Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aoi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aoi. Pokaż wszystkie posty

sobota, 2 czerwca 2018

Od Aoi do Dazai'a

Jedyne, o co nie musiałem się martwić w całym swoim życiu, to pieniądze. Ich akurat zawsze miałem pod dostatkiem. Nawet teraz ojciec, wysyłając mnie do szkoły, zaopatrzył mnie we własną kartę kredytową, na którą co miesiąc przychodził przelew na niebotyczne sumy. Sam opłacałem akademik, szkołę i swoje utrzymanie, ale pieniędzy zostawało jeszcze trzy razy tyle. Rodzina chciała być pewna, że nie będę jej zawracał głowy.
Jednakże doceniałem gest Dazai'a, który zabrał się za przygotowywanie, ku mej uciesze, w pełni wegetariańskiego posiłku. Ja w tym czasie zajmowałem się Jisatsu, która po przebraniu została pod opieką Nene. Nie mam pojęcia, jak to się działo, ale gdy klacz dostawała w swoje kopyta małą, ona automatycznie przestawała płakać.
– Tak mi się właśnie przypomniało – zaczął Dazai, a ja przestałem się na niego gapić. - Życiowa porada, którą na swój sposób wbito mi niegdyś do głowy... Nie ufaj nikomu. Wtedy ból po stracie, zmniejszy się do minimum. – Chłopak nie był w pełni skupiony na pomidorze, który kroił, co poskutkowało przecięciem sobie palca. Przeklął i włożył dłoń pod zimną wodą, po czym dodał ciszej. – Zapamiętaj to sobie lepiej do końca życia...
Pokręciłem głową, wstając z łóżka i podszedłem do Dazai'a.
– Nie chcę być samotny, nawet jeśli wiąże się to z bólem po stracie bliskiej osoby. Zresztą nawet po śmierci ta osoba będzie przy mnie, w moim sercu – stwierdziłem i niepewnie wyciągnąłem rękę po jego dłoń. – Mogę? – spytałem, wskazując głową na jego palec. Zranił się, robiąc obiad dla nas, więc czułbym się źle, nie pomagając mu.
Dazai podał mi dłoń, którą chwyciłem w swoją. Zamknąłem oczy, skupiając się na wodzie, a gdy ponownie je otworzyłem, po rance nie było żadnego śladu.
– Cóż... Twój wybór, twoja strata... – powiedział, przyglądając się zaciekawiony swojej dłoni, po czym wrócił do gotowania.
Ja natomiast wyjąłem z szafki naczynie i nakryłem biurko, gdyż w naszym pokoju nie pomyśleli, by do mini kuchni dodać jakiś stół. Ale chociaż była wanna...
Usiadłem na łóżku, nie wiedząc co z sobą zrobić i znowu zacząłem się gapić na Dazai'a, nie mając lepszego zajęcia. Lubiłem obserwować ludzi, a że chłopak był dla mnie nadal pełen tajemnic, powodowało, że stawało to się dziesięć razy ciekawsze.
Chciałem zacząć rozmowę, jednak zatrzymał mnie dźwięk przychodzącego MMS-a. Sięgnąłem po telefon i zamarłem, otwierając załącznik.
Nieprawdopodobnie wysoki i małomęski pisk wydobył się z mojego gardła, gdy wśród podziału ról do szkolnego musicalu "Romeo i Julia" zobaczyłem swoje nazwisko przy imieniu Romea.
– Dazai, widzisz to! Dostałem rolę! – zaśmiałem się i rzuciłem się na niego, przytulając go mocno. Po chwili odsunąłem się od niego, śmiejąc się wniebogłosy i skakałem wokół niego, wyciągając przed siebie telefon ze zdjęciem. – Zagram tytułową rolę w musicalu! Będę Romeo! Aaaaa! – piszczałem, trzymając jego ramiona, skacząc przy tym, jak małe dziecko. – Dazai! A co jak zapomnę roli?! Albo będę fałszować?! A nie! Jestem syreną, więc fałszować nie będę! Ale co jak innym się nie spodoba?! Co jak mnie wyśmieją?!
Usiadłem na ziemi i zacząłem ryczeć, waląc głową w szafkę. To była zbyt emocjonalna sytuacja...
– Nie uda mi się! Będę pośmiewiskiem! Dazaaaaaiiiii – zawodziłem, dalej uderzając czołem o drewnianą powłokę. – Nie przyjmę roli, bo na pewno coś zepsuję! Ale ja chcę w tym zagrać! Dobrze śpiewam!

< Dazai? XD Nie wiem co tutaj się stało >
Ilość słów: 540

piątek, 25 maja 2018

Od Aoi do Dazai

Uśmiechnąłem się sam do siebie. Jednak chociaż raz szczęście się do mnie uśmiechnęło i dane było mi poznać tak wspaniałą osób, jaką jest Dazai. I hej! W końcu miałem swojego pierwszego przyjaciela! Do tego najlepszego! Sam ten fakt uwalniał wszelkie pokłady euforii w moim umyśle, powodując, że uśmiech na mojej twarz stał się jeszcze szerszy.
Jedno jednak było pewne: jestem hipokrytą. Chociaż jeśli ma to się przyczynić do pomocy Dazai, to nie chciałem tego zmieniać.
– Dobrze mniemasz – odpowiedziałem lekko i wstałem w końcu z ziemi. – Daj mi piętnaście minut.
– Dziewięćset, osiemset dziewięćdziesiąt dziewięć, osiemset dziewięćdziesiąt osiem...
Potrząsnąłem głową, słysząc, jak chłopak odlicza sekundy, które mi pozostały. Chwyciłem ciuchy i pognałem do łazienki, wołając Nene. Wolałem nie zostawiać jej samej z Dazai. Klacz niechętnie poczłapała do mnie, rzucając tęskne spojrzenia w stronę Jisatsu.
Wziąłem szybki prysznic i ubrałem na siebie jeansy oraz normalną białą koszulę, której rękawy podwinąłem do łokcia. Rozczesałem włosy i spojrzałem na swoje odbicie w lustrze, chyba pierwszy raz z prawdziwym uśmiechem. Zdecydowanie ta rozmowa mi pomogła. Zacząłem czuć, że muszę coś w sobie zmienić. Odciąć się od przeszłości i żyć pełnią życia. Choćby tylko dlatego by Dazai był szczęśliwy z powodu mojej zmiany.
Z szerokim uśmiechem wróciłem do pokoju i pomogłem dopakować rzeczy Jisatsu do wózka. W końcu nie możemy zostawić dziecka samego na cały dzień w akademiku. Na sam koniec wsadziłem do kieszonki trzy pieluchy na zmianę i byliśmy gotowi do wyjścia.
– Nene chodź – zawołałem klacz, na co Dazai rozdziawił buzię.
– Nie ma mowy! Nie będę niańczył jeszcze tej pokraki!
Nene na niego prychnęła i zmniejszyła się do rozmiaru oposa, kładąc się przy naszej córeczce.
– Ona będzie niańczyła Jisatsu – odpowiedziałem, wskazując na klacz, która przytulała się do dziecka.
– Ale ty ją przewijasz! – Dazai dał za wygraną i razem opuściliśmy akademik.
Dochodziła dopiero dziewiąta, a ulice miasta były już zatłoczone. Z wózkiem ciężko było nam wejść w węższe przejścia, jednak trochę błądząc, udało nam się trafić pod Biedronkę. Tym razem nie zrobiłem z siebie pośmiewiska i wszedłem przez ruchome drzwi jak cywilizowany człowiek... a raczej syren.
– A gdzie formułka? – zapytał słodko, za co dostał kuksańca w bok.
Od razu dziwnym trafem wylądowaliśmy w dziale ze słodyczami. Patrzyłem jak zaczarowany na kolorowe opakowania wypełnione tęczowymi cukierkami. Pod wodą były tylko dwa rodzaje wodorostów, które zwano również cukrowymi. Jednak po osiemnastu latach się mi przejadły. O wiele lepiej prezentowały się tajemniczo brzmiące ,,krówki" czy ,,żelki". Tak naprawdę stąd kojarzyłem jedynie czekoladę, która okazjonalnie była importowana z lądu.
Po długim zastanowieniu, podczas którego Dazai zaczął się niecierpliwić, wybrałem najbardziej tęczowe słodycze jakie zobaczyłem. Po jednym opakowaniu pianek, jakiś dziwnych długich i płaskich żelków oraz zwykłych szklanych cukierków. Dazai spojrzał na mój wybór na tle jego ,,popcornu" i pokręcił głową, mrucząc pod nosem ciche ,,wiedziałem". Na sam koniec do wózka trafiły moje wodorosty i maliny, które szczególnie mi zasmakowały oraz, co przyjąłem ze wzdrygnięciem, mrożony krab dla Dazai.
Na szczęście zakupów nie było zbyt dużo, więc wszystkie zmieściły się w dolnym koszyczku wózka Jisatsu. Nie chcąc wracać jeszcze do akademika zdecydowaliśmy się na spacer po pobliskim parku. W końcu pogoda dopisywała, a integracja z przyrodą zawsze była dobrym pomysłem.
– Co to? – spytałem, wskazując głową w kierunku prostopadłościanu z tęczą wymalowaną na boku, która szczególnie przyciągnęła moją uwagę.
– Tęcza... typowe – parsknął i pokręcił głową. – Założę się, że tego pod wodą nie macie.
I poszedł. Tak po prostu zostawił mnie z wózkiem na środku deptaka. Spojrzałem na Jistatsu, która obudziła się już jakąś godzinę temu, jednak Nene wspaniale spełniała się w roli niańki. Aktualnie mała śliniła ogon klaczy, która na to jej pozwalała bez najmniejszego sprzeciwu, a gdy ktoś chciał to przerwać, syczała na niego.
– Bierz zanim roztopi się mój punkt zaskoczenia. – Usłyszałem za sobą głos Dazai. Obróciłem się w jego stronę, biorąc jeden z rożków z zieloną kulką. – Nawet mieli wodorostowe lody.
Spojrzałem na jedzenie, nie bardzo wiedząc, co z nim zrobić, gdyż rzeczywiście nie mieliśmy tego pod wodą. Dazai westchnął teatralnie i po prostu polizał swoją kulkę. Zrobiłem to samo i po prostu mnie zatkało.
– O święty śledziu... to jest pyszne! – jęknąłem, pochłaniając swoją porcję. Nigdy w życiu nie jadłem czegoś tak dobrego.
Gdy skończyłem jeść, chciałem wręcz wylizać swoje palce, jednak nie wychowałem się w chlewie, a w pałacu, więc kulturalnie wyrzuciłem papierek do pobliskiego śmietnika. Z uśmiechem odwróciłem się do Dazai, chcąc mu podziękować, jednak zauważyłem, że ubrudził się swoim czekoladowym lodem na twarzy.
– Masz tutaj brudne. – Wskazałem palcem na swoim poliku, jednak Dazai wytarł się w kompletnie innym miejscu.
– Tu? – Westchnąłem.
– Daj – mruknąłem i chwyciłem za chusteczkę. Nachyliłem się nad nim, ścierając małą kropkę z uśmiechem. Na chwilę wyłapałem jego spojrzenie i poczułem się jak we właściwym miejscu. Oczywiście, ta chwila musiała zostać zniszczona przez starszą panią, która spojrzała na nas z nienawiścią.
– Pedały – warknęła, a mnie wmurowało. Przecież my tylko... My NIC nie zrobiliśmy. Spojrzałem zszokowany na Dazai, który powiedział...
< Dazai? >
Ilość słów: 834

