Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Równowarta wymiana". Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Równowarta wymiana". Pokaż wszystkie posty

piątek, 6 kwietnia 2018

Od Melusine do Corazona

Byłam skrępowana tym, że Corazon postanowił mnie znieść do swojej babci. Nóg mi nie urwało. Jakimś cudem zdołałam się wygramolić z jego rąk i samodzielnie dostać się do starszej pani. Kiedy byliśmy już obok niej, ukłoniłam się lekko, po czym delikatnie uśmiechnęłam. Była w podeszłym wieku, przecież bez powodu nie nazywa się babcią, a jej włosy były spięte w dokładny koczek.
-Miło mi panią poznać. Jestem Melusine d'Arquien, dziewczyna Cory.-podałam jej dłoń, stawiając jeden kroczek bliżej.
-Miło mi również ciebie poznać dziecinko.-rzekła, uściskając moją dłoń.
Kolacja minęła nam na rozmowie i poznawaniu siebie nawzajem. Kiedy nadszedł czas, abyśmy poszli do swojego pokoju, postanowiłam pomóc jeszcze starszej pani. Nie chciała przyjąć mojej dobrej woli, ale z uśmiechem zebrałam naczynia, po czym zaczęłam dokładnie i starannie myć porcelanę w ciepłej, wręcz gorącej wodzie. Trochę może i czasu zeszło, ale dzięki temu może pokazałam jej, że nie jestem pustą dziewczynką, która w towarzystwie i w gościach zachować się nie potrafi. Na odchodne pożegnałam się i delikatnie ukłoniłam, po czym pokierowałam się do łazienki na górze. Kiedy chciałam otworzyć drzwi, ktoś mnie zaskoczył.
Pewien blondyn, który swoją mechaniczną dłoń położył na mojej głowie, po czym lekko ją przekrzywił i mnie pocałował. Zaczerwieniłam się lekko, a następnie odsunęłam się skrępowana.
-Cora... Twoja babcia jest na dole... Nie chcę wyjść na pustą...-szepnęłam, po czym weszłam do łazienki.
Po kilku minutach opuściłam ją, a chłopak nadal stał przy drzwiach. Przekrzywiłam lekko głowę z uśmiechem, po czym złapałam jego dłoń. Był uroczy, kiedy tak się lekko obrażał. Wiem, że bardzo lubi, kiedy się całujemy, ale jednak... Jesteśmy, a przynajmniej ja jestem w gościach. Nie chcę, aby jego babcia źle myślała o mnie...
-Cora...-szepnęłam, po czym popatrzyłam mu w oczy.
-Tak, Śpioszku? - spuścił lekko głowę zerkając na mnie lekko.
-Obraziłeś się na mnie?-pogłaskałam jego policzek.
- Nie, nie umiem się na ciebie gniewać. - uśmiechnął się do mnie szeroko.
-No to? Dlaczego wyglądasz tak, jakbyś był na mnie zły?
- Nie na ciebie, na siebie... Nie chce ci sprawiać problemów.
Zachichotałam, po czym rozejrzałam się po korytarzu. Stanęłam na paluszkach i ucałowałam lekko jego usta, nie odsuwając się, przez co czułam ciepło jego ciała...
-Głupi Cora... Nie sprawiasz... Nigdy nie sprawiałeś...
Po tym, chłopak mnie objął i z uśmiechem przystawił swoje czoło do mojego. Zachichotałam i dałam mu szybkiego buziaka w usta. Dla blondyna jednak było za mało. Wpił się wręcz w moje usta, lekko popychając mnie do jego, a raczej naszego, pokoju. Czułam jak się czerwienię. Zamknął drzwi, nie zaprzestając pocałunkowi. Zrzucił z siebie płaszcz, po czym ponownie objął mnie mocno w pasie. Nie mogłam wziąć wdechu, ale nie przeszkadzało mi to. Po chwili, cofając się, natrafiłam na przeszkodę, zwaną łóżkiem, przez co opadłam na nie razem z Corazonem. Moje policzki okrył najczerwieńszy rumieniec, ale nie myślałam, aby oderwać od niego usta. Lekko objęłam go nogami oraz dłońmi. Czułam jak bardzo szybko bije moje serce. Cora... Cora... Ten chłopak zamącił mi w głowie. Za bardzo. Jednak nie widziałam w tym nic złego, wręcz przeciwnie. Dzięki niemu zaczęłam czuć, jak to jest żyć pełnią życia! Widziałam w nim sens... Na moment oderwałam od niego usta, patrząc mu prosto w oczy. Uśmiechnęłam się delikatnie.
-Kocham cię, Corazon... Dziękuję...-szepnęłam.
W momencie, kiedy chłopak dotknął mojego biodra, którego nie okrywała koszulka, weszła do środka jego babcia. Zaczerwieniłam się bardzo mocno, po czym zdębiałam, nie odrywając spojrzenia od starszej pani. Jaki wstyd...
<następne opowiadanie>

<Cora?>
Ilość słów: 560

sobota, 24 marca 2018

Od Corazona do Melusine

Kiedy w końcu nasze usta się rozłączyły z pocałunku mogliśmy zaczerpnąć tchu. W sumie jak kiedyś miałbym się udusić, to chyba tylko w ten sposób i tylko z jej ust.
– G-Głupek... – szepnęła.
– Też cię kocham. – uśmiechnąłem się i pocałowałem ją.
Jezu, jaka ona jest cudowna... Mógłbym tak z nią zostać na zawsze. Móc tak czuć jej delikatne usta wiecznie... Niestety pocałunek przerwało nam głośne burczenie brzucha Mel i nerwowe chrząknięcie za naszymi plecami. Przerwaliśmy zmieszani widząc minę lekarki.
– A ty co tu robisz?! Już wracaj do łóżka! – mówiła poirytowana.
– Pani się nie martwi, nie tak łatwo się mnie pozbyć. Poza tym już prawie cztery dni tu spędziłem więc, już wszystko w porządku. – uśmiechnąłem się w kierunku Śpioszka – Mel, głodna jesteś?
– Troszeczkę... – zawtórował jej żołądek.
– W takim razie skocze do stołówki po jakieś jedzenie, a tobą w tym czasie zajmie się pani doktor, dobrze?
– N-Nie idź... – usiadła i wtuliła się w mnie. Westchnąłem. I co zrobić, nie mogłem jej tak zostawić.
– Proszę pani, czy Mel może wstawać już z łóżka? – spytałem z nadzieją w głosie.
– Nie za bardzo, nie powinna się przemęczać. – podeszła do niej i zaczęła sprawdzać kroplówkę i kilka innych rzeczy o których pojęcia nie miałem.
– A gdybym ją zaniósł tam? – spytałem zerkając na Mel.
– Wykluczone. Poza tym nie dałbyś rady bez nogi... – tu urwała swoją wypowiedź. Chyba sobie przypomniała w jakim stanie doniosłem tutaj blondynkę. – A zresztą rób co chcesz i tak pewnie się nie posłuchasz... Masz ją tu tylko szybko z powrotem odstawić... I to całą!
– Aye! Słyszałaś Śpioszku? Wskakuj mi na plecy i ruszamy po jedzonko! – chwyciłem kule i przysunąłem się bliżej żeby było jej wygodniej wejść.
– A-Ale dasz radę? – wtuliła się w moje plecy
– Nie martw się, tym razem mam kule do podpierania się. – wstałem z nią i powoli zacząłem kuśtykać w stronę wyjścia z sali.
– U-uważaj... – powiedziała mocniej się wtulając.
– Wiesz, jak nas stąd wypiszą, to czy mogłabyś mi nową nogę zrobić? – mówiłem ciężko dysząc. Jednak może nie doszedłem całkiem do zdrowia – Bo ta mi się troszkę tak jakby... Nie ma jej...
– Oczywiście, że tak... Tylko daj mi na to dwa dni...
– Jasne, ale najpierw jedzenie i masz wyzdrowieć przedtem, okej? – obejrzałem się przez ramię i zobaczyłem jak dziewczyna mimo podskakiwanie zaczyna podsypiać. – Hej, hej, hej... Śpioszku, już jesteśmy...
– J-już? – ziewnęła. Podszedłem do najbliższego wolnego stolika i pomogłem jej usiąść na krześle.
– No to na co masz ochotę Śpioszku? – spytałem uśmiechając się do niej.
– N-Nie wiem... Możemy poćwiczyć alchemię? – zaświeciły się jej oczka. Były piękne, ale nie mogłem ulec.
– Wiem, że dopiero co się wybudziłaś i rozpiera cię energia, ale wiesz że nie powinnaś się przemęczać. – spojrzałem jej głęboko w te cudne błyszczące oczka. – Zwłaszcza, jeśli jesteś głodna.
– N-No wiem, ale chcę, żebyś był dumny i chcę dalej ćwiczyć. – spojrzała mi w oczy z determinacją i delikatnym uśmiechem na twarzy.
– Przecież wiesz, że zawsze jestem z ciebie dumny Śpioszku, jesteś najcudowniejszą dziewczyną jaka kiedykolwiek istniała, istnieje i będzie istnieć na tym świecie. – pocałowałem ją w czoło. – Poza tym, najpierw coś zjedz, dobrze?
– Mogę coś nam upichcić, tylko... Nie wiem gdzie... – szepnęła, czerwieniąc się mocno. Uśmiechnąłem się lekko na ten widok.
