Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Roa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Roa. Pokaż wszystkie posty

sobota, 7 kwietnia 2018

Od Roy do Drake'a

Dotychczas wpatrzona w nieokreślony dla nikogo punkt, dokładnie wsłuchiwałam się w każde słowo, które wypływało z ust chłopaka. Wszystko całkiem dobrze trzymało się kupy, podzielałam również jego opinię w kwestii możliwości nagięcia zasad przez naszych nauczycieli. Utrzymując nieustannie cieplutkiego androida w swych rękach, dopiero słysząc krótką uwagę ze strony Drake'a, rzuciłam w jego stronę nieco oburzone spojrzenie.
- Myślisz bardzo stereotypowo. - fuknęłam pod nosem. - Przynajmniej nie miałabym rano problemów z serii „nie mam co ubrać” - zażartowałam, mimowolnie delikatnie się uśmiechając.
- No tak dla kobiety zapewne jest to swego rodzaju zbawienie. - odparł, cicho się śmiejąc. Przytaknęłam mu delikatnie głową, wracając do rozmyślania ściśle związanego z jego poprzednimi gdybaniami. Choć zwycięstwo a dobro relacji obojgu stron byłoby dla mnie równie ważne, trzymałabym się ściśle swych moralnych zasad. Nie stałabym z pewnością bezczynnie, czekając na pewną przegraną. Zaczęłabym dyskusję, by w ostateczności zaatakować.
- Jeśli chodzi o twoje wcześniejsze pytanie... - zaczęłam, na moment się zatrzymując, w celu dokładnego poukładania sobie w głowie słów, którymi miałam zamiar podzielić się z chłopakiem. Odwróciłam wzrok w bok, na powrót kierując go wprost przed siebie. - Dopóki twoja broń nie zostanie wycelowana we mnie, będę w stanie mimowolnie poddać się na rzecz wygrania tylko jednej osoby. Nawet po twojej stronie. - powiedziałam całkiem cicho, zgodnie ze swymi myślami.
W odpowiedzi towarzysz jedynie się uśmiechnął, by po chwili, delikatnie zetknąć swą dłoń z moimi włosami. Od razu wyczułam dosyć swobodne ruchy, emitujące głaskanie. Wtuliłam się bardziej w cieplutką kopułkę Blue, jednocześnie ziewając. Nie oczekiwałam z jego strony komentarza, który miałby skwitować moją prywatną opinię. Wolałam, by pozostawił ją jedynie własnemu, podświadomemu zarejestrowaniu i najlepiej zapamiętaniu. Szliśmy dalej w ciszy, okazjonalnie dzieląc się uwagami dotyczącymi ruchach w krzakach, czy odgłosach dobiegających z okolicy jakiś pięćdziesięciu metrów. Zawzięte kontynuowanie rozmowy mogło nam jedynie przysporzyć niepotrzebnych „adoratorów”, którzy z chęcią wykluczyliby nas z rozgrywki. Choć nie ukrywam, podobne przerwanie rozmów, zmieszane ze zmęczeniem, coraz bardziej usypiało mój organizm. Starałam się dzielnie trzymać na obu nogach i dorównywać kroku towarzyszowi. Jeśli poświęcimy, choć część nocy na zbliżenie się do celu, powinniśmy wyprzedzić przynajmniej tych decydujących się na odpoczynek. Ignorując coraz cięższe przy próbach otwarcia powieki, mierzyłam swym przyćmionym wzrokiem otoczenie... Za cicho...
- Dla mnie nie byłoby problemem zatrzymanie się. W końcu, jak widzę, właśnie tego potrzebujesz. - powiedział w pewnym momencie ciemnowłosy, jakby chcąc zapewnić mnie w czymś oczywistym.
- Nie chcę być ciężarem... - mruknęłam pod nosem, rzucając jego osobie spojrzenie wprost spod zmrużonych powiek.
- Brak snu jest niezdrowy i szkodzi urodzie. - wspomniał, chyba tym razem chcąc oświecić mój umysł.
- Skoro daję radę zarywać nocki na książki, anime, czy mangi, nie będzie dla mnie problemem swobodny marsz. - ziewnęłam, prostując się. Przetarłam przymknięte powieki dłonią, jednocześnie wznosząc ręce ku górze. Ślęczenie tak, beznamiętnie opartą o cieplutkiego robocika, nie jest zdatne do pobudzenia mnie. - Pora zniwelować jakichś śpioszków. - uśmiechnęłam się delikatnie, spoglądając jednocześnie na Drake'a.
Zaśmiawszy się cicho, podobnie jak ja, zajął się szykowaniem odpowiedniej obrony. Korzystając ze swej zdolności echolokacji, z przymkniętymi delikatnie oczami, skupiona, zajęłam się namierzaniem najbliższej parki. Nie minęło parę sekund, a w obrębie stu metrów doszło do mnie odbicie ze strony dwóch postaci. Najpewniej para składająca się z dwóch przedstawicieli przeciwnej w stosunku do mnie płci.
- Zapewne, ciekawią cię moje umiejętności... - zaśmiałam się pod nosem, wyczuwając na sobie spojrzenie mężczyzny. - Jedną z nich jest manipulacja falami dźwięku, takie tam... Echolokacja. Dzięki temu mogę zakamuflować również naszą obecność i kroki. - dodałam głośniej, przeładowując oba rewolwery.
- Wcześniej z tego korzystałaś? - dopytał, wspominając nasze uprzednie kilkakrotne podejścia do przeciwników. Z mojego gardła, mimowolnie, wydobył się głośniejszy niż poprzednio śmiech. Rzuciłam przepełnione rozbawienia spojrzenie w kierunku wyższego.
- Nie sądzisz, że takie rozwiązanie byłoby zbyt proste? Nie zabawne, pozbawione sensu i rozrywki... - powiedziałam z wymalowanym na twarzy entuzjazmem. - Zanim zaczniemy się bawić w naginanie zasad, chciałabym przetestować wszystkie możliwości tej gry ♥ !
<koniec wątku>