czwartek, 24 maja 2018

Od Aoi do Dazai

Gdy Dazai przewrócił się na mnie, momentalnie się rozbudziłem. Chłopak leżał na mnie, a nasze ciała stykały się niemal na całej powierzchni. Nie wiedzieć czemu po moim kręgosłupie przebiegł dziwny dreszcz, który zniknął równie szybko, jak się pojawił. Zapatrzyłem się na twarz Dazai, a konkretnie na jedno kasztanowate oko, które było wpatrzone we mnie.
Nawet nie zauważyłem, że przez ten cały czas wstrzymywałem oddech, dopóki chłopak nie odskoczył ode mnie jak oparzony. Dopiero wtedy odetchnąłem głęboko, przecierając dłonią twarz.
– Wypatroszę, zamorduję... – warknął wściekły, przeklinając zapewne Nene, o która musiał się potknąć. – Nienawidzę bliskości... Podobnie jak dotyku... – wysyczał cichutko, jednak nie bez powodu byłem dobrym słuchaczem. W każdym tego słowa znaczeniu.
Odwróciłem się w jego kierunku, opierając głowę na łokciu.
– Każdy potrzebuje chociaż grama bliskości – stwierdziłem, uśmiechając się do niego leniwie.
– Wrzucasz wszystkich do jednego, przepełnionego przyjaźnią, tęczą i miłością worka – odpowiedział, a ja się zaśmiałem. Padłem z powrotem płasko na łóżko, obserwując chłopaka jedynie kątem oka.
– Może i tak – przyznałem mu rację – ale i tak ja wiem, że ty wiesz, że mówię prawdę. Życie jest bezbarwne bez TEJ osoby.
– Nie potrzebne mi to do życia. Wolę widzieć biel i czerń po sam kres, niż zwalać się na łeb jakiejś osobie – zadeklarował z kamienną twarzą, a ja odwróciłem się na brzuch, opierając głowę na dłoniach i posłałem mu wesoły uśmiech.
– Nie wiedziałem, że z ciebie taki altruista – zaśmiałem się, po czym dodałem pewniej. – Kiedyś zmienisz zdanie. Nie masz na to wpływu.
– Jasne i będę biegał wesoło po łące ze swoją rodzinką. Nie wiem jak ty, ale ja nie widzę siebie w takiej roli. Znając mnie, podobnych momentów nawet nie dożyję – mruknął ponuro.
Westchnąłem, siadając na łóżku. Chwyciłem delikatnie jego ramię, nachylając się nad nim.
– Dazai nie możesz tak się nastawiać w stosunku do samobójstwa. Nie tak jakby to było coś zwyczajnego. – Pokręciłem głową. – Musisz przestać myśleć o tym jak odejść z tego świata, a zacząć myśleć dlaczego powinieneś na nim zostać. Rozumiesz? Jest tyle powodów dla których warto żyć.
– Podaj mi przynajmniej jeden, dla którego osoba niszcząca inne istnienia ze stuprocentowym sukcesem jest potrzeba temu światu.
Tym razem zszedłem z materaca, siadając wprost przed nim. Zawahałem się na chwilę zanim zacząłem, jednak gdy wziąłem głęboki kojący oddech wszystko stało się trochę prostsze.
– Dazai, jesteś MI potrzebny – powiedziałem z pełną gorliwością. – Jesteś moim jedynym przyjacielem, jedyną osobą, dla której nie jestem powodem do wstydu i wiecznego niezadowolenia. Przynajmniej mam taką nadzieję – zaśmiałem się. – Właśnie rozmawiasz z najbardziej znienawidzoną i pogardzaną osobą w całym swoim rodzinnym mieście. Jako jedyny mnie akceptujesz na swój dziwaczny sposób, ale jednak. Zależy mi na twoim zdrowiu i szczęściu Dazai. I nie pozwolę byś się zabił, nie gdy mogę chociaż ci spróbować pokazać barwniejszą stronę świata.
– Uważaj bo się popłaczę – prychnął, podnosząc się na równe nogi. – Co masz na myśli, mówiąc ,,znienawidzona" osoba?
Uh, w mojej głowie brzmiało to wszystko jakoś lepiej. Wprawdzie nie liczyłem na nagłe rzucanie sobie w ramiona i łzy ulgi, jednak sarkazm był czymś, co rozważałem, jednak miałem nadzieję, że nigdy nie nastąpi.
– Syreny mają wspaniałą umiejętność zmieniania prawdy na taką, która im bardziej pasuje – stwierdziłem oględnie, wzruszając ramionami.
< Dazai? Maybe krótkie, ale nie mam zamiaru prowadzić przesłuchania na swojej postaci XD Solidarność!>
Ilość słów: 547

wtorek, 22 maja 2018

Od Aoi do Dazai

Usiadłem naprzeciw Dazai na ziemi, łapiąc w dłonie jego ramiona.
– Dazai, spójrz na mnie – poprosiłem, a on niechętnie podniósł lekko głowę, patrząc na mnie szklistymi oczami spod kasztanowatej grzywki. – Wiesz, co o tobie myślę? Z całą pewnością nie jesteś psem, nie jesteś również ani zwyczajny, ani bezpański, ani bezwartościowy. Dazai jesteś wyjątkowy. Rozumiesz? Jesteś sam dla siebie panem, to od ciebie zależy, kim jesteś. Narazie myślę, że jesteś tylko rozbitym chłopakiem, który próbuje znaleźć swoje miejsce w tym całym świecie. Który chowa się za bandażami. Który odpycha innych od siebie, mimo że potrzebuje kogoś, kto będzie jego podparciem i pokaże, że świat nie jest tylko w odcieniach szarości.
Kończąc, posłałem mu delikatny uśmiech, trąc jego ramiona. Dazai zaśmiał się cicho, spuszczając odrobinę wzrok na swoje dłonie.
– Możliwe – odpowiedział, po czym nagle się rozpogodził, szczerząc się w moją stronę. – Jednak, wciąż nie powiedziałem ci wszystkiego!
– Jednak jak na jeden wieczór to i tak dużo – zaśmiałem się i usiadłem obok niego, opierając się plecami od drewnianą ramę łóżka. – Czy spanie z bronią pod poduszką nie jest z lekka niewygodne? – spytałem, chcąc rozluźnić atmosferę. Choć to wszystko nadal mnie trochę przerażało, to nie okazywałem tego. Teraz liczył się Dazai, któremu chciałem pomóc za wszelką cenę.
– To by było niefunkcjonalne – odpowiedział. – Trzymam go przy dłoni, tak na wszelki wypadek.
– Boisz się, że w nocy coś ci zrobię? – zadałem najbardziej absurdalne pytanie tego wieczoru. Byłem, jestem i będę zdeklarowanym pacyfistą.
– Bardziej ta kucykowa pokraka – parsknął, na co Nene odpowiedziała mu wrogim warknięciem, budząc przy tym Jisatsu, która zaczęła płakać. – A nie mówiłem? Pokraka jak się patrzy.
Uśmiechnąłem się pod nosem i podniosłem się z ziemi. Podeszłem do bujaka i wyjąłem z niego dziecko, po czym usiadłem z powrotem na ziemi, kołysząc ją w ramionach.
– Sądzę, że Jisatsu jest smutna, bo nazwałeś ją kupą plastiku – stwierdziłem i powąchałem jej pieluchę, krzywiąc się. – Zresztą, to nie jedyna kupa. Ty musisz ją przebrać.
– Nie będę się babrał w brudnych pieluchach – odpowiedział, krzywiąc się.
Pokręciłem tylko głową z delikatnym uśmiechem i położyłem lalkę na łóżku, sięgając po gumkę, którą okiełznałem moje wchodzące mi w oczy włosy. Połaskotałem plastikowy brzuszek mojej tymczasowej córki. Jisatsu zaśmiała się, zaciskając swoje malusie dłonie w piąsteczki, z czego jedną wsadziła do buzi.
– Muszę ci zmienić sam pieluszkę, bo tatuś Dazai woli księżniczkować – wyszeptałem do niej konspiracyjnie, czego na szczęście chłopak nie usłyszał.
Po rozbrojeniu bomby przyszykowałem dla małej butelkę mleka, którą grzecznie ssała w moich ramionach. W tym celu usiadłem z powrotem na łóżko, a Nene, która dopiero co odkryła swój instynkt macierzyński, trzymała pysk w nogach dziecka.
– Chcesz ją potrzymać? – spytałem, patrząc z powrotem na Dazai.
– Spasuję – prychnął, na co wzruszyłem ramionami. Skończyłem karmić dziewczynkę, poczekałem aż jej się odbiło i w końcu zacząłem ją z powrotem usypiać. Śpiewałem przy tym cicho starą syrenią pieśń, która powoli odchodziła w zapomnienie, choć opowiadała o wspaniałej historii chłopca szukającego szczęścia.
Gdy dotarłem do jej końca mała już smacznie spała, podobnie jak Nene w rogu mojego łóżka. Uśmiechnąłem się na ten widok i odłożyłem dziecko do bujaka, przykrywając kocykiem. Na koniec spojrzałem na zegarek, który wskazywał kilka minut po północy.
– Oh, ale jest już póź... – urwałem w połowie, widząc śpiącego Dazai.
Biedny zasnął, siedząc na podłodze ze zwieszoną głową, co zapewne przyczyniłoby się do okropnego porannego bólu karku. Podszedłem do niego i delikatnie podniosłem go, wsadzając jedną rękę pod kolana, a drugą pod plecy chłopaka. Ułożyłem go na łóżku, nakrywając kołdrą, w której od razu się zakopał z niewyraźnym mruknięciem.
Mimowolnie przejechałem dłonią po jego odkrytym policzku, przyglądając się jak niewinnie i uroczo wyglądał, gdy spał. W dzień niemiły, w nocy zmieniał się w bezbronnego chłopaka. Uśmiechnąłem się delikatnie, odgarniając mu włosy z czoła.
– Dobranoc – wyszeptałem i sam poszedłem się przebrać w piżamę. Chwilę później już leżałem w łóżku, ciesząc się w duchu, że udało mi się chociaż trochę skruszyć mur otaczający Dazai.
< Dazai? >
Ilość słów: 670