– Nie musisz, zaraz nam przyniosę coś. – ponownie dałem jej całusa w czoło i wziąłem swoje kule. Raczej nie dam rady donieść jedzenia podpierając się o kulach... Klasnąłem w dłonie i zmieniłem jedną z nich prymitywną protezę i zamocowałem ją na kikucie. Teraz chociaż jakoś mogłem chodzić i mieć wolne ręce. Podszedłem do bufetu, wziąłem tacki i talerze, po czym zacząłem nakładać wszystkiego po trochu. Trochę mi zajęło zanim udało mi się wrócić do stolika dostarczając wszystko w jednym kawałku. Miło było patrzeć jak Mel zajada. W końcu przespała prawie cztery dni, więc apetyt jej dopisuje.
***
– Mógłbyś się nie ruszać?! – mówiła lekko poirytowana – Jak będziesz się wiercił to mogę źle podłączyć nerwy albo śrubki nie dokręcić.
– Wybacz... Ale nigdy podłączania nerwów nie lubiłem – skrzywiłem się gdy nacisnęła śrubokrętem jakąś rzecz w mojej nodze.
– No, to nogę mamy wreszcie za sobą... Chyba... – przetarła czoło i poprawiła spodnie, które zsunęły jej się lekko z bioder – Pokaż no teraz rękę...
– Jesteś pewna, że chcesz ze mną jechać? – spytałem rumieniąc się na widok jej odsłoniętego ciała.
– Jasne. Chyba powinnam poznać twoich bliskich, prawda Cora? – mówiła skupiona na swoim zajęciu.
– Żeby nie było, że nie uprzedzałem... Moja babcia jest dość... Nietypowa... – znowu się skrzywiłem kiedy zaczęła coś kręcić wewnątrz protezy.
– Każdy ma kogoś dziwnego w rodzinie, ja też. – zdjęła płytkę z protezy, coś w niej robiąc. – Poza tym, chcę ją poznać. Będę dla ciebie jak najlepsza i udowodnię, że zasługuję na to.-z rumieńcem zaczęła kręcić we wnętrzu automaila.
– Nie musisz nic udowadniać, ty jesteś najlepsza. – podniosłem się i pocałowałem ją. Jak mogła powiedzieć, że musi udowodnić, że zasługuje na mnie... – Wiesz dobrze, że to ja powinienem to powiedzieć?
– Głupi, może i powinieneś, ale dlaczego mamy ulegać zasadom. Zależy mi na tobie i będę walczyła o twoją miłość. – zaśmiała się, czerwieniąc lekko, po czym
pocałowała mnie delikatnie w policzek i usadziła z powrotem na stołku. – Nie ruszaj się. Muszę coś jeszcze tutaj zrobić.
– Kocham cie Śpioszku i nic tego nie zmieni. – uśmiech nie schodził z mojej twarzy, nawet kiedy naruszała połączenia nerwowe.
– Wiem, ale i tak będę się starała. – zaśmiała się, po czym ukucnęła, aby przyjrzeć się nodze. – Swoją drogą dlaczego akurat Śpioszek?
– Bo jesteś przeurocza kiedy śpisz. – spojrzałem jej w oczy i zaśmiałem się lekko – Jeśli chcesz, to mogę pomyśleć nad jakimś innym przezwiskiem...
– W sumie Śpioszek jest ładne, ale czy ja wiem... – uśmiechnęła się, nadal majstrując przy nodze.
– W takim razie pomyślimy nad czymś innym już w pociągu, dobrze? – uśmiechnąłem się do niej.
– Mhm... – złapała delikatnie moją dłoń, kładąc ją na swoim policzku i ziewnęła uroczo. Przypomniało mi to małe kotki co dopiero się wybudziły ze snu.
– A nie mówiłem, że jesteś urocza kiedy ziewasz i śpisz? – uśmiechnąłem się i pocałowałem ją w czoło. Odwróciła zawstydzona wzrok.
– N-Nie mów tak... To krępujące... – zaczerwieniła się mocno.
– Wybacz... Ale pomyślałem, że w takiej sytuacji to raczej nic bardziej krępującego być nie może... – spojrzałem po sobie, po czym przeniosłem swój wzrok na nią i uśmiechnąłem się. Prychnęła, po czym dostałem kluczem francuskim po głowie.
– Chichaj....
– Ała... Za co! – chwyciłem się za głową kuląc się z bólu. Boże, co ja takiego powiedziałem żeby tak oberwać?!
– G-Głupek... – skrępowana odwróciła wzrok. Masowałem obolałe miejsce i po chwili ból zaczął ustawać.
– Też cie kocham, ale to chyba jakiś wyższy poziom miłości? – uśmiechnąłem się krzywo gdy ból wrócił przy zbyt szybkim ruchu głową. Wtuliła się we mnie mocno, zaciskając łapki na moim torsie.
– P-Przepraszam... – trzymała się kurczowo.
– Już, już... Nic się przecież nie stało... – objąłem ją i przytuliłem mocno do siebie. Nie umiem się na nią gniewać. Nawet w chwilach gniewu jest urocza.
– P-Przepraszam... – spojrzała mi w oczy, nieśmiało łapiąc moją rękę. Spojrzałem jej w oczy. Te błękitne duże oczy... I pocałowałem ją.
– Słodka jesteś... Nie umiałbym się na ciebie gniewać. – przyciągnąłem ją do siebie bliżej
– S-Słodka? – zaczerwieniła się bardzo mocno.
– Ano... – mnie też zaczął rumieniec oblewać. Zerknąłem na zegar. Wskazywał on godzinę piętnastą – Wiesz, jak mamy tam dziś dojechać, to musimy się już powoli zbierać.
– N-Nie chcę, żebyś mnie puszczał... – mruknęła, tuląc się do mojego torsu.
– I nie puszcze... – wziąłem ją na ręce i ruszyłem w kierunku swojego pokoju, żeby się spakować. Tak trochę zbyt późno się zorientowałem, że z rozpędu wyszedłem w samych bokserkach z Melcią na plecach na zatłoczony o tej porze korytarz... Melusine pisnęła, zakrywając swoją twarzyczkę.
– C-Cora! Jesteś w samych bokserkach, głupku! – pisnęła, kuląc się.
– Tak, jakby trochę już na to za późno... – poprawiłem Mel i ponownie ruszyłem do przodu. – Jedyne co w tej sytuacji możemy zrobić to wyprostować się i iść dumnie przed siebie...
Dziewczyna zaczerwieniła się bardzo mocno, kryjąc swoją twarzyczkę. Nie dziwiłem się jej. Starałem się ignorować uczniów wskazujących nas palcami i rzucających jakieś żarty... Na szczęście schodzili nam z drogi i względnie szybko dostałem się do mojego pokoju. Droga powrotna po rzeczy Mel, była odrobinę przyjemniejsza... Nie wiało aż tak... Niecałe półgodziny później czekaliśmy już na pociąg.
***
Wieczorem dojechaliśmy na dworzec główny w pobliskim miasteczku.
– Meel, wstajemy. – potrząsnąłem nią delikatnie. – Musimy jeszcze autobus złapać.
– Nieee... – mruknęła. Naprawdę była przeurocza kiedy spała.
– W takim razie będę musiał cię nieść. – podniosłem się i zgarnąłem nasze torby na plecy, po czym schyliłem się i podniosłem Melcię z siedzenia. Dziewczyna cicho pisnęła i wtuliła się w mnie. Nim się obejrzałem, ona już spała. Jakoś udało się przez tłumek ludzi wygrzebać z wagonu. Po kilkunastu minutach już dojeżdżaliśmy busem do mojej rodzinnej wsi. Na zewnątrz było, ale w jednym domku w pobliżu przystanku ciągle świeciły się światła. Ruszyłem ze Śpioszkiem w kierunku drzwi. Kiedy wchodziłem na ganek babcia Yuno wyszła nam na powitanie. I po jej minie ogarnąłem, że zapomniałem wspomnieć, że z Mel przyjeżdżam.
– Hej babciu. – uśmiechnąłem się szeroko – Tak wiem, wiem, powinienem powiedzieć, że ze Śpioszkiem przyjeżdżam.
– Heh, wnusiu... – pokręciła tylko głową z cichym westchnięciem. – Obudź ją i chodzie na kolacje, pewnie głodni jesteście.
– Jasne babciu. – powiedziałem i ruszyłem do mojego dawnego pokoju. Zostawiłem tam nasze rzeczy i jakimś cudem udało mi się sprawić, że Mel otworzyła swoje oczka.
– Cora...? – wyszeptała zaspanym głosem przecierając oczy.
– Chodź, babcia Yu zrobiła kolację. – uśmiechnąłem się i pomogłem jej wstać.
– B-babcia...? – zapytała zaspana.
– Ano, dojechaliśmy przecież... Śpioszku...
– Boże! – pisnęła, po czym zaczęła poprawiać swoje włosy i ubranie. Na ten widok się zaśmiałem. Była taka urocza...
– Spokojnie, nie musisz nic poprawiać. – uśmiechnąłem sie i objąłem ją – I tak jesteś piękna.
– Ale to twoja babcia... – odwróciła głowę tak, że spojrzała mi w oczy.
– Nie martw się, a teraz chodź. Lekarz kazał ci się zdrowo odżywiać i odpoczywać. – podniosłem ją i ruszyłem w kierunku schodów.
– Cora! Dam radę sama! – pisnęła.
– Wiem, ale obiecałem, że cię już nie puszczę, prawda? – zaśmiałem się i szedłem dalej.
– Ale Cora... Twoja babcia... Uzna mnie za dziwną...
– Nie martw się, wychowywała mnie przez tyle lat więc nic jej już nie zdziwi – uśmiechnąłem się pocieszająco. Choć to było bardziej pocieszenie dla mnie –Chyba...
– Cora! Głupi! – pisnęła.
– Co wam się tak długo schodzi! – dobiegł nas głos z kuchni – Chyba mi tam nie świntuszycie na schodach?!
– Już, już babciu idziemy! – odkrzyknąłem. Zapowiada się dłuugi i dość interesujący weekend...
<Melciu?>
Ilość słów: 1847

