Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Dwa Ognie". Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Dwa Ognie". Pokaż wszystkie posty

wtorek, 10 lipca 2018

Od Rina do Katsukiego

- Katsuki! Bo się bardzo wkurzę. To, że chcesz, bym cie uczył, nie oznacza, że możemy się już obściskiwać. Pamiętaj, że ja jeszcze nie ufam ci na tyle... - wstałem i spojrzałem w okno. nie mogę tak po prostu tego zrobić. W przeszłości popełniłem duży błąd i nie popełnię go drugi raz. Nie w ten sam sposób...
- Dobra, jak ty się czepiasz. Łaski bez. Też mogę przestać ci ufać, ogoniasty bałwanie. - warknął i poszedł do łazienki, zamykając drzwi z trzaskiem.
- Przeciez ty jeszcze mi nie zdążyłeś zaufać... - teraz szepnąłem i miałem nadzieję, że tego jednak nie usłyszy - Nie po tym, czym jestem...
Miałem już kiedyś dziewczynę. Nie skończyło się to dobrze, gdy dowiedziała się, czym jestem lub raczej, co w sobie skrywam... Chwilę później została zamordowana... Tak, można się domyślić przez kogo. To nie jest aż takie trudne... Dlatego napierw musze zdobyć jego zaufanie. On musi zaufąc mi, a ja jemu. inaczej to nie będzie miało sensu. Przeciez nie znamy się tak długo... Rozmyślałem tak, patrząc w okno, aż nagle usłyszałem jakiś trzask. Chyba Katsuki coś zaczął wywracać w łazience. Podszedłem tam i otworzyłem siłą drzwi, widzac wkurzonego i rozwalającego rzeczy w łazience Katsukiego.
- Co ty do cholery robisz...
- Nic, zostaw. Uspokajam się. - warknął, nadal wywracając wszystko, co mu wpadło pod rękę.
- Przestań... - powiedziałem jeszcze spokojnie, choć stanowczo, powoli zbliżając się do niego.
- Nie, nie przestanę...
Słysząłem, jak dźwięk narastał wmoich uszach, przez co stął się dość... A raczej bardzo nieprzyjemny. Wszędzie trzask i rozbite szkło. Te dźwięki zaczęły doprowadzać mnie do szału. Podszełem do niego i bardzo mocno chwyciłęm go za ramię, odciągając od blatu łazienki i popychając na ścianę.
- Powiedziałem przestań! - moje oczy na chwilę się zaświeciły, a głos lekko się zmodulował. Ogarniając, co się przed chwilą stało, odsunąłem się od niego - S-sorki... Ja... Lepiej już pójdę.. - oszołomiony lekko, chciałem wyjść z łazienki.
Katsuki złapał mnie za ramię i zacisnął je. 
- Nie uciekaj. Masz mi zaufać, a ja tobie. - warknął.
- Tak, ale... - chciałem już walnąć pięścią w blat, ale się powstrzymałem. - Aargh! - krzyknąłem. Znów... Czy to znów się powtórzy? Te pytanie zawracało mi głowę od dłuższego czasu, ale nie mogę tak po prostu zrezygnować...
- Co ci jest do cholery? - zapytał mnie z niepokojem w oczach, widocznie się... martwił. A to nowość.... No, Katsuki... Z dnia na dzień coraz bardziej mnie potrafisz zaskoczyć...
- Nic mi nie jest... Po prostu... mimo, że gadam o zaufaniu i takich innych.. Do końca nie powinieneś mi ufać. Ja nawet sobie nie potrafię zaufać...
- A ja chcę ci zaufać... Bo obaj jesteśmy dziwni... - mruknął. Zamrugałem kilka razy i obróciłem się do niego.
- Lubisz krew? - zapytałem go.
- Lubię. - mruknął.
- Ale ja mówię o piciu, nie wyglądzie... - uśmiechnałem się kątem ust i popatrzyłem na niego tajemniczo.
- Cóż, nie piję, bo nie jestem wampirem. Chociaż, nie... Zlizuję często swoją. - mruknął.
- No to masz rację, obaj jesteśmy dziwni... A i od razu mówię, dzisiaj mogę wrócić lekko... "podpity" i brudny...- spojrzałem na niego kątem oka i wyszedłem z łazienki.
- Co? Jak to? Nie, nie toleruję picia w samotności alko. - mruknął.
- Ale ja nie mówię o alkoholu, Katsuki.. - szepnałem do niego tajemniczo.
- Tak? A o czym? - zapytał.
- Jest czerwone, liczone w litrach i w każdej żywej istocie.. - podszedłem do szafy i przebrałem się na jeansy i zwykłą koszulkę.
- Krew? Po co? - mruknął.
- Jeden- po prostu. Dwa- bo muszę. Trzy- bo chcę. - zamknąłem szafę i spojrzałem na lekko zdziwionego Katsukiego.
- Możesz wziąć ode mnie. - mruknął. - Nie chcę siedzieć sam...
Łoooo... Czekaj... Co?! on się zgadza, bym ja od niego.. Nie no, współlokatora mi ukradli i podmienili...
- Ty chcesz, bym ja... Pewny jesteś? - spojrzałem na niego zdziwiony.
- Masz jakiś problem?! - warknął, nieco czerwony ze złości.
- No.. W zasadzie to mam, jeżeli nie chcę cię rozszarpać.. - stwierdziłem, ogarniając, że to jest rzeczywiście prawda. Ha... Zaczyna się... 
- W dupie to mam. Nie ruszasz się stąd. - burknął.
- Masz łańuchy? Albo silne ręce? - usiadłem na swoim łóżku. Mój "sekreT" tego wieczoru zostanie ujawniony.. Świetnie...
- A co? Ręce mam, nie urwało mi ich.
Poklepałem go po ramieniu.
- Przydadzą ci się... Oj, przydadzą...
---
Minęło kilka godzin. Nie działo się nic szczególnego, a słońce zaczeło zachodzić. No, chyba już czas. nie zeby coś, ale trochę się denerwuję, że mogę coś zrobić jemu... Czekaj, czy ja się o niego marwię? Najwyraźniej tak... Wstałem z łóżka i podszedłęm do niego 
- Gotowy?
- Ta... Jest spoko... - mruknął.
Usiadłem na jego łóżku i podałem mu rękę, by się przysunął, delikatnie się uśmiechając.
- Miejmy to już za sobą, błagam...
Ujął moją rękę i zbliżył się do mnie. 
- Mhm...
Westchnałem ostatni raz i przysunąłem go do siebie, wgryzając się w jego szyję i pijąc jego krew. Czułem, że coś się ze mną zaczyna dziać.. Katsuki spokojnie siedział, nie ruszając się z miejsca. Moje pazury wbiły się w jego plecy, a dłuzszy i bardziej demoniczny ogon walnał o jego łóżko, a ja? Ja nadal zachłannie piłem jego krew.
- Zaczyna się...
Katsuki niepewnie pogładził mnie po plecach, a ja po chwili odessałem się od niego. Poczułem, jak na mojej głowie wyrastają ciemne rogi, które po chwili zajęły się moim ogniem. moje świecace się na niebiesko oczy wyłaniały się z ciemności, która nas otaczała, a moja skóra zacząła sinieć i czernieć. Odsunąłem się od niego, patrząc w dół morderczym wzrokiem, a z kąta moim ust ciekła jego krew. Zasyczałem lekko, pokazując zakrwawione kły i spojrzałem na Katsukiego, który wydawał się zaówno zaskoczony, podniecony jak i przerażony...

<następne opowiadanie>
< Kacchan?>
Ilość słów: 957

Od Katsukiego do Rina

Nie wierzę. Jestem gejem. Facetem, który lubi facetów. Wściekły na siebie zacisnąłem pięści, a potem spojrzałem na ogoniastego bałwana, który się czerwienił i się szczerzył. Nie wiedziałem jak mam się zachować, więc nieco się odsunąłem od ciemnowłosego i zsunąłem nogi z łóżka, patrząc przed siebie, dokładnie na ścianę. Zacząłem rozmyślać, dlaczego to się w ogóle stało. Zawsze przecież nie czułem pociągu do nikogo i niczego. Dlaczego więc tak nagle miałem się... zakochać. Chyba tak to się nazywało. Nie znam się. Nie umiem w kontakty międzyludzkie, a szczególnie te bliższe. Prychnąłem po czym strzeliłem swoimi palcami. Położyłem na moment dłonie na skroniach, usiłując w jakiś sposób to wszystko zrozumieć. Wstałem, po czym palcem zahaczyłem o swoją koszulkę, wzdychając. Nieco ja odciągnąłem od ciała, dzięki czemu mogłem spojrzeć na swój tors. Skupiłem się na miejscu, w którym było moje serce. Pokręciłem zrezygnowany głową, nie wiedząc za bardzo jak mam odebrać tą całą... miłość. Chyba. Nie wiem. Nie umiem. Pokręciłem głową z lekkim rumieńcem, który po chwili od razu zniknął.
- Co to znaczy kochać? - zapytałem nagle ogoniastego bałwana, miętoląc kołnierz koszulki.
- Na prawdę nie wiesz? - usiadł po turecku na łóżku, kładąc ogon na swoim udzie - To uczucie ciężko jest opisać słowami...
- A jak je można opisać?
Lekko się zaczerwienił i popatrzył w sufit. Dlaczego pomyślałem, że to było urocze. Tylko Ijime jest dla mnie uroczy...
 - To coś takiego, gdy drugą osobą staje się całym twoim światem i mógłbyś zginąć tylko po to, by zobaczyć jej uśmiech...
- Dlaczego miałbyś oddawać dla kogoś życie? Bohaterzy umieją zadbać o to, aby ocalić zwykłego przechodnia, ale dbają też o własne życie. Dlaczego nie będąc bohaterem, miałbym rzucać się dla kogoś w ogień. Nie rozumiem... - usiadłem obok niego.
- Bo chcesz chronić tą drugą osobę... Nie zapominaj, Katsuki, że bohaterzy też umierają chroniąc innych... I tak się nazywa najlepszych z nich. Oddali życie po to, by ktoś mógł je kontynuować...
- Gdybym miał się rzucić dla kogoś z powodu kochania, on by kontynuował to? Jak niby, skoro mógłbym nie żyć... - mruknąłem, zakładając dłonie na piersi.
- Katsuki... Nie rozum tego od deski do deski w dosłownym znaczeniu... To musisz poczuć tu. - dotknął mojego serca dłonią. - Nie tu... - a teraz pstryknął palcami w moje czoło.
- Dobrze wiesz, że dla innych nie mam serca. Ciesz się, że w ogóle się przed tobą w jakiś sposób zwierzam. - warknąłem naburmuszony. - Po co próbowałeś obiecać, skoro teraz się czepiasz, że nie kumam...
- Nie czepiam się. Po prostu musisz do tego dojść w większości sam... -zbliżył się do mojej twarzy, patrząc tajemniczo i lekko psychopatyczne - wtedy nie byłoby zabawnie.. - szepnął, a później odsunął się i uśmiechnął.
Uniosłem jedną brew do góry, a potem po chwili zastanowienia pocałowałem go w usta. Nie rozdzielając ich, posadziłem go na swoich kolanach, a potem spojrzałem mu prosto w oczy.
- Zabawnie, co? Ja jeszcze nie zacząłem się bawić. Więc mnie nauczysz, a nie, będziesz się tylko przyglądasz. Obiecywałeś. Nie znoszę oszustów. - burknąłem z zadziornym uśmieszkiem na twarzy.
- Widzę, że zaczynamy działać na własną rękę? Wolisz praktyki od teorii... Ok... - pocałował mnie. 
Poczułem coś ostrego na mojej szyi. Wydawało mi się to cholernie przyjemne. Lubiłem ból w każdej postaci, bo uważałem to za jedyną rzecz jaka pozwalała mi uwolnić te złe emocje.
- Co to jest... - zapytałem o ostrą rzecz na szyi, obejmując czarnowłosego w pasie.
- Moje paznokcie... A co?
- Miłe... Rób tak dalej... - mruknąłem mu w usta.
- Lubisz ból? Oho... Dla mnie bomba... - zaśmiał się cicho, kładąc na łóżku.
Miło spędziliśmy wolny, wieczorny czas. Zrezygnowałem z pójścia dzisiaj na walki. Nie chciało mi się po prostu, a poza tym, chciałem więcej się dowiedzieć o tym ogoniastym bałwanie. Skoro mówi, że jesteśmy sobie jakoś przeznaczeni, nie chciałem, aby był na mnie obrażony. Jakoś... Nie byłoby mi z tym dobrze...
Z samego rana obudziłem się, bo zadzwonił ktoś do mnie. Byłem zły, bo był weekend i chciałem odpocząć. Rin jeszcze spał i telefon na szczęście go nie obudził. Po odebraniu dopiero usłyszałem, kto to tak tarabanił do mnie. Prychnąłem, słuchając reprymendy od ojca, za to, że niby wyrzuciłem siostrę z pokoju. Byłem pewny, że Shiro na mnie nie nakablowała i musiał to być ktoś inny. Pokręciłem głową.
- Spadaj stary pierniku i zostaw mnie w spokoju wreszcie. Pamiętaj dziadu, że już jestem dorosły i nie potrzebuję twoich pieprzonych kazań, więc się zamknij, jak chcesz mnie jeszcze kiedyś zobaczyć na oczy. - powiedziałem donośnie, po czym rozłączyłem się, rzucając telefon na ziemię. 
Ogoniasty bałwan podskoczył i spojrzał na mnie przerażony. Zmierzyłem go spojrzenie, warcząc.
- Czego się lampisz na mnie bałwanie... - powiedziałem dość nie miło.
- Bo kurna nagle czyjś donośny krzyk dotarł do mojego ucha i nie rozniósł mi bębenków.. Co się stało?
- Nie ważne... -warknąłem, siadając obrażony na łóżku i patrzyłem na telefon z pobitą szybką, ale działający.
Rin wstał i ogonem odrzucił telefon obok na łóżko, stając przede mną.
- Gadaj, co się stało...
- Nic.... Powiedziałem przecież... - spojrzałem w podłogę.
- Nic? Po prostu nic? Wiesz, że tak cię nie nauczę tego, czego tak bardzo pragniesz, co nie?
- Ojciec, pasuje odpowiedź? - mruknąłem, zakładając dłonie na piersi.
- Posłuchaj Katsuki.... - wziął mnie za koszulkę, a nasze twarze dzieliły milimetry - Miłość to nie tylko całowanie się i obściskiwanie. Najważniejsze jest zaufanie... Mówi ci to coś?
- Tak... - odwróciłem wzrok i westchnął. - Ojciec się mnie bez końca czeka i wymaga coraz więcej...
- Znam to zbyt dobrze... - usiadł przy moim łóżku na podłodze - Lecz rada, by go olać też jest bez sensu...
- Mogę go powyzywać, klnąć... On nadal jest cholernie uparty jak świnia... - warknąłem.
- Ale nie jest nieśmiertelny i niepokonany.. - szepnął.
- Nie jest, ale nie mogę zabić ojca... Nadal ma to cholerne miano...
- Jakie "miano".. on ma w ogóle jakieś?
- Tak, miano mojego ojca... - wstałem i zacząłem drapać swoje ramiona do krwi.
- Nazywasz to "mianem"? To po prostu twój ojciec... - usiadł obok mnie na łóżku i chwycił moje rece za nadgarstki, bym się nie drapał.
Pokiwał przecząco głową. Przybliżyłem się do niego i pocałowałem go w usta.
- Ojciec... To miano... On tak mówił... - szepnąłem i przytuliłem go.