Od Aoi do Dazai

Przetarłem twarz dłońmi, gdy dopadło mnie okropne uczucie bezsilności. Czego nie zrobiłem, było źle. Na prawdę nie chciałem wrzucić Dazai do jeziora, nie moja wina, że się poślizgnął. A jednak, gdy zaczęło robić się trochę lepiej, musiałem wszystko zepsuć.
– Jesteś beznadziejny, Aoi – mruknąłem do siebie, hamując łzy, które próbowały wydostać się na zewnątrz. – I słaby.
Ze ściśniętym gardłem podpłynąłem do pomostu, na którym usiadłem przy kołach wózka. Otrzepałem mokre dłonie i sięgnąłem po płaczącą lalkę. Zmieniłem jej pieluszkę, przygotowałem buteleczkę z mlekiem i delikatnie huśtałem ją w swoich ramionach, śpiewając cicho.
– Chociaż ty mnie nie oceniasz – wyszeptałem z delikatnym uśmiechem, głaszcząc przysypiającą Jisatsu. Odłożyłem ją z powrotem do wózka i chociaż jeszcze na chwilę zanurzyłem się w wodzie, opierając się ramionami o drewno i kontynuując swój śpiew.
Dopiero, gdy mała przysnęła, wyszedłem z jeziora, wytarłem ręcznikiem i założyłem swoje ubrania. Z westchnieniem ulgi sprawdziłem swoje włosy, których odcień przybrał delikatny błękit. Czułem się o wiele lepiej, jednak do pełnego zregenerowania brakowało mi jeszcze sporo. Którejś nocy będę musiał tu przyjść i się przespać w nocy.
Pchając przed sobą wózek, skierowałem się w drogę powrotną, pilnując, by dziecko się nie obudziło. Udało mi się wnieść cały sprzęt na piętro akademika, gdzie mieścił się mój pokój. Otworzyłem drzwi i wjechałem do środka. Wózek zostawiłem w korytarzu, a Jisatsu przełożyłem do bujaka.
W łazience paliło się światło, więc w niej musiał być Dazai. Usiadłem na łóżku, krzyżując nogi i oparłem się plecami o ścianę z cichym westchnięciem. Chłopak był na mnie wściekły za coś, co zrobiłem zupełnie przypadkowo, a ja musiałem jakoś to odkręcić i go przeprosić. Gdybym tylko wiedział jak...
Chciałem coś powiedzieć, gdy Dazai wyszedł z łazienki, jednak wszystkie słowa utknęły mi w gardle przez mordercze spojrzenie, którym mnie obdarzył. Usiadł do mnie tyłem i zaczął wyciągać przemoczone rzeczy, wsuwając coś pod łóżko. Zacisnąłem dłoń na szyi Nene, którą głaskałem cały czas, gdy czekałem na chłopaka. Klacz leżała wprawdzie obok mnie, jednak cała jej uwaga była skierowana na Jisatsu, którą delikatnie kołysała. Sama z siebie.
Policzyłem w myślach do dziesięciu, po czym podniosłem się stając za chłopakiem.
– Dazai... – zacząłem, jednak on mi przerwał.
– Dzieci i ryby głosu nie mają. Jakoż zaliczasz się pod obie kategorie, milcz.
Westchnąłem i nachyliłem się nad chłopakiem, patrząc, nad czym pracuje. W dłoniach przewracał swój telefon, a gdy zauważył, że się nad nim nachylam, rzucił mi niemiłe spojrzenie przez ramię.
– Mogę to naprawić. Daj mi to – powiedziałem, wystawiając do niego dłoń.
– Nie, bo bardziej go zamoczysz. O ile się da... – prychnął, wyjmując kartę SIM.
– Nene potrafi wchłaniać wodę. Będzie jak nowy.
Klacz podniosła łeb, słysząc swoje imię.
– Ta pokraka? Nie dziękuję.
Nene prychnęła na niego, wracając do bujania lalki.
– Odkupię ci telefon, jak nie dam rady go uratować – zapewniłem, co trochę zainteresowało Dazai. – Daj mi chociaż jakoś ci to wynagrodzić.
Dazai westchnął teatralnie, podając mi swoją komórkę i kartę SIM. Wziąłem ją i podeszłem do Nene, przykładając sprzęt do jej szyi. Klacz skrzywiła się z powodu zapachu Dazai, za którym nie przepadała, ale zrobiła to, o co ją niemo prosiłem. Chwilę później złożyłem komórkę do kupy i podałem ją Dazai, który włączył ją, sprawdzając jej stan. Urządzenie rzeczywiście działało, jak przed wpadnięciem do jeziora.
Westchnąłem i usiadłem naprzeciw chłopaka przy swoim łóżku. Skrzyżowałem nogi, patrząc na Dazai.
– Przepraszam za to przy jeziorze, to był przypadek – wyjaśniłem, drapiąc się po karku.
– No okej – mruknął niechętnie i schował telefon do kieszeni.
– Jesteś nadal zły na mnie?
– Niech Bóg ci błogosławi – powiedział sarkastycznie, wykonując w moją stronę znak krzyża.
Zmarszczyłem brwi zdezorientowany, a Dazai westchnął teatralnie załamany.
– Nie, nie jestem – sprecyzował, a ja kiwnąłem głową.
Nastała niezręczna cisza, podczas której może trochę przydługo mu się przyglądałem, ale... no nie miałem niczego na swoją obronę. Choć siedział do mnie tyłem mogłem spokojnie przejechać wzrokiem po jego ciele. Począwszy od włosów, spod których wystawał biały bandaż, poprzez pasiastą koszulę, kończąc na nagich nogach pokrytych jedynie opatrunkami i wielką ilością... siniaków. Na nich moje spojrzenie zawisło dłużej. Przecież... to nie było normalne. Ktoś go pobił? A może sam sobie to zrobił? W końcu mówił, że chce popełnić samobójstwo, jednak naprawdę myślałem, że to tylko puste gadanie. I teraz czułem się z tym źle.
– Skąd masz na tyle siniaków? – spytałem zmartwiony, przybliżając się do Dazai, by lepiej zobaczyć jego stan.
Przecież to musiało bardzo boleć... A nikt nie zasługiwał na ból.
< Dazai? >
Ilośc słów: 746

poniedziałek, 21 maja 2018

Od Aoi do Dazai

– Obróć się – powiedziałem, a chłopak wywrócił oczami, ale spełnił moją prośbę. Z westchnieniem ulgi wszedłem na pomost i rozebrałem się, układając ciuchy w kostkę. Nagi usiadłem na jego krańcu i przemieniłem swoje nogi w ogon, odpychając się od drewna. Wpadłem do wody z pluskiem i z radością popłynąłem jeszcze głębiej, zagłębiając się w wodną faunę.
Ryby zainteresowane ruchem, nieśmiało podpłynęły do mnie, a gdy wyczułem, że jestem im chociaż w połowie podobny, zaczęły krążyć wokół mnie. Zaśmiałem się i dotknąłem łusek połyskującego okonia. On otarł się o moje ramię, po czym dziabnął mnie w palca, uciekając w glony, gdzie zauważyłem jego ikrę. Uśmiechnąłem się mimowolnie, oglądając rozwijający się ekosystem.
Pisnąłem, gdy coś ugryzło mnie w płetwę. Szybko spojrzałem w dół, widząc kraba, który machał do mnie swoimi szczypcami. Wziąłem go w dłonie, a on znalazł wygodne miejsce na moich cienkich błonach pławnych pomiędzy palcami. Machnąłem parę razy ogonem, wypływając na powierzchnie. Nawet nie wiedziałem, że te jezioro jest aż tak głębokie.
Wynurzyłem się przy pomoście, gdzie stał Dazai z wózkiem.
– A już miałem nadzieję, że się utopiłeś – powiedział ze sztucznym uśmiechem, ale po chwili jego uwagę przykuł mój towarzysz.
– Patrz – mruknąłem, kładąc kraba na pomoście. Sam oparłem się na nim ramionami, kładąc głowę na łódce ułożonej z dłoni. – Jest piękny.
Krab słysząc to, zrobił kółko wokół swojej osi, demonstrując swoje szczypce. Był młody, ale niezwykle uroczy. Na moich ustach wykwitł szeroki uśmiech, który jednak zbladł, gdy usłyszałem wypowiedź chłopaka.
– Smacznie wygłądałby na moim talerzu.
Krab nastroszył się i zaatakował Dazai swoimi szczypcami. Chłopak spojrzał się tylko na niego jak na irytującego robaka i wykopał go z powrotem do wody. Mój pomarańczowy przyjaciel z niesłyszalnym dla ras lądowych piskiem poleciał idealnym łukiem wprost do stawu.
– O nie! – powiedział, natychmiast wpadając za skorupiakiem do jeziora. W błyskawicznym tempie podpłynąłem do niego, sprawdzając czy wszystko w porządku. Na szczęście był cały, ale mocno zbulwersowany. Zachichotałem, widząc kraba, wyklinającego, jak on to ujął: ,,dużych ludzi".
Pierwszy raz od przyjazdu na wyspę czułem się jak przysłowiowa ryba w wodzie. Życie na lądzie było uciążliwe, a teraz w jeziorze wśród żyjątek mogłem w końcu odpocząć. Przysiadłem na gloniastym dnie, patrząc w górę na ledwo widoczną powierzchnie wody. Ten stawik na prawdę był głęboki, dzięki czemu mogłem się w pełni rozprostować. Jednak siedząc tak przez kilka minut, poczułem się źle, że zostawiłem Dazai samego na pomoście. Ponownie wypłynąłem obok niego tylko tym razem, gdy chciałem się oprzeć na drewnianych panelach, coś zahaczyło o moją płetwę. Szarpnąłem ogonem, jednak jakieś glony trzymały mnie naprawdę mocno.
– Dazai – jęknąłem zrozpaczony, szarpiąc ogonem. – Płetwa mi utknęła. Pomożesz?
– Jak dziecko – westchnął teatralnie, ale uklęknął na pomoście podając mi rękę. – Trzeba będzie dokupić więcej pampersów, chyba że już to zrobiłeś?
Puściłem jego uwagę mimo uszu i z chęcią przyjąłem jego pomoc. Korzystając z jego ramienia, próbowałem się wyszarpnąć, jednak to nic nie dawało. A wręcz byłem zaplątany jeszcze bardziej, a po chwili nawet zaczęło mi się coś boleśnie wbijać w ogon.
Spróbowałem jeszcze raz podciągnąć się na ramieniu chłopaka, jednak on poślizgnął się i poleciał do wody, tam gdzie go ciągnąłem. Wydałem z siebie zduszony krzyk zaskoczenia, jednak nie miałem dużo czasu na reakcje. Dazai się zaczął topić! Jakimś cudem wylądował w wodzie na tyle daleko, że nie mogłem go dosięgnąć by pomóc. Zacząłem szarpać się ze zdwojoną siłą, a po chwili zanurkowałem rwąc gołymi dłońmi nieznośne wodorosty. Na szczęście udało mi się uwolnić, a jak tylko to się stało podpłynąłem do Dazai. Łapiąc go w pasie, przycisnąłem go do swojego torsu i wyciągnąłem ku powierzchni. Chłopak wczepił swoje palce w moje ramiona i zaczął kaszleć wodą.
<Dazai?>
Ilość słów: 610

