wzrokiem.
Zamrugałem parokrotnie rzęsami, spoglądając na jasnowłosego trenera. Co robić, co robić… Och! Uciekać! Zanim zdążyłem się obrócić, aby zacząć w jak najszybszym tempie opuszczać trybuny, coś albo ktoś złapał mnie za kaptur bluzy. Trwało to zaledwie parę sekund. Wybałuszyłem oczy, gdy krawędź bluzy zaczepiła się o moją szyję. Zanim zdążyłem wrzasnąć na całe gardło, rzucając wiązankami przekleństw, ‘ktoś’ mnie uprzedził.
- To Shane. – Dirhael wypowiedział to spokojnym, obojętnym tonem, ciągnąc mnie za materiał odzienia w stronę Hornzaller’a. – Shane… Jest moim współlokatorem.
Czy ty śmieciu nie znałeś mojego nazwisk…? Mojego znamienitego nazwiska rodowego? Teraz to żeś przesadził. Zacząłem miotać się na wszystkie strony i boki. Wymachując rękoma, próbowałem jakoś uderzyć mojego ukochanego i jakże niekonfidenckiego współlokatora prosto w twarz. Ten człowiek nie miał już życia. Przysięgam, że przy najbliższej okazji zrzucę go z okna. Albo zamknę w łazience i nie wypuszczę. Albo wypierdolę mu cegłą w ryj. Albo…
- To nie wygląda dobrze. – odezwał się po krótkiej chwili Hornzaller, wyrywając mnie z moich myśli na temat morderstwa różowookiego, tak głębokich niczym dno Pacyfiku. Oj, chciałbym być w tym momencie taflą spokojnej wody na Oceanie Wielkim – uwierzcie mi. Ledwo co powstrzymywałem się od wykonania znaku na osobie, która trzymała mnie niczym psa na smyczy, czy chociażby rzucenia milionami wiązanek przekleństw w stronę tego niespełna rozumu człowieka. Nadąłem usta, piorunując szanownego współlokatora wzrokiem. Wzrokiem pełnym złości, wściekłości, gniewu, żądzy mordu. Gdyby tylko nie było tutaj tego cholernego nauczyciela wychowania fizycznego…
- Musisz pójść do szkolnej pielęgniarki, natychmiast. – dodał, a zanim zdążyłem się sprzeciwić, zwrócił się do stojących niedaleko osób, które najchętniej obdarłbym żywcem. – Mary, Dirhael, zajmiecie się nim?
Otworzyłem szeroko oczy i wykrzywiłem usta w największym grymasie nieszczęścia, na jaki było mnie stać. Moja mina była jedną z tych, która posiadała w sobie gamę emocji – zaczynając od ostrego gniewu, a kończąc na skrajnej rozpaczy. Miałem ochotę płakać i zarazem przywalić osobie po mojej lewej strony z prawego sierpowego. To jego wina. To wszystko to jego cholerna wina. Gdyby nie on, to by mnie w tym miejscu nigdy nie było. W życiu nie stałbym z całą twarzą we krwi przed nauczycielem wychowania fizycznego oraz jedną z najpopularniejszych dziewczyn w szkole, która była tak blada, że zacząłem się zastanawiać czy przypadkiem nie ma jakichś problemów z krążeniem… Wyglądała tak, jakby właśnie brała udział w co najmniej w egzorcyzmach; wrażliwe dziewczę. Rzuciłem wzrokiem pełnym pogardy w stronę Hornzaller’a. Niech wie, że go nienawidzę od tego momentu. Miał jak w banku mój szatański gniew.
- Poradzę sobie sam. – warknąłem. Byłem ostro zirytowany całą tą sytuacją, miałem dość tej szopki. Chciałem jedynie znaleźć się w swoim pokoju, przykryć kocem i obejrzeć nowy odcinek Sherlocka… Czy to tak dużo? Jednak kogo obchodzi to, co ja chciałem?! Zostałem brutalnie obudzony, zmuszony do użycia mocy, a teraz na dodatek rozkazano mi iść z tymi idiotami do szkolnej pielęgniarki. I to wszystko przez tego kretyna, Dirhaela. Zazgrzytałem zębami i zerknąłem na niego, mój wzrok był pełen pogardy oraz nienawiści. Nienawidziłem go. Po prostu go nienawidziłem. To ja miałem zmienić jego życie w piekło po tym, jak rzucił mną o ścianę… a nie na odwrót! Byłem ostro wkurzony. Wściekłość z każdą minutą mieszała się z bezsilnością, rezygnacją. Dzisiejszy dzień był już tak beznadziejny, że nie wyobrażałem sobie jego końca. Zajebiste rozpoczęcie tygodnia, naprawdę.
Przyśpieszyłem kroku, aby znaleźć się już w środku gmachu szkoły. Z hukiem otworzyłem drzwi wejściowe prowadzące z boiska na korytarz szkolny oraz szatnie. Nigdzie nie było nawet żywej duszy. A co w tym dziwnego Shane, jeżeli są prowadzone właśnie lekcje? Cisnąłem wzrokiem za dwójką podążających za mną osób. Dlaczego oni w ogóle posłuchali się tego nauczyciela? Nie mogli po prostu jak każda inna osoba zostawić mnie w spokoju? Uwierzcie mi, potrafię się sobą zająć, nie jestem dzieckiem. Jestem. Kurwa. Dorosły. Zerknąłem na Mary i Dirhaela, którzy na jednym z rozwidleń korytarza zaczęli skręcać w przeciwną stronę… Czyli do widzenia, moi mili…!
- Shane, pielęgniarka jest po drugiej stronie. – zawołał za mną damski głos, na co wywróciłem zrezygnowany oczami. Czy oni naprawdę mieli zamiar mnie niańczyć jak małe dziecko? To tylko krew z nosa, a nie poparzenie trzeciego stopnia… Chryste; przewrażliwieni kretyni. Odwróciłem się na piecie i uśmiechnąłem się jak najbardziej złośliwie do tej różowowłosej jędzy – cholera mi działała na nerwy. Ruszyłem przed siebie, wymownie ich wymijając. Zacisnąłem schowane dłonie w bluzie w pięści; chciałem, aby ten dzień skończył się jak najszybciej. Rzuciłem wściekły wzrok w stronę ‘moich towarzyszy’, którzy wyglądali, jakby mieli zaraz co najmniej zejść na zawał. W sumie mieli po części rację; jeszcze chwila, a będą się smażyć w potwornych katuszach. Mimowolnie mój wskazujący palec prawej dłoni drgnął, a przez moje drobne ciało przeszło przyjemne mrowienie. Niegrzeczny Shane, oj niegrzeczny. Spojrzałem spod byka na Dirhaela, który spokojnie wpatrywał się przed siebie. Debil. Prychnąłem cicho i nagle koło mojego lewego boku znalazła się różowowłosą jędza. Moje brwi powędrowały w górę, gdy ta mała dziewczynka zaczęła coś nawijać o tym, co mi się stało, co mi jest i czemu tak się zachowuje. K a t o r g a. Ze znudzeniem mieszającym się ze złością, zacząłem się wpatrywać w podłogę. O czym ona do mnie w ogóle mówiła…? Szczerze to ledwo co pamiętałem, co ona mamrotała pod nosem; w trakcie jakże fascynującego monologu dziewczyny po prostu się wyłączyłem. Czy ten dzień może być jeszcze gorszy…? Parę kroków dalej przystanęliśmy przed białymi drzwiami, na których nalepiona była karteczka, która dość oczywiście świadczyła o tym, że znajduje się tu gabinet pielęgniarski. Mhm, cudownie. Okami zapukała w powłokę, lecz żadna żywa dusza nie odpowiedziała na jej czynność. Zmarszczyła delikatnie brwi, po czym nacisnęła na klamkę. Drzwi były oczywiście zamknięte – jaka szkoda… Mary rozpoczęła coś znowu pieprzyć, lecz nie miałem najmniejszego zamiaru dalej tego słuchać. Koniec zabawy. Definitywny.