< Drake? ♥ >
Liczba słów: 652

piątek, 9 marca 2018

Od Roy do Drake'a

Uśmiechnęłam się delikatnie, dla upewnienia sprawdzając zawartość swych magazynków. Oba rewolwery zostały już wcześniej przeze mnie uzupełnione nabojami koloru złotawego. Mimo wszystko wolałam mieć pewność co do swojego zabezpieczenia, którego brak skończyłby się pewną przegraną. Skinęłam ostatecznie głową, dając chłopakowi znak gotowości. Ten chyba nadwyraz zadowolony, spojrzał na zawisającego trochę ponad nami robocika. Wydał mu na migi krótkie polecenie, którego prostotę bardzo łatwo dane mi było pojąć. Blue miał w pierwszej kolejności osłaniać moją osobę, a dopiero w ostateczności ruszyć, po wydaniu polecenia jego osobie na pomoc. Mruknęłam coś niezrozumiałego pod nosem, widocznie niezadowolona z niepewności co do moich umiejętności samoobrony. Westchnęłam cicho, wymieniając z chłopakiem krótkie skinięcie głową. Wyszliśmy zza krzaków najciszej, jak to było możliwe, by po wykonaniu kilku równie delikatnych kroków każdemu z nas umożliwione było zaatakowanie celu na własny sposób. Skupiona na przydzielonej mi ofierze, wraz z fruwającym przy mym boku androidzie, pozwoliłam sobie trochę pobawić się z chłopakiem. Drake zaatakował odrobinę wcześniej, co jakby automatycznie zadecydowało o zwróceniu się mojego celu z wymierzoną bronią w stronę mojego partnera. Gdy ten miał zamiar odrobinę zdezorientowany pociągać za spust, uprzedzając tę czynność, z uwodzicielskim uśmieszkiem pozwoliłam sobie dłonią delikatnie nakreślić niewidzialną linię w okolicy karku i kręgosłupa ofiary. Odrzucając swe próby ataku "bawiącej się dwójki", brunet szybko zwrócił się w moją stronę, chcąc zaatakować, na co zareagowałam szybkim odskokiem z lekka w bok. Z wymownym uśmiechem przyłożyłam jeden z palców do ust, jakby chcąc zmusić go gestem do milczenia, przy tym jeden z rewolwerów mając uniesiony na wysokość jego czoła. Zanim sam zdążył pociągnąć za spust, bez najdrobniejszego wzruszenia wystrzeliłam swój nabój prosto w jego głowę. Nawet nie zdążyłam nacieszyć się swoim zwycięstwem nad przedstawicielem przeciwnej płci, gdy nagle objawiona przede mną tarcza stworzona przez Blue odparła nabój należący do niebiorącego już udział w grze mężczyzny. Jego ciało swobodnie rozpłynęło się w powietrzu, gdy tylko należący do mnie środek zetknął się z głową chłopaka. Spojrzałam na niewielkiego androida z dziękującym spojrzeniem, spoglądając również na jego prawowitego właściciela. Ten, chyba nazbyt