niedziela, 20 maja 2018

Od Aoi do Dazai

Obudziło mnie nagłe zimno na piersi. Pisnąłem mało męsko, próbując uwolnić się od lodowatego uczucia, w czym nie pomagał brak możliwości zobaczenia czegokolwiek. Nacisk na moim torsie zniknął, a ja mogłem spokojnie zacząć się rzucać po wannie.
– Twój właściciel powinien się trochę przebudzić, zanim stanie przed wyzwaniem przeistoczenia i ubrania się.
Usłyszałem głos Dazai, a zaraz potem na moją pierś spadło więcej kostek lodu, a przynajmniej myślałem, że to były one. Po raz kolejny z mojego gardła wydarł się wysoki pisk, a ja spróbowałem ściągnąć to coś z twarzy, co hamowało mój wzrok. Z pomocą przyszła mi Nene, która ściągnęła ręcznik z mojej głowy.
– Dazai?! Jak ty mogłeś? – krzyknąłem, a zaraz potem złapałem się za czoło z jękiem, dodając pod nosem: – Moja głowa.
– Niewdzięczniku, wychlałeś mój alkohol i jeszcze łazienkę zajmujesz! Należało ci się, bo równie dobrze, mogłeś skończyć jako smaczne sushi w mojej kuchni!
Miałem ochotę jęczeć, gdy słowa chłopaka wybrzmiały boleśnie w mojej głowie ze trzy razy głośniej. Chciałem wymacać ręką ręcznik, który zrzuciłem ze swojej twarzy, by ponownie ją na nią włożyć. Słońce niemiłosiernie mnie prażyło, choć jego jedynym dopływem było wąskie okienko obok umywalki. Czułem się okropnie, a do tego nic nie pamiętałem z poprzedniego wieczoru... Nawet nie miałem siły by zareagować na groźbę chłopaka...
– Masz dziesięć minut na wyjście stąd. Nie wiem czy lubisz gazowaną wodę, lecz jeśli nie, pozostaje ci kranówa.
I wyszedł. 
Westchnąłem, przymykając oczy, gdy przez moją głowę przebijały się fale bulsującego bólu. Czułem się wyprany, tak jakbym wpadł w wir wodny, co nie raz zdażało mi się, gdy byłem mały. Odważyłem się uchylić powieki, gdy poczułem, że Nene trąca mnie w dłoń. Wziąłem od niej kartonik jakiś leków, szybko czytając ich skład. Po chwili odrzuciłem je ze zbolałym jęknięciem. Normalne przeciwbólowe nie działały na syreny, jedynie te wyprodukowane z podmorskich wodorostów przynosiły jakiekolwiek efekty. 
Rzuciłem szybkie spojrzenie na swój ogon i skupiłem się na tyle, na ile pozwalał mi promieniujący ból głowy. Na szczęście udało mi się użyć mocy, dzięki czemu mogłem usiąść na brzegu wanny już z dwiema nogami. Ściągnąłem z siebie przemoczoną koszulę i z ulgą przyjąłem ręcznik od Nene. Ze zbolałym jęknięciem wytarłem mokre włosy i ciało, a następnie przewiązałem sobie go wokół bioder, gdyż nie miałem żadnych suchych ubrań w łazience. Szybko przeleciałem wzrokiem po mokrej łazience, na koniec rzucając błagalne spojrzenie Nene. Czułem się, jakbym za chwilę miał paść i już się nie podnieść, a nie mogłem zostawić takiego bałaganu. Klacz prychnęła teatralnie i po prostu położyła się na podłodze, wciągając z niej wodę niczym gąbka. 
Podniosłem się chwiejnie z brzegu wanny, trzymając się ściany. Dowlokłem się do drzwi, po drodzę chwytając opakowanie z lekami oraz butelkę z wodą i przeszedłem przez nie do pokoju, gdzie zaatakowała mnie większa ilość światła. Jęknąłem łapiąc się za głowę i spojrzałem kątem oka na Dazai, który czekał na mnie z założonymi rękami przy ścianie. 
– Przepraszam – mruknąłem, spuszczając wzrok z krwistym rumieńcem na polikach. Naskoczyłem na niego, a teraz stałem niemal nagi jedynie z ręcznikiem wokół bioder.
Chłopak tylko prychnął i wmaszerował dumnie do łazienki, zamykając za sobą drzwi. Po chwili jednak otworzyły się one i z pomieszczenia została wręcz wyrzucona Nene, którą pożegnało ,,wyjazd pokrako".
Skruszony wyciągnąłem z szafy, ciuchy na dzisiaj, w które szybko się ubrałem. Trzymając twarz w dłoniach, czekałem na powrót Dazai. Musiałem się dowiedzieć co wczoraj się stało. Film mi się urwał, gdy nalewałem sobie drugą szklankę alkoholu.
Nigdy więcej nie piję – jęknąłem zbolały w myślach.
Gdy Dazai wrócił, czekałem cierpliwie aż załatwi wszystkie swoje sprawy, a w mojej głowie pojawiały się coraz to gorsze scenariusze. A co jak za dużo mu opowiedziałem? A co jak coś głupiego zrobiłem?
– Co się wczoraj stało? – spytałem cicho, ale byłem pewien, że Dazai to usłyszał. Zostawił na chwilę swój plecak i odwrócił się w moim kierunku, z pełną powagą mówiąc:
– Chciałeś mnie zgwałcić.
Moję oczy przybrały rozmiar filiżanki do herbaty, a usta otwierały się i zamykały jak u ryby. Przerażenie musiało być widoczne na mojej twarzy, gdyż chłopak uśmiechnął się diabelsko.
– Żartuję przecież, nic ciekawego się nie stało.
Westchnąłem z ulgą i kiwnąłem delikatnie głową. Chwyciłem swój plecak z książkami, w którym już czekała na mnie Nene zmniejszona do rozmiaru szczura. Wyszedłem z pokoju, chcąc jak najszybciej uciec i jak najdalej od Dazai'ego. Odnosiłem wraźenie, że zamiast przekonywać go do siebie, to robiłem sobie nowego wroga.
Brawo Aoi, skończysz sam jak palec – westchnąłem w myślach. Te kilka lat w tej szkole może się okazać gorsze niż myślałem. 

~*~

Lekcje były dla mnie istną udręką. Mysialałem, że padnę trupem od hałasu, który otaczał mnie ze wszystkich stron na szkolnych korytarzach. Na szczęście udało mi się jakimś cudem przeżyć ten dzień, a następnego było odrobinę lepiej. Pulsujący ból głowy zelżał i mogłem w końcu się na czymś skupić.
Przez cały ten czas unikałem Dazai'ego jak tylko mogłem. Wychodziłem z pokoju zanim się obudził, a wracając późnym wieczorem od razu kładłem się spać. W końcu wracając ze sklepu dał mi dosadnie do zrozumienia, że nie życzy sobie mojego towarzystwa. Oczywiście odkupiłem mu wypity alkohol. Na moje nieszczęście kilka lekcji mieliśmy razem, jednak udawało mi się siadać jak najdalej od niego byleby nie dopuścić do konfrontacji. Dopiero w piątek na lekcję WOSu dotarłem jako ostatni przez zawroty głowy, które ostatnio coraz bardziej mi dokuczały. Dodatkowo pojawił się katar i gorączka, którą narazie zbijałem ziołami. Niezwłocznie potrzebowałem zaczerpnąć dłużej kąpieli w morzu, jeziorze czy nawet basenie, gdyż moje włosy niemal przybrały barwę bieli, która oznaczała skrajne wyczerpanie.
Jako iż byłem jako ostatni musiałem usiąść na ostatnim wolnym miejscu, czyli, o losie, obok Dazai. Doczłapałem do ławki, mówiąc ciche ,,przepraszam za spóźnienie" w stronę nauczyciela. Usiadłem na swoim krześle, wbijając wzrok w swoje dłonie.
– Młodzieży, przyszedł ten czas by nauczyć was odpowiedzialności. Waszym projektem na najbliższy weekend, który będziecie robić w parach z osobami, obok których siedzicie, jest zajęcie się tymi uroczymi bobasami. Zadbajcie o nie, by miały godne dzieciństwo! – powiedział nauczyciel i po kolei kładł na ławkach lalki. 
Spojrzałem niepewnie na Dazai, którego tak unikałem przez ostatnie kilka dni. Wkrótce również przed nami pojawiła się uśmiechnięta lalka dziewczynki. Przyjrzałem jej się dokładnie, po czym odważyłem się niepewnie zwrócić do chłopaka. 
– Jak ją nazwiemy?
< Dazai? >
Ilość słów: 1037