- Nara. – mruknąłem, machając jakby od niechcenia ręką. Ledwo co zdążyłem zrobić mały krok, to coś zacisnęło się na mojej szyi. Kurwa. Mać.
- Poczekaj, poczekaj. W takim stanie… - zaczął mówić do mojej osoby Dirhael, lecz nie dałem mu skończyć. Granica zwana spokojem ze strony Shane’a Lyott’a się skończyła; została porwana na strzępy.
- Puszczaj mnie, ty pedofilska szmato! – wydarłem się na cały korytarz. Byłem pewien, że słychać było mnie w całej szkole, jak i nie w akademiku. Zacząłem rzucać się w każdym możliwym kierunku; tylko aby ten kretyn mnie puścił. Machnąłem w jego stronę rękoma. – Jesteś popierdolony! Zachowujesz się jak pieprzony pedofil! Rozumiesz, co do Ciebie mówię ciemnoto?! Czy ty możesz mnie puścić jebany schizofreniku?! Kurwo…!?
Chłopak nawet nie drgnął, gdy próbowałem się uwolnić z jego szponów. Nawet mu powieka nie zadrżała o milimetr podczas mojego darcia na niego mordy. Patrzył cały czas na mnie z czystą, nieskażoną żadną emocją obojętnością; jedynie jego brwi powędrowały w górę. Pieprzony socjopata. Psychol.
- Już? Uspokoiłeś się? – zapytał, gdy na chwilę zamilkłem. Czy się już uspokoiłem? A czy ten człowiek jest aż tak ślepą amebą? Zacisnąłem rękę w pięść. Liczyły się sekundy, zanim ten blondwłosy kretyn miał się doigrać. Hamulce puściły, przykro mi.
- Ja ci zaraz kurwa dam. – w tym samym momencie co wypowiedziałem te słowa, moja dłoń znalazła się za moimi plecami i ułożyła się w znak. Powoli poruszyłem palcami, aby po chwili władować całą wściekłość w przepływającą magię. Mocny dreszcze przeszedł moje ciało, zachwiałem się – tak samo, jak mój współlokator, który momentalnie mnie puścił i zgiął się w pół. Cierp, cierp, kurwa; należy ci się jak nikomu innemu. Zaszumiało mi w uszach, a przed oczami pojawiły się mroczki. Rozluźniłem dłoń. Dirhael powoli się wyprostował, a ja rzuciłem najbardziej pogardliwe spojrzenie, na jakie było mnie stać. Z wyższością uniosłem podbródek. Prawie w tej samej sekundzie zmroczyło mnie. W głowie miałem jednostajny pisk, oczy zaszły mi mgłą. Poczułem, jak krew ponownie zaczęła skapywać z mojego nosa, więc przyłożyłem do twarzy zakrwawiony materiał ‘białej’ bluzy. Zakręciło mi się w głowie; naprawdę poczułem się bardzo nie w porządku. Powoli przełknąłem ślinę, gdy ostrość obrazu zaczęła wracać do normalności. Zamrugałem parokrotnie oczami. Blondyn coś mówił do różowowłosej, lecz nie byłem w stanie rozróżnić słów przez niego wypowiadanych. Słyszałem jedynie pojedyncze sylaby. Powoli odwróciłem się do nich tyłem, aby nie widzieli mojej twarzy, która najpewniej nie wyrażała czegokolwiek poza ogromnym zamroczeniem. Nie wiem ile, tak tam stałem, jak słup soli, ale czyjś dotyk na moich plecach skutecznie mnie ocucił. Momentalnie spiąłem każdy, nawet najdrobniejszy mięsień. Przez moje ciało przeszedł nieprzyjemny dreszcz, a dłonie mimowolnie złożyłem w pięści. Rzuciłem nerwowy wzrok na osobę, która w ogóle śmiała zrobić w stosunku do mnie taki gest – Dirhael; pierdolony schizofrenik. Zacisnąłem zęby i spuściłem wzrok. Chciało mi się zarazem krzyczeć, przywalić komuś tasakiem w łeb i płakać. Posłałem jeszcze jeden nie do końca trzeźwy wzrok w stronę współlokatora.
- Nie odpuścisz, co? – wychrypiałem, wkładając w każde słowo jak najwięcej złości.
- Nie. – odpowiedział krótko, a mnie zalała fala gorąca; kretyn, kretyn i jeszcze raz kretyn.
Nie wiem, nawet kiedy i po co znalazłem się w szkolnej toalecie. Lekko zmarszczyłem brwi skołowany. Powoli podszedłem do umywalki, czując jak zawroty głowy, zamiast mijać, to postanowiły zaatakować ze zdwojoną siłą. Cicho westchnąłem, opierając dłonie o krawędzie jakimś cudem czystej armatury. Wszystko jest w porządku, Shane. Oblizałem drżące usta, a po chwili się skrzywiłem, czując metaliczny posmak krwi na języku. Zerknąłem na swoje odbicie w lustrze – wyglądałem gorzej niż źle. Cała twarz, i to dosłownie, była pokryta czerwoną cieczą. Pod nosem, w okolicach ust, krew była już zakrzepła, ściemniała. Przeszedł przez moją twarz cień obrzydzenia. Wyglądałem jak jakiś wampir albo inne krwiożercze monstrum; nieprzyjemny dreszcz przeszedł po moim kręgosłupie. Wypuściłem nosem powietrze i podniosłem dłoń, aby odkręcić srebrzysty, pokryty odrobiną rdzy kurek.
- Już ci lepiej? – cisza została przerwana tym krótkim pytaniem. Nawet na niego nie spojrzałem, zamiast tego nabrałem w pokryte zakrzepłą krwią dłonie wodę. Nieudolnie spróbowałem zmyć to istne pobojowisko z twarzy, lecz odbicie w lustrze nie wskazywało na to, by było, chociażby odrobinę lepiej. Przełknąłem ślinę. Zawroty w głowie minęły, chociaż dalej w uszach mi szumiało. Obraz również wrócił do normalności, wszystko widziałem w ostrości; jednakże od czasu do czasu przy zbyt gwałtownym ruchy głowy pojawiały mi się przed oczami mroczki. Rzuciłem pogardliwy wzrok w stronę różowookiego, który w dłoni trzymał papier. Nawet nie raczyłem podziękować, wziąłem od niego szorstki jak tarka kawałek świstka i spróbowałem jakoś zatamować nim dalej lecącą krew; dało to tyle, co nic. Zazgrzytałem zębami i znów pochyliłem się nad zakrwawioną umywalką. Krew powoli skapywała z mojego nosa na nieliczne białe kawałki armatury.