<Rinciu?>
Ilość słów: 1048

środa, 20 czerwca 2018

Od Rina do Katsukiego

Nie wiedziałem, co mam mu powiedzieć. No bo kurde... Ziom mnie nie nawidził, a teraz nagle mu sięspodobało całowanie mnie. "Znalazłem sposób, by ciebie uciszać". Phi! T-to nie tak, że mi się nie podobało, czy coś, ale... Dobra, co ja gadam... Podobało mi się w cholerę i no.. Trochę to było krępujące... Moje pomysły są czasami po prostu... Po prostu dziwne i przerażające, na prawdę, haha! 
- Wiesz, Katsuki... Ten zielony ogień... To nie jest przypadek... W księgach z mojej krainy zapisane jest, ze tylko jedna osoba posiada "klucz" do mnie i mych mocy... - powiedziałem zarumieniony. Wpatrywałem się w podłogę.
- Klucz do ciebie? Że niby ja? Że jestem... gejem? - zapytał, ale nie było w jego głosie nienawiści... Wow, po prostu... WOOOW.
- Hahahaha! Nie wiem kim jesteś. Ja tam jestem bi. Choć wnioskując po twojej reakcji to tak. Jestes gejem, haha!
- O ja pierdole... - przejechał dłońmi po twarzy.- Wracając do tego ognia... Co z nim?
- Em, no... Jakby ci to wytłumaczyć... Mój ogień ma kilka lub kilkanaście właściwości, z czego ja odkryłem ledwie dwie. I ja i moje rodzeństwo jesteśmy odporni na wszelkie działanie mego ognia, lecz ty... Nie należysz do mojej rodziny, więc nie jesteś odporny. Przynajmniej tak powinno być. Jednak w księgach zapisane jest coś o fuzji z innym ogiem, przez co mój ogień sięz nim łączy i jest no... Zielony. Lecz nie przeglądałem dokładnie tych ksiąg i nie wiem do końca na czym to polega. Wiem na pewno, że tylko z jedną osobą mogę wykonać takie połączenie...
- I że to niby jestem ja? - zapytał zaskoczony.
- Noo, a przy kim się rozpaliłem na zielono?
- Boże... Nie kumam tego...
- Spoko. Jesteś tylko typkiem, który posiada legendarny klucz do rzadkiej mocy demona, którego ojciec jest bogiem, a matka demonem, a brat półbogiem, którzy wszyscy są z rodu królewskiego i posiadają własne księgi na moce. Masz prawo nie ogarniać, haha!
- Nie wiem, czy w moim wypadku to takie śmieszne, bałwanie... - mruknął, zakładając dłonie na piersi.
- Wyluzuj chodząca powago... Jakoś to odkryjemy...- nagle moją uwagę przykuł Ijime, który bawił się jakąś brzęczącą kulką. Chyba to jego nowa zabawka. Wędrowałem wzrokiem za kulką, a mój ogon zaczał się coraz bardziej machać.
- A ty co? Kot jesteś? To zabawka Ijime, nie da ci jej.- warknął.
- Cholercia, wydało się... - zarumieniłem się lekko, nadal patrząc na zabawkę i machając radośnie ogonem.
- Debil...- warknął i usiadł na swoim łóżku, myśląc nad czymś.
- Nad czym rozmyślasz? 
- Nad tym wszystkim... Boże, o co w tym chodzi... Jakiś ogień, dziwne coś co mam w sobie, ciepło... Kurwaaa..... -warknął sam do siebie i położył plecy na materacu, a ja podszedłem do niego i usiadłem na jego łóżku po turecku.
- Eech, sam nie wiem do końca o co w tym chodzi, ale patrz. Wyciągnij rękę do przodu i ją lekko podpal.
Katsuki usiadł na przeciwko mnie i wystawił dłoń. Podpalił ją tak, jak prosiłem.
- A teraz patrz... - uniosłem swoją podpaloną niebieskim oginiem dłoń nad jego rękę. Po chwili ognie zaczęły się stykać. Miejsce złączenia zaczynało robić się zielone, Tak samo jak nasze ognie. - Widzisz?
- No dobra... Kumam... Jeny, ale to dziwne, ale też fajne...
- No fajne, fajne, tyle, że muszę odkryć na zym to polega szybko, bo inaczej będzie.. No nie będzie fajnie...- odchyliłem koszulkę do góry, a mój znak powoli robił się od dołu zielony.
- No to na co czekasz...? Mam ci pomóc? Podpalić cię, czy coś?
- E-em... Nie wiem czy to taki zaraz dobry pomysł... Chyba?
- No to zaraz można to sprawdzić. Ale inaczej.- powiedział. Wstał z łóżka i się podpalił.
- Masz jakiś pomysł? A co jak się coś stanie? Chociaż... Jeżeli nic nie zrobimy to też niczego się nie dowiemy... Tyle, że ja nie wiem jak ja na to zareaguję... - wstałem i znalazłem się naprzeciwko niego.
- Dobra, nie przynudzaj. Podpalaj mnie tym swoim ogniem.- mruknął.
- Dobra, jak chcesz, ale nie odpowiadam za siebie jak coś... - złapałem jego palącą się rękę za nadgarstek i przedramię, podpalając się. Ognie zaczęły łączyć się w jeden zielony płomień. - Cholera, co to jest...
- Nie mam pojęcia, ale nie boli mnie nic.- mruknął.
- Bo cię leczę... Tak sądzę? - lekko zmarszczyłem nosek, zamykając oczy i lekko ukazując kły. Coś się działo. Myślę, że nic aż tak groźnego, ale coś było inaczej. Katsuki patrzył na zielony ogień ze zdziwieniem. 
- Ale dziwne...- szepnął, a ja lekko warknąłem i drugą ręką złapałem się za brzuch, gdzie był mój znak, ściskając koszulkę.
- Ej, wszystko okej?
- C-chyba tak...  - otworzyłem oczy, a ogień nagle zajał większą część mego ciała, a u Katsukiego znalazł się już tuż przy szyi. Katsuki nagle mnie do siebie przyciągnął i jeszcze raz pocałował, przez co jego płomień stał się potężniejszy. Matko... Katsuki... Chyba na prawdę ci się to bardzo spodobało.
- Chyba na prawdę ci się to spodobało, co? 
- Może tak... Ale patrz na ogień...- nasze ciała całe były objęte zielonym płomieniem.
- Jak w księdze... Identycznie... Wiesz co? Coraz bardziej nieogarniam siebie, ale.. To jest super!
- Tak... Fajne. I nie boli.- powiedział, patrząc na swoje ręce.
- Aaa miałoby boleć? - popatrzyłem na niego z lekkim niezrozumieniem.
- W sumie fajnie by było wtedy...- mruknął
- By bolało? Co? WTF? - spojrzałem na niego z jeszcze większym zdziwieniem. Nadal nie ogarniam tego typa. Serio...
- Co dziwnego jest w tym, że lubię ból? Tylko taką emocję czuję.- warknął.
- Tylko? Nie wydaje mi się...
- No to niby co jeszcze czuję? A! Wiem. Nienawiść, ból i złość.
- Nie, niekoniecznie... Czujesz radość myśląc o bólu. Fascynację patrząc na ogień. Złość i nienawiść patrząc na mnie. Podniecenie, gdy mnie całujesz. Zirytowanie, gdy widzisz siostrę. Nudę, gdy jesteś w szkole. Przyjemność, gdy głaszczesz Ijime... Dużo tego jest...
- Radość? Fascynacja? Podniecenie? Przyjemność? Nie wiem co to.- mruknął.
- Nie wiesz? Poczekaj... Lubisz ból, prawda? I z tego co zauważyłem to krew... - chwyciłem jego nadgarstek i ugryzłem go w niego, przez co poleciała mała strużka krwi. - Dla ciebie to jest radość. Ogień jest fascynacją... Kot jest przyjemnością... A to jest podnieceniem... - pocałowałem go, nadal trzymając jego nadgarstek. Katsuki lekko rozkojarzony, uśmiechnął się, czując ból. Kiedy jednak go pocałowałem, jego dłoń objęła mnie w pasie. Oho... Nasz nerwusek zaczyna się na nowo rozwijać... Ciekawe, co z tego wyniknie... Po chwili się odkleiliśmy, a ja się od niego odsunąłem, a ogień zaczał znikać. 
- Widzisz? To nie takie skomplikowane i trudne...
- Eh.... Wiesz, że ja się na tym nie znam i to wszystko dla mnie to jest jakbym uczył się na nowo chodzić...- mruknął, odwracając wzrok.
- Spokojnie... Nauczę cię. Jak mi się uda, haha!
- Nauczysz mnie... Tego? - zapytał, kładąc palec w miejscu, gdzie było moje serce.
- Tego? Chodzi ci o... - zarumieniłem się, gdy domyśliłem się co miał na myśli. Chyba miał to na myśli... Miał? A może jednak nie miał? Matko! Moje policzki!
- No tego! - nadal trzymał palec na moim torsie, rumieniąc się nieco.
- E-e... J-ja.. Chyba... Spróbuję?
- No, to fajnie. - podrapał się po karku.
Matko... Co.. Się... Tutaj.. Stało...
<następne opowiadanie>
<Kacchan?>
Ilość słów: 1197