sobota, 19 maja 2018

Od Aoi do Dazai

Spojrzałem z powątpiewaniem na szklaną butelczkę z jakimś brązowawym płynem w środku.
– Co to? Sok jabłkowy? – spytałem ostrożnie, głaszcząc Nene, która jeszcze przed sekundą przysypiała na łóżku jednak na dźwięk głosu Dazai przebudziła się, mierząc chłopaka nieprzyjaznym spojrzeniem.
– Coś znacznie lepszego – powiedział, otwierając butelkę. – Alkohol.
– Mamy to pod wodą – mruknąłem. – Nie wszystko u nas rośnie, więc niektóre rzeczy importujemy.
Dazai nawet jeśli stracił punkt zaskoczenia, to nie przejął się tym zbytnio. Nalał bursztynowej cieczy do dwóch szklanek i jedną z nich podał mi. Niepewnie ją przyjąłem i zacząłem przyglądać się kostkom lodu.
– Whiskey – doprecyzował Dazai, wskazując na ciecz.
Podniosłem się z łóżka, sięgając po butelkę alkoholu, która stała na szafeczce. Szybko przeczytałem etykietę i powąchałem napój. Skrzywiłem się, czując drażniący zapach, jednak z całą pewnością była to whiskey. Usiadłem z powrotem na łóżko i z powątpiewaniem spojrzałem na bursztynowy płyn.
Nigdy nie piłem alkoholu, nawet nie miałem ku temu okazji. Ojciec od zawsze mną gardził, a napoje procentowe uważał za dostępne jedynie dla prawdziwych mężczyzn. Teraz mając w ręku szklankę z zakazaną cieczą, mogłem w końcu o sobie decydować. Uśmiechnąłem się z tego powodu delikatnie pod nosem i nie wielę myślac, pociągnąłem duży łyk whiskey. Moja wolność niestety dała popalić mojemu gardłu, przez co zacząłem kaszleć.
Na ustach Dazai uformował się cień czegoś na kształt uśmiechu, gdy wpatrywał się w bursztynową ciecz. Dopiłem duszkiem, to co zostało, okazjonalnie się przy tym krzywiąc. Sięgnąłem po butelkę alkoholu i dolałem sobie do szklanki. Nawet nie wiem, po co. Czyżbym chciał zaimponować koledze, który miał mnie za największego nieudacznika?
Nie minęła chwila, a zaczęło mi się robić wesoło, a wszelkie hamulce powoli puszczały. Co chwila uzupełniając poziom alkoholu, chichotałem pod nosem. W końcu odłożyłem szklankę na biurko i usiadłem na podłodze, opierając rozciągnięte ramiona na krańcu materaca. Po chwili zacząłem się śmiać ze szczęścia.
– Jestem wolny – powiedziałem, choć pierwotnie miało to zostać w mojej głowie. Jednak teraz było mi zbyt przyjemnie by się przejmować takimi błachymi sprawami. – Tu jest idealnie.
Spojrzałem na Dazai, który przyglądał mi się w milczeniu i wyszczerzyłem się szeroko.
– Wiesz, Dazai, że jesteś przystojny? – spytałem z chichotem, lustrując chłopaka wzrokiem. Wyglądał naprawdę dobrze z cwanym uśmiechem, szczupłą sylwetką, brązowymi roztrzepanymi włosami i bandażami, które tylko dodawały mu tajemniczości.
Brałbym, albo dałbym się brać – mruknąłem w myślach, jednak po chwili zmarszczyłem brwi w konsternacji. Czyżby w końcu uderzało mnie sflustrowanie seksualne?
– Połowa mojej twarzy jest zasłonięta, czego ty ode mnie chcesz – powiedział lekko zmieszany, biorąc drobny łyk alkoholu, podczas gdy ja dolewałem sobie... eee... czwartą szklankę?
– A no tak – wytężyłem jeszcze bardziej wzrok, wpatrując się w odsłonięty kawałek twarzy chłopaka – jednak dodają ci one charakterku, przez co chyba wyglądasz jeszcze bardziej przystojniej! – Zadowolony z siebie, wziąłem większy łyk whiskey, po chwili wydałem jeszcze zduszony krzyk i dźgnąłem go oskarżycielsko palcem w ramię. – Ale i tak cię nie lubię! Zrobiłem z siebie idiotę i mi było bardzo przykro.
– Tak tak – powiedział, cierpliwie słuchając mojej paplaniny. Dopiłem szklankę bursztynowej cieczy i zacząłem się niepohamowanie śmiać, jednak urwałem w jednej sekundzie, przybierając najbardziej poważną minę, na jaką było mnie stać. Skrzyżowałem nogę na nogę i zacząłem się głaskać po wyimaginowanym wąsie, którego nie mam.
– Panie Dazai, mam do pana kilka pytań. – Chichot wyrwał się z mojego gardła, jednak szybko się ogarnąłem.
– Nie mogę się doczekać – mruknął sarkastycznie, podnosząc toast w moim kierunku.
 – Jak zraniłeś się w nogę? – spytałem, wskazując dłonią na pytaną część ciała. Na bandażu widniały małe czerwone kropeczki.
– Spacerując, czytałem książkę zatytułowaną "Jak zapobiegać przypadkowym zranieniom" i niechcący wpadłem do rowu – odpowiedział najbardziej niewinnym tonem jakim się dało.
– Ciota – zachichotałem. – A co z raną na ręku?
– Jechałem samochodem, przez przełęcz i spadłem w przepaść.
– W takim razie, co z bandażem na głowie?
– Wypróbowałem metodę samobójstwa na podstawie powiedzenia "Uderz głową o róg tofu i zgiń". By zrobić wyjątkowo twarde tofu, spróbowałem kilku sposobów. Użyłem soli do odciągnięcia wody, nadałem mu dużo ciężaru... wszystko to w mojej własnej kuchni! Dzięki temu moim tofu można wbijać gwoździe, a ja stałem się największym ekspertem od robienia tofu w...
– A smaczne było chociaż to – przerwałem mu.
– To jest właśnie najgorsze... – Westchnął teatralnie. – Gdy pokroi się je na cienkie plastry i zje z sosem sojowym, to jest naprawdę smaczne...
Zacząłem się śmiać, bo przecież SOS SOJOWY. Nie wiem dlaczego, ale te słowa tak bardzo mnie śmieszyły. Zagryzłem dłoń, by się pohamować, bo Dazai patrzył na mnie jak na wariata. Wskazałem w niego palcem, nadal chichocząc lekko pod nosem.
– Jesteś głupi! Mówiłeś, że chcesz bezboleśnie się zabić, a to musiało boleć! Najlepiej połknąć zioło podwodnej czereśni! Wystarczy jeden listek i zaczynasz powoli odpływać, potem mdlejesz, a serduszko ci przestaje działać! Wiem, co mówię, kiedyś próbowałem, ale mnie odrato... Oj! – pisnąłem, zasłaniając buzię dłonią, a moje oczy musiały wyglądać jak dwa spodki.
Dlaczego to powiedziałem?!
Tym razem nawet nie wysiliłem się na nalewanie alkoholu do szklanki, pociągnąłem go od razu z gwinta. Odrzuciłem na bok pustą butelkę i zacząłem się ponownie śmiać, zapominając o wtopie. Nene, która cały czas parzyła na mnie z powątpiewaniem, zaczęła piszczeć i trącać mnie w tył głowy. Objąłem jej szyję i przyciągnąłem do swojego torsu, przytulając jej łeb z uśmiechem.
– No kto jest moim kucysiem? No kto? – zachichotałem, drapiąc ją pod brodą, gdzie najbardziej lubiła. Tym razem jednak prychnęła i wyrwała mi się, marszcząc nos.
Jęknąłem cicho, łapiąc się za głowę, a potem za usta.
– Niedobrze mi – stwierdziłem, podnosząc się chwiejnie z podłogi. Chyba zrobiłem to zbyt gwałtownie, bo na chwilę zrobiło mi się ciemno przed oczami. Chwilę później poczułem mrowienie w nogach i upadłem twarzą na ziemię w akompaniamencie rozdzieranych spodni. – Ał.
Spojrzałem za siebie przez ramię i jęknąłem, waląc głową o ziemię, gdy zauważyłem, że moje nogi zmieniły się w półtorametrowy granatowy ogon zakończony szeroką płetwą.
– No to klops – powiedziałem, obrazając się na plecy i usiadłem, podpierając się dłońmi o podłogę. Przyjżałem się swoim łuskom, które ukształtowały się na palcach z błoną pławną. Plasnąłem płetwą o podłogę, uśmiechając się pod nosem. – Ale uroczy ogon! Jaki mam kolor włosów?
Dazai spojrzał się na mnie krzywo, ale odpowiedział: – Jasny niebieski.
– Ojojoj! To źle! – krzyknąłem zrozpaczony i autentycznie się poryczałem. – Wyschnę! Nie mogę zmienić się z powrotem! Moje łuski się wysuszą i umrę! To będzie bolało!
Zacząłem zdruzgotany walić ogonem z podłogę, przewracając moje książki z szafki. Po chwili rzuciłem błagające spojrzenie Dazai i podczołgałem się do niego, przytulając jego nogi, jakby od tego zależało moje życie.
– Jestem za młody by umierać! Nie pozwól mi wyschnąć! – wyjęczałem, kurczowo trzymając go w kolanach. Walnąłem jeszcze zrozpaczony płetwą o ziemię.
< Dazai? XDD >
Ilość słów: 1134