- Możesz już sobie pójść. – mruknąłem w stronę Dirhaela. Nie widziałem sensu, aby tutaj dalej stał i wpatrywał się we mnie jak ciele w malowane wrota. Doskonale zdaję sobie sprawę, jaki jestem oszałamiający, ale bez przesady. Blondyn nawet nie raczył odpowiedzieć. Zmarszczyłem brwi i spojrzałem na chłopaka. Szaman coś czytał na telefonie, a ja zrobiłem najbardziej urażoną minę na świecie. Najpierw udaje, że chce mi pomóc, a jak coś do niego mówię to siedzi na telefonie…? W moich oczach ponownie zaiskrzyły upiorne ogniki, czekałem aż książę raczy schować urządzenie do kieszeni. Cicho westchnął, nasze spojrzenia się spotkały. Mój Boże… Nie dość, że cham i prostak, to jeszcze nie potrafi zrozumieć prostego przekazu, który brzmiał w skrócie, aby jak najszybciej stąd spierdalał. Pokręciłem głową i mechanicznie uniosłem dłoń, zatrzymałem ją w połowie wykonywania znaku. Może teraz zaczniesz odpowiadać na to, co mówię.
- Jeśli jeszcze raz tego użyjesz, to się wykrwawisz, debilu. – jego ton głosu był szorstki oraz tak bardzo obojętny na wszystko, że we mnie momentalnie zawrzało. Wystarczyło jeszcze słowo, aby cały gniew wykipiał z kotła zwanego moją osobą. Zacisnąłem zęby i palce w pięść; zgromiłem wzrokiem współlokatora. Miałem ochotę mu skręcić kark albo połamać wszystkie kości, albo poderżnąć mu gardło, albo… Pokręciłem głową zrezygnowany. Dlaczego akurat ja musiałem trafić na swojej drodze na akurat… niego? Czy naprawdę była aż taka konieczność przydzielenia mi do pokoju tego kretyna? Przecież na pewno jest ktoś, kto bardziej cieszyłby się z towarzystwa tego wariata… Co ty gadasz Shane… Tylko ty masz takiego pecha, nie pamiętasz? Pokręciłem głową. Miałem tego wszystkiego dość. Miałem cholernie dość tego dnia, tego idioty Dirhaela oraz wszystkiego, co było z nim związane. A trochę tego było.
- Odwróć głowę. – usłyszałem nagle, a gdy uniosłem wzrok na blondyna, to ten zrobił parę kroków moją stronę. Uniosłem powieki lekko zaskoczony, zmarszczyłem brwi i mimowolnie cofnąłem się parę kroków; nie miałem pojęcia, co temu schizofrenikowi mogłoby wskoczyć do łba. – Zawsze to masz?
Moje brwi powędrowały w górę. O co mu do cholery chodziło? Czy jego choroba psychiczna już tak się pogłębiła, że ma halucynacje? Przełknąłem ślinę. A jak on mnie zabije? No wiecie… to wariat — zginę w szkolnym kiblu. Zawsze marzyłem o takiej śmierci. I to jeszcze z rąk schizofrenika. Spojrzałem na Dirhael’a, który nie wyglądał, jakby chciał właśnie dokonać morderstwa, ale kto wie… Socjopaci mają wiele twarzy i masek.
- Co? – fuknąłem, ciskając w jego stronę wzrok pełen niezrozumienia oraz złości.
- Te siniaki. Zawsze się pojawiają po tym, jak użyjesz mocy? Wydawało mi się, że gdy rano ciebie budziłem, to ich nie miałeś.
Wybałuszyłem oczy, mimowolnie moja ręka dotknęła szyi. Kurwa. Pod opuszkami palców czułem nieprzyjemne opuchnięcia, a dotknięcie ich spowodowało tępy ból. Dlaczego akurat na szyi…? Nie mogły się pojawić na żebrach czy chociażby na ręce? Co za głupota… Zaraz. Czy on właśnie mi zakomunikował, że patrzył na mnie, jak spałem…? Nie… Shane… Masz schizofrenie, to nie jest możliwe… Kurwa mać.
- Czy ty mi się przyglądałeś, jak spałem? – wypaliłem, akcentując każde słowo z jak największym jadem w głosie. Ja wiedziałem, że on nie był do końca normalny, ale żeby kogoś bezczelne podglądać…? Chryste… A jeżeli nie tylko? Momentalnie wezbrało mi się na wymioty. A ten kijek…? Mój Boże. Zbladłem i otworzyłem szerzej oczy, wpatrując się w blondyna, który miał tak obojętny wyraz twarzy, że znów zaświerzbiły mnie ręce. – Ty pedofilska mendo! – wydarłem się, na co jedynie różowooki prychnął. Dlaczego mi dali tego człowieka jako współlokatora?! Przecież on mnie zgwałci w nocy, a potem zabije! Słodki Jezu…
- Chłopie, masz już osiemnaście lat. Nie podchodzisz pod paragraf. – momentalnie pobladłem jeszcze bardziej. Otworzyłem szerzej usta, nie do końca rozumiejąc, co właśnie przed chwilą Dirhael do mnie powiedział. Nie podchodzę pod paragraf? Ale w jakim sensie? I jaki paragraf? Spojrzałem na niego z całkowitym niezrozumieniem, lecz ten nawet nie zaszczycił mnie wzrokiem. Zacisnąłem dłoń w pięść i chciałem coś powiedzieć, lecz dźwięk otwieranych drzwi skutecznie mi przerwał. Swoje tęczówki skierowałem na chłopaka w czerwonych włosach, który nagle pojawił się w środku łazienki. Wyglądał, jakby co najmniej zobaczył ducha, wzrok miał wbity w podłogę.
- Nie przeszkadzajcie sobie. – uniósł ręce, na co ja wytrzeszczyłem oczy. W czym przeszkadzać? Chryste, co tu się w ogóle dzieje…? – Jestem tu tylko przez przypadek, nic nie słyszałem. – Zmarszczyłem brwi, moja twarz wyrażała jedynie coś w stylu - ‘co tu się kurwa dzieje?’. Spojrzałem na blondyna, który wyglądał na tak samo skonfundowanego, jak ja. O co temu chłopakowi chodziło? Pokręciłem głową; kolejny wariat.
- Już lepiej się czujesz? – nagle zapytał różowooki, na co jedynie prychnąłem. Jeszcze śmie się o to pytać. Chyba łatwo się domyślić, że najchętniej bym go zabił – powoli i boleśnie. Zmrużyłem oczy i posłałem mu spojrzenie pełne pogardy. Niech sobie nie myśli kretyn, że nie jestem zły. Oto, to nie. Byłem wściekły. Podszedłem do umywalki, odkręciłem kurek. Przemyłem jeszcze raz twarz wodą, aby pozbyć się resztek krwi z twarzy. Rzuciłem wzrokiem w lustro, w którym odbijał się Dirhael. Dlaczego ten człowiek mnie tak niemiłosiernie wkurwiał? Wystarczyła jedynie jego obecność, aby doprowadzić mnie do stanu skrajnej furii. Otrzepałem mokre dłonie, a następnie odwróciłem się na pięcie.
- Czyli tak? – usłyszałem jedynie te dwa słowa za sobą, gdy trzasnąłem drzwiami od łazienki. Nie miałem najmniejszej ochoty spędzać z tym kretynem ani chwili dłużej. Byłem już wystarczająco mocno wyprowadzony z równowagi. Wsadziłem dłonie w kieszenie spodni, szybkim krokiem zacząłem przemierzać korytarz; chciałem jak najszybciej znaleźć się tym pieprzonym akademiku.