wtorek, 12 czerwca 2018

Od Katsukiego do Rina

Ło... Co ja robię. Dlaczego ja to robię. Po co ja to robię. Jestem gejem? Ale jaja... Nie no, wydaje mi się, że jakoś do niczego mnie nigdy nie ciągnęło, ale jednak teraz coś tak jebło nagle. Dziwne, ale fajne. Mocniej go objąłem w pasie, nadal nie zaprzestając tego czegoś, co nazywają pocałunkiem. Cóż, wiedziałem, że to zajebiste i tak dalej... Ale, że z tą samą płcią? Jest ze mną coś nie tak? W głębi siebie nie uważam tego za coś złego, ale wiem i już widzę reakcję mojego ojca na słowa "chyba jestem gejem". Wydziedziczyłby mnie, wywalił na zbity pysk i ujebał w klasie na najbliższe dziesięć tysięcy lat. Cóż, zakazany owoc kusi. Oj, kusi... Powaliłem Rina na łóżko, ale nie miałem żadnych... Zboczonych zamiarów. Nie wygodnie było mi stać. Zawisłem nad nim, nadal nie odrywając od niego warg. Dopiero po chwili zaczerpnąłem zachłannie powietrza, patrząc mu w oczy. Bałwan...
- No, no... Komuś się spodobało?
-Nie wiem.-mruknąłem, po czym usiadłem wygodnie na jego nogach.
Uniosłem lekko jedną brew do góry i złapałem kraniec koszulki u góry, aby nabrać więcej powietrza. Uśmiechnąłem się zadziornie, oblizując wargi.
-Chyba mi się spodobało. Kto wie...-mruknąłem, znowu wisząc nad nim.
- Rozpuściłem lód w sercu? No proszę... - zaśmiał się lekko, a jego ogon machał się, obijając o łóżko.
-To dopiero jedna z kilku warstw, bałwanie...-powiedziałem, ale nie mogąc się oprzeć, musnąłem lekko jego usta swoimi wargami.
- Coraz bardziej mnie zadziwiasz.. Przecież chciałeś niedawno, bym się zamknął, a teraz? No, no...
-Teraz będę ciebie zamykał w inny sposób.-powiedziałem, ucałowałem go ostatni raz w pierwsze lepsze miejsce na twarzy i wstałem z niego.
Pokierowałem się do swojego łóżka, na którym zaległem. Ijime usiadł na moim brzuchu, który zaczął ugniatać. O tak. Koci masaż zawsze na propsie... Rin uśmiechnął się kątem ust i lekko zaśmiał, leżał na łóżku, patrząc w sufit, a jego ogon leżał swobodnie na jego brzuchu. W sumie, ciekawie się to zapowiada. To się chyba nazywa, początkowe związki chemiczne. Nie kwas, ale... Iskrzenie? Coś takiego. No cóż, bywa i tak. Nie kumam tego i na pewno szybko tego nie skumam, ale jakieś początki są. Pokręciłem głową, głaszcząc głowę kota, który nadal dumnie mnie ugniatał. Było mi miło, bo takie rzeczy zawsze mnie uspokajały. Kocie pazurki, lekko wbijające się w moje ciało, ale nie pozostawiające żadnych ran. Takie delikatne dotykanie skóry jak szpilką. Tak, można to do tego porównać. Uśmiechnąłem się do puchatego kociaka, który lekko zaspany, ale radosny, padł na moim torsie i usnął. Niech śpi. Urocze stworzonka na to zasługują.
---
Kolejnego dnia, siedziałem od rana w szkole. Z torbą na ramieniu, stanąłem sobie na korytarzu, przeglądając coś na telefonie. Co dziwne, był to profil bałwana na portalu społecznościowym. Dodatkowo miałem w uszach słuchawki, aby spokojnie odprężyć się muzyką. Co mnie przykusiło, aby go całować... Dlaczego ja coś takiego czuję. To dziwne. Mruknąłem cicho i wysłałem mu zaproszenie do znajomych. Nie minęło dużo czasu, a usłyszałem powiadomienie, którego treść mówiła o potwierdzeniu. No to fajnie. Co teraz? Dlaczego ja go w ogóle zaprosiłem!?
Od Rin: A tobie co?Od Katsuki: Co, co?Od Rina: Ty zapraszasz mnie do znajomych? Niebywałe... Dobra, whatever, chciałeś coś?Od Katsuki: Cichaj, bałwanie. Zaprosiłem, bo mi się omcknął palec. Chciałem powiedzieć, żebyś nakarmił Ijime, bo przyjdę późno do pokoju.Od Rina: Jaasne, jaaasne. Takim przypaduniem ci się omcknął akurat na mnie. Dobra, spoko, dam mu żreć (ง'̀-'́)งOd Katsuki: A tylko zapomnij, to własnymi rękami ciebie zajebię...Od Rina: Tak, tak, przyjąłem sierżancie...
Dobra. Jakoś wybrnąłem. Jak Ijime dostanie raz więcej żarcia, nic mu nie będzie. Westchnąłem, po czym spojrzałem przed siebie. Oho, zaczyna się bajlando. Wielki dramaturg pan Bangoku przybył na scenę. Czas rozpocząć przedstawienie...
-Hej synku.-rzekł mój ojciec.
-Ta...-mruknąłem, wyciągając słuchawki z uszu.-A więc? Co chciałeś od Rina?-mruknąłem.
 -Zawiadomiłem go, że nie będzie się z tobą spoufalał. Jesteś czystokrwistym żywiołakiem. Żadne inne nadnaturalne i pomieszane dziadostwo ciebie nie dotknie.
-Nie będziesz mi wybierał znajomych. Jak chcesz pobawić się w dobrego ojca, szukaj sobie pocieszenia u Shiro. Nie dam ci sobą manipulować. A tym bardziej, zostaw tego czarnowłosego bałwana.-warknąłem.
Uderzyłem go barkiem, po czym wyminąłem z poważnym wyrazem twarzy. Cholerny paranoik. Dotknie cię brudna dłoń, splami twoją czystą krew. A co on mi kurwa w żyłach grzebie, że mi tam brudzi?! A huj wie co siedzi mojemu ojcu we łbie. W sumie mam go gdzieś. Niech mówi co chce, ja nie pozwolę, aby wielce pan dorosły wybierał mi znajomych. Żart chyba...
---
Pod wieczór wróciłem do pokoju. Rin siedział na kanapie, nieco osowiały, ale słysząc otwierane drzwi, spojrzał w ich kierunku. Potem odwrócił wzrok, patrząc w ziemię. Nie miałem zamiaru się odzywać. Przebrałem się w luźną, ciemnozieloną, wypraną już prawie z koloru koszulkę oraz ciemne dresy ze ściągaczami. Usiadłem na sofie, biorąc do ręki pilota, a potem włączając pierwszy lepszy kanał. Prócz grającego w tle telewizora, zapadła cisza. Niezręczna cisza. Chyba było to spowodowane tym, co stało się wcześniej. I ja, i on nie wyglądaliśmy teraz na tak dzielnych. Wziąłem wdech, odwracając wzrok od telewizora i zarzuciłem dłoń na oparcie sofy. Ja jebię, jaka stypa. Nie chcę się odzywać, bo i tak wjebałem się z tym zaproszeniem do znajomych. Jedyne, co sobie chyba dzisiaj obaj uświadomiliśmy, że to, co się między nami stało, nie było kwestią przypadku. Było w tym drugie dno. Nie szukałem go. Zapewne zakopane jest i nim bym je odnalazł, minęłyby miesiące, jak nie lata. Pokręciłem głową, patrząc w sufit... Ah, ta konwersacja na poziomie...
<Rin-chan?>
Ilość słów: 904

Od Rina do Katsukiego

O co mu chodzi to ja nie wiem. Raz próbuje mnie zabić, zrównuje mnie z ziemią, raz mi pomaga, raz na mnie wrzeszczy. Nie wiem, czy on niestabilny emocjonalnie czy coś? Co ja, sługa jestem? Nie będę mu się kłaniać i traktować go jak króla jakiegoś. Dobra, pomógł mi, ale kurwa bez przesady. Jak mam o nim myśleć i mieć dobre zdanie skoro ten debil chciał mnie zabić i wrzeszczał na mnie, a nagle mi pomaga. Nie wiem sam co mam o nim myśleć. Dziwne i pojebane to i tyle. Poza tym chyba ma jakąś laskę, więc nie widzę w czym problem. Niech se do niej idzie i się z nią pieprzy. Cokolwiek oni tam sobie robią i jak wygląda ich relacja. Nie obchodzi mnie to. Jak ty komuś tak on tobie. On, a szczególnie ten jego tatuś to niezły jest... Jasne, już wierzę, że on nie ma nic wspólnego z jego ojcem. Taaaaa, prawda w chuj... Mógłby przynajmniej nie kłamać. Ale w sumie, to jest szczery.. Nawet za bardzo czasami.. Przyznam szczerze, że jego słowa typu "Jebie mnie to, nikt cie nie uratuje, jesteś śmieciem i nieprzydatnym gównem", zabolały mnie.. Chyba każdego by to dotknęło na swój sposób. Oczywiście starałem się ukryć moją wściekłość i żal, ale nie wiem czy mi to wyszło. Nie wiem już sam, co mam myśleć. A może zostanie w domu to był dobry pomysł? A może jednak powinienem zamieszkać z Shoto? Mogłem tak zrobić, a tego nie zrobiłem.. Cholera jasna nie chcę się z nim użerać tak przez tyle lat.. Dobra, ten zielony ogień to coś innego i dziwnego, ale ja pierdole, ten typ czasami jest nie do wytrzymania! Dobra... Uspokój się Rin. Połóż się do łóżka i jutro będzie lepiej.. Musi być lepiej, prawda?
---
Wstałem i przeciągnąłem się, a następnie przeczesałem swoją dłonią swoje włosy. Jeszcze nie ogarniałem do końca, co się dzieje. Wziąłem i spojrzałem w ekran telefonu. Katsuki spał i widać było, że był zmęczony. Niech se śpi. Mam go dość. Jego i jego zachowania. Całokształtu. Niech się wypcha i pocałuje w dupę... Wstałem z łóżka i ogarnąłem się. Był ranek, więc było jeszcze trochę chłodno. Założyłem bluzę i wyszedłem na balkon. Na barierce siedział mój kochany Kuro. Przynajmniej on mnie rozumie i nie wrzeszczy na mnie tak, że w uszu leci mi krew... Właśnie, nie wydaje mi się, że wczoraj zemdlałem... Dziwne, bo w ogóle nie czułem się słabo ani nic... Coś mi tu nie gra... Ale mniejsza. usiadłem na barierce balkonu, patrząc na wschód słońca i stykając ogon z ogonami Kuro. Katsuki obudził się, bo usłyszałem pomruki po typowej pobudce. Warknął po chwili.
- Ijime. Nie gryź mnie, cholerna bestio.- mruknął zaspany.
Ooo tak, dobry kotek. Gryź i szarp go. Już cię kocham, mały potworku, haha! W sumie to dzisiaj jest dzień wolny, więc mogę się cały dzień lenić. Wróciłem do pokoju i zdjąłem bluzę. usiadłem po turecku na łóżku, machając radośnie ogonkiem. Obok mnie położył się Kuro, a ja spojrzałem na godzinę w telefonie. Było dość wcześnie. Katsuki warcząc na kota, po chwili uśmiechnął się. Cud nad Wisłą. Cud nad Odrą. To coś ma uczucia.
- Wredna bestia.- powiedział do zwierzaka, po czym spojrzał na zakrwawioną dłoń z dumą. To on chyba nie widział krwi na ręce. Matko.. Halina! Dawaj te mnie tu piwo, otwieramy i bajlando będzie! Hahha! Może jednak nie będzie AŻ TAK źle, jak myślałem. Podkreślam.. MOŻE... Spojrzałem w telefon i nie zauważyłem żadnych wiadomości od rodzeństwa. Może jeszcze śpią? Nie wiem sam. Dobra, nieważne.. Walnałem się na łóżko i spojrzałem w sufit, a mój ogon zwisał swobodnie z łóżka.
Nagle drzwi od naszej sypialni otworzyły się z hukiem. Weszła przez nie blondyneczka, bardzo podobna do Katsukiego. 
- Rin-chaan~! - krzyknęła i podbiegła do mnie, rzucając mi się w ramiona.
- Woow! Zaraz, halo! Po pierwsze kim ty jesteś, po drugie twój boyfriendo jest tam - wskazałem na Katsukiego. 
- Boyfriendo? Rin-chaan. Głupi Riin. To mój braciszek, Kachu!- krzyknęła, siadając mi na kolana.-Chu... Chu...
Aaa dobra, to wszystko wyjaśnia.. Czekaj... SIOSTRA?! O ja pierdole.... Kolejna... Ludzie.. Tato, czemu ja?! Eeech..Dobra, dam jej szansę.. Może... Powtarzam, może...
- Eeem, ok, a co ja mam z tym wspólnego? - usiadłem z nią na kolanach i spojrzałem i na nią i na Katsukiego. Dziewczynka zaczęła machać nogami. Położyła moje dłonie wokół swojej talii. 
- Bo jesteś przystojny Rin-chan! Jestem Shiro! Shiro Yoshimura! Kachu to mój braciszek!- pisnęła z radością. Katsuki nie wyglądał na zadowolonego z obecności siostry. Wychyliłem się zza jej pleców i spojrzałem na Katukiego z podniesioną jedną brwią.
- Ook, dzięki, miło mi to słyszeć, ale..  
Kurde, jak ją spławić.. 
- Rin-chan! - pisnęła i ucałowała mój policzek.
- Aaa może chcesz pobawić się z braciszkiem? 
Cholera jasna, a jak się uwaliła mała.. Ta.. Zdecydowanie są do siebie podobni.. Nie mam wątpliwości...
- Niee! Z Kachuu bawiłam się wczoraj! Teraz chcę z tobą! Chuu~! - pisnęła, a potem bez skrupułów ucałowała mnie w usta. Zaraz, co?! What the FUCK?! 
- Co ty odpierdalasz?! - odepchnąłem ją od siebie - Nie pozwalaj sobie, mała!
- Mała? Uważasz, że Toga, jest mała? - zaśmiała się uroczo. - Jesteś zdecydowanie w moim typie!
- Wkurwiasz mnie! - zepchnąłem ją z moich kolan i wstałem - Nikt nie edzie ze mną pogrywał! - warknałem na nią donośnym głosem.
- Nie pogrywam! Bardzo mi się podobasz! Kachu miał mnie z tobą umówić, ale stary zgred jak zawsze mówił tylko jeb się! - pisnęła, tupiąc nóżką.
- Hahahaha! Słyszysz siebie?! Nie znasz mnie nawet jednego dnia dziewczynko... Nie denerwuj mnie i jak chcesz to spierdalaj do swego brata... 
- Toooga kocha Rina!- pisnęła. Wkurwia mnie... Zniknij i spierdalaj natrętny, spleśniały żelku... Dobra.. Muszę posunąć się do radykalnych środków. Będę tego żałować, a może nie? Jebać. Ważne jest to, by ją spławić. Będzie mi jeszcze tu pierdolić o miłości od pierwszego wejrzenia..
- Pokażę ci dziewczynko, że nie masz u mnie szans... - warknąłem do niej niskim głosem, a z moich oczu palił się mord - podszedłem do Katsukiego i wziąłem go za koszulkę. Pocałowałem go, nadal trzymając go za jego koszulę... Katsuki z ogromnym zaskoczeniem złapał mnie za przedramię, ale co dziwne, nie odsunął się. Siostra chlopaka uciekła z płaczem. Dobra, udało się, ale.. No nie powiem.. Typ świetnie całuje... Matko, o czym ja gadam... O ja pierdole... Po chwili się odkleiliśmy od siebie, a ja oblizałem kły językiem. Katsuki usiadł na łóżko z lekkim wytrzeszczem. 
- Co. To. Kurwa. Było...- zapytał, ale nie był specjalnie zły. Oho.. On i nie był zły za takie  coś.. Mam wnioskowac, że mu się podobało? Nieźle... Robi się coraz ciekawiej..
- Sposób na twoją siostrę.. - spojrzałem w jego oczy, stojąc niedaleko jego łóżka.
- Yy... Czekaj. Czekaj. Czekaj.- powiedział kilka razy, po czym wstał. Zdziwiło mnie to, ale powtórzył to, co zrobiłem chwilę wcześniej. What? On? Potwórzył to? No, typie, zaskakujesz mnie coraz bardziej, nie powiem, że nie... Ale mimo wszystko odwzajemniłem jego pocałunek. Wplotłem rękę w jego kark i włosy.
- Em.. No nie spodziewałem się tego po tobie...
- Zamknij się.- powiedział. Znowu wpił się w moje usta, kładąc dłonie na moich biodrach. No, no... Zapowiada się niezła zabawa...
<następne opowiadanie>
<Kacchan?>
Ilość słów: 1188