czwartek, 17 maja 2018

Od Aoi do Dazai

Skinąłem jedynie głową i odebrałem od chłopaka bandaż, który nieudolnie próbował zawinąć wokół swojego ramienia. Nawet już nie pytałem, po co mu on skoro nie miał żadnych ran oprócz nielicznych blizn. Zacząłem dokładnie do opatrywać, starając się nie zwracać uwagi na wiatr, który sprawiał, że moje włosy były wszędzie. Byłem to winien Dazai. Nadal czułem wyrzuty sumienia po moim głupim wybryku.
Po skończonej robocie chłopak obejrzał swoją rękę i uśmiechnął się nieznacznie.
– No i pięknie. – Klasnął w dłonie, wstając z ławki. – A teraz do sklepu po zieleninę dla ciebie. – I ruszył, nawet nie oglądając się za siebie.
Szybko go dogoniłem, nie chcąc zostawać zbytnio w tyle. Wszystko co mnie otaczało było kompletnie nowe i diametralnie różne od mojego podwodnego rodzinnego miasta. Nie mogłem odnaleźć się w lądowym życiu. Najbardziej w sumie przeszkadzało mi, że musiałem cały czas utrzymawać się w mojej ludzkiej postaci. Zdecydowanie lepiej czułem się z ogonem zamiast nóg. Jednak chlupnięcie płetwą na środku chodnika nie należało do moich najbliższych celów. Poza tym pod wodą mogłem poruszać się w trzech wymiarach: lewo, prawo i do góry, a na lądzie zostały mi tylko pierwsze dwa. Jednak żywiłem nadzieję, że w końcu się przyzwyczaję. Narazie zostały mi kąpiele w wannie (na szczęście ona była w łazience) i opcjonalnie może jakieś wypady nad jezioro, basen czy inny zbiornik wody.
Kątem oka spojrzałem na Dazai, który szedł dumnie wyprostowany, mimo że wiatr smagał jego twarz, a włosy żyły swoim życiem. Dodatkowo jego płaszcz co chwilę się zakręcał, łopotał dziko, jednak chłopak zdawał się tego nie zauważać. Brnął zapatrzony w jakiś punkt na horyzoncie, który ja potem też zauważyłem.
Moim oczom ukazał się wielki budynek w jaskrawych kolorach, przez który przelewały się wielkie masy ludzi. Zatrzymałem się oniemiały i wpatrywałem w szyld z ogromnym napisem ,,Biedronka" z jakąś kropkowaną czerwoną kulką z uśmiechem obok niego. Dookoła mnie jeździły różnorodne samochody, ludzie pchali wypakowane po brzegi wózki, śmiejąc się z rodzinami. Może trochę za długo wpatrywałem się w młodą parę z dzieckiem na rękach, które z wielkim uśmiechem ciągnęło za włosy matki.
Na ziemię przywróciło mnie szturchnięcie w ramię. Szybko zwróciłem całą swoją uwagę na Dazai, który rzucił spojrzenie na parę, w którą się przed chwilą wpatrywałem. Chłopak wzruszył tylko ramionami, po czym obrócił się w stronę tajemniczego budynku.
– Nie mów że nigdy nie byłeś w supermarkecie.
– Ten budynek to supermarket, tak? – zapytałem, by się upewnić, a on potwierdził. – W takim razie nie byłem nigdy w supermarkecie. Co się tu robi?
– Kupuje jedzenie i wszystkie inne potrzebne rzeczy – powiedział, jakby to było coś oczywistego. Cóż, dla mnie nie było.
– Pod wodą kupuje się jedzenie na targach – mruknąłem pod nosem, przyglądając się ruchomym szybom, przez które ludzie wchodzili do środka. – Tamto to drzwi?
Kątem oka zobaczyłem, jak jakiś cień przeszedł przez twarz Dazai, zanim obrócił się do mnie ze sztucznym uśmiechem.
O nie – pomyślałem, wiedząc, że to będzie coś złego. Ten słodziutki uśmiech nie mógł oznaczać niczego dobrego.
– Dokładnie – odpowiedział, a ja sporzałem z powątpiewaniem na szklaną taflę.
– To... idziemy? – spytałem niepewnie.
– Oczywiście. – I ruszyliśmy, jednak po kilku krokach się zatrzymałem.
– Jak one się otwierają? – Inni ludzie po prostu podchodzili, a szkło samo się rozsuwało.
– Musisz podejść i stanąć przed tą metalową kratką, uklęknąć i powiedzieć to. – Nachylił się i wyszeptał kwestię do mojego ucha.
Automatycznie otworzyłem usta, słysząc... dziwne słowa, jak nie absurdalne. Przecież to niemożliwe, żadna z otaczających nas osób tego nie zrobiła. Przed innymi drzwi po prostu się otwierały.
– Ale inni po prostu wchodzą – powiedziałem, kręcąc skołowany głową.
– Ale oni nie są syrenami, na lądzie nie ma dużo takich jak ty i was obowiązują inne zasady. No wiesz... taka mała tradycja. Jak to zrobisz to osoby kierujące drzwiami cię wpuszczą, wśród nich są osoby wyczuwając inne rasy, więc rozpoznają, jak syren będzie chciał bez tego wejść.
– Nie jestem pewny – wyszeptałem, cofając się o krok. Posłałem Dazai niepewne spojrzenie.
– No dawaj, trochę zaufania. W końcu jesteśmy współlokatorami, nie?
Westchnąłem cicho, bo miał trochę racji. Za nic mu nie wierzyłem, nie po kilku godzinach, ale od czegoś musiałem zacząć. Zawsze miałem problemy z zaufaniem, jednak może to była właśnia ta pora, by się przełamać?
Wziąłem głęboki oddech i podszedłem na wskazane miejsce. Zatrzymałem się przed metalową kratką, tak jak polecił mi Dazai. Zanim się rozmyśliłem, uklęknąłem, nie zwarzając na spojrzenia innych osób i zacząłem ryzykować formułkę.
– O przenajświętsza biedronko, wszystkie świerzaki które wydałaś na świat, bądź pobłogosławiona i pozwól nam wejść do swej świątyni. – Mój głos stawał się coraz ciższy, gdy zbiorowisko ludzi wokół mnie się powiększało, a na sam koniec wybuchnęli salwą śmiechu. Wstałem i rzuciłem spojrzenie przez ramię na Dazai, który parsknął łapiąc się za brzuch. Zrozumiałem, że mnie oszukał, bo drzwi otworzyły się dopiero, gdy poruszyłem dłonią. Szklana tafla działała na ruch, a nie głupie recytowanie.
Opuściłem głowę zarzenowany i poniżony, szybko wchodząc do sklepu. Chciało mi się ryczeć, jednak jak zawsze zamknąłem to w sobie, zresztą tak jak zawsze od osiemnastu lat. Cóż byłem po prostu głupi, myślałem, że mogę w końcu komuś zaufać, jednak okazało się zupełnie inaczej i miałem zamiar zapisać sobie to w pamięci.
Zdezorientowany spojrzałem na niezliczoną ilość regałów, wchodząc w pierwszy lepszy. Jak się okazało, chociaż ten supermarket patrzył na mnie przychylnie, gdyż od razu natrafiłem na opakowania z wodorostami, które jadałem, żyjąc pod wodą. Zacząłem przyglądać się kolorowym nalepkom, próbując się zdecydować na jedno z nich, jednak ciężko było, gdy wciąż bolał mnie fakt zdrady, która dla osób postronnych mogła wydawać się błaha, jednak dla mnie znaczyła dużo.
< Dazai? Aoi smutnął :< >
Ilość słów: 936

wtorek, 15 maja 2018

Od Aoi do Dazai

Mimo że serce waliło mi młotem, początkowe przerażenie zaczęło ustępować w niezwykle mozolnym tempie, a zamiast niego w moim wnętrzu pojawiła się ciekawość. Co prawda chłopak nadal przypominał mi psychopatę, jednak na razie nie przejawiał chęci zabicia mnie. Wręcz przeciwnie, na swój przedziwny sposób był nawet miły.
Gdy chłopak dowiedział się, że jestem syrenem, ogarnęło mnie początkowe przerażenie. A co jak się domyśli o moim pochodzeniu? Przecież wystarczyłaby chwila i mógł znaleźć w internecie nazwisko rodziny królewskiej Rvaler. Z jednej strony nowoczesna technologia bywała pomocna, jednak w takich chwilach wolałem cofnąć się sto lat wstecz.
– Jak też podejrzewam, nie jesteś niezbyt obeznany w tym całym otaczającym nas burdelu?
Westchnął cicho i usiadłem ze skrzyżowanymi nogami na łóżku, opierając się plecami o ścianę. Poklepałem obok siebie miejsce dla Nene, która nie chciała odpuścić, jednak widząc moje zmęczone spojrzenie posłusznie wróciła do neutralnego rozmiaru i położyła się na łóżku z łbem na moich nogach. Oczywiście nie zrezygnowała z dalszych wrogich spojrzeń w kierunku Dazai. Nie miałem najmniejszego pojęcia, o co jej chodziło, ale była wyraźnie na niego cięta.
– Niezbyt – odpowiedziałem najkrócej, jak się dało. Udało mi się usłyszeć poprzednią uwagę chłopaka, który zdawał się nie być zadowolony z mojego towarzystwa, a tak naprawdę nie śpieszyło mi się na tamten świat.
Dazai zacmokał tylko z dezaprobatą i zatopił się w lekturze.
Spotkanie z rzeczywistością coraz bardziej mnie przerastało. Żyjąc pod kloszem, nie miałem szansy by poznać świat na lądzie, a teraz odczuwałem wyraźne braki w moim rozumieniu. Nie miałem pojęcia o co chodziło z nawiązaniem do różowego trójkąta. Nawet nie byłem w stanie normalnie z nim rozmawiać. Zresztą, czy kiedykolwiek mogłem z kimś poprowadzić normalną konwersację?
Pokręciłem tylko głową, nie chcąc przeszkadzać Dazai i sam chwyciłem za książkę, jednak czytanie szło mi niezwykle opornie. Podświadomie niemal całą swoją uwagę oddałem Dazai. Czy to ze strachu o życie czy ze zwykłego zainteresowania nową osobą, pewny nie byłem, jednak podejrzewałem, że chodziło o obie rzeczy w równym stopniu.
Kątem oka wziąż obserwowałem chłopaka, porzucając nadzieję na przeczytanie choć jednej strony. Dazai z pełną uwagą i błyskiem w rdzawym oku poświęcał się czytaniu swojej lektury z tak wielkim zapałem, że aż z początku mnie to zdziwiło. Po chwili jednak włączyła mi się moja wrodzona ciekawość, która poza murami pałacu się wzmocniła. Dyskretnie podpatrzyłem tytuł książki chłopaka i po prostu mnie zmroziło.
– Dlaczego czytasz poradnik dla samobójców? – wypaliłem zanim, zdążyłem się powstrzymać, jednak gdybym chociaż nie spróbował dowiedzieć się więcej o sprawie, mój wewnętrzny altruista nie dałby mi spokoju.
– Moim priorytetem jest popełnienie bezbolesnego samobójstwa, by nie przysporzyć innym problemów – odpowiedział jakby to było nic wielkiego, jakbym zapytał o jego ulubiony kolor czy inną nieważną i równie oczywistą rzecz. Nawet nie uniósł wzroku znad książki.
O ile wcześniej czułem po prostu przerażenie, zwyczajnie patrząc na chłopaka, to teraz w moim umyśle pojawił się po prostu bałagan myśli pod tytułem: jak to i dlaczego. Moje współczucie i niezdolność zostawienia nikogo w potrzebie wzięły górę nad zdrowym rozsądkiem. Nie mogłem tak tego zostawić, musiałem coś zrobić, choć Dazai najwyraźniej olewał całą sprawę. Jedyne co to rzucił mi niezrozumiałe spojrzenie, gdy wpatrywałem się w niego osłupiały od kilku minut.
Nagle wszystko nagle miało sens, ta książka, te bandaże. Chłopak chciał się zabić i mogłem się założyć, że pod opatrunkami skrywają się blizny po cięciach, a sam Dazai cierpi pewnie na depresję spowodowaną jakimiś przykrymi wydarzeniami z jego życia.
Automatycznie włączył mi się tryb ,,pomocy", nad którym nie miałem żadnej kontroli.
Niewiele myśląc podniosłem się szybko z łóżka, zrzucając z kolan łeb Nene, która fuknęła w sprzeciwie. W dwóch krokach pokonałem odległość dzielącą mnie od chłopaka i chcąc potwierdzić moje podejrzenia, zerwałem mu bandaż z ręki, zanim zdążył jakkolwiek zaprotestować.
W tym samym momencie poczułem się jak ostatni kretyn, widząc, że przedramię Dazai zdobiły blizny, ale nie regularne i równoległe jakie są typowe u osób tnących się, jego były nieregularne i bardziej poszarpane, jakby powstały od... bicza? Zrozumiałem, że dałem się ponieść wyobraźni i głęboko zakorzenionemu we mnie wewnętrznemu altruiście.
Momentalnie puściłem bandaż, odsuwając się parę kroków w tył. Nawet nie miałem odwagi by spojrzeć na chłopaka. W myślach jedynie karciłem się za moje idiotyczne zachowanie. Jak zawsze nie potrafiłem odpuścić. Nawet już nie martwiłem się o swoje życie, co właściwie było moim jedynym zmartwieniem dziesięć minut temu. Teraz bardziej bałem się, że sprawiłem ogromną przykrość chłopakowi. Musiał być jakieś problemy. Nikt tak po prostu nie chce się zabić. Jednak ja zamiast mu nie zawadzać chamsko wepchałem się w jego prywatne życie.
– P-przepraszam – zająknąłem się, wyłamując sobie palce ze stresu. – Po prostu myślałem... Po prostu czasem nie myślę.
< Dazai? >
Ilość słów: 767