piątek, 16 marca 2018

Od Melusine do Corazona

Nagle straciłam przytomność. Nie wiedziałam co się dzieje, gdzie jestem i dlaczego nie mogę się ruszyć. Dlaczego nie widzę Corazona? Dlaczego nie czuję jego objęć?! Nie chcę! Zostaw mnie osobo, która planujesz coś złego! Nagle stanęłam... Na polu. Polu pełnym białych kwiatów. Chyba miałam rozpuszczone włosy. Rozejrzałam się. Nie było nic, prócz anielskich róż. Nie było nieba, słońca, księżyca, chmur, gwiazd... Tylko kwiaty. Dotknęłam delikatnie dłonią płatków, które zadrżały. Uśmiechnęłam się delikatnie, po czym westchnęłam.
Światem w jakim stałam nagle zawładnęło trzęsienie, a ja nie mogłam się ruszyć i uciec. Dlaczego!? Co tu się dzieje?! Gdzie ja jestem? Uniosłam głowę do góry, a potem spuściłam ją. Trzęsienie ustało, a ja miałam zamknięte oczy. Metaliczna dłoń nagle dotknęła mój policzek, z kolei ludzka ręka również ułożyła się na mojej twarzy. Obie dłonie pochwyciłam, a po moich policzkach popłynęły łzy. Białe róże w przyspieszeniu zaczęły rozkwitać. Na twarzy malował mi się uśmiech.
-Corazon... Uratuj mnie...-szepnęłam.
---
Otworzyłam oczy. Byłam... Gdzie ja byłam? Dość małe pomieszczenie, ceglane, ciemne... Nieprzyjemnie. Nie lubiłam takich nor, które były wręcz zatęchniałe. To miejsce nie różniło się od innych. Rozejrzałam się, a kiedy chciałam coś zrobić z dłońmi, nie udało mi się. Były związane. Nogi były w tym samym stanie. Sznur, który działał jako kajdany był związany bardzo mocno, a ja nie mogłam zrobić nic. Dosłownie nic. Zaczęłam się szamotać, kiedy nagle krzesło na jakim siedziałam, przewaliło się na bok, a ja byłam niezdolna do podniesienia się. Chciałam krzyknąć. Moje usta jednak były związane. Spojrzałam na swoje ubranie. Spódnica w stanie krytycznym, koszulka podarta i ledwo zakrywająca mój biustonosz. Co... Kto to zrobił... Pobladłam cała ze strachu, rozglądając się. Nagle do pomieszczenia wszedł jakiś mężczyzna z obrzydliwym uśmieszkiem na twarzy. Zamknął drzwi i zaczął rozpinać swoje spodnie.
-To zabawimy się, kurwo...-szepnął.
Zaczęłam kręcić głową i piszczeć przez materiał. Mężczyzna jednak ponownie postawił krzesło, a ja nie mogłam nic zrobić, oprócz szamotania się na krześle. Proszę, nie! Nie, nie, nie, nie! Nie chcę! Zaczęłam nagrzewać dłonie, czekając, aż sznur spłonie. Nie obchodziły mnie oparzenia. Nie mogłam pozwolić, aby mnie dotknął tam, gdzie nie trzeba. Spocone, ogromne łapska jeździły po moich udach, brzuchu i ramionach. Czułam obrzydzenie do niego i siebie. Nagle wyjął z kieszeni scyzoryk. Zaczął nacinać moją skórę, a ja wrzeszczałam przez materiał, który nadal był w moich ustach.
-No co, suko?! Piszcz! Pokaż mi jak bardzo ciebie boli! Potem się z tobą zabawię i od razu po tym ciebie zabiję! Chuj obchodzi mnie ten blondasek, bo to nie moja sprawa, ale mogę sobie zrobić z tobą co mi się podoba!-wrzasnął, po czym wbił mi nożyk w ramię.
Po tym już chciał wkładać dłoń pod moją i tak podartą spódnicę, ale wtedy... Ujrzałam mojego księcia. Jego mechaniczna dłoń była cała we krwi. On cały był we krwi. Po moich policzkach popłynęły łzy. Poczułam, jak materiał na mojej twarzy zaczyna się palić, więc czekałam, aż spłonie. Nagle, niedoszły gwałciciel spojrzał na blondyna i przystawił mi pistolet do skroni. Powoli naciskał spust.
-Wyjdź. Zabiję ją, jeżeli postawisz choć jeden krok do przodu, jeżeli użyjesz alchemii, wystarczy jedno kliknięcie, a ta dziwka umrze...-powiedział z żądzą mordu w oczach.
Blondyn wziął głęboki wdech. 
- Wiesz, tamten typ z mieczem przed śmiercią wyjawił mi pewien sekret na twój temat... - zaczął powoli. - Chodzi o twoją słabość... 
- Łżesz! - w uniesieniu zrobił krok do przodu i lekko rozluźnił uścisk na pistolecie, ale po chwili wrócił z powrotem, coraz mocniej naciskając spust.
-Owszem, masz... I to całkiem poważną... - powiedział Cora, po czym klasnął w dłonie i ręką klepnął w ścianę. 
Z ziemi między mną a tym obleśnym człowiekiem wyrosła wielka włócznia. Usłyszałam krzyk i szczęk upadającej broni z cichym mlaśnięciem. Spojrzałam na to z przerażeniem, a potem facet jaki wcześniej mnie obmacywał, padł na ziemię, zwijając się z bólu. W tym czasie materiał na moich ustach spłonął, zostawiając oparzenie. Moje puste oczy pokierowały się na blondyna, po czym zalałam się łzami.
-C-Cora... B-Boję się...-szepnęłam ochrypniętym od braku wody i krzyku głosem.
- Nie martw się Śpioszku, jestem przy tobie i już nic ci nie grozi... - objął mnie delikatnie - Już, już, jestem przy tobie...
-B-Boli... -szepnęłam, czując płynącą nadal po moim ramieniu krew.
- Nie martw się, już zabieram cię do pielęgniarki... Wytrzymaj jeszcze trochę dobrze? - powiedział delikatnie się uśmiechając i biorąc mnie na ręce.
Wcześniej rozwiązał sznury, a kiedy byłam w ramionach mojego bohatera, spojrzałam mu w oczy. Cała drżałam, nie wiedząc co się dzieje. Dłonią, która była wyłącznie pocięta, chwyciłam się mocno koszulki chłopaka. Już mieliśmy wyjść, kiedy nagle mężczyzna jaki mnie obmacywał, strzelił w moją nogę. Wrzasnęłam, nie wiedząc co się dzieje. Wszystko zawirowało. Tak mocno mnie to bolało... Zaczęłam płakać, nie mogąc się ruszyć.
Corazon odwrócił się w jego kierunku, a on ponownie strzelił, tym razem trafiając w blondyna, który cofnął się pod ścianę. Napastnik mimo bólu wstał, po czym złapał moją ranną nogę i pociągnął. Spadłam z rąk Cory, a on strzelił mi w szyję. Czułam, jak wszystko zalewa się w mojej krwi. Zaczęłam nurzać się w samej sobie. Wzrok mi się rozmazał. Widziałam wzrok przerażonego chłopaka, który patrzył na mnie.
- Ty kurwo! - ryknął chłopak, kaszląc krwią.
Klasnął w dłonie i ponownie użył alchemii nadziewając mężczyznę na kilka pali. Ten widok... Okropny... Nie widzę dużo.. Zamazuje się...
- MEL! MEL! TRZYMAJ SIĘ! - podczołgał się do mnie. - Ćśś, nie ruszaj się, zaraz to załatwię... Jak wtedy w fabryce...
-C-Cora.. N-Nie..-krew wylała się mocniej z mojej szyi.-N-Nie możesz... N-Nie dla mnie...N-Nie kolejny raz... -kałuża szkarłatu powiększała się z każdą chwilą.-Z-Zostaw... J-Ja powinnam ci teraz pomóc... N-Nie ty kolejny raz mi...-nie dałam rady się odezwać.
Z moich ust popłynęła krew. Widziałam tak ogromne zmartwienie w jego oczach. Nie mogłam pozwolić, aby znowu stracił część swojego ciała. Nie mogłam. To nie mogło się stać znowu z mojego powodu. Jestem beznadziejna... Będzie lepiej, jak zniknę...
- Proszę... Nic nie mów... - uśmiechnął się słabo, po czym znów zobaczyłam rozbłysk alchemii.
-C-Corazon... N-Nie... Z-Zostaw... -złapałam jego ramię wolną dłonią.
Spojrzał mi w oczy, po czym siłą przyłożył dłonie do mojej rany i transmutował. Dlaczego znowu to zrobiłeś...
---
Otworzyłam oczy, czując... Co ja tak właściwie teraz czułam? Nie wiem. Rozejrzałam się. Jasne, pachnące lekami pomieszczenie. Obok mnie, na krześle, siedział blondyn ze spuszczoną głową. Zamrugałam bardzo wolno, nie wiedząc co się dzieje wokół mnie. Okropny ból głowy, ciała i mojej psychiki. On... Płacze? Nie... Nie.
-C-Corazon...-szepnęłam, po czym lekko podniosłam się, łapiąc jego dłoń.
- Mel! Tak się cieszę... - rzucił mi się na szyję, a ja cichutko syknęłam - Tak się cieszę...
-C-Co oddałeś znowu za mnie... D-Dlaczego... -zaczęłam cichutko łkać.
- Cii.... To nic wartego twojego płaczu... - objął mnie czule.
-Corazon. Odpowiedz. Muszę wiedzieć. Muszę!-powiedziałam donośnie, łapiąc jego dłoń.
- O-Oddałem część swojego życia...
-C-Co...-szepnęłam, po czym odsunęłam się delikatnie.-Nie! Nie! Dlaczego! Nie! Stracę ciebie! Głupi! Głupi, głupi, głupi! Nie chcę takiej wymiany!-złapałam się za włosy, delikatnie za nie szarpiąc.
- Już, już cichutko... Będzie dobrze... Nadal mam jeszcze resztę do dyspozycji! - uśmiechnął się pocieszająco.
-Straciłeś część życia, przez to, że byłam nieostrożna! Nic nie będzie dobrze! Co jak umrzesz?! Nie chcę! Nie mogę ciebie stracić!-wrzeszczałam.-Nie mogę...
Byłam bardzo zdenerwowana i przejęta. Nie mogłam uwierzyć, że przeze mnie stracił tak wiele...
- Zbyt ciebie kocham, żeby cie stracić... Nie mogłem nic innego wymyślić... Tylko tak mogłem cię tu przynieść... - kiedy skończył mówić pocałował mnie. - Wybacz... Wybacz, że byłem za słaby...
Spojrzałam mu w oczy, zalewając się łzami. Pochwyciłam dłońmi jego policzki.
-Cora... Jesteś moim bohaterem, ale... Skoro oddałeś część życia, nie będę mogła być z tobą na zawsze... P-Proszę... D-Dlaczego... D-Dlaczego tak ma być...-szepnęłam, po chwili spuszczając głowę.
- Heh... Nie martw się, życie jest zbyt ulotne żeby się martwić. Gdybym ich nie oddał, nie mógłbym spędzić z tobą tych kilku kolejnych chwil... Poza tym, nawet jeślibym ich nie oddał nie sprawiłoby to, że byłbym w stanie dożyć tego wieku, prawda? - uśmiechnął się do mnie.
W moich oczach pojawiło się więcej łez. Wtuliłam się w niego, uderzając piąstkami w jego tors. Zalewałam się nadal łzami.
-Kocham cię głupku... Nigdy więcej nie waż mi się czegoś takiego zrobić... Ukatrupię cię własnymi rękoma... Debil, głupek, idiota!-pisnęłam, po czym wtuliłam się w niego, nadal płacząc.-P-Przepraszam... Przepraszam, że narobiłam ci kłopotów... Gdyby nie ja, mógłbyś żyć dłużej... A ja zabrałam ci tak wiele...
- Ale dałaś o wiele więcej - pocałował mnie w czoło - Wolałbym być martwy, niż żyć choć sekundę bez ciebie.
Spojrzałam mu w oczy, po czym położyłam dłonie na jego policzkach. Dlaczego on był taki kochany... Wpiłam się w jego usta, a po moich rumianych policzkach popłynęły łzy. Moje serce łomotało tak, jakby chciało wyskoczyć mi z piersi. Mimo bólu wstałam, siadając przodem do niego, na jego kolanach. Przysunęłam się jak najbliżej, nie zaprzestając pocałunku. Minęło sporo czasu, nim obaj mogliśmy wziąć oddech.
-G-Głupek... -szepnęłam.
<następne opowiadanie>
<Coora?>
Ilość słów: 1465