Od Katsukiego do Rina

-Pomóc?! Mam tobie pomóc?! W czym jeszcze tobie mam pomagać?!-wrzasnąłem wściekły, zaciskając dłonie w pięści.
Co za szmaciarz! Człowiek mu pomaga bez przerwy na swój sposób, płaci za jego leczenie, broni go przed kimś, kto by mu zrobił ogromną krzywdę. A on?! On oczywiście chce jeszcze pomocy, bo jej nie ma. Wiedziałem, że jest taki, jak każdy inny.
- Dobra zrozumiałem, nie musisz krzyczeć już, bo zaraz ogłuchnę...
-Święta krowa jesteś?! Chciałem ci pomóc! Dałem ci możliwość dojścia do delikwentów, obroniłem cię przed kimś, kogo byś w życiu bez sposobu nie pokonał! Czego ci jeszcze mało!-nadal wrzeszczałem wściekły na niego.
- A co, miałem ci allahy walić i wychwalać jak króla? Do delikwentów sam chciałeś, bym wstąpił i nie wiesz czy bym nie pokonał tych typów. Przypominam ci, że chciałeś mnie zabić, więc to ty się ogarnij koleś! Poza tym ty i twój tatuś jesteście niezłymi artystami i nie mam zamiaru wielbić cię za to, że dostałem po łbie od twojego ojca...
-Mój ojciec to inna sprawa! On działa jak chce, nic o tym nie wiem! A poza tym, skoro wolisz, abym ciągle na ciebie darł się, proszę, kurwa, bardzo! Jesteś nic niewartym śmieciem, który w tej szkole nie wytrzyma. Myślisz, że co? Braciszek ciebie ocali, bo jest półbogiem? Huja, a nie ocali! Jesteś nikim, zbędnym fragmentem, który można by było wyjebać.
Odwrócił wzrok ,a z jego ucha popłynęła krew. Nie odezwał się. Po prostu skierował się do balkonu z zamiarem wyjścia. Miał morderczy wzrok. O nie, umrę od tych jego fochów. Stworzyłem przed nim ścianę z ognia.
-Stój.-powiedziałem, po czym wyjąłem z kieszeni środek uspokajający od ojca.
Przyda się, choć nie do tego, czego on chciał. Zanim Rin się odwrócił, wstrzyknąłem mu środek do ciała, a ten prawie od razu padł. Majaczył coś, więc przeniosłem go na jego łóżko. Obejrzałem te jego zakrwawione uszy, po czym wykonałem odpowiednie zabiegi, aby zatrzymać krwotok. Udało mi się. Czując, że ma rozgrzane czoło, zrobiłem mu zimne kompresy, a potem jeszcze postawiłem mu ciepłą herbatę na etażerce przy łóżku. Kurwa, co ja w ogóle robię... Pojebało mnie do reszty. Pokręciłem głową, wracając na swój materac. Minęło kilka godzin, a Rin wrócił do siebie. Nie odezwałem się, ale on z kolei musiał coś powiedzieć...
- Gdzie ja jestem.. Co się stało? - powiedział ledwo przytomny, czochrając się po włosach.
-W pokoju. Zemdlałeś.-mruknąłem niechętnie, patrząc w podręcznik od języka japońskiego.
- Zemdlałem? - palcami przejechał po swoich kłach i sprawdzał ogon.
-A ty co, kurwa? Nie słyszysz? Jeszcze raz mam ci krwotok z nich zatrzymywać?-warknąłem.
- Krwotok? Po prostu nie wiem czemu miałbym zemdleć.. Nie czułem się źle ani nic..
-To źle ci się wydaje. Zemdlałeś, krwawiłeś z uszu. Zatrzymałem ci jebany krwotok i masz obok herbatę. Zamknij się już i nie wkurwiaj mnie.
- Dziękuję... To do ciebie niepodobne, ale dzięki... - był zaskoczony i zdziwiony. 
Wziął herbatę i wypił łyka. Wkurzał mnie on coraz bardziej i bardziej. Odłożyłem podręcznik, masując skronie.
-Zamknij się wreszcie. Powiedziałem coś.-warknąłem do niego.
Zmarszczył brwi i zjechał mnie wzrokiem. Wstał i poszedł na balkon. W sumie miałem go teraz w dupie. Niech spada i mi się nie pokazuje już na oczy. Nagle zauważyłem, że otrzymałem SMS-a. Prychnąłem.
Od Toga: Kaaachuuu! Chooodź do mnie. Balkon. Już. Masz ładniusiego współlokatorka. Ale jednak wolę ciebie. Kaaachuuu!
Pokręciłem niezadowolony głową. Wstałem i po prostu po przejściu na balkon, wyskoczyłem. Ujrzałem tam moją siostrę, która rzuciła się na mnie z przytulasami i tym podobnymi uczuciami. Przewróciłem oczami, idąc przed siebie. Dziewczyna uczepiła się mojego ramienia, kładąc na nim też głowę. Głupia dziewczynka. Tylko jej te emocje w głowie. Nie lubiłem tego. Jednak jak odchodziliśmy, spojrzałem kątem oka na Rina. Ten spojrzał na nas ze zdziwieniem, a następnie odwrócił wzrok w inną stronę. Usiadł na barierce.
-Kaachuuu... Wiesz, że ciebie kocham?-powiedziała dość głośno.
Głupia siostra... Zawsze okazuje tyle jebanych uczuć. Dobrze wie, że ich nie lubię, a jednak robi mi na złość. Warknąłem, patrząc na nią kątem oka.
-Zamknij się.-warknąłem.
-Ooo, kochany jesteś, Kachuu....-szepnęła i wtuliła się znowu w moje ramię.
Po kilku godzinach męczenia przez siostrę, wróciłem do pokoju. Jednak, nie wróciłem też sam. Przy moich nogach dreptały trzy koty, które potulnie miauczały i prosiły o pieszczoty. Że też cholerna Toga musiała je głaskać i karmić. Potem zostawiła mnie z nimi, a jedyne co słyszałem, to ciągłe burczenie w ich brzuchach. Uwielbiam koty, ale no kurwa, pięciu w pokoju nie zniosę. Usiadłem na łóżku, a kociaki zaczęły miauczeć potulnie i ocierać się o moje nogi. Rin się do mnie nie odzywał. Leżał bokiem, a jego ogon zwisał z łóżka. Nagle spojrzał w telefon.
-Zabieraj ode mnie te sierściuchy. Też masz ogon, więc zabieraj je.-warknąłem.
Koty jednak nie przestawały miauczeć. Wskoczyły wszystkie na raz na moje nogi i tam zaczęły się ocierać o moją twarz, dłonie i ramiona. Nie mogłem się oprzeć. Przytuliłem trzy kociaki z lekkim rumieńcem, a te wydobyły z siebie przyjemne mruczenie i widocznie
podobało się im to. Westchnąłem.
- Chyba nie potrzebujesz pomocy - zaśmiał się lekko i nadal leżał, ale odłożył telefon.
-Masz je zabrać. Ijime będzie zły.-mruknąłem, nadal tuląc koty, po chwili też głaszcząc je po ich miękkich łepkach.
- Twoje słowa przeczą twoim czynom, ale jak tam chcesz.. - leżąc bokiem wystawił rękę do kociaków i zaczął machać ogonem. 
Wydał z siebie jakby ryknięcie lub miauknięcie kota, a trzy kotki poleciały do niego wesoło. Na szczęście. Ijime bardzo szybko zajął miejsce kociaków i ułożył się na moich nogach. Pogłaskałem go i już spokojny, że nie będzie zazdrosny, rozluźniłem mięśnie. Spojrzałem kątem oka na chłopaka, który bawił się z kotami. No i dobrze. Niech sobie do niego lezą. Usłyszałem dźwięk SMS-a.
Od Toga: Kaachuu... Przepraszam, że uciekłamm >,< Tatuś chciał się ze mną spotkać.
Od Toga: Umów mnie ze swoim współlokatorem... Jest takkiii przystojnyyy.... >~<
Od Toga: Kaachu... Proszęęę.... Zrób to dla siostry.
Od Katsuki: Nie. Wal się.
Od Toga: Kaachuuu no! Jak sam tego nie zrobisz, ja to zrobię! >:(
Od Katsuki: Jebie mnie to.
Od Toga: Dobra! Przyjdę do was. Kiedyś ^^
Wiedziałem, że to nie zapowiada nic dobrego...
<Rin-chan?>
Ilość słów: 1003

środa, 30 maja 2018

Od Rina do Katsukiego

Ogień... Zielony ogień... Połączyły się. Te dwa. Jak w przepowiedniach. Jak w legendach... Starych księgach z Abelas i Aenye... Tak samo... Ja, nie wiem, co czuję.. Dziwne uczucie... Niemożliwe, że to on jest tym, którego szuka się przez tyle lat. Cholera jasna on dzieli ze mną tą przepowiednię! Mój ogień zgasł, a ja... Ja byłem q szoku. Nie wiedziałem, co powiedzieć. Co mam zrobić? Jak mam wydusić z siebie jakieś słowa. Czuję, jakbym się dusił, zapadał od środka. Jakby mój oddech zwalniał. Ale nie jest mi zimno. Jest mi gorąco. Mimo tego, że sam władam ogniem to jest mi gorąco. Odkryłem... Zieleń... Fuzja z ogniem.. Nie chodziło o zwykły przypadkowy ogień. Tylko o jego ogień... Osunąłem się po ścianie, trzymając w zaciśniętej dłoni koszulkę i dośc ciężko oddychając. Katsuki nadal siedział ze wzrokiem wbitym w telefon. Widać było, że ma wyjebane... Chyba jeszcze nie wie o co chodzi lub nie jest świadom... Cholera jasna. Nie wiem, czy przemienię się w demona, czy zostanie tak jak jest, czy umrę czy coś! Czekaj... Znak... Co z nim. Nie wiem. Może katana mi coś powie. Nie mam pojęcia co mam zrobić! Chciałem rozerwać koszulkę. Nie obchodził mnie szum w uszach spowodowany głośnymi krzykami i piskiem Ijime, który zaczął chować się za Katsukim... Katsuki wziął Ijime na kolana.
- Wiedziałem, że tylko ty jesteś uroczą istotą...
- Kuro! - kot się powiększył i przyłożył swoje czoło do mojego, a ja powiedziałem, dysząc - Biegnij... Po ojca, matkę, Shoto czy kogokolwiek.. Nie dam rady teraz utrzymać...
Kuro pokiwał głowa, że nie może. Zasugerował, że powinienem sprawdzić katanę. Myślałem nad tym, ale.. Nie mogę tego zrobić przy nim. Nie może się dowiedzieć o niej. Chciałbym uciec, ale.. Co się dzieje... Nic nie rozumiem...
- Nie mogę tutaj jej wyciągnąć, oszalałeś?!
Katsuki spojrzał kątem oka na mnie, po czym położył Ijime obok siebie. Upadłem na kolana i podparłem się jedną ręką o podłogę.
- Kurwa! Nie mam wyjścia...
Nogi blondyna stanęły na ziemi. Czułem jego spojrzenie na sobie. Nie mam wyjścia. Muszę ją sprawdzić. Nadal nie wiem czym jest ze mną związana, ale po tym wnioskuję, że dość mocno... Usiałem na kolana i rozerwałem swoją koszulkę, a moim oczom i Katsukiego ukazał się znak, z którego zawsze wyciągam katanę, lecz nie był taki jak zwykle. Robił się od dołu zielony... Jasna cholera ile jeszcze. Walka z jego ojcem, zielony ogień, przepowiednia, katana i sen... Czekaj... Sen... Sen byl przepowiednią, że dziś się ujawni ogień. Dodatkowo wkurzył mnie jego ojciec, a ja wkurzyłem jego, przez co zmusiliśmy się do użycia mocy. A rozwiązaniem zagadki ze snu był ogień... Czemu... Jak efekt motyla...
- Co to jest...- warknął, po czym spojrzał na swoją rękę. Jego płomień, owszem, był taki jak zawsze, ale błyskały z niego dziwne, zielonkawe iskry. Spojrzałem na niego, a mój oddech przyśpieszył.
- Zależy o czym mówisz...
- O obu...
- Ichaer dii koron. Losei Felaenye... Nir. Oblaan Oblivion. Ofan Zahkrii... 
Wypowiedziałem zaklęcie, a znak zaczał się świecić. Po chwili wyszła z niego katana, a ja od razu ją odrzuciłem. Czułem, że nie jest taka sama jak wcześniej... Katsuki dotknął palcem rękojeści, a potem pochwycił broń.
- C-co ty... Co się dzieje... - mój oddech się uspokoił i spowalniał się... Nie rozumiem już nic.. Co on ma z tym wspólnego...  Katsuki podrzucił broń w dłoni, po czym rękojeść rozbłysła zielonym ogniem, a ja z wrażenia wstałem. Jak on... Czuje jakby on kierował tym... Gdy Katsuki wymachiwał kataną, ja w określonyc miejscach błyskałem zielonymi płomieniami.
- Eeee.... Eee? - rozglądałem się po sobie bardzo zdziwiony.
- Fajna zabawka dla psa.-warknął, patrząc na mnie. Był zły. Nadal. Nie wiem o co mu chodzi... 
- O co ci chodzi ja pierdole okres masz czy coś?
- Zamknij mordę pchlarzu. - warknął.
- Przepraszam za to, ale już wychodze z siebie! Ten sen i twój ojciec do tego ta kłótniai ogień, przepowiednia... Za dużo jak na jeden raz!
Katsuki prychnął. 
- Nie obchodzi mnie to, że ty przepraszasz. Mam w dupie to, co teraz do mnie powiesz, niewdzięczny psie.
- I ty myślisz, że zostaniesz bohaterem? Jaki "bohater" oczekuje dziękowania na kolanach za pomoc i nie przyjmuje przeprosin, a wiedz, że ja często nie przepraszam. Mi też jest ciężko i próbuję rozwikłać to, co może wpłynąć na naszą przyszłość, więc nie rozczulaj się jak dziecko tylko mógłbyś pomóc... Jak na "bohatera" przystało...
<nastepne opowiadanie>
<Kacchan?>
Ilość słów: 722