~*~
Równym krokiem przemierzałem coraz to rozrzedzającą się gęstwinę roślin, krzewów i drzew. Otaczał mnie lekki półmrok. Rzuciłem niespokojny wzrok, gdy mała gałązka pod moimi nogami zatrzeszczała. Co mnie podkusiło, aby zgodzić się na pójście z moim współlokatorem do lasu? Powiedźcie mi, dlaczego ja jestem taki naiwny…? Przełknąłem ślinę, zerkając spod przymrużonych powiek na Dirhael’a, który znajdował się parę metrów przed moją postacią. Oj, byłem debilem; pójście z nieznajomym człowiekiem, który posiada skłonności psychopatyczne do pustego, pozbawionego żywej duszy miejsca… A jak on chciał mnie tutaj zabić? Zamrugałem szybko oczami, ponownie spoglądając na blondyna, który żwawym krokiem przedzierał się przez ciemny bór. Różne dziwne myśli zaczęły krążyć po mojej głowie — on mnie tutaj udusi, zakopie i przysypie leśną ściółką — wprost świetne zakończenie żywota. Nawet jakbym zaczął uciekać, to bym się prędzej czy później zgubił – nie wspominając o wzywaniu pomocy. Chociaż… W kieszeni bluzy spokojnie leżał mój telefon, zacisnąłem na nim palce. A gdyby tak zadzwonić na policję i powiedzieć, że jakiś wariat mnie porwał i chce mi pokazywać duchy za pomocą jakiegoś dziwnego kijka? To nawet w mojej głowie brzmi równie absurdalnie… A co by dopiero powiedział ktoś z policji? Pokręciłem zrezygnowany głową, byłem w tragicznej sytuacji. Pójdę z tym schizofrenikiem czy nie, to i tak coś mi się stanie; byłem tego bardziej niż pewny. Shane, ty zawsze musisz się wpakować w każdą beznadziejną sytuację, prawda? Zacisnąłem zęby na myśl o dzisiejszym poranku – miałem ochotę strzelić sobie w twarz za tą całą kompletnie niepotrzebną scenę. Spojrzałem spod byka na plecy blondyna. Chętnie bym mu przywalił za to wszystko; zaczynając od tego, że mnie obudził, a kończąc na tym, że zaciągnął mnie do tego lasu. Chryste… Niech ten dzień się już skończy – błagam… Blondyn dość znacznie zwolnił, zmarszczyłem czoło; nawet nie zauważyłem, że znajdujemy się na niewielkiej polance osłoniętej murem drzew. Uniosłem oczy ku niebu, które pokryte było ciemnymi, granatowymi chmurami. Jak zacznie padać, to go zabiję, przysięgam.
- No to jesteśmy na miejscu. – powiedział do mnie, przerywając tym samym kilkunastominutową ciszę, która ciągnęła się od momentu opuszczenia akademika. Opuściłem wzrok i spojrzałem na Dirhael’a najbardziej znudzonym wzrokiem, na jaki było mnie w tym momencie stać.
- I co dalej? – mruknąłem, spoglądając na chłopaka, który narysował koło mnie jakąś linię na ziemi. Moje brwi drgnęły w górę.
- Nawet nie waż się jej przekroczyć, bo to może się skończyć dla Ciebie źle, serio.
- Tak, tak, tak. Możesz już zaczynać… - ziewnąłem teatralnie, na co jedynie westchnął. Naprawdę myślał, że obchodzi mnie to, co ma zamiar robić? Bez obrazy, ale szamani nie są zbyt interesującą rasą; co oni tak naprawdę potrafią? Machnąć kijkiem i zrobić barierę? Co drugi magicznie uzdolniony to potrafi… Runy, które dają tyle, co nic? Tak samo bezużyteczna moc, jak cała reszta tego badziewia, którym się tak chełpią i szczycą. Żałosne. I jeszcze na dodatek straszy mnie, że coś może mi się stać przez jego cyrkowe sztuczki? Nie rozśmieszajcie mnie. Co może się stać po przekroczeniu jakiejś kreski wyrysowanej na ziemi? Coś mnie opęta i stanę się drugim Dirhaelem? A może zacznę mieć te same schizofreniczne zachowania, co mój drogi kolega, który ni stąd, ni zowąd rozpoczął, rysować końcem gałęzi różne dziwne wzorki? Zmarszczyłem brwi i nieznacznie się pochyliłem. Co to niby miało do cholery być? Nim zdążyłem mrugnąć okiem, plątanina linii zaczęła się zażyć na różowy kolor. Gwałtownie się wyprostowałem, rzuciłem wzrokiem na Dirhaela, który coś szeptał pod nosem. Czułem się jak w kadrze z jakiegoś taniego horroru, naprawdę... Nagle na ciele mojego współlokatora pojawiły się linie, które również zaczęły świecić się na kolor wzorów, znajdujących się koło jego stóp. Dobra. To było co najmniej dziwne. Zacisnąłem wargi, mój wzrok chaotycznie rzucał się z blondyna na świetliste linie na jego skórze, aby potem przesunąć wzrok na te osobliwe, żarzące się światłem, wyrysowane symbole. Czułem się trochę jak piąte koło u wozu; po cholerę ja tu przyszedłem…?
- Podejdź bliżej. – wyrwał mnie z zadumy męski głos należący do szamana. – Nie bój się.
Posłałem mu nienawistne spojrzenie; ja bym się bał tych jego dziecinnych sztuczek? Niedoczekanie. Pewnym krokiem znalazłem się koło blondyna, uniosłem podbródek. Ta czarcia cholera była ode mnie wyższa. Zmrużyłem oczy, gdy Dirhael uniósł swą dłoń i przesunął ją niebezpiecznie blisko mojej twarzy. Co ten kre… Jego opuszek palca znalazł się na moim czole; momentalnie wybałuszyłem oczy i zacisnąłem zęby. Moja dłoń uformowała się pięść. Naprawdę mocno powstrzymywałem się od ułożenia palców w znak, aby chłopak tylko znalazł się jak najdalej ode mnie. W tym samym momencie, co opuścił nadgarstek, ja odskoczyłem od niego. Obróciłem się do niego lekko bokiem, rzucając mu wzrok pełen odrazy do tego, co zrobił — ten śmieć mnie dotknął. Moje dłonie zadrżały, gdy mój wzrok zatrzymał się odrobinę dłużej na postaci szamana.
Kurwa mać. Rozszerzyłem jeszcze mocniej oczy, otaksowując chłopaka wzrokiem.
Nie. Nie. Nie. Czy…? Nie…
Shane!
Spojrzałem przed siebie. Rozgoryczenie rozprzestrzeniło się moim ciele i powoli zmieszało się z pewną osobliwą obawą; nie chciałem spędzić ani minuty dłużej z tym wariatem.