poniedziałek, 14 maja 2018

Od Aoi do Dazai

– Proszę, książę.
Błagam nie… – pomyślałem zrozpaczony i obejrzałem się panicznie wokół siebie, ale na szczęście nikogo nie było w pobliżu. Najgorsze, co by mogło się stać to by ktoś z mojej nowej szkoły dowiedział się o moim pochodzeniu. 
Najlepsze, co było w tej całej przeprowadzce to to, że nikt tutaj mnie nie znał, nikt nie oceniał, nikt nic nie wiedział. Miałem czystą kartę, którą zamierzałam wykorzystać jak najlepiej. 
Pozwoliłem sobie jeszcze na głęboki oddech, zanim odebrałem torbę z moimi rzeczami od szofera. Mężczyzna skinął mi tylko głową, lustrując mnie po raz ostatni pogardliwym wzrokiem, po czym wsiadł do samochodu i odjechał z powrotem w kierunku portu.
Westchnąłem głęboko i próbowałem dłonią odgonić Nene, która ze wszystkich sił starała się mi wyrwać torbę. Czasami dziwiła mnie jej nadopiekuńczość. Odpuściłem dopiero, gdy ugryzła mnie w palec, upuszczając z syknięciem torbę. Klacz z triumfem w oczach wzięła mój bagaż w pysk, dumnie unosząc głowę. Mimo że konie wodne mogły zmieniać swój rozmiar, to w każdym wymiarze posiadały tę samą siłę dwumetrowego wierzchowca.
Pomocne, ale i irytujące, gdy zwierzak wielkości szczura przewraca cię z łatwością.
– A dasz mi chociaż wyjąć mapkę? – spytałem z delikatnym uśmiechem, drapiąc Nene po łbie. Klacz po chwili zastanowienia obróciła się do mnie bokiem, nadstawiając odpowiednią kieszeń torby, w której miałem wszystkie dokumenty.
Kilka minut później błądziłem po dziedzińcu szkoły, starając się znaleźć odpowiednie wejście do akademika. Oczywiście na mapce był on zaznaczony jednak w dwóch różnych budynkach po przeciwnych stronach kampusu. Jeden męski, drugi żeński. Tylko który to który.
Zaryzykowałem i wszedłem do budynku szkoły, od razu skręcając w lewo. Na moje szczęście korytarz był całkowicie pusty, gdyż obecnie trwały lekcje. Ja swoje zaczynałem dopiero jutro, a cały dzisiejszy dzień mogłem przeznaczyć na zaaklimatyzowanie się w nowej szkole, czyli skrycie się w pokoju z nadzieją, że nie będę mieć współlokatora.
– Dzień dobry. – Momentalnie drgnąłem zaskoczony. Nawet nie usłyszałem, że ktoś do mnie podchodzi, a raczej w tym wypadku przechodzi obok mnie. Szybko spojrzałem na mojego rozmówcę, chcąc się zreflektować, jednak zastygłem z otworzonymi ustami.
Minął mnie pies. Pies w cylindrze. Pies w cylindrze z fajką w pysku. A raczej coś o postawie człowieka i łbie oraz sierści psa. Wiedziałem, że spotkam tu osoby innych ras i na pewno niektóre mnie zaskoczą, ale… z całą pewnością nie spodziewałem się tego. Zresztą, patrząc na minę Nene, ona również była zszokowana niecodziennym widokiem. 
– Dzień… dobry? – mruknąłem cicho już do pleców psa. Przetarłem jeszcze twarz dłońmi, ale gdy oddalająca osoba nie znikła, uświadomiłem sobie, jak bardzo byłem zacofany. Jedno było pewne. Nic bardziej mnie już dzisiaj nie zdziwi.
Pokręciłem głową, próbując uprzątnąć myśli, które nadal trzymały się człowieka-psa i ruszyłem w dalszą drogę, jak się okazało – odpowiednią. 
Stanąłem przed drzwiami pokoju z numerem trzynaście, czyli tym samym, który widniał na breloczku przyczepionym do kluczyków. Z dziwnym uczuciem w żołądku odblokowałem zamek, po czym jednym pewnym krokiem wszedłem do pokoju. Nieświadomie nawet przymknąłem oczy, nie chcąc się z nikim spotkać, jednak gdy od dłuższego czasu panowała cisza, postanowiłem je otworzyć. Odetchnąłem z ulgą, widząc, że jestem sam.
Usiadłem na jednym z dwóch łóżek, które było bardziej oddalone od okna, a co za tym idzie – od wysuszającego słońca. Z ulgą przyjąłem fakt, że było miękkie i aż prosiło, by się na nim położyć. Jednak ten zaszczyt przypadł Nene, która uprzednio rzucając mi torbę pod nogi, uwiła sobie z kołdry gniazdo na samym środku materaca. Delikatny uśmiech wstąpił na moje wargi. Podrapałem klacz po pysku, po czym nie tracąc czasu, zabrałem się za rozpakowywanie torby, która w gruncie rzeczy nie była duża. Ponownie wszystkie ciuchy złożyłem w idealną kostkę, kładąc je w szafie, skarpetki wraz z bielizną wylądowały w szufladzie, podręczniki na jednej połowie biurka, a laptop i trzy książki na szafce nocnej. Na koniec zabrałem kosmetyki i przeniosłem się do łazienki, gdzie nieśpiesznie zacząłem je układać najpierw kolorystycznie, a potem wielkościowo. Nie było nawet południa, więc miałem sporo czasu dla siebie. No prawie…
Podskoczyłem słysząc siarczyste przekleństwa z pokoju i wrogie prychnięcia Nene. Zerwałem się na równe nogi, zostawiając wpół ułożoną tęczę z plastikowych buteleczek i pobiegłem do pokoju, jednak nigdy nie spodziewałem się, że ujrzę taki widok.
Nene trzymała w pysku bandaż z ręki jakiegoś chłopaka, który prezentował się… przerażająco. Ubrany na czarno z kontrastującymi białymi opatrunkami niemal na całym ciele wyglądał niczym ucieleśnienie psychopatyzmu i morderstw. Jego rdzawe oko ciskało piorunami, gdy próbował wyszarpnąć klaczy swoją własność. W końcu uderzył ją dosyć mocno w łeb, aż zatoczyła się od tyłu. Jednak ona nie odpuściła, otrząsnęła się i ujadając wściekle, zaczęła zwiększać swój rozmiar.
A myślałem, że już nic mnie dzisiaj nie zdziwi.
Przełknąłem przerażenie i w końcu ruszyłem się z miejsca. Szybko zagrodziłem drogę Nene, podnosząc ręce do góry. Zachowałem jednak na tyle rozumu, by stanąć bokiem do psychopatycznego chłopaka, który budził we mnie przerażenie.
– Spokój! – powiedziałem stanowczo, utrzymując z klaczą kontakt wzrokowy. Ta prychnęła pod nosem, zatrzymując swoje rośnięcie na lekko ponad metra dwudziestu w kłębie. Nie chciała wrócić do naturalnego rozmiaru, a oprócz tego nadal stroszyła kolce szyjne na nieznajomego.
Poklepałem Nene po piersi, starając się ją uspokoić i jednocześnie odwróciłem się przodem do chłopaka. Przygryzłem zestresowany wargę, patrząc kątem oka, jak zawiązuje z powrotem bandaż wokół swojej ręki, mrucząc coś pod nosem. Gdy skierował swój wzrok na mnie, jeszcze bardziej wcisnąłem się w bok klaczy, która jak zawsze była nadzwyczaj chętna do obronienia mnie w razie czego.
– P-przepraszam za nią – wydusiłem z siebie, choć strach ściskał mi gardło, a serce pędziło galopem.
<Dazai?>
Ilość słów: 916

niedziela, 13 maja 2018

Witamy- Aoi Umari!