czwartek, 15 marca 2018

Od Corazona do Melusine

Deszcz. Padał deszcz. Jedyny bodziec jaki do mnie z początku docierał, zanim dopuściłem do świadomości to co się właśnie stało. Złapali Mel. Przystawił jej nóż do gardła i zaczął powoli się cofać. Spróbowałem się ruszyć.
– Zabiję ją, jeżeli się zbliżysz. Ostatnio przegiąłeś pałę, czas się odwdzięczyć... – powiedział. – Chłopaki, bierzcie go, a ja sobie się zajmę tym aniołkiem.
Momentalnie stanąłem jak wryty. Myśl, kurwa myśl! Co robić? Ruszę się to ją zabije, nie ruszę się to... Wolałem nawet nie rozpatrywać tych możliwości. Najpierw muszę dowiedzieć się po co tu przyszedł i czego od nas chce. Może coś dam radę wynegocjować i ją wypuści. Wyglądał znajomo... Mówił, że przegiąłem. To on był tam w zaułku! Zebrał baty i chce się zemścić! Kurwa, kurwa, kurwa! Mel znowu jest w niebezpieczeństwie z mojej winy.
– Puść ją! – krzyknąłem – To o mnie ci chodzi, prawda?! Możemy się dogadać! Moje życie za jej życie!
– Doprawdy? W takim razie mam o wiele lepszy układ! – zaśmiał się i zaczął wsuwać dłoń pod bluzkę Mel. – Moi ludzie obiją cię i przytrzymają, a ja na twoich oczach wezmę dziewczynę. A później własnoręcznie cię zatłukę.
Czułem wzbierający nieokiełznany gniew, rozpacz, a przede wszystkim bezradność. Miałem wrażenie, że czegokolwiek bym nie zrobił i tak się nie uda.
Napotkałem wtedy spojrzenie Śpioszka. Była przerażona. Ale w jej błękitnych oczach widać było coś jeszcze. Coś jakby kazała mi uciekać. Ludzie tego człowieka zbliżali się powoli, żeby mnie oskrzydlić. Rzuciłem Mel czułe spojrzenie poparte uśmiechem.
– Mel, nie martw się, obronię cię choćby nie wiem co. – powiedziałem pewnym i spokojnym tonem. Sam się nawet zdziwiłem jak on brzmiał – Wybacz, ale to co tu się zaraz stanie nie będzie przyjemne...
– C-Cora... P-Proszę... – szepnęła.
– Zaufaj mi... – mówiłem, a w moim głosie wzbierała wściekłość na nich i samego siebie – Po prostu mi zaufaj, dobrze?
– Ma ci sie nie stać najmniejsza krzywda...
Po jej policzku zaczęły spływać łzy. To wystarczyło, żeby gniew przeważył na rozsądkiem. Ludzie tego człowieka byli coraz bliżej mnie. Klasnąłem w dłonie i z pobliskiej ziemi utworzyłem włócznię. Rzucili się na mnie, a ja wywijałem nią, żeby choć kilku się wycofało. Nie było to proste. Co chwilę któryś z nich próbował zajść mnie od tyłu czy z jakiegoś innego martwego punktu. Byłem w o tyle dobrej sytuacji, że żaden z nich nie miał broni palnej. Co nie oznaczało, że byli bezbronni. Większość z nich posiadała pałki i noże. Zamachnąłem się i rozległ się donośny trzask. Drzewiec włóczni pękł na głowie jednego z mężczyzn. Nie miły widok. Nie da się chyba przywyknąć do widoku zmiażdżonej głowy i wypływających oczu... No cóż, zawsze to jeden mniej. Jeszcze tylko ośmiu i zostanie szef ze swoimi dwoma przydupasami. Udało mi się jeszcze powalić dwóch zanim resztki włóczni kompletnie się nie nadawały do użycia.
– Mówiłem żebyś się nie ruszał! – krzyknął i przyłożył nóż mocniej do twarzy Mel – Naprawdę chcesz, żeby coś się stało temu aniołkowi?!
Momentalnie znieruchomiałem. Trzeba się śpieszyć. Mężczyźni rzucili się na mnie w jednym momencie. Udało mi się odskoczyć. Szczęściem byli niedoświadczeni i w sumie to nawet dość głupi. Szybko klasnąłem w dłonie i utworzyłem wokół nich sześć ścian, które połączyłem tworząc pudło. Z wewnątrz dochodziły krzyki i rozpaczliwe skrobanie ścian. Po czym szybką transmutacją zmniejszyłem rozmiar klatki miażdżąc znajdujących się w środku ludzi. Rozległ się tylko nieprzyjemny plask, przypominający przerzucanie surowego mięsa oraz trzask pękających kości. Ze szczelin i pęknięć w ściankach wypływała bezkształtna mieszanina krwi, fragmentów kości oraz narządów wewnętrznych razem z ich zawartościami. Szefa gangu i jego dwóch pomagierów zamurowało. Wolałem nawet nie myśleć co przeżywa teraz Mel. Trzeba było działać. Ruszyłem na nich póki byli jeszcze oszołomieni. Byli daleko, a ja byłem zbyt wolny. Pierwszy raz zacząłem żałować, że moja ręka jest ze stali, a nie z czegoś lżejszego... Właśnie! Stal ma w sobie węgiel! Powinno się udać zmniejszyć jej ciężar, zwiększając ilość węgla w stopie. Problem leżał jednak w wytrzymałości. Nie miałem pewność jak długo mi wtedy proteza wytrzyma. A chuj z tym, najwyżej trzeba będzie się streszczać zanim ręka się rozpadnie. Klasnąłem i przy okazji zmiany materii, zrobiłem z niej ostrze. Taak... Zdecydowanie teraz była lżejsza, a przez to ja szybszy. Dziwnie się biegło bez zbędnego obciążenia. Dzielącą nas odległość pokonałem w kilka sekund.
– A-Aidan! Abelard! Załatwcie go szybko! – mówił nerwowo wycofując się do tyłu. Dwaj jego przyboczni spojrzeli po sobie po czym jeden ruszył na mnie.
– NIE MA TAKIEJ OPCJI! – wypowiedziałem gniewnie przez zaciśnięte zęby. Po czym wyskoczyłem do przodu i wykonując cios gazeli poderżnąłem bliższemu gardło. Trysnęła krew, a długowłosy mężczyzna padł na ziemię i charcząc zaczął się topić we własnej krwi.
– Aidan! Z-z-załatw go! – widać było, że jest przerażony. Cofając się upadł, ale dalej trzymał Śpioszka. Odczołgiwał się do tyłu.
– Tak, tak... Wiesz co Lu? Zbieraj dupę w troki i wypierdalaj, bo tylko przeszkadzasz. – powiedział beznamiętnym tonem.
– T-tak... T-tak jest. – podniósł się i poprawił chwyt na blondynce. – Ruszaj się idziemy!
–Śpioszku! – rzuciłem się desperacko do przodu. Nie mogłem jej stracić. Chyba tylko niezwykłe szczęście sprawiło, że się wywaliłem. Miecz Aidana świsnął tuż nade mną. Gdyby nie ten upadek, już nie miałbym głowy.
– Corazon! – pisnęła, po czym dostała w głowę i zemdlała.
– Zatłukę... Zatłukę... Po prostu zajebie – powtarzałem jak w transie kiedy się podnosiłem.
Ten co zwał się Aidan, chyba był wyżej postawiony niż sam oprawca Mel. A to nie zwiastowało nic dobrego. Zwłaszcza fakt jakim była jego umiejętność władania mieczem. Chciałem ruszyć dalej, byle tylko złapać tamtego typa i uratować Śpioszka. Niestety drogę zagradzał mi ten szermierz. Kurwa, nie zdążę go pokonać i dogonić ich zanim gdzieś nie znikną. Pozostawało mi tylko jakoś go pokonać i wydusić informacje.
– Nie lepiej się poddać? I tak nie dasz rady, więc po co masz ryzykować własne życie dla kogoś innego?
– Zamknij się! – przyjąłem postawę obronną i powoli ruszyłem w jego kierunku. Lepiej z nim uważać.
– Oho, jaki gniewny, jaki agresywny! – zaśmiał się.
Krążyliśmy naprzeciw siebie wyczekując dogodnego momentu na atak. Deszcz przestał padać. Był to znak na rozpoczęcie walki. Jak dźwięk gongu na ringu. Ruszyliśmy niemalże w jednym momencie. On ze swoją kataną, ja ze swoim ostrzem na ramieniu. Ciszę panującą wokoło przerywały co chwilę odgłos zderzających się ostrzy. Odskoczyłem w bok próbując uniknąć pchnięcia. Jednak on był odrobinę szybszy. Poczułem jak zimne ostrze rozcina mój bok. Rana piekielnie bolała, ale na szczęście nie była głęboka i nie naruszyła jamy brzusznej. W innym wypadku już by mi się wnętrzności na zewnątrz wylały. Kolejny łut szczęścia.
Wydawało mi się, że walka trwa już dobrą godzinę. Obaj byliśmy mocno poobijani. Jednak to on miał przewagę. Krwawiłem z wielu ran po jego atakach. Jakby tego było mało, moja proteza już ledwo co się trzymała. On natomiast był tylko obity i miał jedną może dwie porządne rany po moim ostrzu. Staliśmy tak i wpatrywaliśmy się w siebie ciężko dysząc.
– Wiesz chłopcze... Nic do ciebie nie mam... Ale będę musiał cie zabić... – wydyszał.
– Możesz sobie próbować... – splunąłem krwią, po czym klasnąłem w dłonie i zmieniłem wodę z deszczy w parę. To powinno dać mi przewagę. Zdjąłem buty, żeby ciszej się poruszać. I podkradłem się do niego od tyłu. Chciałem zadać cios, który by go zwalił z nóg, ale nie zabił. Ledwo dałem radę się zorientować kiedy się odwrócił i zrobił sztych. Zdążyłem się tylko lekko zasłonić protezą, zanim ostrze przebiło się przeze mnie. Udało się je trochę zbić z trasy i ominęło punkty witalne. 
– Nieźle, ale to i tak za mało by oszukać moje zwierzęce zmysły – powiedział, po czym wyciągnął ze mnie ostrze. Upadłem plując krwią. – I zobacz teraz będę musiał cie dobić, a tak to byś szyb...
Przerwałem mu moim szaleńczym śmiechem. Wreszcie zrozumiałem o co chodziło. On nie odebrał mi możliwości korzystania z kręgów. On moje ciało zmienił w jeden z nich. W takim wypadku pora złożyć temu dziadowi wizytę.
– I z czego się tak śmiejesz! – warknął na mnie – Za chwilę umrzesz! Z czego ty się do cholery śmiejesz!
– Zobaczysz... – uśmiechnąłem się. Dotknąłem zdrową ręką rdzenia protezy, który na szczęście był cały i transmutowałem siebie. Świat momentalnie się zatrzymał, a zewsząd zaczęły wyskakiwać te czarne łapki. Zapomniałem już jakie to uczucie być rozkładanym na atomy. Otworzyłem oczy w pustej białej przestrzeni. Znajdowałem się tam ja, on i moja Brama Prawdy. Dziad jak zwykle się uśmiechał w ten nienaturalny sposób.
– No, no, no, nie spodziewałem się ciebie tu po raz drugi młody alchemiku. – nachylił się w moim kierunku.
– Tak, tak. Dajmy sobie na wstrzymanie z czułościami i tą gadką o karze i złamaniu zakazu, ok? Trochę mi się śpieszy i...
– Wiem. Chcesz odzyskać część swojej mocy, ale co masz na wymianę?
– Moja lewa noga. – odpowiedziałem bez chwili wahania – A i jeszcze jakbyś mógł mi tę ranę po jej oderwaniu załatać w zamian za pół roku mojego życia.
– Rok
– Za rok to musiałbyś dorzucić więcej mocy albo załatać mi te dziurę w brzuchu. – spojrzałem kamiennym wzrokiem w tę postać bez twarzy, bez czegokolwiek, poza moją prawą ręką i otoczką z mojej alchemii. – Głupi nie jestem i nie dam się wykiwać.
– Dobrze, ale zatamuje tylko krwawienie rany w brzuchu. – uśmiechnął się nienaturalnie szeroko. – Dokonałeś wymiany alchemiku, już w twoim odczuci możesz powiedzieć czy słusznej czy nie.
– Oj, zamknij się w końcu... Nie tobie oceniać. Jeśli tylko to sprawi, że uratuje Mel, to było warto... Wyjście jest takie same jak wtedy? 
– Oczywiście! – uśmiechnął się bardziej tajemniczo niż zwykle – Do następnego, alchemiku... Do następnego...
Otworzyłem swoją bramę i zostałem do niej wciągnięty. Znów miałem uczucie jakby głowa miała mi eksplodować od natłoku informacji.
Ocknąłem się w pozycji w jakiej mnie przeniosło. Czas znów zaczął płynąć. I wtedy poczułem piekielny ból po utracie kończyny.
– Jak to zobaczę? – dopytywał się Aidan –Co się stało z twoją nogą?!
– Powiedzmy, że zainwestowałem w przyszłość... – powiedziałem krzywiąc się z bólu. Klasnąłem w ręce i wytworzyłem dziesięć włóczni, które przebiły Aidana. Udało się pominąć najważniejsze narządy. Zrobiłem sobie na szybko jeszcze protezę nogi. Chociaż bardziej to przypominało drewnianą piracką nogę.
– No to, powiedz mi teraz dokąd zabrali Mel... – powiedziałem tonem cichym, acz pełnym gniewu i wściekłości. Długo się opierał, ale po dwudziestu minutach okładania pięściami poddał się i w końcu podał adres. Gdy tylko skończył mówić, szybko dobiłem go skręcając mu kark...