- Widzisz je? – nagle zapytał się mnie, poczułem jego wzrok na sobie. Nawet nie drgnąłem. Nic mu nie odpowiedziałem; wypuściłem drżące powietrze z płuc. Za dużo myśli zaczęło kołatać mi się w czaszce; myślałem, że jestem zdolny, aby o tym zapomnieć, że jestem zdolny o tym nie pamiętać. Oblizałem suchą wargę, dalej wpatrując się w jakiś punkt przed sobą. Wspomnienia rzuciły się na mnie jak hieny na padlinę, rozrywały mnie kawałek po kawałku. Shane, skończ; przynajmniej na ten moment. Zacisnąłem dłoń na krawędzi bluzy, odwróciłem się do blondyna. Nawet nie musiałem starać się, aby uniknąć na niego patrzenia, bo kompletnie co innego zwróciło moją uwagę. Postacie. Trzy osoby. Cofnąłem się, żal przemienił się w strach, a strach w lekkie przerażenie. Kto to do cholery był?! Trójka zaczęła zbliżać się w stronę kręgu, w którym znajdował się Dirhael. Czy on tego nie widzi? O co tu do cholery chodzi?! Chciałem coś powiedzieć, ostrzec go, lecz w tym samym momencie, co chciałem otworzyć usta, chłopak mnie wyprzedził. Wyszeptał jakieś słowo pod nosem i w tej samej sekundzie postacie… zniknęły? Rozpłynęły się w powietrzu. Po prostu. Ot, tak. Przetarłem oczy dłońmi; czy ja już mam halucynacje? Może straciłem dużo krwi i doznałem jakiś nieodwracalnych zmian w mózgu? A może ten kretyn namieszał mi w głowie? Albo staję się wariatem…?
- Kim byli do cholery ci ludzie? – zapytałem, dalej wpatrując się w punkt, w którym postacie jeszcze przed paroma sekundami stały. Mój głos był słaby. Bardzo słaby. Źle, źle, źle.
- To były duchy, kretynie. – parsknął, a ja odwróciłem się ze złością w jego stronę.
- Było mi powiedzieć, że nagle pojawią się jakieś zmory czy inne gówno. – warknąłem rozeźlony. Skąd miałem wiedzieć, że to były duchy? Wyglądały tak samo, jak każda inna osoba spotkana na ulicy. Fuknąłem i założyłem dłonie na piersi, gdy na swoją wypowiedź usłyszałem jedynie ciche prychnięcie Dirhaela. Spojrzałem w niebo; dlaczego on był tak głupi? Chryste…
- Czy możemy już wracać? – mruknąłem, wkładając ręce do kieszeni spodni. – Nudzę się i jest już ciemno.
- Zdziwiłbym się, gdyby ciebie cokolwiek zainteresowało. – odparł, na co jedynie posłałem mu piorunujący wzrok. – Jak chcesz.
- Cudownie. – warknąłem pod nosem, odwróciłem się na pięcie i zacząłem zmierzać przed siebie.
Chcę do tego cholernego akademika.
~*~
- Dlaczego mówisz mi to kurwa dopiero teraz?! – wydarłem się na całe gardło, mogłem się założyć, że słychać było mnie w całej pobliskiej okolicy… Och, przepraszam, w jakiej okolicy?! Byliśmy w pierdolonym lesie! Kompletnie zgubieni! Spojrzałem ze złością na blondyna stojącego obok mnie z założonymi rękoma. Mój wzrok kipiał od wściekłości; od nie wiadomo ilu minut (jak nie godzin), pałętaliśmy się po lesie, aby teraz ten kretyn powiedział mi, że nie wie, gdzie jesteśmy. Nagle nie zapomniał drogi. Rozumiecie ten paradoks?! Wpierw zaciąga mnie na to pustkowie, miesza mi w głowie, że widzę jakieś duchy, a teraz jakby nic się nie stało, oznajmia mi, że nie wie, gdzie jesteśmy! Miałem ochotę go udusić, utopić, spalić… Cokolwiek. Zacisnąłem palce w pięść, paznokcie wbiły się w wewnętrzną część mojej dłoni; mocno powstrzymywałem się od użycia na tym pozbawionym mózgu człowieku. Jednak zdawałem sobie sprawę, że moje omdlenie w środku niczego niezbyt pomoże nam w odnalezieniu drogi do miejsca zwanego pieprzonym akademikiem. Uniosłem wzrok, moje oczy wręcz kipiały od złości. Dlaczego to wszystko musi spotykać mnie?! Moje w miarę spokojne życie na ten moment jest niszczone przez tego kretyna! A spędziliśmy w swoim towarzystwie zaledwie dwie doby! Rozumiecie to?! Spojrzałem w oczy Dirhaela, który dalej stał niewzruszony. Jego spojrzenie patrzyło na mnie dość lekceważąco, zaświerzbiły mnie dłonie.
- Czy ty naprawdę jesteś takim idiotą, czy tylko udajesz? – wrzasnąłem, intensywnie przy tym gestykulując. Twarz Dirhaela była tak bardzo obojętna, że momentalnie zrobiło mi się gorąco. Czy on naprawdę nie potrafi wykrzesać z siebie nawet krzty emocji?! On nie ma duszy, serca czy co?!
- Jakbyś przestał się drzeć, to było bardzo miło. -warknął i rzucił mi spojrzenie pełne pogardy; jeszcze czego. Gdy miałem otworzyć usta, w celu obrzucenia go kolejną falą bluzgów, blondyn mnie wyprzedził.
- Zamknij się przez chwilę.
Wlepiłem w niego wzrok. Co on właśnie powiedział? Zamrugałem parokrotnie oczami. Nie, nie wydaje mi się. Moja wargi lekko zaczęły drżeć; szala goryczy się przelała – byłem na skraju równowagi. Miałem cholernie dość. Zacisnąłem zęby, mój wzrok powędrował w stronę ciemnego nieba; granatowy jedwab. Na mój policzek nagle spadło coś mokrego. Zmarszczyłem brwi i dotknąłem dłonią skóry. Co do…
Nagle lunął deszcz.
Kurwa.

< powodzenia >
Licznik słów: 6437

środa, 24 stycznia 2018

Od Shane'a do Dirhaela

Bezsenność. Jedna wielka, męcząca kurwa, która postanowiła się mnie uczepić, jak jeszcze byłem małym brzdącem. Jakbym nie miał dostatecznie dużo problemów oraz zajęć na głowie, aby jeszcze zacząć użerać się z niemożnością zaśnięcia… To naprawdę potrafi wyprowadzić z równowagi. Nawet po kilku latach spędzonych z tą… chorobą? Czy bezsenność można nazwać już jakąś medyczną przypadłością? Nie, żebym nie przekopał całej przeglądarki w tej sprawie… Po prostu dalej nie jestem w stanie się pogodzić z myślą, że przez całe swoje marne życie będę zmuszony spędzać noce na nieustannym gapieniu się w sufit. Ja, Shane, pośrodku wszechobecnej czerni nocy oraz uśpionej ciszy przez następne kilkadziesiąt lat. Nie, po prostu nie. Nie byłem w stanie wyobrazić sobie takiego scenariusza, dlatego też starałem się zamienić bezsenne noce na coś… pożytecznego. A to wychodziłem na libacje alkoholowe, a to szwendałem się po okolicy. Jednak najczęściej moje ‘wypady’ na miasto były połączone z dużą dawką procentów oraz dość specyficznym towarzystwem, którego moja matka wręcz nie znosiła. Tfu… Czy ja nazwałem tę kobietę matką? Brak snu naprawdę miesza mi w głowie niektóre informacje i fakty. Powiedzmy sobie szczerze, była to dla mnie zupełnie obca osoba, która miała taki kaprys, aby wziąć sobie bachora z domu dziecka. O zgrozo, tym nieszczęśnikiem stałem się ja. Co podkusiło moich ‘rodziców’, aby wziąć akurat mnie? Czy oni naprawdę nie zauważyli tych szatańskich rogów wystających z ciemnych loczków oraz diabelskiego ogonka? Na dodatek jeszcze ślepi… Lepiej trafić nie mogłem, naprawdę. Aż szkoda na ten temat strzępić ryja, bo to jest istny dramat. Oni są istnym dramatem, w który mnie wciągnęli i podtopili jeszcze łokciem.