 
Imię i nazwisko: Aoi Umari
Pseudonim: Jego imię jest na tyle krótkie, że nie ma potrzeby jego skracania. Niektórzy jednak złośliwie nazywają go "rybą”.
Wiek: 18 lat
Data urodzin: 13 lipca
Płeć: Mężczyzna
Orientacja: Homoseksualny, jednak jest to jego największy sekret, o którym nigdy nie będzie mógł się dowiedzieć jego ojciec.
Partner: Czeka na "tego jedynego”, przy którym jego syrenie serce zabije szybciej.
Klasa: I Medyczna
Kluby: Klub śpiewu
Rasa: Syrena
Specyfika: Można powiedzieć, że włosy i oczy Aoi są wyznacznikiem jego stanu. Choć ich naturalny kolor to ciemny granat to im tryton jest słabszy, tym stają się jaśniejsze. Błękit oznacza zwykłe zmęczenie, jednakże, gdy jego włosy i oczy przybiorą odcień bieli, jest bardzo duże prawdopodobieństwo, że tryton zapadnie w śpiączkę spowodowaną skrajnym wyczerpaniem. Niestety w takich przypadkach zwykła drzemka nie pomaga. Najlepszym sposobem na wykurowanie się Aoi jest pobyt pod wodą, która go naturalnie regeneruje.
Charakter: Aoi jest chłopakiem o słabym charakterze. Wystarczy chwila, drobny gest, by go złamać. W takich momentach chowa się w sobie i natychmiast wycofuje, byleby nie rzucać się w oczy. Jednak mimo wszystko stara się nie pokazać tego z zewnątrz, gdyż już od najmłodszych lat gnębiono go za to, że był po prostu słaby. Potrafi utrzymać beznamiętną maskę, nawet gdy w środku ma ochotę ryczeć, a musicie mi uwierzyć, jest naprawdę emocjonalny.
Z uwagi na swoje przykre dzieciństwo stał się typem nieśmiałego samotnika, który stara się unikać wszystkich. Do tego dochodzą jego ogromne problemy z zaufaniem, które zdecydowanie wymagają pomocy psychologa. Aoi nie ufa nikomu i niczemu, oprócz Nene, która jest jego pupilem. Od każdego z góry spodziewa się kłamstwa lub ciosu, więc w żadnym wypadku nie potrafi nawiązywać nowych znajomości. Tryton potrzebuje czasu, ogromnej ilości czasu, by komuś zaufać. Jednak, gdy to jakimś niewiadomym cudem się stanie, zyskasz przyjaciela, który skoczy za tobą w ogień. Również Aoi ma problemy z samooceną i samoakceptacją. Podobno kłamstwo powtarzane tysiąc razy staje się prawdą. W tym przypadku tak było. Jeszcze na początku, gdy rodzina mówiła mu, jak jest słaby i beznadziejny starał się opierać, nie wierzył w to, jednak w końcu udało im się przekonać go, że tak rzeczywiście jest. Aoi uważa siebie za najgorsze, bezwartościowe ścierwo, jakie istniało. Nienawidzi siebie, swojego słabego i cichego charakteru, swojego delikatniejszego wyglądu, swojego zamiłowania do śpiewu. Nienawidzi tego, że jego ojciec patrzy na niego z odrazą. Mianowicie Aoi odczuwa potrzebę zadowolenia wszystkich, a że jest to niemożliwe, nienawidzi się przez to jeszcze bardziej. Nie potrafi przyjąć żadnej pochwały, gdyż myśli, że to jakiś głupi żarcik czy kolejny przycinek. Mimo wszystko Aoi jest typem marzyciela, który potrafi na długie godziny zatracić się w myślach pod tytułem: "Co by było, gdyby...”. Dzięki swojemu spokojnemu usposobieniu jest też świetnym słuchaczem i wbrew pozorom tryton naprawdę jest miłym i kochanym chłopakiem, który ma w sobie wewnętrznego altruistę, któremu największą radość daje niesienie pomocy innym. Jednak ma tendencję do kłamania i to nie pojedynczych rzeczy, ale czasem zdarza mu się gubić w swojej sieci kłamstw. Robi to tylko po to, by zadowolić swojego rozmówcę. Dodatkowo jego wadą jest ocenianie ludzi na pierwszy rzut oka.
Aparycja: Aoi jest chłopakiem średniego wzrostu o smukłej budowie ciała. Niektórzy nawet twierdzą, że jest trochę drobny, jednak tryton nigdy by się z tym nie zgodził. Wbrew pozorom na jego jasnej skórze widać zarys mięśni, a brzuch zdobi miły dla oka delikatny sześciopak, który powstał naturalnie z powodu wysiłku, który trzeba włożyć w radzenie sobie z prądami morskimi. Jak na syrena przystało, Aoi jest po prostu piękny. Symetryczną twarz z idealnie prostym nosem, pełnymi ustami i dużymi ciemnogranatowymi oczami przykrywają kosmyki tego samego koloru.
W swojej syreniej formie jego nogi zmieniają się w piękny długi ogon barwy indygo. Również gdzieniegdzie na jego ciele pojawiają się niebieskie łuski np. na jego ramionach i dłoniach, a pomiędzy palcami powstaje błona pławna. Są to skutki długotrwałego spędzania czasu w morskich głębinach. Podobno wystarczy jedno spojrzenie w jego kryształowe tęczówki, a już wiesz, że przepadłeś. Zechcesz zaryzykować?
Głos: Ed Sheeran
Pokój: 13
Współlokator: Dazai Osamu
Zainteresowania: Aoi jest prawdziwym pasjonatem śpiewu. Od najmłodszych lat starał się doskonalić w tym kierunku, jednak z racji na jego ojca nie miał szans. Dopiero po ukończeniu szesnastu lat wymykał się na pojedyncze lekcje. Teraz szkoła dała mu szansę na osiągnięcie perfekcji w tej dziedzinie.
Moce:
-Przemiana ogona w nogi – ta moc jest ściśle związana z jego rasą, a jej opanowanie nie przyniosło mu większych trudności. Na zawołanie potrafi zmienić swoje nogi w ogon i odwrotnie, jednak niekiedy w sytuacjach bardzo emocjonalnych, a wręcz kryzysowych, przemiana następuje u niego samoistnie.
-Leczenie – ta moc ściśle wiąże się z wodą, która jest jego naturalnym środowiskiem. Z jej pomocą potrafi zasklepiać rany i uzdrawiać niektóre choroby. Czym poważniejszy uraz tym więcej czasu i energii do tego potrzebuje. Oczywiście, nadal uczy się opanowywać tą moc, ale wieloletnie ćwiczenia umożliwiają mu posługiwanie się nią bez większych trudności.
-Hipnoza – to jest jego najbardziej nieprzewidywalna moc, nad którą nie do końca potrafi zapanować. Mianowicie potrafi swoim śpiewem narzucić komuś swoją wolę, czyli po prostu zahipnotyzować. Najczęściej moc działa niezależnie od jego woli i często przypadkowo zmusza osoby do różnych rzeczy. Aoi poświęca teraz mnóstwo czasu na okiełznanie tego nieznośnego daru.
Rodzina: Według tradycji panującej w jego rodzinnym mieście matki wychowują córki, a ojcowie synów. Swojej rodzicielki nigdy nie poznał, zabrali go od niej, gdy tylko przestała karmić go piersią. Natomiast jego tatuś, samozwańczy król Rvaler, był po prostu jednym wielkim brutalem, który nienawidził Aoi. Oprócz tego tryton ma brata bliźniaka Ari, który gnębił go niemal przez całe życie z pozostałą dwójką braci. Tak więc Aoi nie lubi rozmawiać o swojej rodzinie i nigdy ci o niej nie opowie z własnej nieprzymuszonej woli.
Historia: Zacznijmy od tego, że Aoi urodził się jako pierworodny syn samozwańczego króla małego miasta w głębinach oceanu o nazwie Rvaler. Tak, Aoi jest księciem. Niestety delikatny i nieśmiały syn nie zadowolił ojca w żadnym stopniu. Mężczyzna oczekiwał godnego następcy tronu, który przejmie po nim panowanie jako, nie oszukujmy się, monarcha absolutny. W mieście gdzie strach i śmierć były na porządku dziennym Aoi nie czuł się bezpiecznie. Na szczęście Aoi nie był jedynakiem. Jego brat bliźniak Ari był jego kompletnym przeciwieństwem: brutalny, twardy, odważny i nieustępliwy, czyli według ich ojca idealny sukcesor tronu Rvaler. Jednak to Aoi urodził się pierwszy o parę minut, ale jednak pierwszy, co zmieniło jego życie w piekło. Był gnębiony przez brata, który od najmłodszych lat pilnował, by bliźniak był mu niepodważalnie posłuszny. Aoi ze swoim delikatnym wyglądem, słabym charakterem i zamiłowaniem do śpiewu stał się pośmiewiskiem i wstydem całego dworu. Do perfekcji opanował uciekanie po korytarzach zamku przed trójką młodszych braci. Oczywiście ojciec napędzał całą machinę nienawiści skierowaną w kierunku Aoi. Uważał, że słaby tryton jest niewielką ceną za zahartowanie reszty potomstwa. Jak udało mu się zwrócić całe rodzeństwo przeciwko najstarszemu bratu? Prosto – wmawiał wszystkim, że Aoi nie będzie chciał się zrzec prawa do korony. Oczywiście to było jedno wielkie kłamstwo, gdyż tryton nie marzył o niczym innym, jak wypadnięciu z kolejki do tronu. Jednak według tradycji, mógł to zrobić dopiero po ukończeniu szesnastu lat. Wcześniej na nic zdawały się zapewnienia o neutralności, bracia i tak wierzyli ojcu. Gdy zrzekł się prawa do tronu, machina nienawiści przystopowała, a Aoi mógł w końcu odetchnąć. Podczas gdy jego rodzeństwo trenowało sztuki walki, on w sekrecie wymykał się na lekcje śpiewu i magii, której nie do końca kontrolował. Teraz ojciec wysłał go do Auris, a Aoi nawet nie musi zgadywać dlaczego. Łatwiej się pozbyć wstydliwego dziecka niż chować go w pałacu.
Pupil: Nene, czyli czystej krwi koń wodny, z których hodowli słynie Rvaler. Początkowo była trenowana na konia bojowego jednak, gdy spotkała Aoi nie wiedzieć czemu ta agresywna dla wszystkich klacz stała się nagle potulnym pluszakiem. Nieufna i wrogo nastawiona wobec obcych za punkt honoru wzięła sobie bronienie trytona przez wszystkimi. Z całą pewnością jest zaborcza i nie odstępuje Aoi nawet na krok: śpi z nim, je z nim, chodzi za nim. Można nawet powiedzieć, że jest jego najlepszym i jedynym przyjacielem. Na szczęście konie wodne posiadają umiejętność zmieniania swojego rozmiaru. Nene może być raz mała jak szczur, a raz wysoka w kłębie na dwa metry, jednak jej naturalnym rozmiarem jest wysokość dorosłego doga niemieckiego.
Inne:
– Aoi jest wegetarianinem i wielkim przeciwnikiem zabijania zwierząt na jedzenie.
– Jako że Rvaler jest wyizolowanym miastem, a Aoi nigdy wcześniej go nie opuszczał inne rasy zna tylko z podręczników i opowieści. W swoim życiu widział jedynie raz człowieka w łódce, gdy wymknął się raz na powierzchnię.
– Aoi jest pacyfistą, nienawidzi wszelkiego rodzaju przemocy.
– Ma tendencję do sprawdzania swojego swoich możliwości. Nieraz doprowadza się do stanu, gdy jego oczy i włosy przybierają niemal barwę bieli.
– Uczy się szybko, a wręcz bardzo szybko. Jednak matematyka i przedmioty z nią powiązane stanowią dla niego nie lada przeszkodę.
– Aoi jest we wszystkim nowy: nigdy nie pił alkoholu, nie palił, nie ćpał i jest prawiczkiem, więc jeszcze dużo przed nim.
– W przyszłości chce uciec jak najdalej od rodzinnego miasta, zapomnieć o swoim pochodzeniu i po prostu pomagać innym np. jako lekarz.
Kontakt: doggi-game: Shay, disscord: Shayanell, howrse: Shayanell, email: sarahgrantwriter@gmail.com (najszybciej odpowie na discordzie)
Źródła zdjęć: Pinterest
Relacje: -
Ważne opowiadania: -
Inne zdjęcia:

Obszar załącznikówPodgląd filmu YouTube Ed Sheeran - Perfect (Official Music Video)