<Mel? Wybacz tego raka, coś mi nie szło>

Ilość słów: 1742

niedziela, 4 marca 2018

Od Melusine do Corazona

Kiedy Corazon poprosił mnie do tańca, uśmiechnęłam się uroczo, a gdy mnie objął to moje policzki oblał największy z rumieńców, jaki tylko już mógł być. Spojrzałam na moment w bok, a dopiero po chwili byłam zdolna, aby spojrzeć mu prosto w oczy. Uśmiechnęłam się, po czym złapałam jego dłoń, kiedy ta mechaniczna trzymała mnie w talii.
Czekając na odpowiedni moment, ruszyliśmy potem w tan. Raz, dwa, trzy, raz, dwa, trzy. Rytm, jaki aktualnie był wygrywany, pięknie wpasował się w taniec bliżej nieokreślonego rodzaju. Zaśmiałam się, a potem chłopak pocałował delikatnie moje czoło. Przysunęłam się bliżej niego, aby móc mocniej poczuć ciepło, jakie od niego biło. Dlaczego czyny nie mogą pokazać, jak bardzo mi na nim zależy... Po chwili uśmiechnęłam się ponownie do niego. Muzyka zwolniła, więc po prostu przeniosłam dłonie na jego kark, a chłopak z kolei umieścił swoje dłonie na mojej talii. Przystawił swoje czoło do mojego, patrząc mi prosto w oczy. Pogłaskałam go delikatnie po karku, przy czym czułam, jak szybko i mocno bije moje serce. To jedynie utwardzało mnie w myśli, że to nie przypadek nas spotkał... Zamknęłam na moment oczy, po czym otworzyłam je, a w nich stanęły łzy.
-K-Kocham cię Corazon... Bardzo mocno... N-Nigdy mnie nie zostawiaj...-szepnęłam, patrząc mu prosto w oczy.
- Też cię kocham Mel. - objął mnie mocniej i przyciągnął do siebie jeszcze mocniej. - Nie martw się, nie mam zamiaru cię opuścić. Będę przy tobie zawsze...
-D-Dziękuję... Dziękuję, że jesteś obok mnie... D-Dziękuję...-szepnęłam, wtulając twarz w jego szyję.
- To ja powinienem podziękować, że jesteś przy mnie...-przytulił się do mnie mocniej.
-Nawet tak nie mów... Przecież...-przegryzłam wargę, bo obiecałam mu nie wspominać o tym, że mnie uratował.-Po prostu uznajmy, że mamy remis... I nie musimy obaj dziękować. Dobrze?-położyłam dłoń na jego policzku, delikatnie go po nim głaszcząc.
- Dobrze, Śpioszku. 
-Cudnie... A teraz. Tańczymy dalej, czy może jednak zostaniemy w tym parku i posiedzimy tutaj?-zapytałam, uśmiechając się uroczo.
Chłopak obrócił mnie wokół mojej osi, po czym szeroko się uśmiechnął. Obaj zadecydowaliśmy, że odpoczniemy sobie w parku. Trzymając jego dłoń, znaleźliśmy ładne miejsce. Była niewielka rzeczka, obok drzewo, a na dodatek tak ładnie grały świerszcze. Pociągnęłam chłopaka pod drzewo, po czym rozłożyłam tam koc, który na zapas wzięłam do torby. Usiadłam na nim, a obok mnie ułożył się blondyn. Położyłam głowę na jego ramieniu, po czym objęłam go dłońmi. Corazon pogłaskał mnie po plecach i złapał moją dłoń. Zamknęłam oczy, wsłuchując się w bicie jego serca. Było piękne. Po chwili wczołgałam się na chłopaka, uroczo się uśmiechając. Ułożyłam się na jego torsie, po chwili unosząc lekko górną partię swego ciała. Zakryłam słońce, które na niego świeciło swoją głową.
-To co porobimy misiu?-zachichotałam, czerwieniąc się lekko.
- Nie wiem... Ale wiem co mogę teraz zrobić... - uśmiechnął się po czym, podniósł się lekko i pocałował mnie.
Odwzajemniłam to z uroczym uśmiechem, kładąc się znowu na chłopaku. Położyłam dłonie na jego policzkach, nadal wpijając się w jego usta. Były miękkie... Po dłuższej chwili odsunęłam delikatnie od niego twarz, patrząc mu ciągle w oczy. Takie ładne, złote...
-Nie wierzę, że trafił mi się taki przystojny chłopak. -powiedziałam, czerwieniąc się z szerokim uśmiechem.
- Widzisz, czasem życie jest jak w bajce... - spojrzał mi w oczy i uśmiechnął się lekko - Ja na swojego anioła już trafiłem.
-Ładna ta przenośnia!-zachichotałam, głaszcząc jego policzki.-Jak ja bym mogła ciebie nazwać... Mój ty alchemiku...-spojrzałam mu głęboko w oczy.
- Nie wiem Śpioszku, ale czego byś nie wymyśliła będzie pasować.
-O wiem! Będziesz moim księciem. Księciem, którego bardzo kocham i chciałabym, aby mnie zawsze całował, przytulał i otaczał mnie swoją obecnością...-przystawiłam swoje czoło do jego czoła.
- Jeśli takie twe życzenie moja pani... - uśmiechnął się i pocałował mnie.
-Takie jest, było i będzie moje życzenie...-szepnęłam, po czym ponownie wpiłam się mocno w jego usta.
Kocham to uczucie. Wręcz je ubóstwiam. Jest dla mnie najważniejszą osobą na całym świecie.
-Kocham cię...-wyszeptałam pomiędzy naszymi pocałunkami.
- Ja ciebie też Śpioszku... Ja ciebie też... - wpatrywał się czule w moje oczy.
Uśmiechnęłam się, po czym bardzo mocno się w niego wtuliłam. Czułam jak bardzo szybko i mocno bije moje serce. Modliłam się, aby to, co było między nami, trwało jak najdłużej tylko mogło. Po chwili zasnęłam z uśmiechem na twarzy.
---
-Śpioszku... Obudź się. Już ciemno, trzeba wracać.
Ospale podniosłam się z chłopaka, rozglądając się co się dzieje. Naprawdę zasnęłam? Spojrzałam mu w oczy, a ten się do mnie uśmiechnął i pogłaskał po głowie. Ziewnęłam, po czym zsunęłam się z chłopaka i potrząsnęłam lekko głową. Po chwili odzyskałam świadomość umysłu. Nagle się wyprostowałam, kiedy ktoś przyłożył mi nóż do gardła, złapał mnie w pasie i zaczął się ze mną cofać.
-Zabiję ją, jeżeli się zbliżysz. Ostatnio przegiąłeś pałę, czas się odwdzięczyć...-powiedział.-Chłopaki, bierzcie go, a ja sobie się zajmę tym aniołkiem.
Tłusta łapa napastnika zaczęła dotykać mojego brzucha, a ja nie mogłam się ruszyć. Wiedziałam, że bez znaczenia co bym zrobiła, mógłby mi podciąć gardło. Miałam chęć krzyknąć, aby uciekał, ale nie mogłam... Sparaliżował mnie strach...
<Corazon? Zrobiłam dramę ^^>
Ilość słów: 823

Od Corazona do Melusine

Wstałem z trudem. Obudziłem się około dwunastej i w pośpiechu zacząłem się ubierać. Miałem strasznie mało czasu. Tu się wykąpać, jakąś kawę po drodze machnąć. Zabrać rzeczy i opracowanie. Jeszcze ta książka z biblioteki by się przydała. Szkoda, że zapomniałem ją wypożyczyć... Heh... Co mnie podkusiło, żeby wszystko w jedną noc robić... No cóż, dla niej mogłem pocierpieć. Byle tylko zobaczyć radość na jej twarzy. Wyszedłem na dziedziniec. Mel już tam czekała. To był piękny wietrzny dzień, a blondynka w rozwianych włosach jeszcze piękniejsza. Podszedłem do niej od tyłu i położyłem dłoń na jej głowie.
– Hej. I jak, masz jakiś plan gdzie idziemy? – szepnąłem jej do ucha. Dziewczyna momentalnie się odwróciła.
– Nie mam planu, ale coś możemy wymyślić, prawda? – uśmiechnęła się i przytuliła mnie na przywitanie.
– Dokładnie – uśmiechnąłem się – Może ćwiczenia w bibliotece, a później gdzieś w terenie?
– Tak! Chętnie! – klasnęła w dłonie. – To idziemy?
Ruszyliśmy nieśpiesznym spacerkiem. Do biblioteki miejskiej nie było daleko, a my mieliśmy masę czasu. Szliśmy chodnikiem. Mimowolnie złapałem ją za rękę, kiedy zaczęła iść od strony krawężnika. Spojrzała na mnie po czym pochwyciła moją stalową dłoń. Reszta drogi minęła nam na rozmowie o wszystkim. Poruszaliśmy tematy najtrudniejsze, jak i zarazem ten najbardziej błahe.
***
– Trzymaj, to powinno pomóc zrozumieć i ułatwić korzystanie z alchemii – wręczyłem jej niewielki notes. – Zacznij czytać, a ja w tym czasie skocze po kilka innych książek.
– Dziękuję! – uśmiechnęła się szeroko, biorąc notes do ręki. – Wracaj szybko, dobrze?
– Jasne, jasne! – powiedziałem uśmiechając się, po czym zniknąłem między regałami. Szperałem po półkach w poszukiwaniu tej książki co wczoraj znalazłem. Po kilku minutach intensywnych poszukiwań znalazłem starą podniszczoną oprawę. Wyciągnąłem ją z pomiędzy innych ksiąg. Dalej ciężko mi w to uwierzyć, że znalazłem tutaj dziennik Asakury. Jeden z najlepszych alchemików i jego dziennik tutaj. Takie perełki powinny się znajdować w bibliotece narodowej. Ale to może nawet lepiej, że go tutaj znalazłem. W każdym razie mam to czego szukałem więc wróciłem do Mel. Zauważyłem jak powoli kończy czytać opracowanie. Podszedłem cicho i usiadłem obok.
– Szybko ci idzie Śpioszku. – ziewnąłem i rozłożyłem skórzaną książkę przed sobą – Mam nadzieję, że jest to w miarę zrozumiałe?
– Tak... Raczej rozumiem... – nieco się zawstydziła.
– Mhm, to co jest niejasne? – uśmiechnąłem się zachęcająco – Wiesz po nocach siedziałem i mogłem zapomnieć, żeby nie używać żargonu alchemików. Zwłaszcza, że dopiero zaczynasz z alchemią...
– Wytłumaczysz mi trochę na czym polega tworzenie kręgów? Co musi w nich być? Co jest potrzebne do zrobienia czegoś? – patrzyła prosto w moje oczy z determinacją.
– Kręgi, opierają się głównie na symbolach i liniach kierunkowych. Pomagają one osiągnąć nam to czego chcemy. – przetarłem oczy ze zmęczenia. – Ale tu pewnie rodzi się pytanie co zamierzamy kierunkować, co?
– Tak. – uśmiechnęła sie i zabrała mi kosmyk włosów z czoła.
– Pewnie wiesz, że sam krąg symbolizuje obieg mocy. – mówiłem w między czasie kartkując książkę.
– Mhm... Z tego co mi wiadomo, bez tego nie da się wykonać transmutacji. – uśmiechnęła się.
– Prawda, z tym że jest to bardzo ogólnikowe. – wsparłem się na ręce – Dokładnie, to krąg nie symbolizuje samej mocy, a przepływ energii wszystkiego co nas otacza. To jest jak jedna wielka rzeka. Nie można zmienić jej biegu, ale można stworzyć kanały które doprowadzą wodę tam gdzie jest potrzebna. My tylko mamy możliwość korzystania z niej i tworzenia tych kanałów. – z trudem stłumiłem ziewnięcie – A na ostatnie pytanie sama będziesz musiała sobie odpowiedzieć, tak jak każdy alchemik. Jeśli zrozumiesz o co chodzi w zdaniu "Jedno jest wszystkim, wszystko jest jednym." zrozumiesz sens alchemii.
– Chodzi tutaj o to, że jeżeli chcę na przykład stworzyć kamienną płytkę, potrzebuję czegoś co jest równowarte temu? – wzięła i samodzielnie narysowała jakiś krąg, po czym położyła w jego środku kamyk. Klasnęła w dłonie i przyłożyła je do ziemi, przez co kamień zmienił się w kamienną płytkę. Spojrzała na mnie. –Tak? -miała wzrok pełen zainteresowania, a w oczach lśniły jej iskierki ekscytacji.
– Tak, potrzeba czegoś o tej samej wartości, ale myśląc w ten sposób, nie zmienisz samej materii lecz tylko formę. – pogłaskałem ją po głowie – Ale tak czy inaczej, szybko się uczysz.
Uśmiechnęła się delikatnie.
– Bo mam dobrego nauczyciela...
– Albo ja świetną uczennicę. – spojrzałem jej w oczy.
– Raczej świetna nie jestem... – zbliżyła do mnie swoją twarz. 
Również się przybliżyłem i pocałowałem ją.
– Nie przesadzaj, szybciej to pojmujesz niż ja gdy się tego uczyłem.
– Bo umiesz mnie nauczyć, głupku... – zarzuciła mi dłonie na ramiona, uśmiechając się uroczo.
– Wracając do alchemii... Musisz odpowiedzieć sobie na tamto... – objąłem ją i wpatrywałem się w jej błękitne oczy.
– Jedno jest wszystkim. Wszystko, jest jednym... Zadaniem alchemika, który bramę otworzy, a stanie się ciemność... – powiedziała sama do siebie, złapała swoją brodę i zaczęła myśleć. Zaniepokoiła mnie wzmianka o bramie, ale postanowiłem to przemilczeć. Póki była pogrążona w swoich myślach ja zabrałem się za przeglądanie dziennika. Zadanie do prostych nie należało. W końcu jak przystało na wielkiego alchemika, Asakura zapisywał wszystko znanym sobie szyfrem. To jest zarazem najlepszy i najgorszy zwyczaj alchemików. No cóż, jak chciałem się dowiedzieć więcej o tym alchemiku i jego transmutacjach, musiałem się przemęczyć i rozszyfrować te zapiski. Zabrałem się więc do roboty. Nie zajęło mi zbyt długo rozszyfrowanie pierwszych sześciu rozdziałów. Przerwałem jak tylko zapisałem ostatnie zdanie dotyczące tego co właśnie przeczytałem. W pewnej chwili poczułem jak dziewczyna lekko trąca mnie w ramię.
– Cora? O czym myślisz? – uśmiechnęła się.
– Zastanawiam się nad tym, co tutaj jest napisane... – spojrzałem jej w oczy, po czym wróciłem wzrokiem na kartki. Dziewczyna zbliżyła się patrząc w kartki. Z zainteresowaniem przeglądała moje zapiski i objaśnienia tekstu. W pewnym momencie pewien wers przykuł jej uwagę na dłużej.
– Cora... Czemu tu jest tyle rzeczy o ludzkiej transmutacji? Mówiłeś chyba, że to niebezpieczne i zakazane... – wbiła we mnie swój wzrok.
– Bo tak jest, ale tutaj nie chodzi głównie o transmutację człowieka, ale bardziej o samą duszę i umysł. Poza tym pierwsze cztery rozdziały poświęcone są osobom, które jak ja otworzyły Bramę Prawdy... – spojrzałem w jej oczy i uśmiechnąłem się delikatnie – Tutaj może być odpowiedź jak odzyskać te wspomnienia, które wtedy utraciłaś!
Zamrugała kilka razy i mocno przegryzła wargę. Odwróciła wzrok.
– Wspomnienia... Tak? – powiedziała lekko rozkojarzona.
– Mhm... – przytuliłem ją widząc minę jaka wskoczyła na jej twarz. – Przepraszam, nie powinienem przywoływać wspomnień tamtego dnia...
– T-To nie twoja wina... Same i tak by wróciły... – położyła głowę na moim torsie.
– A jednak mam wrażenie, że tak by nie było... – przyłożyłem swoją głowę do je.
– Nie mów tak... Nie kłamię. – szepnęła, a jej dłonie zacisnęły się na moim torsie.
– Spokojnie... – uśmiechnąłem się do niej i delikatnie ująłem jej dłonie – W takim razie, co powiesz na ćwiczenia w terenie? Po drodze mogłabyś mi powiedzieć czy już przychodzi ci rozwiązanie tamtej zagadki.
– D-Dobrze... – szepnęła, po czym widocznie niechętnie się ode mnie odsunęła – Chodzi o... Em... – zająknęła się, po czym skrępowana spuściła głowę. – N-Nie mam pojęcia...
– Nie martw się, mnie zajęło to miesiąc zanim zrozumiałem o co w tym chodzi – uśmiechnąłem się do niej – Choć jeśli chcesz, mogę dać Ci kilka wskazówek.
– Proszę. – uśmiechnęła się.
– Dobrze... – zacząłem zbierać swoje rzeczy – Jesteśmy pojedynczymi częściami całości, a całość składa się z wielu takich części.
– Świat składa się z nas? Więc... My jesteśmy całym światem? – przekręciła nieco głowę. 
– Tak, dokładnie tak... To działa w kontekście każdej materii... – objąłem ją delikatnie – Jestem z ciebie dumny...
– Dziękuję... – szepnęła. Uśmiechnęła się i lekko zarumieniła.
– Nie masz za co... – zarumieniłem się lekko.
Wyszliśmy na zewnątrz. Tym razem przechodziliśmy przez park. Złapała mnie za rękę. Pogoda się ociepliła i już tak nie wiało. Idąc główną ścieżką usłyszeliśmy muzykę. Mel zaczęła nucić pod nosem w jej rytm.
– Miałbym do ciebie prośbę... – spojrzałem w jej stronę gdy dotarliśmy do źródła dźwięku jakim była pobliska knajpa.
– Tak? – spojrzała mi w oczy.
– Czy miałabyś ochotę zatańczyć? – spytałem uśmiechając się do niej i przy okazji czerwieniąc się.
Zamrugała kilka razy, czerwieniąc się mocno.
– C-Chętnie! – powiedziała, uśmiechając się szeroko. Przysunąłem się bliżej i objąłem ją w talii.