Paranoja.
Cicho westchnąłem, aby ‘przypadkiem’ nie zbudzić mojego słodziutkiego współlokatora, którego udało mi się tej nocy w doskonałym stylu przebudzić. On już chyba się domyślał, że jego życie podlega nieuchronnym zmianom na tle psychicznym oraz fizycznym. A do tego miałem się przyczynić tylko i wyłącznie ja… Mój kącik ust powędrował w górę i przejechałem wzorkiem po pokoju, zatrzymując się na długim na dwa metry kiju, opartym o ścianę. Na co mu to cholera było? Miał sobie za jego pomocą… Nie, Shane, to nawet za dużo jak na twoje myśli. Po mojej twarzy przeszedł cień odrazy. Potrząsnąłem głową, zastanawiając się, czemu właściwie przyszło to do mojej głupiej główki. Nigdy siebie nie rozgryzę. Powoli i bardzo cicho zsunąłem się z łóżka i usiadłem na podłodze między dwoma łóżkami. Położyłem się na ziemi, wpatrując się swoimi wyblakłymi, czerwonymi ślepiami w jednolity sufit. Palec u mojej lewej dłoni nieznacznie drgnął, uniosłem go do góry, a po chwili badyl, który wniósł mój współlokator do mieszkania, lewitował nad moją postacią. Lewitacja była jedną z mocy, bez której na ten moment nie potrafię się obejść. Nie mówię tu o rzucaniu ludźmi o ściany czy o wyrywaniu im kubków z dłoni, aby ich oblać, ale o zwykłych, codziennych czynnościach. Nie chce mi się wstać po telefon? Hop i mam go w dłoni. Nauczycielka ma na wierzchu odpowiedzi do sprawdzianu? Cyk i dostaję najwyższą ocenę na teście. Czysta poezja, wierzcie mi. Nieznacznie uśmiechnąłem się na wspomnienie o ostatniej kartkówce u kochanej pani Kibo. Ta kobieta potrafiła mnie wyprowadzić z równowagi nawet drobnym ruchem swojego upiornego ogona. Oczywiście mój brak sympatii do tej stukniętej wiedźmy był odwzajemniony. Już podczas pierwszej lekcji postanowiła wziąć mnie do odpowiedzi, aby sprawdzić mój dotychczasowy poziom wiedzy. Nawet nie wyobrażacie sobie tego triumfu na mojej twarzy, gdy ze skwaszoną miną musiała wpisać mi przepiękną ocenę, jaką jest pięć. Kto pod kim dołki kopie, ten sam w nie wpada – czy jakoś tak. Wracając do poprzedniego tematu, wredny babsztyl postanowił zrobić niezapowiedzianą kartkówkę z czegoś, co mieliśmy może z raz na lekcji. Oczywiste było to, że nic nie umiałem. No bo po co się uczyć, jeżeli można oglądać Breaking Bad? Pani Kibo będąc totalną idiotką, zostawiła na swoim biurku notatki, z których brała pytania… Oj, naprawdę trzeba być debilem, aby położyć coś takiego przede mną na widoku. Chwila nieuwagi belferki i pyk! Notatek na biurku nie ma, a Shane Lyott dostaje maksymalną ilość punktów. Bycie skubaną mendą to już chyba styl życia. Z delikatnym uśmiechem na twarzy zakręciłem patykiem nad moją głową, który łagodnie przeciął powietrze. Nagle do moich uszu doszedł dźwięk z ust mojego współlokatora, a ja nieznacznie drgnąłem z lekka zdziwiony. Co ten też ma jakieś problemy ze spaniem…?
- Co to było?
Uniosłem brwi, gdy usłyszałem te słowa, zastanawiając czy ten mój współlokator jest na pewno w stu procentach normalny. Wiecie, rzucanie ludźmi o ścianę podczas pierwszego spotkania, przynoszenie do mieszkania dwu metrowych badyli chyba nie jest do końca zachowaniem zdrowego na umyśle człowieka… Może jednak tylko mi się wydaje? Chyba sam w to nie wierzę, chociaż nie wiem, czy fakt posiadania w pokoju schizofrenika jest lepszy. Zamrugałem parokrotnie powiekami, zastanawiając się, czy przyjęliby do tej szkoły kogoś chorego na umyśle. To chyba niebezpieczne, prawda? Dlaczego więc moim współlokatorem jest wariat? Odchyliłem głowę do tyłu, aby spojrzeć, co wyprawia ten różowooki schizofrenik. Blondyn wstał z łóżka, spojrzał na mnie zaspanym wzrokiem, a po chwili odezwał się, przerywając nieustanną ciszę.
- Jeżeli mi to połamiesz, to przysięgam, że jedną część wsadzę ci głęboko w dupę.
Otworzyłem szeroko oczy, lekko zszokowany tym, co powiedział oraz spokojnym tonem, jakby mówił o pogodzie. Nieznacznie otworzyłem usta, by mu coś odpowiedzieć, lecz równie szybko je zamknąłem. Kurwa czy ten badyl serio… Nie. Stop. Shane. Momentalnie zrobiło mi się zimno, a na moją twarz wypłynął wyraz dogłębnego skrzywdzenia psychiki. Cholera, dlaczego mam takie skrzywione myśli? Fuj…
Zerknąłem na Dirhaela, który usiadł koło parapetu i zaczął najzwyczajniej w świecie jarać papierosa. Zmarszczyłem nos na ten widok, nienawidziłem tego śmierdzącego dymu, który w tym momencie zaczął rozprzestrzeniać się po pokoju. Miałem ochotę go za to, że zapalił tego śmierdziucha, co najmniej walnąć kijem, który spokojnie unosił się nad moją głową. Blondyn swój wzrok skierował na mnie i nasze spojrzenia się spotkały.
- Chcesz jednego? – zapytał, domyśliłem się, że chodzi mu o tę sproszkowaną śmierć w papierku. Uniosłem, brwi dalej utrzymując z różowookim kontakt wzrokowy i zrobiłem najbardziej zdegustowaną minę świata. Chyba się domyślił odpowiedzi, bo odwrócił głowę i zaczął spoglądać gdzieś za okno. W pewnym momencie zamknął swoje oczy, a ja jakoś nie będąc wielkim fanem papierosów oraz chcąc być dobrym człowiekiem, który wyciąga pomocną dłoń do osób w nałogu, uniosłem swoją rękę i palce skierowałem w stronę tego biednego, potrzebującego pomocy, uzależnionego osobnika. Gałąź niewinnie poszybowała w jego stronę, znajdując się parę centymetrów od głowy Dirhaela. Na moją twarz wypłynął szyderczy uśmiech. 3… 2… 1… W momencie, gdy blondyn otworzył oczy, ja zdzieliłem go badylem po twarzy. Parsknąłem śmiechem na tę kompletnie zdezorientowaną minę mojego współlokatora. Cholera, byłem naprawdę złym człowiekiem. Sekundę później przywaliłem mu z tej gałęzi drugi raz, lecz… odrobinę mocniej. Chłopak złapał lewitujący przedmiot i postawił go obok, opierając o ścianę.