Od Katsukiego do Rina

Dlaczego ten pojeb mnie ugryzł!? Zajebię gnoja! Ukatrupię go! Nie pozwolę, aby ktokolwiek dotykał mnie od tak sobie! Wściekły złapałem jego ramiona, uderzając jego plecami o ścianę. Wbrew pozorom ugryzienie było przyjemne, ale nie pozwolę sobie w kaszę dmuchać. Odsunąłem od niego gwałtownie szyję, czując, jak krew zaczyna płynąć po mojej szyi.
- Nie pozwalaj sobie...-warknąłem, zbliżając dłoń do jego twarzy.
Lekko ją podpaliłem, przez co była wręcz parząca, ale nie miałem zamiaru nią dotykać jego mordy. To tylko dla postrachu. Patrzyłem na niego z mordem w oczach. Cholerny gnój... Zabiję go...
-Nie zbliżaj się do mnie... Nie próbuj... To moja krew... Czysta krew...-moje oczy ponownie rozbłysły czerwonym blaskiem.-Nie pozwolę ci, abyś niszczył wszystko co zechcesz. Wytresuję ciebie i może wreszcie będziesz posłusznym kundlem, szmaciarzu...
- Hahahaha! Czysta krew? - odchylił głowę do tyłu, patrząc w sufit, lecz po chwili spojrzał na mnie - Bajki opowiada się dzieciom, Katsuki.... - a po chwili warknął na mnie, chcąc się wyrwać.
Uderzyłem go płomienną dłonią w brzuch, po czym pochwyciłem jego włosy bardzo mocno. Jebaniec. Nie pozwolę, aby ktoś tak do mnie mówił...
-Waruj. Psy nie mówią. Szczególnie takie pchlarze. Zamknij się i słuchaj co mówi właściciel. Nie pozwolę ci kłapać swoją mordą. -warknąłem, zaciskając dłoń jeszcze mocniej na jego kudłach.
- Nie jestem psem debilu... Puszczaj... - warknął, ukazując kły.
Szarpnąłem go za włosy jeszcze mocniej, niż wcześniej.
-Zamknij się kundlu...-warknąłem.
- Dość! - złapał mnie mocno za ręce i odepchnął, przyszpilając cieniem do podłogi. Złapał się za głowę - Starczy...
-Puszczaj mnie!-wrzasnąłem, po czym cały wręcz zapłonąłem ogniem.
Czarnowłosy został odepchnięty przez moją moc, a ja wstałem, podpalając swoje dłonie. Spomiędzy zaciśniętych zębów zaczął lecieć wręcz żarzący dym. Ze wściekłością patrzyłem na psa. Jebany szmaciarz...
-Dość tego dobrego pchlarzu... Wiedziałem, że wszyscy ludzie są tacy sami. Wielce święci... Milutcy przy ludziach, a tak naprawdę? Wszyscy są śmieciami! Nigdy nie wyrażają wdzięczności, a ich mordy tylko przyprawiają mnie o wymioty! Każdy po kolei jest kurwa nikim!-wrzasnąłem.
- W takim razie ty też... Świat taki jest jakbyś nie zauważył. Od dawien dawna... I zabierz te płomienie.... Nie zmuszaj mnie!
-Nie zabiorę, bo to jest kurwa moja moc! Jestem silny i z łatwością bym rozłożył wszystkich na łopatki i chętnie pozabijałbym każdego! Jesteście nikim! Życie nie jest kolorowe, ale ja to naprawię, rozumiesz! Będę ratował innych i gówno mnie obchodzi pierdolenie innych! Twoje szczególnie!
- Ratować? Przecież chcesz mnie zabić. Zastanów się... - zaczął do mnie podchodzić z groźnym wyrazem twarzy - Nie zabijesz z łatwością każdego... Jesteś bardzo pewny siebie i dumny... Nieładnie...
-Nie pouczaj mnie jebańcu!-wrzasnąłem i uderzyłem do podpaloną dłonią w twarz.-Jesteś nikim! Zginiesz tak, jak wszyscy! Jak jebane zwierze w klatce, a potem trzy metry pod ziemią! Nikt i to nikt mi nie powie, co mogę, a czego nie! I przestań pierdolić, bo zostanę bohaterem, czy ci się to podoba, czy nie!
- Słuchaj no, narwańcu! Chyba jeszcze na oczy ci tatuś nie pokazywał prawdziwego rozwścieczonego zwierzęcia. Tak! Jestem nikim! - zaczął się do mnie zbliżać, a wszystko wokoło zaczęło się trząść - Tak! Jestem mieszańcem! Zwierzęciem, które traci nad sobą kontrolę! Drapieżnikiem, który zabija niewinne osoby! Mój dom to żywe piekło! Ale nie wybierałem sobie tego życia! Rozumiesz?! Nie mogłem być kochanym synkiem ojca z czystą krwią! - zaczął płonąć, a pokój po chwili wypełnić się niebieskim ogniem.
-A ja pragnąłem zawsze więcej! Chciałem być silniejszy, chciałem móc więcej, aby chronić innych! Mam w dupie jakieś mieszanki, kurwa inne gówna i tym podobne! Wiesz czemu? Bo sam kurwa zabijam, aby móc stłamsić swoją chęć ciągłego "więcej"! Nie pierdol mi o tym, że ty nie mogłeś, bo każdy może! A ty?! Ty tylko umiesz powiedzieć, że nie potrafisz! Jesteś cipą, a nie facetem!-wrzasnąłem, przez co i mój ogień wypełnił pokój.
Błękit z czerwienią zmieszały się.Ogień z ogniem stworzyły jedność. Światło z światłem stworzyło jasność.Gra w Dwa Ognie się rozpoczęła.
Rin obrócił się dookoła, patrząc na ognie i złapał się dłonią mocno swojej koszulki. Wkurwił mnie tym. Wrzasnąłem w nieokreślonej częstotliwości i rzuciłem się na niego z pięściami. Podniosłem go za kołnierz. Nie dostrzegłem tego, ale moje kły bardzo delikatnie, o zaledwie parę milimetrów, się wydłużyły. Syczałem na tego pchlarza, ale ten jak głupi nadal wisiał, rozglądając się.
-Walcz kurwiu!-krzyknąłem, rzucając go na ścianę.
Tuż przed rzutem odepchnął mnie mocno, przez co upadłem i ja i on. 
- Starczy! - machnął ręką, a oba ognie połączyły się, przez co stawał się zielonkawy - Powiedziałem, starczy! - warknął lekko zmodulowanym głosem. 
Spojrzał po chwili na swoją rękę i przechylił głowę, patrząc na ogień. Zacząłem warczeć na niego. Wstałem i ponownie rzuciłem się na niego. Pchnąłem go na ścianę jeszcze mocniej, przyszpilając go do niej.
-Mam ciebie dość... Nie dość, że potrafisz tylko mówić, że coś jest zawsze źle to nawet nie usłyszałem z twoich ust jebanego dziękuję za pomoc! Raz okazałem jakąkolwiek empatię, ale to był ostatni raz. Mam w dupie uczucia innych, bo sam ich nie mam... Więc pocałuj się w swoje zasrane dupsko i nie odzywaj się więcej do mnie, niewdzięczniku...-warknąłem.
Mój ogień zgasł, a ja usiadłem na swoim łóżku. Miałem go w dupie. Wziąłem swój telefon i jak gdyby nigdy nic, zacząłem coś robić.
Kiedy ogień zgaśnie, życie przygaśnieIch uczucie nadal jednak będzie silneOgień znowu rozbłyśnieGra w Dwa Ognie nadal trwa.
<Rin-chan?>
Ilość słów: 878

Od Rina do Katsukiego

Ranek... Wschodzące słońce i jego promienie, które oświetlają korony drzew i przebijają się przez nie, tworząc niesamowity widok. Świeże powietrze i wiatr, który rozwiewa twoje włosy. Rosa na leśnej trawie, łąkach i polach pod twoimi stopami. Cisza... Ta błoga cisza... Nikogo w pobliżu. Ani jednej żywej duszy, żywej istoty i żadnych problemów dookoła ciebie. Jesteś tylko ty i ja. Stoję pośród drzew na polanie, na którą wpadają ukradkiem coraz to większe promienie słońca... Stoisz na przeciwko mnie... Lecz nie potrafię dostrzec kim jesteś... A więc się pytam... Kim ty jesteś... Lecz ty mi nie odpowiadasz. Dlaczego nic nie mówisz? Boisz się? A może uwielbiasz ciszę. Ten błogi spokój, który się tu otacza. Może masz dość zmartwień i chcesz odpocząć? Nie wiem, ale czuję, że się tego dowiem. Robię krok na przód. Stop. Zaczynasz się na mnie patrzeć czerwonymi ślepiami, lecz nadal nie widzę twojej twarzy. Kim jesteś? Promienie słoneczne omijają tylko ciebie. Stoisz w cieniu, ale dookoła ciebie jest światło. Cień zakrywa twoje oblicze. Nie mogę go dostrzec. Kolejny krok. Stop. Wyciągasz rękę do mnie, lecz po chwili ją zabierasz. Co ty robisz? Mam podejść czy odejść. Daj mi znak, co mam robić. Czuję, że jesteśmy podobni, wręcz tacy sami. Mogę ci pomóc. Chcę ci pomóc. Tylko daj mi wskazówkę, pokaż się. Pokaż mi swe oblicze. Znów podchodzę. Zatrzymuję się. Wyciągam do niego rękę. On niepewnie ją podnosi. Boi się. Nie ufa mi. Pozwól, że zdobędę twe zaufanie. Tylko powiedz, pokaż, daj znak, kim jesteś. Podnosisz rękę do góry, a za tobą i twym palcem pozostaje ognisty ślad i dym w powietrzu. Piszesz coś przede mną. W końcu dajesz mi znak, lecz nie jest on jedyny. Zadajesz mi zagadki. Piszesz i odchodzisz nie udzielając odpowiedzi. 

" Dasz mi pożywkę, a przeżyję. Poczęstujesz mnie piciem, a zginę. Czym jestem? "