<Mel?>
Ilość słów: 1394

sobota, 24 lutego 2018

♥Od Melusine do Corazona♥

Nagle poczułam, jak miękkie usta dotykają moich warg. Lekko drżały, czułam lekki niepokój. Otworzyłam oczy. Policzki Corazona były pokryte różem, z kolei moje oblewała mocna czerwień. Czy... Czy on na prawdę mnie pocałował? Czy mi się to śni? Zwariowałam. Dopiero po chwili, zauważyłam jak oczy chłopaka się na mnie wpatrują, a ja z kolei teraz poczułam, jak cholernie mocno bije moje serce. Zająknęłam się, kiedy moje wargi wreszcie mogły zaczerpnąć świeżego powietrza. Napuszyłam lekko z zaskoczenia policzki, po czym odwróciłam wzrok. Dopiero po chwili uśmiechnęłam się i zaczęłam cicho śmiać. Podeszłam do niego, obejmując go.
-Dlaczego ty jesteś tak bardzo uroczy jak się czerwienisz...-szepnęłam po chwili, patrząc na niego z dołu.
-Za cholerę nie wiem... - powiedział, przykładając głowę do mojego czoła.
Moje poliki ponownie pokrył intensywny rumieniec. Teraz, chętnie bym nie opuszczała jego ramion. Były ciepłe, czułam się w nich bezpieczna. Położyłam dłonie na jego ramionach, po czym z uśmiechem stanęłam na paluszkach i delikatnie musnęłam jego policzek.
-To za to, że sprawiłeś, że te dwa ostatnie dni nie były tak smutne... Dziękuję ci bardzo...
-N-Nie ma za co...- strasznie się zaczerwienił -Poza tym, to ty mnie składałaś do kupy przez ostatnie dni...
-I mogę to robić dalej... Naprawdę. Słowa i czyny nie wyrażą, jak bardzo się cieszę, że jesteś obok mnie... Że mogę ci pomóc. Przecież to ty mnie ocaliłeś. Poświęciłeś tak wiele o moje bezcenne życie...-w moich oczach stanęły łzy, które po chwili popłynęły po moich policzkach.-Dziękuję ci, Corazon...
- Nie płacz...-złapał mnie w talii i lekko się cofnął wpatrując się ciągle w moje oczy -Proszę... Mogłabyś przestać mi dziękować? Chciałbym, żebyś patrzyła na mnie tak jak wcześniej, jak na Corazona, który co chwilę niszczy protezę... Który dostaje po pysku w bójkach... A nie jak na bohatera którym nie jestem... Proszę...
Spojrzałam mu w oczy, bardzo zaskoczona tym, co wydobyło się z jego ust. Jednak uśmiechnęłam się i zgodnie z jego prośbą chciałam dotrzymać obietnicy. Jednak głęboko w sercu nadal będę mu wdzięczna. Położyłam dłonie na jego policzkach, gładząc je lekko kciukami.
-Dobrze... Jednak wiedz, że będę o tym ciągle pamiętać. To będzie moja własna, prywatna tajemnica.-położyłam palec na ustach, po czym zachichotałam. Chłopak również się zaśmiał, po czym otarł mi ostatnią łzę z policzka.
- Zrobisz jak będziesz chciała.-przytulił się do mnie-Chciałbym móc cię jeszcze raz pocałować... - szepnął pod nosem.
-Myślę, że to mogę załatwić...-spojrzałam mu w oczy.
Chłopak przystawił swoje czoło do mojego, a ja się uśmiechnęłam. Stanęłam na paluszkach, po czym złączyłam ponownie nasze usta w delikatnym, a zarazem pełnym uczucia pocałunku. Położyłam swoje łapki na jego szyi. Moje serce biło jak oszalałe. Corazon objął mnie, przyciągając bliżej siebie. Oparliśmy się o ścianę, gdy nagle usłyszałam spadające z regału książki. Wzdrygnęłam, wyglądając zza blondyna. Stała tam jakaś mała dziewczynka, która chyba się zgubiła. Przegryzłam wargę i delikatnie uśmiechnęłam się do złotookiego, po czym opuściłam jego ramiona i podeszłam do dziecka.
-Co tam malutka? Zgubiłaś się?-zapytałam, układając książki na półkę.
Mała brunetka pokiwała główką, a ja się uśmiechnęłam do niej, podając jej dłoń.
-Jestem Mel, a ty?
-Mira.
Po chwili ujrzałam jakąś kobietę, która podbiegła do dziewczynki. Podziękowała mi, a potem odeszła. Uśmiechnęłam się, a potem spojrzałam z powrotem na Corazona. Siedział on spokojnie na krześle, przeglądając jakąś książkę. Podeszłam do niego, obejmując go lekko od tyłu.
-Co czytasz?-zapytałam z uroczym uśmiechem.
Jednak nie otrzymałam odpowiedzi. Chłopak spojrzał w moim kierunku i wstał. Pochwycił moją rękę, po czym wyszedł ze mną z miejskiej biblioteki. Z lekkim rumieńcem ruszyłam za nim, a dopiero po chwili wyrównałam z nim krok. Nadal go trzymałam za dłoń. Spojrzałam na to, co tak mi się wbiło do głowy i mocno się zarumieniłam. Chłopak wydawał się skupiony. W dłoni nadal miał otwartą książkę i czytał. Przegryzłam delikatnie wargę, po czym podsunęłam się bliżej niego i położyłam głowę na jego ramieniu. Zauważyłam, że złote oczy na mnie spoglądają, więc zabrałam głowę.
-P-Przepraszam...-szepnęłam, czerwieniąc się.
- Nie masz za co... Jeśli tak było tobie wygodnie to i mi też... - uśmiechnął się do mnie czule.
Ponownie położyłam głowę na jego ramieniu, uśmiechając się i tuląc wręcz do jego ramienia. Tak cudownie czułam się w jego otoczeniu. Biła od niego aura spokoju i dobroci. To właśnie spowodowało, że też tak bardzo chciałam być z nim blisko. Razem pokierowaliśmy się ku akademikom. 
---
Na miejscu, tuż przed rozejściem się, zatrzymałam chłopaka, poprzez złapanie jego ręki. Spojrzałam mu w oczy, delikatnie się uśmiechając. Zdjęłam rękawiczkę z jego ręki, a potem przyłożyłam swoją dłoń do metalicznej dłoni blondyna.
-Corazon... Spotkamy się jutro?-zapytałam z rumieńcem.
- O yass! - wyszczerzył się uradowany - Znaczy, jeśli tylko masz chęci i czas to bardzo chętnie.
-Chyba jak pytam, to mam chęć, nieprawda?-uśmiechnęłam się-Mam tylko do ciebie pytanie...-zaczerwieniłam się lekko.
- Tak? - zaczął pojawiać się rumieniec na jego policzkach
-C-Czy moglibyśmy zrobić wspólne zdjęcie?-odwróciłam wzrok, zaciskając delikatnie rączkę na metalowej protezie chłopaka.
-Jasne, nie ma sprawy...
-N-Naprawdę?-zapytała z niedowierzaniem, mocniej się czerwieniąc.
- A czemu nie? - uśmiechnął się do niej - Przecież dzisiaj walentynki!
Uśmiechnęłam się szeroko, po czym wyjęłam telefon. Pociągnęłam Corazona na miejsce, gdzie na ścianie widniała papierowa ozdoba w kształcie serca i kolorze czerwonym. Spojrzałam na niego, wystawiając rękę z telefonem do przodu. Przysunęłam swój policzek do policzka blondyna. Z uśmiechem zrobiłam nam jedno zdjęcie, a potem po prostu go pocałowałam, robiąc kolejną fotkę. Po tym, obejrzałam obie fotografie i szeroko się uśmiechnęłam.
-Dziękuję! Teraz będę wiedziała, kto do mnie dzwoni.-zażartowałam, pokazując mu zdjęcie, które zrobiliśmy jako pierwsze.
- Mogłabyś mi je przesłać? Też by się przydało do kontaktów...
Uśmiechnęłam się uroczo, po czym przesłałam mu oba zdjęcia. Spojrzałam mu w oczy i założyłam mu niesforną grzywkę za ucho.
-Kiedy możemy się jutro spotkać?-bawiłam się rękawem jego płaszcza.
-Dziś ja wybierałem, to może ty wybierz jutrzejszy czas?
-Jutro mamy wolne, więc może koło trzynastej? Przed akademikiem? Chciałabym, abyś pomógł mi z alchemią...-zarumieniłam się, przybliżając lekko do niego.
-Jasne, będę tam czekał. - również się przybliżył.
Spojrzałam mu w oczy. Moje serce zaczęło bić o wiele szybciej i głośniej. Miałam wrażenie, że zaraz wyskoczy mi z piersi. Złapałam obie dłonie blondyna i uśmiechnęłam się delikatnie do niego. Stanęłam na paluszkach, miziając swoim noskiem jego nos.
-Do jutra... Cora...-szepnęłam, patrząc mu w oczy.-I dziękuję ci jeszcze raz za dzisiaj...
- Do zobaczenia... Śpioszku... -przytulił mnie na pożegnanie.
Kiedy odchodził, zdjął swój płaszcz. Przegryzłam wargę i zacisnęłam mocno pięści. Po chwili, zdeterminowana ruszyłam do niego truchtem.
-Corazon!-krzyknęłam, a kiedy ten się odwrócił, wskoczyłam mu w ramiona i pocałowałam.
Objęłam mocno jego szyję, a jego dłonie oplotły się na mojej talii. Po chwili stanęłam na ziemi, jednak moje usta nie oderwały się od niego. Dopiero po dłuższym czasie odsunęłam lekko twarz, patrząc mu w oczy i mocno go przytulając. Chłopak mnie objął.
-T-To było... Niezwykłe. Dziękuję.
Uśmiechnęłam się, głaszcząc jego policzek. Przegryzłam niespokojnie wargę, po czym położyłam głowę na jego torsie, zamykając oczy. Jak pięknie biło jego serce. Lekko przyśpieszony rytm, który ukoił moje serce całkowicie. Po chwili popatrzyłam mu znowu w oczy.
-Będę tęsknić. Zrozumiałam dzisiaj jedno wiesz?-na mojej twarzy widniał delikatny uśmiech.
- Ja też. I chyba wiem co masz na myśli...
-Tak? To powiedz mi pierwszy...-uśmiechnęłam się uroczo, patrząc mu prosto w oczy.
Chłopak złapał mnie za obie dłonie, będąc bardzo czerwonym. Taki słodki...
-Bardzo mi zależy na tobie...-powiedział.
-Brawo. Myślimy o tym samym. Tylko brakuje mi tutaj jednej rzeczy...-szepnęła.
-Tutaj też powinienem wiedzieć co masz na myśli...
-A wiesz? Jak tak, to powiedz proszę...-uśmiechnęłam się znowu.
- Kocham cię. - odwzajemnił mi uśmiech.
-Tak, dokładnie! Kocham cię, Corazon.
Na moje policzki wstąpił ogromny rumieniec, a ja rzuciłam się ponownie na niego z pocałunkiem. Spojrzałam mu potem w oczy, głaszcząc jego policzek. Potem nadszedł czas naszego rozstania. Opuściłam ciepłe ramiona z żalem, trzymając w dłoni telefon. Ustawiłam sobie tapetę z blondynem oraz zdjęcie na jego numer kontaktowy. Moich policzków nigdy mocniej nie oblała czerwień. Wbiegłam do pokoju i z piskiem rzuciłam się na łóżko. Byłam cholernie szczęśliwa! Złapałam swoje policzki, a wtedy na łóżko wskoczył Baza. Przytuliłam mocno psa, nadal piszcząc ze szczęścia. Kiedy nieco się uspokoiłam, wykąpałam się, przebrałam i położyłam na łóżku. W dłoni trzymałam telefon, patrząc na zdjęcie moje i Corazona. Było piękne. Wiedziałam, że będzie dla mnie ważne, jak on sam. Z rumieńcem odłożyłam komórkę i prawie od razu zasnęłam z myślą, że jutro znowu ujrzę mojego bohatera...
<Corazon?>
Ilość słów: 1376