- Koniec zabawy, dziecko. – mruknął, chyba dalej mocno zaspany, bo ja na jego miejscu bym dawno siebie ukatrupił. No cóż. Zmierzył mnie wzorkiem, a po chwili dodał. – Naprawdę nie masz nic innego do roboty?
- Nie, nie mam. – odpowiedziałem bez ogródek, mrużąc oczy i spoglądając na tego muła, który nawet po dostaniu dwóch ciosów z gałęzi był dalej oazą spokoju oraz równowagi. Nudziarz.
Westchnąłem i wlepiłem wzrok w sufit. Dlaczego on był takim nudnym człowiekiem? Zamiast mi zapewnić rozrywkę pod postacią zirytowanej twarzy czy jakiegokolwiek tekstu, abym ogarnął swą chorobę sierocą, to ten tylko zabrał mi obiekt do bicia go. I gdzie tu jest zabawa?
- Co tu robisz? – usłyszałem pytanie z ust Dirhaela, a ja momentalnie znów wziąłem głowę do tyłu, spoglądając na najwyraźniej niezbyt zdrowego na umyśle współlokatora. Uniosłem brwi do góry, lecz chłopak był wpatrzony na swoje łóżko, więc nie był w stanie tego zauważyć.
- Serio pytasz? – zapytałem, uważnie przyglądając się temu schizofrenikowi. Czyżby wpadł w jakiś trans? Albo słyszał jakieś głosy? Miał może halucynacje…?
- Nie rozmawiam teraz z tobą. – mruknął do mnie, na co moje oczy jeszcze szerzej się otworzyły. Czyli głosy. Świetnie, dostałem do pokoju kolesia z problemami psychicznymi, który rozmawia ze swoimi wyimaginowanymi przyjaciółmi. Lepiej trafić nie mogłem, naprawdę. Cicho mruknąłem odpowiedź ‘aha’, lecz mój chory współlokator był chyba zbyt zajęty ‘rozmową’ ze swoimi postaciami w głowie. Nie wiedziałem, czy powinienem w tym momencie zacząć się śmiać, czy płakać. Ta sytuacja była niczym wyciągnięta z akt szpitalnych na oddziale psychiatryczny, naprawdę...
- Dzięki, Shane, spłoszyłeś ją. – powiedział nagle i nie wiedziałem, czy na pewno mówi to do mnie, lecz na wypadek odpowiedziałem.
- Nie ma za co. – mruknąłem lekko skołowany całą tę sytuację, a po chwili wyszczerzyłem się w jego stronę, dodając. – Dziwaku.
Na moje słowa jedynie machnął ręką i położył się kolejny raz tej nocy do łóżka. Chyba nie miał zamiaru dalej ze mną konwersować – jaka szkoda. Wypuściłem cicho powietrze z ust, zastanawiając się, ile jeszcze czeka mnie godzin siedzenia w tej zupełnej ciszy. Oszaleję zaraz, przysięgam.
~*~
Parę minut po czwartej sen raczył owładnąć moje ciało. W końcu. Chociaż czy był sens w ogóle kłaść się spać, jeżeli trzy godziny później musiałem wstać, aby zacząć szykować się na cholerne lekcje? Nie wyobrażałem sobie spędzić tego dnia z trzema przespanymi godzinami oraz użerania się z tymi idiotami, będąc wpółżywym. Przecież ja bym w tej szkole kogoś zabił – to było pewne jak w banku. Jednak kto by się tym przejmował… W szczególności mój uroczy współlokator, który parę minut po godzinie siódmej postanowił mnie obudzić poprzez… dźganie mnie badylem w twarz. I teraz jestem zupełnie poważny. Smacznie spałem, gdy nagle coś zaczęło kuć mnie w policzek. Momentalnie się przebudziłem i gdy ujrzałem czubek kija przy oku, odsunąłem się i zacząłem szukać wzrokiem osoby, która postanowiła mnie w taki brutalny sposób obudzić. Nie musiałem długo szukać, bo moim mocno zaspanym oczom ukazał się Dirhael, który z szyderczym uśmiechem powiedział coś do mnie, lecz byłem tak skołowany, że nic do mnie nie dotarło. Po chwili zniknął mi z oczu. Jedyna myśl, która pojawiła się mojej głowie to chęć zamordowania tego blondwłosego kretyna.
~*~
Nie wiem jakim cudem udało mi się zwlec łóżka, ubrać oraz ogarnąć do stanu użyteczności, aby koniec końców znaleźć się w budynku mojej ukochanej szkoły Auris. Byłem ledwo co przytomny i podczas pierwszych lekcji kompletnie nie wiedziałem, co się wokół mnie dzieje. Wszystko słyszałem, jak przez mgłę i po prostu marzyłem tylko i wyłącznie o tym, aby ten dzień się zakończył. Już nawet zabójstwo tego debila, który mnie obudził, byłem skłonny przełożyć na następny dzień... Szkolny gwar przeciął dźwięk dzwonka, a ja jedynie jęknąłem w myśli. Ja nawet nie wiedziałem, jaka jest kolejna lekcja. Oprzytomniałem, dopiero gdy kochana pani Kibo zaczęła kroczyć w stronę mojej klasy. Czy teraz miałem mieć lekcje chemii…? Szeroko otworzyłem oczy i zerknąłem na plan lekcyjny, który miałem włożony za przezroczystą obudowę telefonu. O kurwa. Zrobiłem w tył zwrot i jak najszybciej zacząłem kierować się w stronę szatni. Oj, jedyna rzecz, o której marzyłem tego dnia to lekcja chemii. Niedoczekanie. Przez szatnie przeszedłem do wyjścia; nie miałem zamiaru spędzić w tym budynku ani chwili dłużej. Miałem dość. Zmęczenie połączone z ogólną irytacją oraz cholernym bólem głowy dały mieszankę, która wręcz rozsadzała mnie od środka. Jeszcze chwila w klasie z tą bandą kretynów zwaną ‘moją klasą’ oraz uroczą nauczycielką chemii i bym po prostu ich wszystkich pozabijał. Ich śmierć byłaby długa a ponadto bardzo bolesna. Pokręciłem zrezygnowany głową, kierując się za budynek, gdzie znajdowały się takie rzeczy jak boisko szkolne i tak dalej. Musiałem tędy przejść, aby dotrzeć do cudownej dziury w płocie, która prowadziła do lasu. Następnie wystarczyło kilka minut spaceru okrężną drogą do akademika i byłem wolny. Wolałem wybrać się tą drogą niżeli tą krótszą, dzięki której byłbym najpewniej usadzony do końca roku, gdyby ktoś z nauczycieli mnie spostrzegł przez okno. Przeczesałem dłonią zmierzwione przez lekki wiatr włosy i powolnym krokiem minąłem szkołę. Moim oczom ukazało się sporych rozmiarów boisko, na którym panowała lekcja wychowania fizycznego. Cholera jasna. Teraz nie mogłem przejść niezauważony, pieprznięty Hornzaller, by mnie od razu zobaczył. Skubany miał dobry wzrok. Westchnąłem zrezygnowany swoją obecną sytuacją i uważnie zacząłem przyglądać się panującemu ruchowi na boisku. Może bym szybko przeszedł, jak odwróci wzrok…? Zaraz. A to…? Zmrużyłem oczy, starają się dostrzec siedzącą na ławce postać, która zawzięcie coś pisała albo rysowała w zeszycie. No nie… Czy to mój uroczy schizofrenik? Momentalnie na moją twarz wypłynął szyderczy uśmiech. Zemstę za dziś czas zacząć… Gdy już miałem unieść swoją dłoń, aby poddać lewitacji notatnik blondyna, to kątem oka zobaczyłem, że jedna z dziewczyn, która miała również zajęcia na dworze, postanowiła przejść obok niego. Opuściłem dłoń, aby przypadkiem nie zauważyła mnie i ‘dziwnego’ zachowania zeszytu. Jednak ta mała flądra nie przeszła obok niego, tylko stanęła koło różowookiego i rozpoczęła z nim najwyraźniej rozmowę. O cholera. Wytężyłem wzrok, aby upewnić się, czy dobrze widzę. Mary Okami – fiu, fiu… Aż zagwizdałem z niedowierzania. Czyżby ten chory na umyśle palant wpadł w oko najpopularniejszej dziewczynie w szkole? To było wręcz nierealne. Nagle jej dłoń znalazła się na policzku blondyna na, co parsknąłem śmiechem. To znaczy na to, co zrobił Dirhael. Odsunął się, odebrał telefon i zaczął spieprzać od różowowłosej, jak najdalej. Mój Boże, czy to zdarzyło się naprawdę, czy tylko mam halucynacje od niedoboru snu? Biedna, odrzucona przez chorego psychicznego kolesia Mary. Aż łza się w oku kręci. Wsadziłem ręce do kieszeni i lekko zmarszczyłem brwi, gdy spostrzegłem, że blondasek zaczyna kierować się w moją stronę. Czyżby czas uciekać? Parsknąłem ponownie śmiechem i ukryłem się za ścianą budynku. Czułem się trochę, jak jakiś psychopatyczny porywacz, który namierza swoją następną ofiarę. Zdusiłem chichot, przykładają dłoń do ust. Cholera, nie wierzę w to, co się dzieje, naprawdę… Parę sekund później usłyszałem kroki chłopaka oraz jego głos. Przywitać się z kolegą, czy nie? Zabić go teraz, czy może później…?