Czym jesteś? Zagadka. Tajemnica, którą muszę rozwiązać. Pomóc. Nie zabijać... Zdobędę twe zaufanie... I ujrzę twoją twarz...
---
Otworzyłem oczy, a do pokoju wkradało się słońce. Zerwałem się z łóżka. Sen? Jak to... To było takie realne. Jakbym na prawdę tam był... Nie... Ja wiem, że tam byłem! Na polanie i ten ktoś... To się wydarzyło na prawdę. Zagadka... Dasz mi pożywkę, a przeżyję... Poczęstujesz mnie piciem, a zginę. Czym jestem? No właśnie, czym jesteś... Wstałem i ujrzałem leżącego, lecz nie śpiącego Katsukiego na jego łóżku. Hm, dziwne... Tak jakbym coś czuł takiego... Przyglądałem się mu dość dłuższą chwilę, bo straciłem rachubę czasu, zastanawiając się nad zagadką tego ktosia. Katsuki zauważył to i wpił swe ostre spojrzenie we mnie. 
- Czego się lampisz zboczeńcu!? - wrzasnął. Czułem, jakbym się obudził dopiero teraz. Jakbym był w transie, a jego donośny głos wyrwał mnie z niego... Dziwne... Bardzo dziwne... Zamrugałem oczami i rozejrzałem się po pokoju, szepcząc.
- Czym jestem... Dasz mi pożywkę, a przeżyję... Poczęstujesz mnie piciem, a zginę... Czym jestem...
Spojrzałem w okno, a słońce oświetlało mi twarz, oślepiając mnie, lecz nie zmrużyłem oczu. Wpatrywałem się w nie, szukając odpowiedzi. Ale chyba coś miałem dziś zrobić... Nie pamiętam...  Jestem taki zdezorientowany po tym śnie czy jak? Nie wiem sam... Jeszcze tego nie wiem... 
- Jesteś ogoniastym bałwanem.- warknął, bo chyba usłyszał, co mówię, a ja odwróciłem swój wzrok i skierowałem go na niego.
- Bałwan... - chyba coś mi zaświtało. Podszedłem do szafy i zacząłem się ubierać i ogarniać do szkoły, chociaż... Dzisiaj sobie odpuszczę. A pamiętam, miałem się spotkać z jego ojcem. Trudno, to może poczekać. Pójdę tam po południu... Rozwiązanie mam na końcu języka...
- Tak, bałwan palancie. Fajnie, że chodź tyle możesz powiedzieć. Brawo. - warknął. Spojrzałem na swoje ręce, stojąc na środku pokoju. Paliły się niebieskim... Ogniem! Tak, mam to..
- Dasz mi pożywkę, a przeżyję. Poczęstujesz mnie piciem, a zginę... Czym jestem? Jesteś... Ogniem...
- Co ty dzisiaj pierdolisz?! - wstał i podszedł do mnie wściekły. Spojrzałem na niego i podszedłem do biurka. Wziąłem zeszyt z moimi notatkami, lecz nie tymi ze szkoły. Zapisałem zagadkę i jej rozwiązanie oraz naszkicowałem wyciągniętą rękę z ogniem w zewnętrznej części dłoni.
- Odkryję, kim on jest... Jeszcze ujrzę jego twarz...
- Pojebało ciebie do reszty. - warknął, po czym poszedł do łazienki, a ja wziąłem torbę i wybiegłem z pokoju, zostawiając otwarte drzwi i wszystko jak leżało...
---
Nadeszła chwila spotkania z nauczycielem. Co on ode mnie chce, nie wiem, ale mam ważniejsze sprawy na głowie niż użeranie się z nim. Wszedłem do pokoju nauczycielskiego, gdzie znalazłem tylko i wyłącznie jednego nauczyciela -  Bangoku Yoshimura...
- Rin Kurushimi... Demon we własnej osobie tutaj przede mną... Ciekawe masz korzenie, nie powiem, że nie. Ze względu na to kim jesteś, szmato i diable, masz nie zbliżać się do mego syna, zrozumiano?
- Słucham?! O co cho-... - lecz ten podły typ mi przerwał i podniósł ton głosu.
- Masz zakaz zbliżania się do mego syna, rozumiesz?! Nie będę tolerował mieszańców w okolicy Katsukiego! On jest czystej, szlachetnej krwi i ma ona pozostać bez skazy...
- WTF... O co panu chodzi. Jakieś kompleksy czy jak?! Nie wybierałem sobie kim mam się urodzić, jasne?!
- Gówno mnie to obchodzi, Rin... - wstał i jak gdyby nigdy nic zawalił mi z liścia w twarz, a później kolanem walnął mnie w brzuch, przez co z moich ust popłynęła krew. Silny jest... Chciał mnie potraktować dziwnym urządzeniem, lecz nie wiem co to. Jedyne co wiem to to, że nie jest dla mnie bezpieczne. Wyciągnąłem rękę do przodu na znak, by przestał i że rozumiem.
- Ok, już dobra... Nie musisz mnie bić pojebie... 
- Zważaj na słowa... Demonie... - popatrzył na mnie z góry, a jego oczy od złości się wręcz zaświeciły. Wyszedłem z pokoju nauczycielskiego, obczajając  go morderczym wzrokiem i z zakrwawionym policzkiem i ustami udałem się do akademików. Jestem wściekły!
---
Wszedłem do pokoju, a moim oczom ukazał leżący jak gdyby nigdy nic Katsuki. Ha, niezły jest ten typ. Nie wierzę, że doniósł na mnie. Ja pierdole nawet nic nie zrobiłem, a on już jak idiota do tatusia... Nieźle się zapowiada... Wszedłem głębiej do pokoju, a po moim policzku i z ust leciała krew. Spojrzałem na niego morderczym wzrokiem.
- A ty co? Znowu gdzieś się szlajałeś i ci wpierdolili?
- Zamknij mordę! - wrzasnąłem ze złości dość... Głośno i walnąłem pięścią w ścianę, przez co ta jakby pękła pod moją ręką. Katsuki się zaśmiał.
- Czyli ci wpieprzyli? Ale jaja!
Ja byłem coraz bardziej zły. Jego ojciec mnie wkurwił to teraz jeszcze ten idiota będzie mnie wkurzać. Niech on się zamknie...
- Zamknij się syneczku tatusia... Jeżeli boisz się demonków to zakryj się poduszką, bo zaraz jednego ujrzysz!
- Słucham?! A wpieprzyć ci po raz drugi?!
- A ile krwi chcesz stracić?! - wrzasnąłem i wziąłem go za fraki.
- Puszczaj mnie pojebie! - wrzasnął, po czym mnie kopnął w brzuch, a ja automatycznie do puściłem i się cofnąłem, wydobywają z siebie jakby pisk i warknięcie lwa. Zakryłem usta i się cofnąłem.
- Nie wierzę... Jesteś taki sam jak on... - spojrzałem na niego morderczm wzrokiem i skierowałem się do łazienki.
- Jak on?! Jak kto?! - wrzasnął.- Wygarnij mi jebańcu! Dawaj!
- Jak twój ojciec idioto. Jeszcze tego nie zrozumiałeś?
- Ojciec? A co on ma do rzeczy?!
- Słucham?! Udajesz idiotę czy naprawdę taki jesteś?! Wczoraj dzwonił do ciebie, bym do niego poszedł. Zrobiłem to, a ten skurwysyn...
- No słucham?! Co ci takiego biedny demonku zrobił?!
Nie chciało mi się już odpowiadać. Nic do niebo nie dotrze. Dobra Rin spokojnie... Wdech wydech, uspokój się. Byłeś w gorszych sytuacjach... Oparłem się o ścianę i rękawem starłem krew. Nagle ktoś bardzo mocno złapał mnie za włosy. 
-Gadaj! No słucham! - wrzasnął. Jego oczy złowrogo rozbłysły czerwienią. Te oczy... Widziałem już je... W śnie czy cokolwiek to było... Takie same... Czy on aby na pewno jest czystej krwi? Pokazałem ostre kły i syknąłem z zamiarem ugryzienia go, by się odwalił. Dostałem kolanem w brzuch po raz kolejny.
-Mam ciebie kurwa wytresować, żebyś przestał syczeć?!-wrzasnął, a ja złapałem się za brzuch. Trzeci cios... Zaraz będzie źle... Uspokój się, spokojnie, to nic takiego...
- Przestań.. - powiedziałem już spokojniej, bo nie chcę rozpętać tu rzezi i bitwy - Przestań wrzeszczeń,bo uszy mi pękną... - ma stanowczo za donośny głos. Moje uszy tego nie udźwigną.
- Nie uciszaj mnie i nie rozkazuj mi, psie! - warknął.
- Puszczaj! - znowu synkąłem i zacząłem się wyrywać, a z uszu poleciała mi strużka krwi, lecz nie zważałem na to.
- Nie! Masz mi powiedzieć! Czego ty kurwa nie rozumiesz!? - wrzasnął, a ja już powoli zacząłem tracić nad soba kontrolę. Jest źle...
- Puszczaj! - syczałem i warczałem, wyrywając się. Po chwili spojrzałem na jego szyję i zacząłem się jej przyglądać. 
- Jak mi nie powiesz, psie, nie puszczę ciebie, jasne?! - wrzasnął, po czym poczułem jak moje plecy dotykają ściany.
- Oj puścisz... Powiedz... Jaką masz grupę krwi... - cały czas patrzyłem się na jego szyję, lecz już się nie wyrywałem. 
- Co...? Co ciebie to obchodzi!? - wrzasnął.
- Nie chcesz to nie mów, sam się przekonam... - zbliżyłem się do jego szyi i przejechałem po niej swymi ostrymi kłami.
- Co ty odpierdalasz?! - warknął.
- Demon wychodzi na żer... Sami go wywołalićie.... To teraz płaćcie... - wgryzłem się ostro w jego szyję... Ta krew... On nie jest tylko żywiołakiem...
<Kacchan?>
Ilość słów: 1535

sobota, 26 maja 2018

Od Katsukiego do Rina

Kiedy ten jebany bałwan zatkał się słuchawkami, miałem chęć zacząć mu wszystko wygarniać. To, że jest takim debilem, niewdzięcznikiem, hujem i wieloma innymi. Nie traktuje mnie poważnie, to i ja nie będę go tak traktował. Spojrzałem na Ijime, który warczał i bulwersował się na moją pościel. Uderzał w nią tylnymi łapkami i zawzięcie gryzł. Czym się wkurzył, nie obchodziło mnie to. Spojrzałem na swoje zakrwawione od ugryzień kota dłonie. Krew to super rzecz. Jest czerwona jak moje oczy i wręcz kusi mnie, aby ją pić litrami. Ale nie. Nie zrobię tego. Nie wiem przecież jak zareaguję na takie coś. Usłyszałem wibracje swojego telefonu, więc wziąłem go do ręki i odebrałem połączenie. Ojciec... Byłem ciekaw, co w sumie ma mi do powiedzenia. Czyżby znowu miał z czymś problem? Z resztą... Jak zawsze...
-Halo?-warknąłem do niego na dzień dobry.
-Katsuki, to ja tata. Słuchaj, masz chwilę, aby porozmawiać?-zapytał mnie.
-Może mam, może nie mam. Czego chcesz.-oparłem się wygodnie, patrząc na kota, który nadal gryzł koniec pościeli.
-Chcę, abyś powiedział temu swojemu współlokatorowi, że jutro po lekcjach ma na mnie czekać pod pokojem nauczycielskim. Muszę z nim bardzo poważnie porozmawiać. Przecież skoro z tobą mieszka, trzeba mu wyznaczyć granice, co może, a czego nie.-rzekł poważnie mój ojciec.
Jak z nim rozmawiałem, zawsze miałem wrażenie, że jego głos jest tak niski i donośny, że wszyscy słyszą co mówi, nawet jak jest to przez telefon. W pewnym sensie bardzo lubiłem jego głos. Przecież to on mi opowiadał historie o naszej rodzinie i tak przyjemnie na mnie wrzeszczał jak robiłem coś źle. Uwielbiałem robić mu na złość, aby tylko znowu usłyszeć ten krzyk. Chciałem być taki sam jak on. Jedyne czego nie chcę robić jak on to to, że nie chcę być nauczycielem. Chcę ratować ludzi swoją mocą. Każdego po kolei. Nie obchodzi mnie to, że inni uważają, że mam zadatki na złoczyńcę. Za huja nie dam zniszczyć swoich marzeń.
-Spierdalaj ojciec.-warknąłem niegrzecznie, choć dla mnie i dla niego było to normalne.
-Moja krew. -rzekł dumnie.-Więc przekaż mu to, Katsuki. Muszę iść. Zajmuję się tymi, co dzisiaj zostali w kozie.
Połączenie się zakończyło, a ja warknąłem i rzuciłem w czarnowłosego poduszką. Nie miałem zamiaru wstawać, aby tylko go trącić dłonią. To bez sensu. Chłopak zdjął słuchawki i pytająco na mnie spojrzał. Wyglądał jak debil, który właśnie został pozbawiony mózgu. Zabawne. W sumie... Wygląda tak codziennie. Może nie ma mózgu...?
-Mój ojciec kazał ci przekazać, że masz jutro zostać po lekcjach i czekać na niego pod pokojem nauczycielskim.-warknąłem niegrzecznie.
-Twój ojciec? A po co mi on?
-A skąd ja wiem po co. Masz przyjść, inaczej będziesz miał problemy. Wylądujesz u dyra i tyle z ciebie będzie.-burknąłem.
- Haha, jak zwykle... Dobra, dobra, pójdę...
-Super.-burknąłem, po czym wbiłem spojrzenie w telefon.
Po włączeniu internetu usłyszałem spam z grupy, na jakiej byłem ja oraz ci najważniejsi delikwenci. Wkurwiali mnie swoją samą obecnością, a widząc spam jakimiś głupimi wiadomościami, miałem chęć rzucić telefonem o ścianę. Warknąłem, wyciszając powiadomienia. Że też na to wcześniej nie wpadłem. Prychnąłem pod nosem, po czym wziąłem słuchawki, które wsadziłem sobie do uszu. Zamknąłem oczy i odprężyłem się nieco. Dobrze by było raz na jakiś czas całkiem się zamknąć i jedyne co zrobić, to odlecieć do własnego świata. Dlatego też to robię. Wieczorami, kiedy jest ciemno, najlepiej jest zapomnieć... Cudowne uczucie...
<Rinuś?>
Ilość słów: 545

sobota, 19 maja 2018

Od Rina do Katsukiego

Cholerna zdzira. Oblała mnie tą wodą, ale po co? Jak ją spotkam... Nie daruję. Zarżnę własnymi rękoma. Tymi, które poparzyła. Nie wiem o co jej chodziło ani czy mnie znała. Była zdesperowana czy wkurzona? Widziała we mnie demona czy zrobiła to tak po prostu? Nie wiem, ale jak ją spotkam to zrobię jej takie przesłuchanie, że odechce jej się żyć... Patrzyłem na te oplecione bandażami ręce... Po co, na co on mnie tam zaprowadził. Bez sensu. Typek, który chciał mnie niedawno zabić nagle mi pomaga. Nie rozumiem go, ale empatią jak narazie do niego pałać nie będę. Wydaje się podejrzany i tajemniczy... Siedział na telefonie z kotem na plecach, co jakiś czas zerkając na mnie. Spojrzałem na niego na chwilę i wyjąłem z kieszeni telefon. Co tam zobaczyłem... To było niemożliwe.

Od Shoto:... Eren mnie pamięta...