♥Od Corazona do Melusine♥

Wstałem wcześniej od Mel. Blondynka dalej spała mocno wtulona w moją pierś. Trzymała się mnie kurczowo jakbym miał zaraz gdzieś zniknąć. Zerknąłem na zegarek wiszący na ścianie. Wskazówki pokazywały godzinę piątą. Poćwiczyć mogłem zawsze później, a tak to bym ją jeszcze obudził. Miała kiepską noc i na razie lepiej niech sobie dalej śpi. Leżałem i rozmyślałem nad tym co się stało wczoraj. Wciąż nie mogę uwierzyć, że ją znowu spotkałem. A tym bardziej w to, że wszystko się tak dobrze ułożyło. No prawie, Mel dalej ma braki w pamięci i moja w tym głowa żeby coś na to poradzić. Leżałem i rozmyślałem nad tym do około 6:30. Postanowiłem wstać i zrobić nam kawę na rozbudzenie. Zdjąłem rękę z dziewczyny i ruszyłem się lekko. Poczułem jak zaciska uścisk i wzdycha głęboko.
– N-Nie... I-Idź... – szepnęła. Uśmiechnąłem się do niej.
– Nie martw się, idę tylko kawę zrobić. – rzekłem i ściągnąłem z siebie kołdrę.
– T-to miejsce jest straszne... Boję się... – mówiła dalej lekko niewyraźnie. Kompletnie nie rozumiałem o co jej chodziło. Boi się, we własnym pokoju? – Ściany... One... – zaczęła się krzywić. Czyżby mówiła przez sen? Chyba tak.
– Spokojnie Mel, to tylko zły sen. Jestem tutaj. – potrząsnąłem nią delikatnie – Hej, budzimy się...
Dziewczyna w końcu otworzyła oczy.
– Cora... Coś się stało? – spytała ziewając przeciągle.
– Nic, nic. Pora do wstawać do szkoły. – wstałem i przeciągnąłem się. – Też chcesz kawę, śpioszku?
– T-tak poproszę... – zaczerwieniła się lekko – Śpioszku?
– Tak jakoś mi się powiedziało... – na moją twarz też wskoczył delikatny rumieniec i z lekkim zakłopotaniem rzuciłem – To ja może wodę wstawię.
Jak powiedziałem, tak zrobiłem. Blondynka tymczasem poszła się ogarnąć do łazienki. Pięć minut później dwa kubki z parującą kawą stały na stoliku. Mel dalej siedziała w łazience, więc równie dobrze mogłem teraz odbębnić dzisiejsze ćwiczenia. Wstawiłem stopy pod łóżko i zacząłem robić brzuszki połączone z one-two. Po dziesięciu seriach po trzydzieści brzuszków przyszedł czas na pompki. W połowie ćwiczeń poczułem na sobie czyjś wzrok. Przerwałem i obejrzałem się za siebie. Oczywiście kto inny mógłby tam być jak nie Melusine. Nawet nie zauważyłem kiedy wyszła.
– Codziennie tak ćwiczysz? – spytała sącząc kawę.
– Mhm... – odparłem z wysiłkiem kończąc ostatnią serię – Właśnie, mam do ciebie ważne pytanie.
– T-tak? – zaczerwieniła się mocno i spojrzała mi w oczy.
– Więc... No, znasz już prawdę... I czy chciałabyś żebym dalej cię uczył alchemii? – zapytałem lekko poważniejąc. Cholera, oby chciała. Zawsze to był jakiś kolejny dobry pretekst żeby z nią spędzać więcej czasu. Spojrzałem w jej oczy. Miała piekielnie piękne oczęta.
– Oczywiście! – uśmiechnęła się szeroko. – Historia to jedno, a nauka to drugie. Nie mam ci niczego za złe!
– Cieszę się. – wytarłem pot z czoła w koszulkę i sięgnąłem po kubek z kawą. – W takim razie co powiesz na to żeby dziś po lekcjach się spotkać i trochę poćwiczyć?
– Pewnie! – odpowiedziała bez wahania – O której dzisiaj kończysz?
– Około trzynastej, ale jeszcze klub bokserski więc pewnie coś po piętnastej będę wolny. – odparłem zamyślony. Wziąłem kolejny łyk kawy i odchyliłem się do tyłu patrząc w sufit. Czy jej oczy zawsze takie były? Mam wrażenie jakby coś się w nich zmieniło. A może to sposób w jaki patrzy. W każdym razie dodawało jej to uroku. Wypadałoby jeszcze raz spędzić z nią walentynki, bo wczoraj niezbyt się udały. Może by tak spacer wieczorkiem po plaży? Albo w ogóle wieczorny spacer przy świetle gwiazd. Spojrzałem na nią. Patrzyła na mnie wyczekująco.
– W-wybacz, zamyśliłem się... Mogłabyś powtórzyć? – uśmiechnąłem się przepraszająco.
– Zapytałam, gdzie chcesz się spotkać... – uśmiechnęła się. – A swoją drogą, nad czym tak myślałeś?
– Może przed halą i stamtąd prosto do biblioteki? Nad niczym czym się musiałabyś się przejmować... – dopiłem resztkę z kubka i rozłożyłem się na krześle.
– Mhm, chętnie! – powiedziała uradowana. Chwilę później zgarnąłem swoje rzeczy i pożegnałem się z Mel. Poszedłem do siebie na szybko się ogarnąć zanim zaczną się lekcje.
***
Moja ostatnia walka zaczęła się przeciągać. Mimo tego, że to tylko sparing postanowiliśmy urządzić go tak jak normalną walkę. Bez ochraniaczy i pełny wymiar czasowy. Właśnie skończyła się nasza przedostatnia runda. Zerknąłem na zegar. Kuźwa, już 15:20. Jestem spóźniony. No nic, ale nie mogę przerwać tej walki. W końcu ostatnie trzy minuty zostały. Rozbrzmiał gong i obaj wytoczyliśmy się z narożników. W tym momencie drzwi hali otworzyły się. Nie wiem co mnie podkusiło żeby zerknąć kątem oka kto to był. Było to głupie, bo sekundę później oberwałem potężnym hakiem w skroń. Od razu się zatoczyłem, a lewą stronę mojego pola widzenia zalała czerwona zasłona. Pięknie, już po łuku brwiowym. Za plecami usłyszałem krzyk.
– C-Corazon! – pisnęła i wbiegła na ring. – Boże, twoja skroń! C-Czekaj, pomogę! – była spanikowana. Matteo przerwał na chwilę walkę.
– Spokojnie nic mi nie jest... – wysapałem z trudem. Nie martwiłem się, w końcu używaliśmy lekkich, cztero-uncjowych rękawic. – Matteo... Wznawiamy... – włożyłem z powrotem do ust ochraniacz na zęby. Chłopak z obojętną miną prychnął i pomógł Mel zejść z ringu. Westchnąłem. Wracają dawne czasy. Aż mi się przypomniała walka o pas. A się zapuściłem... Dawniej nie dałbym się tak sponiewierać. W końcu ruszył się. Nie wiem czemu, ale mając świadomość obecności Mel za plecami dodała mi nowych sił. Zacisnąłem gardę, specjalnie zostawiając lekko odsłoniętą głowę z lewej strony. Nie musiałem czekać, od razu połknął haczyk. Wyprowadził długiego sierpowego. Kucnąłem i zrobiłem wyskok do przodu wkładając całą siłę nóg w ten potężny podbródkowy. Przeciwnika aż wyrwało w powietrze. Taak... Ciało dalej pamięta jak się wyprowadzało cios gazeli. Powoli zszedłem na podłogę hali.
– Wybacz, że tyle czekałaś. – uśmiechnąłem się krzywo.
– Nie martw się... To nic wielkiego... – uśmiechnęła się delikatnie – Cały jesteś?
– Spokojnie, to tylko kilka siniaków. No i jeszcze to... – wskazałem na rozciętą brew – Możesz jeszcze chwilkę zaczekać? Muszę skoczyć pod prysznic...
– Oczywiście, nie martw się...
Po dwudziestu minutach przyjemnego polewania się wrzątkiem wyszedłem. Blondynka czekała na mnie na ławce obok męskiej szatni.
– To teraz do miejskiej biblioteki? – spytałem idąc dziarskim krokiem w jej kierunku.
– Najpierw trzeba się zająć twoimi ranami... – podeszła do mnie i delikatnie odkleiła plastry z mojej twarzy. Przyłożyła tam dłonie i od razu poczułem jak ból ustaje, a rany się goją.
– Chyba nigdy mnie to nie przestanie zaskakiwać... – przytuliłem ją w podzięce.
***
W miejskiej bibliotece szybko znaleźliśmy dział o alchemii i zaczęliśmy szperać w poszukiwaniu odpowiednich tytułów. Wystarczyłoby znaleźć tylko kilka książek, żeby zacząć naukę. Interesowały mnie w szczególności podstawy alchemii Marco i zasady kręgów Soyghi. Staliśmy obok siebie i przeglądaliśmy książki, które zainteresowały nas po drodze.
– Hej, Corazon... Tak sobie pomyślałam... Dlaczego akurat boks? – oderwała się od lektury i spojrzała mi w oczy – Przecież, jest tyle bezpieczniejszych sportów... Więc dlaczego?
– Pamiętasz ten wieczór w zaułku? – spytałem uśmiechając się lekko.
– N-no tak...
– No właśnie dlatego boks. Od zawsze chciałem się nauczyć walczyć żeby móc obronić wszystko co dla mnie ważne. Poza tym, chcę być wystarczająco silny, żeby móc cię obronić... Zawsze... – na moją twarz wskoczył delikatny rumieniec.
– Dziękuję ci Corazon... – zaczerwieniła się jeszcze bardziej niż ja.
Wpatrywałem się w nią. Była taka urocza. I te oczy. Mogłem na nie patrzeć godzinami i dalej bym nie miał dość.
– Rano spytałaś się mnie nad czym tak rozmyślałem... – uśmiechnąłem się – Dalej chcesz wiedzieć co mi po głowie chodziło?
– Oczywiście, że tak.
– Rozmyślałem o tym, że skoro walentynki nie wypaliły... To może zgodziłabyś się na spacer w świetle gwiazd? – serce waliło mi jak nigdy. Było jeszcze gorzej niż wczoraj podczas wspominania o tamtej historii.
– Bardzo chętnie... – uśmiechnęła się delikatnie. Miała przepiękny uśmiech. A chuj, co mi tam. Raz już boga spotkałem, to najwyżej drugi raz się z nim zobaczę.
– A i jeszcze nad tym myślałem... – miałem wrażenie, że łomot mojego serca było słychać na drugim końcu sali – Mel... Mogłabyś zamknąć oczy?
– Co? Dlaczego? – dopytywała się.
– Po prostu zaufaj mi... – czułem jak stres zaciska mi krtań.
– D-dobrze... – zamknęła oczy rumieniąc się przy tym. Teraz albo nigdy. Powoli zbliżyłem swoją twarz do jej i pocałowałem ją. Miała takie delikatne usta. Zamknąłem oczy. Była to tylko chwila. Ale za to jaka przyjemna. Jak to powiedział Faust? "Trwaj chwilo, o chwilo, jesteś piękną!" Jednak może nie do końca trwaj, bo gdy otworzyłem oczy napotkałem spojrzenie Mel...