- Kurwa. – dobiegło do moich ust ciche przekleństwo różowookiego, a po chwili, gdy postanowiłem ujawnić swoją obecność, powiedział sam do siebie. – Czyli teraz muszę do niej wrócić, tak?
Wybuchnąłem śmiechem, nawet nie starając się z tym kryć. Dirhael jak oparzony odwrócił się w moją stronę, jego spojrzenie wydawało się bardzo zszokowane moją obecnością. Zamrugał parokrotnie, dalej obserwując mnie zdezorientowanym wzorkiem.
- Poważnie uciekłeś od siostrzyczki Okami? – parsknąłem śmiechem, lekko bujając się na piętach. – Biedna, przez ciebie się załamie, że ją schizofrenik olał.
Dirhael patrzył na mnie jak na kompletnego idiotę, kosmitę z innej planety. Jego wyraz twarzy dalej był lekko zszokowany, lecz ustępowało ono z każdym wypowiedzianym przeze mnie słowem. Brwi blondyna powędrowały nieznacznie do góry. W końcu zdał sobie sprawę, że stoi, jak ostatni debil nic na dodatek nie mówiąc, więc otworzył usta, aby coś powiedzieć, lecz byłem szybszy. Jak zwykle.
- Panienek się boisz? – zapytałem, dalej chichocząc. – A może ty pedał jesteś, co? Gałęzie z lasu wolisz?
Znowu zaniosłem się śmiechem, oparłem się o ścianę budynku i przetarłem dłonią twarz. Brak snu powoduje u mnie chyba napady nieśmiesznych tekstów. Pociągnąłem nosem, spoglądając na blondyna, którego mina wyrażała dwa słowa – ‘co kurwa’. Jego brwi powędrowały chyba już na samo Kilimandżaro, a sam wyglądał, jakby już całkowicie się załamał moją postacią.
- A ty tak na poważnie? – odezwał się po chwili. Cholera, posąg ożył!
Zamrugałem parokrotnie i lekko przekręciłem głowę. A czy on na poważnie jest takim kretynem? Uniosłem oczy ku niebu, aby wyciągnął sam wnioski. Teatralnie westchnąłem i miałem zamiar znów zaatakować go jakimś inteligentnym tekstem, lecz idiota mnie uprzedził.
- Powinieneś być teraz chyba na lekcjach, co? – jego ton głosu był obrzydliwe spokojny oraz uprzejmy. Czy on kiedykolwiek się denerwuje? Jemu nawet palec nie drgnie, nawet jak go ktoś od pedałów wyzywa... Pieprzona oaza spokoju. Ten człowiek chyba nigdy się na nikogo nie wydarł, przysięgam. Zachowywał się jak dziewica w zakonie, którą jakby gwałcono, to by spokojnym tonem prosiła, aby przestano. Jakaś masakra…
- A ty to, co? Moja matka? – fuknąłem, mrużąc oczy. Zabawa, zabawą, ale ja dalej byłem wkurzony za tą poranną pobudkę. Niech sobie nie myśli, że nie jestem na niego zły. Oj to, to nie. – Następnym razem jak mnie obudzisz rano, to cię zabije. Rozumiesz? – wysyczałem, zmieniając momentalnie nastawienie do tego kretyna. Chyba się zdziwił tą nagłą postawą, bo przez jego twarz przemknęło lekkie zdumienie.
- Powodzenia… A jeżeli to tyle, to wybacz, mam lekcje. – mruknął, na sekundę się uśmiechnął, aby potem jego kąciki ust znowu opadły. Odwrócił się na pięcie i… poszedł. Otworzyłem szerzej oczy, zmarszczyłem brwi i zamrugałem parę razy powiekami, zastanawiając się, czy mi się przypadkiem nie przewidzi. Ten kretyn mnie olał. Całkowicie zlał moją wyniosłą osobę. Aż otworzyłem usta, aby coś za nim powiedzieć, ale się powstrzymałem. Byłem zdolny jedynie na odprowadzenie wzrokiem blondyna na ławkę. Zacisnąłem zęby, czując, jak lekki gniew zbiera się gdzieś w tyłach mojej czaszki. Wyjąłem rękę z kieszeni, zgiąłem palce i skupiłem wzrok na osobie, która przed chwilą mnie tak bardzo zignorowała. A cierp suko, należy ci się. Od stóp do głów przeszedł mnie przyjemny dreszcz, moje palce wibrowały przez przepływającą magię. Dirhael momentalnie zgiął się w pół, upuścił zeszyt trzymany w dłoni, a różowo włosa dziewczyna obok pisnęła tak głośno, że z tej odległości ją słyszałem. Coraz mocniej zaciskałem palce, czując, jak coraz to silniej magia przepływa przez moje ciało. Zaczęło mi szumieć w uszach, a wszystkie dźwięki zaczęły być stanowczo za ciche, słyszałem tylko i wyłącznie przyśpieszone bicie swojego serca. Gwałtownie wyprostowałem palce, tym samym przestając torturować jasnowłosego. Obróciłem się i oparłem się o jedną ze ścian budynku, tak by mnie nie przypadkiem nie zauważył. Pewnie domyślał się, że to ja. Albo i nie… Wytarłem rękawem czarnej bluzy krew, która zaczęła wypływać z mojego nosa i zazgrzytałem zębami. Cholera jasna.

< Panie Deee…? Pora rozkręcać cyrk na kółkach. >
Liczba słów:  2903