Eren... Eren odzyskuje pamięć? Ale jak? Jak to się stało... Przecież nie pamiętał nas od tylu lat! I nagle z dnia na dzień dowiaduję się, że on go pamięta... Może też odzyskuje wspomnienia? Może też będzie pamiętał mnie, Hiyori... Wszystkich tych, których opuścił tamtego dnia. Błagam, niech walczy i mu się uda... Wierzę w ciebie, bracie. W końcu jesteś półbogiem... 
---
Stałem i patrzyłem się ze zdziwienia i takiego... Zadowolenia? Zaskoczenia? Nie wiem jak określić to uczucie.. Może nadziei? Upuściłem swój telefon z wrażenia, a jego hartowana szybka pękła i stworzyła pajęczynę. Cholera jasna...  Od ponad 10 lat nie czułem takiej nadziei i radości w sercu... Muszę... Muszę do niego iść... Musi mi wszystko powiedzieć! Wybiegłem z pokoju nie zważając na telefon. Nie on teraz był ważny... 
---
Spotkałem się z Shoto. Opowiedział mi wszystko. No tak... Wtedy były urodziny Erena... Może to jakiś znak? Spotkali się 30 marca... Z tego, co mi mówił Shoto, to Eren pamięta, że on jest jego bratem i że ma jeszcze dwójkę rodzeństwa, ale nie wie kim oni są... Lecz tylko wie, kim jesteśmy, ale ze wspomnieniami jest gorzej... Kurwa... Czuję się taki bezsilny. Nie mogę ingerować, bo jeszcze mu coś pomieszam i będzie gorzej. Tak samo Shoto i Hiyori.. On musi to odkryć sam...
---
Wróciłem do pokoju akademika gdzieś nad ranem. Przenocowałem u Shoto, bo ta rozmowa trwała dość długo... Moim oczom ukazał się siedzący na łóżku współlokator z kotem na kolanach... Spojrzałem na niego, lecz się nie odezwałem.
- Gdzie byłeś?
Oo, chce wiedzieć gdzie byłem? Ciekawe, ciekawe...
- Nieważne...- wziąłem rozbity telefon z biurka i wsadziłem go do swojej kieszeni. Będę musiał go naprawić, ale to później.
- Na pewno? -zapytał, po czym warknął na kota, który go zaczął lekko gryźć. Nie wiem czemu, ale w jakimś stopniu pasuje do niego ten kot.
- Ta.. Nagle się zacząłeś przejmować? Heh, nieźle...
- Spierdalaj. Nie pasuje ci coś ogoniasty głąbie?
- Tak. Nie pasuje. I co?
-No to wypieprzaj. Tam masz drzwi. -warknął.
-Yyy, nie? -przetarłem twarz swoimi dłońmi i poczułem bandaże... No tak... Zdjąłem koszulkę, ale nie przemyślałem tego, że Katsuki może zobaczyć ten znak na piersi. Zacząłem zdejmować bandaże, pomagając sobie zębami.
Katsuki warknął i zaczął trochę brutalniej bawić się z kotem.
-Głupi bałwan... -burczał pod nosem.
-Ej! Nie pozwalaj sobie.
-A co? Zabronisz mi ogoniasty bałwanie!? -warknął, lecz ja tylko spiorunowałem go wzrokiem. Rozwiązałem ostatnie bandaże, a moim oczom ukazały się ręce w bliznach. No nieźle, kolejne do kolekcji. Ale nie chcę teraz o tym myśleć. Rzuciłem się na łóżko i wziąłem słuchawki. Pora się wyłączyć i odciąć...
<następne opowiadanie>
<Kacchan?>
Ilość słów: 566

wtorek, 15 maja 2018

Od Katsukiego do Rina

Czemu on był taki tępy? I jeszcze się dziwi, dlaczego jest ogoniastym bałwanem. Warknąłem pod nosem, szarpiąc go wręcz za ramię, w stronę znajomego medyka. Zawsze w sumie opatrywał moje rany, kiedy były one aż tak złe, że nie dałbym rady opatrzyć ich sam, a wypad do szpitala byłby ryzykowny. Czasami w czasie walk trafiali się tacy, którzy bardzo walecznie chcieli zyskać nagrody, ale nie ze mną te numery. Jestem Królem Delikwentów, Władcą Podziemi, Zabójcą z Szóstego Dystryktu. Wszystkie świnie i inne insekty, robale, grzyby, pasożyty, pijawki mają przede mną klękać. Mają drżeć przede mną. Mają się kurwa bać. O to właśnie tutaj chodzi. Wciągnąłem ogoniastego bałwana do starej rudery, znanej jako szpital ostatniego ratunku. Cóż, nazwa taka była, ale po to, aby odstraszyć władze i tym podobne straże, które momentami bardzo kusiło zwiedzanie mojego królestwa. Co to, to nie. Nie na mojej warcie. Posadziłem Rina na jedynym z krzeseł, po czym gwizdnąłem, a przy nas prawie od razu pojawił się medyk. Był to facet w podeszłym wieku, w okrągłych okularkach. Miał brodę, a jego biały kaftan lekarski u dołu był poszarpany. Kieszenie miał wypchane różnymi fiolkami, specyfikami, proszkami, maściami i innymi gównami, jakimi w sumie nie interesowałem się.
-Oho, witam Zabójcę z Szóstego Dystryktu. Kogo mi dzisiaj przyprowadziłeś? Jakieś połamane gnaty? Może chcesz oddać organy?-zapytał lekko pierdolnięty lekarz.
Uderzyłem go kolanem w brzuch, po czym wsadziłem dłonie do swoich kieszeni. Doktorek po chwili wyginania się, wrócił do normalności i obejrzał oparzenia i wszelkie nieprawidłowości na jego skórze, jakie powstały pod wpływem ognia oraz wody święconej. Ja za to miałem na to wyjebane. Ten popierdoleniec mimo tego, że jest wariatem, wie co robi. Oglądałem ściany z których raz co raz wyłaziły różne robale i inne obrzydlistwa.
-Panie Yoshimura. Ten ogoniasty pacjent jest już opatrzony. Niech pan go odprowadzi. Zapraszam do kasy.-wskazał na "recepcję".
Spojrzałem na Rina, po czym pstryknąłem go w czoło.
-Nie idź nigdzie, jasne? Masz tutaj zostać, bo się zgubisz.-warknąłem.
Dość szybkim krokiem poszedłem, zapłaciłem i miałem wyjebane na doktorka. Pochwyciłem Rina po drodze i wyszedłem z zatchłej rudery. Przeciągnąłem się i westchnąłem, a po tym strzeliłem palcami. Oj, to był zły pomysł. Czułem jak kości mi lekko gruchoczą. Chyba się jeszcze nie wyleczyły, no ale trudno. Wskazałem na drogę do wyjścia z tego miejsca.
-Wracamy do domu. Te pojebusy w każdej chwili mogą wyczuć twoją obecność, więc spierdalamy.-rzekłem poważnie.
Zacząłem bardzo szybko, ale też nie za szybko iść w stronę bramy. Czułem i słyszałem, że czarnowłosy idzie za mną, więc wiedziałem, że nie zgubił mi się. Dobrze, że stąd jest niedaleko do naszego akademika.
---
Lekko zmęczony dzisiejszym dniem, padłem na łóżko. Miałem wrażenie, że zaraz zasnę ot tak po prostu. Poczułem, jak na moich plecach łazi Ijime i zaczyna ugniatać mnie. O tak. Rób tak zatęchły pchlarzu. Choć raz na coś się przydaj... Zacząłem cicho mruczeć. Niestety ten mały zabieg nie trwał długo. Kot zwinął się w kulkę na moich plecach, a mi nie chciało się nawet ruszyć. Wziąłem telefon i zacząłem go przeglądać z tak zwaną wyjebką na lekcje. Po co mi one. Mam przecież nieprzygotowania, a zawsze mogę postraszyć uczniów, aby się zgłosili. Nie takie rzeczy przecież się robiło. Spojrzałem zza ekranu na ogoniastego bałwana, który usiadł jakiś zagubiony na swoim łóżku. Przyglądał się poważnym opatrunkom, a ja pokręciłem głową. Nie ufał, trudno. Kiedyś i tak będzie musiał mi zaufać.
<Rin?>
Ilość słów: 556

poniedziałek, 30 kwietnia 2018

Od Rina do Katsukiego

Stałem i przyglądałem się temu krwawemu przedstawieniu. Nie żeby coś, ale nie ruszyło mnie to za bardzo. Dużo razy widziałem trupy, krew i tym podobne. Za dużo... Katsuki wcześniej powiedział, że mam się nie wtrącać. Jak powiedział, tak zrobiłem. Poza tym szło mu całkiem nieźle, więc nie było potrzeby mu pomagać. Szczerze mówiąc, to intryguje mnie trochę ten blondyn. Ciężko odczytać z niego jakieś emocje. W sensie, inni mogą zadać pytanie "Jak to? Przecież pała wręcz od niego złość". No nie, nie do końca to prawda... Coś się kryje za tą maską złości, tylko co... Ciężko go przejrzeć i nigdy nie wiadomo, co mu strzeli do łba, ale... Ale uda mi się. Jeszcze okiełznam tok jego myślenia i pomogę mu. Widzę, że coś go zżera lub już zżarło...
-No to jak ogoniasty bałwanie? Idziesz ze mną, czy się cykasz?-patrzył na mnie z szeroko otwartymi oczami. Chyba lekko poszalał. Dość często mu się to zdarza, jak widzę.
-Idę... I czemu ciągle tak mnie nazywasz?- popatrzyłem na blondyna, który szedł ku mnie.
-Takie będziesz miał przezwisko. Pasuje do ciebie ogoniasty bałwanie...
Katsuki ponownie zaczął mnie prowadzić gdzieś, sam nie wiem gdzie. Przecież pierwszy raz tu jestem. 
-Pasuje?- spojrzałem na swój ogon.- Niech ci będzie...
-Ta. Co taki zdziwiony?
-Nie ważne... Gdzie jest to coś, dokąd mnie prowadzisz?
-Jak dojdziemy, to zobaczysz...
-Tajemniczny jak zwykle. Podoba mi się to...
Szliśmy i rozmawialiśmy jeszcze kilkanaście minut. Nagle Katsuki zatrzymał się przed ogromnym budynkiem i wszedł do niego. Mnie do niego nie wpuścili, więc musiałem czekać na zewnątrz. Ciekawe, co się tam działo i po co musiałem tu przychodzić. Nie wiem nawet, czy chcę tu wstąpić. Nie wiem na czym polegają te ich nawalanki i te całe podziemne miasto. Nie wiem po co, jak, gdzie i kiedy. Katsuki, gdy o tym wszystkim mówił, wydawał się jakiś inny. Czuję, że wręcz wymaga ode mnie wstąpienia do tym... Jak im było... delikwentów? Mam tylko jedno pytanko. Po co ja im tam jestem potrzebny. I tak jest tu dużo osób dookoła, a mnie jakoś nie kręcą nawalanki z przypadkowymi typkami i zdobywanie chwały... Czekałem na Katsukiego jakieś dobre pół godziny, jak nie i godzinę. Nagle wyszedł, mając za sobą całkiem niezłą obstawę i rzucił, patrząc się w moją stronę.
-Dołączysz?
-Co będę musiał robić?- stałem oparty o ścianę budynku z załozonymi na piersi rękoma.
-Nic. Nie ma obowiązków.- Katsuki rzucił, zbliżając się do mnie i odganiając wcześniej wspomnianą obstawę. Nic nie trzeba? Ciekawe...
-No niech ci będzie... Tak.
-Super. Wracamy?
-Ta, z chęcią...
Zaczęliśmy iść w stonę wyjścia z tego dziwnego miasta...
---
Wyszliśmy z tego podziemnego miejsca i zaczęliśmy iść w stronę centrum metropolii. Nie chciało nam się wracać do akademików, bo noc była przepiękna. Po co ją marnować, skoro jest tak pięknie. Szliśmy jakąś ścieżką, która znajdowała się obok rzeki. Przed nami szła nerwowo jakaś dziewczyna. Nagle zaczęła biec w moją stronę. O co jej chodzi? Zaczęła wyciągać z kieszeni coś w rodzaju butelki z wodą. Otworzyła ją szybko i oblała jej zawartością mnie. Już wiem, co to było... Woda święcona... Zasłoniłem oczy, a po chwili poczułem ogromny ból. Dziewczyna uciekła szybko, a ja wrzasnąłem z bólu i się cofnąłem, nadal mając zakryte oczy. Powoli zaczął obejmować mnie płomień. Cholera jasna, po co to zrobiła! Jak to cholernie boli! Nic nikomu jeszcze nie zrobiłem! 
-Wracaj tu mała kurwo!- Katsuki wrzasnął, ale dziewczyna była już bardzo daleko. Miejsce, gdzie dziewczyna wylała na mnie wodę święconą było oparzone. Tak, jakby zwykła osoba oparzyła się ogniem. Niestety mój ogień nie mógł tego wyleczyć. Odsłoniłem
oczy, nadal czując ogromny ból przeszywający już mnie całego. 
Zobaczyłem wokół mnie niebieski płomień. Cholera...
-Wszystko okej?- Katsuki zaczął się do mnie zbliżać. Nie, nie, nie, nie!
-Nie! Nie zbliżaj się... Z-zaraz mi przejdzie...- odsunąłem się od chłopaka, próbując powstrzymać płomienie.
-Zamknij sie. -złapał moje ramię, ale szybko zabrał rękę, bo go oparzyłem, a raczej mój płomień.
-Powiedziałem, byś się nie zbliżał!- rzuciłem zdenerwowany sytuacją.
Popatrzył na swoja reke.
-Uspokój się. Proszę...
Dobra, Rin. Wdech i wydech. Spokojnie... Ból zaraz przejdzie...Mój płomień zaczął powoli zanikać, a Katsuki dojrzał oparzenia na moich rękach.
-Masz oparzone ręce...
Cały ogień już zniknął, a ja popatrzyłem na swoje ręce, a potem na blondyna.
-No wow. Spostrzegawczy jesteś... 
-Chodź. -złapał moje ramie i gdzieś mnie pociągnął, tylko gdzie...
<Katsuki?>
Ilość słów: 708

wtorek, 3 kwietnia 2018

Od Katsukiego do Rina (+16)