<następne opowiadanie>
<Mel, co ty na to?>
Ilość słów: 1411

niedziela, 18 lutego 2018

♥Od Melusine do Corazona♥

-C-Corazon...-szepnęłam, a dłonie mi bezwładnie opadły.
Jak to? On? Nie możliwe. Nie wierzę. Dlaczego. Kiedy ruszył w kierunku wyjścia, chwilę wpatrywałam się w niego z przerażeniem. Dopiero po chwili zabrałam swoje rzeczy i prezenty od niego i ruszyłam za nim. Nie mogłam pozwolić mu tak odejść. Nie potrafiłabym.
-CORAZON!-krzyknęłam bardzo głośno.
Blondyn się do mnie odwrócił, a ja się do niego przytuliłam. Moje oczy były pełne łez, które nie były wywołane nienawiścią. Nie... One były wywołane dozgonną wdzięcznością. Ocalił moje bezwartościowe życie, a ja... Co ja mogłam zrobić, aby móc się odwdzięczyć... Nic. Nic nie miało równo wartej wartości.
-Dziękuję ci... Tak okropnie dziękuję... Uratowałeś mnie po raz kolejny. Nie mogłabym być na ciebie zła za to, że ocaliłeś mnie. Jesteś moim bohaterem... Na zawsze nim będziesz... -wydukałam.
-To ja powinienem ci podziękować... - wtulił się we mnie.
-Nie musisz... To ty uratowałeś mi życie, a nie ja tobie... Zasługujesz na tytuł bohatera. Złamałeś dla mnie zasadę, ratowałeś mnie, pomagasz mi i zawsze chcesz mnie uszczęśliwić... Dziękuję.-moje policzki oraz oczy były całe we łzach, których nie kryłam.
Chłopak zaniemówił. Jednak nadal mnie mocno obejmował, co wyłącznie mnie uszczęśliwiało. Było to dla mnie ważne... Aby mój bohater nigdy nie zniknął z mojego życia. Kiedy chciałam go puścić, nie mogłam, gdyż chłopak nie spuścił uścisku.
-Nie puszczaj mnie, proszę... - wyszeptał, przytulając mnie mocniej.
-Dobrze...-uśmiechnęłam się przez łzy i ucałowałam lekko jego policzek.
Cholernie mocno nie chciałam już nigdy opuszczać jego ramion, tego ciepła jakim mnie w tej chwili darzył. Jak można przywiązać się do kogoś, kogo znasz tak krótko? Można, tym bardziej, że ten ktoś dwa razy ocalił już twoje życie. Czułam, jak szybko bije moje serce. Otworzyłam na moment oczy pełne łez. Zauważyłam, że Corazon odchylił głowę i popatrzył mi w oczy. Jego usta delikatnie dotknęły mojego czoła, a potem dłonią starł łzę, która spływała po moim policzku.
-Masz ochotę jeszcze się gdzieś przejść?-zapytał, uśmiechając się i patrząc bez przerwy w moje oczy.
Uśmiechnęłam się delikatnie. Miał takie ładne, złote oczy. Szkoda było odrywać wzrok... Palcami delikatnie bawiłam się jego włosami związanymi w kucyka. Cicho wdychając, starałam się uspokoić swoje drżące ciało.
-Nie, możemy już wrócić. Opowiesz mi więcej o tym, co się stało w fabryce, dobrze?-zapytałam, nie chcąc się odsuwać.
-Dobrze - westchnął ciężko - Ale uprzedzam, niektóre fragmenty mogą być naprawdę nieprzyjemne...
-Nie martw się. Chcę poznać prawdę... Nie mogę już żyć w kłamstwie.-szepnęłam, patrząc mu nadal w oczy.
-Jeśli tak uważasz...-zawahał się widocznie.-W takim razie wracajmy.
Uśmiechnęłam się i złapałam go za jego rękę, która była protezą. Delikatnie pociągnęłam go w kierunku akademików. Po chwili dorównał mi kroku. Westchnęłam, ale na samą myśl o czym będziemy rozmawiać, nie mogłam się uśmiechnąć. Właśnie miałam się dowiedzieć, dlaczego straciłam część swojej pamięci. Z jednej strony tego chciałam, a z drugiej bardzo się bałam. Jednak byłam pewna jednego. Corazon nigdy mnie nie zostawi. Wolną dłonią dotknęłam naszyjnika, który od niego dostałam. Weszliśmy do mojego pokoju. Wiedziałem, że Remilii ma nie być, bo jej klasa miała jakąś wycieczkę. Zamknęłam za nami drzwi i cicho wzdychając, usiadłam na łóżku, a chłopak usiadł obok.
-T-To... Słucham. Tylko ze szczegółami. Może odzyskam choć fragment pamięci...-szepnęłam i zacisnęłam swoje drżące dłonie.
- Huh... - nabrał tchu i zaczął opowieść - Był to bezchmurny wieczór. Tę fabrykę upatrzyłem sobie dużo wcześniej jako poligon i plac zabaw. Zazwyczaj robiłem tam niewielkie transmutacje, ale tym razem było inaczej. Kilka dni wcześniej znalazłem dziennik taty z przeróżnymi kręgami i notatkami alchemicznymi. Znalazłem w nim opis kręgu do transmutacji człowieka. To mi podsunęło myśl, że może udałoby się przywrócić mamę...- przerwał na chwilę.- Wtedy to zacząłem ćwiczyć moją moc. Szło coraz lepiej. Jednak tamtego dnia, coś poszło nie tak. Straciłem panowanie nad materią i doszło do niekontrolowanego rozpadu. Kiedy wschodnia część budynku zaczynała się walić, usłyszałem krzyk. To byłaś ty. Zamarłem widząc sposób w jaki twoje ciało było ułożone. Powykręcane, kark przygnieciony był przez belkę. W okół ciebie szybko rosła kałuża krwi. Podbiegłem do ciebie, znaczy twojego ciała wtedy, żeby sprawdzić czy żyjesz. To jakimś cudem jeszcze walczyło. Serce nie chciało się poddać. Użyłem alchemii dość pośpiesznie żeby cie wyciągnąć. Śpieszyłem się, nie wiedziałem czy jeszcze żyjesz, ale musiałem spróbować. Wziąłem kawałek metalu leżący obok i rozciąłem sobie rękę. Krwią nakreśliłem krąg i użyłem mocy. Nie wiedziałem dlaczego, ale świat w okół mnie się zatrzymał. Zewsząd zaczęły wyskakiwać czarne łapki. Czułem jak rozkładają na pojedyncze cząsteczki. Kiedy znowu pojaśniało, znalazłem się przed bramą i bogiem. W zamian za wyleczenie ciebie i zwrócenie ci duszy odebrał mi rękę i możliwość korzystania z kręgów. Później wrota bramy się otworzyły i ukazały mi prawdę. Potem znalazłem się obok ciebie. Czas znów zaczął płynąć, tak jak moja krew. Nie zwracałem uwagi na to, zwłaszcza przy fakcie kiedy otworzyłaś oczy. Chwile później zemdlałem i obudziłem się w szpitalu. Jak się dowiedziałem, znalazła nas babcia Yuno.
W moich oczach rozbłysły łzy. To była historia, jakiej nigdy bym się nie spodziewała. Po chwili krople spłynęły po moich policzkach, a ja ponownie przytuliłam się do chłopaka. Serce biło mi tak cholernie szybko...
-Dziękuję ci!-wykrzyknęłam, zalewając się łzami i coraz mocniej wtulając się w jego tors.
-Już, już... Spokojnie - objął mnie, a dłoń umieścił na mojej głowie.
-Bez ciebie bym zginęła... Nie mogłabym pomóc babci... Nie mogłabym zrobić nic, co tak bardzo kocham...-szepnęłam, a potem się odsunęłam.-P-Przepraszam, to chwila załamania.
Wstałam, a potem wzięłam swoją pidżamę. Poprosiłam, aby poczekał na mnie. Zgodził się, więc sama wkroczyłam do łazienki, gdzie wzięłam szybki, ale odprężający prysznic. Westchnęłam, kiedy ocierałam włosy oraz swój kark. Ubrałam moją białą koszulkę nocną, sięgającą do połowy ud. Włosy związałam w wysoki kucyk, a potem wyszłam z toalety. Widząc, że Corazon chyba zaczął czytać, uśmiechnęłam się delikatnie. Wzięłam koc z łóżka, a potem podeszłam do niego, narzucając mu kocyk na plecy. Na jego policzku złożyłam delikatny pocałunek.
-Zostań dzisiaj ze mną... Boję się i wiem, że będę miała koszmar...-szepnęłam bardzo cicho, wtulając twarz w jego szyję i ramię.
-Spokojnie, nie opuszczę cię. - pogłaskał mnie po głowie.
-Bardzo ci dziękuję, Corazon.-powiedziałam, odsuwając się niechętnie.-Jak będziesz też chciał odpocząć, nie krępuj się i możesz położyć się obok.-szepnęłam.
-Nie ma sprawy. - powiedział, przeciągając się lekko.
Usiadłam wygodnie na łóżku, a potem się położyłam, zakrywając się cała pościelą. Cicho westchnęłam, zamykając oczy. Czułam niedaleko obecność blondyna, co mnie lekko uspokajało. Zacisnęłam mocno dłonie na pościeli, starając się usnąć. Po chwili mi się udało. Jednak właśnie wtedy ujrzałam ten wypadek, przez który straciłam pamięć. Wszystko zaczynało się tak samo. Jednak Corazon nie ruszał się. Posunęłam się do niego, chcąc go obudzić, gdy dotknęłam jego ciała, fabryka zawaliła się na nas. Otworzyłam oczy i przerażona się podniosłam do siadu. Cała drżąc, popatrzyłam na chłopaka, który też popatrzył na mnie.
Uśmiechnął się, a potem przeniósł się na łóżko, kładąc się obok mnie. Od razu się w niego wtuliłam, a po moim policzku spłynęło kilka ostatnich łez, wywołanych tym złym snem. To było straszne... Nie chcę go więcej widzieć. Nigdy! Zamknęłam oczy, czując i słysząc oddech oraz bicie serca blondyna. Nie wiem dlaczego, ale teraz czułam się lepiej... O wiele lepiej...

<Corazon?>
Ilość słów: 1169