Usłyszałem kroki za sobą i teraz wiedziałem, ze ten debil idzie ze mną. No i dobrze. Ten ogoniasty bałwan przydałby się w delikwentach, w końcu... Same tępe banie są u nas. Wsadziłem dłonie do kieszeni, niosąc postrach na korytarzach akademików. Patrzyłem na wszystkich spod byka, a czarnowłosy szedł obok mnie z wyrazem twarzy typu "mam wyjebane". No i super. Nagle ktoś mi się napatoczył pod nogi. Jakiś mały szczeniak z chyba I klasy. Złapałem go za koszulkę na karku i podniosłem na wysokość swojej twarzy. Dzieciak zaczął piszczeć, kuląc się.
-Spierdalaj kundlu.-warknąłem, rzucając go niezbyt mocno na ścianę, a ten tam upadł i kulił się jeszcze mocniej.
Miał oklapnięte uszy i ogon, a na dodatek wydawało mi się, że skomlał. Był blady jak ściana. Żałosne. Żałosne. Żałosne. Nic z niego nie będzie, prócz jakiegoś pasztetu. Chociaż gdyby nawet go zmielili i dodali coś dobrego, kijem bym go nie tknął. Warknąłem, wkładając znowu ręce do kieszeni i podniosłem teraz głowę. Czułem jak moje spojrzenie budzi wokół strach. Miałem chęć śmiać się z tego, co się działo. To żałosne. Wyszedłem z Rinem z akademików, kierując się do pobliskiej dzielnicy. Była znana z kradzieży i innych takich. Zabójstwa tam może nie zdarzały się często, ale ludzie byli bici do nieprzytomności, mieli poważne złamania lub byli przewożeni do szpitala i trafiali na stół operacyjny. Bywa i tak, jak jakieś szczeniaki sobie dla jaj biegają po niebezpiecznej dzielnicy. Gówniażeria zawsze stara się być fajna i chce się popisać znajomym. Jakby to oni powiedzieli... Żal pl. Żałosne. Idąc ciemną ulicą, czułem na sobie spojrzenie wielu ludzi i szepty typu "To on. To ten zabójca z szóstego dystryktu." Zabawne. Prychnąłem, po czym spojrzałem na Rina.
-Trzymaj się blisko. Ten dystrykt akurat czuje postrach, ale zaraz wchodzimy do innego. Tam nie będzie już tak fajnie...-mruknąłem, po czym lekko machnąłem głową.-Stawaj obok i pilnuj kieszeni.
-Ta, zrozumiałem.
-Dobrze, że choć tyle rozumiesz ogoniasty bałwanie...-rozejrzałem się, kiedy przeszliśmy przez bramę do dystryktu śmierci.
Był on znany pod numerem sześć. To tam zazwyczaj było najniebezpieczniej. Tam odbywały się zabójstwa, pobicia do śmierci i tym podobne rzeczy. My, jako delikwenci z najbardziej znanej szkoły, mieliśmy tam kryjówkę w podziemiach i tylko ci, którzy zasłużą na to mogą dowiedzieć się, gdzie ona jest. Prychnąłem, po czym zatrzymałem dłonią Rina.
-Stój. Ktoś tutaj jest...-powiedziałem, kiedy na swoim terytorium wyczułem inny zapach.
-Słyszę trzech...- szepnął.
-Słuchaj, nie odzywaj się i w razie czego, nie pakuj się do walki-szepnąłem.-Nikt ma nie wiedzieć, jaką masz moc, jasne?-warknąłem do niego.
Dlaczego mu to powiedziałem? Sprawa jest łatwa. Każda osoba, jaka łazi po tych ulicach, zbiera informacje na temat nowych osób, po czym sprzedaje je na czarno. Mistrze zbrodni dzięki temu z łatwością odnajdują takich i zabijają ich, nim się obejrzą. Takie jest życie w tych dystryktach i nie da się tego zmienić. No cóż, zdarza się. Sam nie walczę swoją mocą. Używam do tego własnych mięśni i pięści. Nie dam, aby jakieś pomioty ulicy łamały karki moim "kolegom". Rin pokiwał do mnie głową, po czym spojrzałem na gang złożony z trzech łysoli. Jeden z nich, stojący na przedzie, był znany w szóstym dystrykcie jako "Anglik". Podobno ciągle nawija po angielsku, a na dodatek pije ze swoich ofiar krew, niczym herbatkę w po południe. Dwaj jego goryle to "Ząbek" i "Lucian". Ci to zamiast mózgu mają mięśnie, więc ich bym łatwo rozwalił na łopatki. Kłaniajcie się wyrzygane przez kota kłaki. Król Delikwentów skopie wam dupę.
-Hello, my dear... Katsuki how are you? What are you doing here?-zapytał przewodnik, zbliżając się do mnie.
-Spierdalaj jebany pedale angolu. Nie zbliżaj się, bo ci wpierdolę i się nie pozbierasz...-warknąłem.
-Of course, sweetheart. Toothie, Lucian take him!-wrzasnął.
Dwaj goryle ruszyli w moim kierunku. Spasione świniaki, którym jedyne co, to wsadzić jabłko w mordę i wsadzić na głęboki ogień. Odepchnąłem do tyłu czarnowłosego bałwana, przez co ten upadł, ale miałem co innego do zrobienia. Zajebać tych posłanników pedała angola. Przybrałem pozycję obronną, po czym czekałem na pierwszy ruch spasiaków. Zaśmiałem się. Obaj zadali atak w tym samym czasie, a ja odskoczyłem, nie mogąc powstrzymać śmiechu. Zanim się ogarnęli, ja podbiegłem i uderzyłem jednego z nich z pięści w twarz, a ten lekko się osunął na ziemię. Potem zadałem drugi, podobny atak i ten drugi opadł również. Kopnąłem jednego z nich tak, aby padł nieprzytomny, a zasiadłem na brzuchu Luciana, uderzając go morderczą salwą ciosów.
-Zgiń kurwiu! Giń! Giń! Giń!-wrzeszczałem, kiedy na moją twarz chlapała krew goryla.
Nie minęło dużo czasu, a ten stracił oddech, pobladł, a jego usta przybrały siny kolor. Błękitne oczy wywinęły się, a ja widziałem wyłącznie białka. Spojrzałem na Ząbka, który nadal był nieprzytomny i po wstaniu z trupa, zacząłem kopać drugiego. Bardzo szybko się obudził, zaczął kaszleć krwią. Podskoczyłem, po czym kolanami opadłem na jego głowę, miażdżąc ją. Jedyne co widziałem, to dosłownie wypływający mu uszami mózg oraz wyskakujące jak kukułki z zegara oczy.
-Jak pięknie! Jak cudownie!-zaśmiałem się, rozkładając dłonie na boki.-Chodź tu jebany Angolu. Policzę się jeszcze z tobą. Bo chyba lubisz, jak ktoś ci dotyka dolnych partii... Ja je dotknę nogami, gniotąc ci wszystko. Wykastruję ciebie jebańcu!-wrzasnąłem.
-Oh my god. Go away, you psycho! You are mad! Go away!-pisnął, po czym zwinął się, uciekając gdzie pieprz rośnie.
Zaśmiałem się, po czym podniosłem głowę do góry. Mój śmiech był niczym z horroru, jednak nie obchodziło mnie to. Przecież wszyscy mają znać Króla Delikwentów. Wszyscy mają się przede mną kłaniać i mówić o zabójcy z szóstego dystryktu. Spojrzałem na Rina, ocierając krew z policzka.
-No to jak ogoniasty bałwanie? Idziesz ze mną, czy się cykasz?-patrzyłem na niego szeroko otwartymi oczami.
<następne opowiadanie>
<Rin?>
Ilość słów: 921

poniedziałek, 2 kwietnia 2018

Od Rina do Katsukiego

-Dobra, nie będę przecież mówił ciągle na ciebie Ogoniasty Bałwan. Jestem Katsuki Yoshimura.-blondyn podał mi rękę. Dość specyficzny typ, nie powiem, że nie. Zaintrygował mnie, mówiąc szczerze. Coś tam ukrywa. Podałem mu rękę i się zapoznaliśmy. Tym razem oficjalnie i grzeczniej.
-Rin Kurushimi. Miło poznać...?
-Chyba miło. A kto tam wie.-mruknął, po czym uścisnął mi dłoń. Zaprowadził mnie do pokoju i pokazał wszystko, co i jak i gdzie. Na łóżku stała moja walizka i pudła. Matko, jak ja nienawidzę się rozpakowywać i pakować. Koszmar. Podszedłem do bagaży i zacząłem je rozpakowywać. Nagle przy moich nogach znalazł się mały, puszysty i jasny kotek, który zaczął mnie obwąchiwać i warczeć na mnie.
-Hej mały.- popatrzyłem w stronę kociaka. Fajny był, choć trochę nerwowy. Zupełnie jak właściciel. Dobrali się, nie powiem, że nie.
-Ijime. Uważaj, nie lubi obcych.... -rzekł blondyn, a ja ukucnąłem przed kotem, który lekko ugryzł mnie w palec. Zaśmiałem się i pogłaskałem go.
-Zabawny jesteś, Ijime. Ciekawe gdzie się podziewa Kuro...- szepnąłem. Katsuki patrzył na mnie z uniesioną brwią, a gdy kot zaczął mnie drapać, blondyn prychnął ze śmiechem. Ja również się uśmiechałem, bo ten kotek, mimo, że narwany, to jest uroczy. 
-Uroczego masz kotka.-zaśmiałem się lekko i wstałem, ponownie zabierając się za bagaże.
-Poradzisz sobie z tym ogoniasty bałwanie? -wskazał na bagaże.
-Noo, chyba muszę, nie?- w tym momencie spojrzałem na balkon. Piękny widok. Chciałoby się coś porobić ciekawszego, ale no... Tak średnio bym powiedział, tak średnio. Najpierw muszę rozpakować to wszystko. Zastanawia mnie, kiedy Kuro dotrze tutaj. Powinien w sumie już tu być. Martwię się trochę, ale ufam, że sobie poradzi. Był kilkakrotnie w większych tarapatach niż wędrówka do nowego miejsca.
-Dobra, dawaj, pomogę ci.-powiedział, po czym podszedł do mnie.
-Nie musisz się zmuszać. Poradzę sobie.
-Zamknij się. Znaj moją łaskę ogoniasty bałwanie.
-Tak, tak... Dzięki- uśmiechnąłem się i zacząłem rozpakowywać kolejne pudło.
-Czego michę cieszysz?
-Bo normalnie ze mną rozmawiasz i się nie drzesz jak opętany, a na dodatek postanowiłeś mi pomóc.
Katsuki nagle uderzył mnie w tył głowy.
-Zamknij się. Werbuje członków, więc będę miły... Powiedzmy, że miły...
-Jasne, jasne...- zaśmiałem się, wyjmując pusty pokrowiec od katany, która była ukrywa we mnie.- Eech, gdzie ja mam to teraz wsadzić...-podrapałem się po głowie, rozglądając po pokoju.
-Co?
-Pokrowca od katany. Cholera, zapomniałem ją w go schować. Dobra tam.-rzuciłem pokrowiec do szafy i podszedłem, rozpakowując ostatnie już pudło.
Blondyn usiadł na moim łóżku.
-Pójdziemy potem do pokoju, gdzie są delikwenci. Podziemia zapraszają... -rozłożył się na materacu, a ja skończyłem się rozpakowywać.
-Hej,hej, jeszcze nie zadecydowałem o niczym.
-Dobra, ale jednak zapoznasz się z innymi. I jak mówiłem. Są tępi i to bardzo. Więc lepiej ich nie wkurzaj.-ziewnął, a ja usłyszałem wołanie mojego kochanego kotka z balkonu.
-Kuro!- podszedłem do balkonu i otworzyłem mu drzwi, a kotek przywitał się ze mną. 
-Kolejny sierściuch? Jeez...
-Oj, dasz radę.- Kuro poszedł zapoznawać się z Ijime, a ja usiadłem na łóżku, sprawdzając godzinę. Ijime syknął, a Katsuki mocniej rozwalił się na moim łóżku.
-Tobie nie za wygodnie?
-Cicho bądź.- Katsuki rzucił. Nagle Kuro na niego wskoczył i go zaczął oblizywać, a ja śmiałem się mocno, a mój ogonek chodził na prawo i lewo.
-Fuj! Spalę tego szczyla!
-Haha! Prędzej się udusisz.- Kuro się powiększył i przygniótł Katsukiego.- I jak? Przyjemnie?- cały czas się śmiałem.
-Zabieraj tego śmierdziela ze mnie! -wrzasnął, a kiedy chciał go uderzyć, powstrzymał się
-Już, już narwańcu- Kuro się zmniejszył i pobiegł gdzieś sobie. Przypomniałem sobie własnie, że przecież mam nadal rozciętą wargę. Przetarłem dłonią usta, na których zbierała się krew.-Eech... 
-Krew jest zajebista... -spojrzał na swoją zakrwawioną i poranioną do mięsa dłoń, na której widniało spalenie. Matko, nie ogarniam tego typa. Co z nim jest nie tak? Raz gada normalnie, a raz gada jak psychol. Jednak intryguje mnie. Może coś przeszedł w życiu albo po prostu taki jest?
-Ta, szczególnie do picia.
-Nie piłem...-polizał swoje palce.
-Słaby jesteś- uśmiechnąłem się- Nie wyglądasz na demona.
-Bo nim nie jestem, ogoniasty bałwanie.
-Po części ci zazdroszczę.- lek podpaliłem wargę, a rana mi się wyleczyła.
-A nie trzeba....-burknął
-Daj rękę- chciałem mu ją wyleczyć. Co, jak co, ale nie będzie paradował z rozwaloną do mięsa ręką.
-Nie. Fajna ta rana...-burknął.
-Zamknij się.-chwyciłem jego rękę i podpaliłem, lecząc ją. Po chwili ręka chłopaka była zdrowa.
-Spadaj!-wrzasnął, wyrywając ode mnie dłoń.
-Za późno!- zaśmiałem się i wstałem z łóżka, przeciągając się.
-Jebany bałwan...
-Tiaa... Wolisz mnie przeklinać czy iść do tego twojego królestwa liliputów?
-Sam kurwa liliput jesteś. Chodź.-warknął, po czym wstał i ruszył ku wyjściu z pokoju...
<Katsuki?>
Ilość słów: 742