napalony na jakoś trzymającego się — po kilku uderzeniach z pięści w przeróżne części ciała — drugiego przeciwnika, postanowił zwyczajnie się z nim trochę pobawić. Podczas gdy ja postanowiłam oprzeć się z założonymi rękoma o drzewo, ten wymieniał się z wrogiem na odskoki i ciosy. Mam świadomość, że Drake byłby zdolny do wykończenia go o wiele szybciej, lecz z jakiegoś niezrozumiałego dla mnie powodu wolał tak go sobie pomęczyć. Westchnęłam cicho, zakreślając nieduże kółeczka na kopułce zawisającego przy mnie androida. Nawet on miał świadomość, że Drake chyba chciał się popisać... Uśmiechnęłam się mimowolnie. Wiem, że swoją siłą przewyższa większość osób w jego wieku, lecz... "Akh, dobra, to się robi niemiłe dla mych oczu" - mruknęłam do siebie w myślach, drugim z rewolwerów zakańczając grę naszej uroczej parki. Wycelowałam dokładnie w jego skroń, która z tej perspektywy była najlepszym miejscem na wycofanie go z rozgrywki.
- No wiesz? Nie zdążyłem mu podbić drugiego oka! Tak do pary... Bo teraz jak jakaś pokraka będzie zmuszony chodzić tylko z jednym... - Prawie od razu doszły do mnie niezadowolone jęki chłopaka, który niewyżyty otrzepał dłonie. Odwróciłam wzrok ku miejscu, gdzie jeszcze moment temu stał nasz napastnik. To wszystko nie miało sensu...
- Coś tu jest nie tak... - powiedziałam do siebie, ignorując słowa Drake'a sprzed chwili. Dostrzegłam jego pytające spojrzenie rzucone na moją osobę. Racja, stwierdzić, to ja mogę sobie stwierdzać, lecz... - Według zasad nikt nie powinien być poważniej zraniony, a jednak tylko użycie broni pozwala zesłać przeciwnika na przegraną... - dopowiedziałam, podkładając jedną z dłoni pod podbródek. - Poza tym, była tam wzmianka o automatycznym "Game Over", gdy jeden z członków drużyny nie może kontynuować. Chłopak, z którym ja walczyłam, odszedł o wiele wcześniej niż ten wzięty przez ciebie... - dokończyłam mrukiem, odruchowo strzelając swymi palcami. To wszystko było nazbyt pogmatwane, aby móc to uznać za poprawnie napisany system. O ile... O ile ktoś nie ma w niego ingerencji. Oświeciło mnie. - To jest to! - krzyknęłam, jakby nagle zesłano na mnie cud prosto z nieba, jak na zawołanie znajdując się tuż przed wyższym chłopakiem.
- Widocznie w tej grze są jakieś błędy albo jakimś cudem zdatne do ominięcia zasady. - przytaknął mi ciemnowłosy, krzyżując ręce.
- Teraz myśl człowieku, czy nauczyciele zrobili to specjalnie, czy może ingerencje miały w to łapska starszych uczniów. - przybiłam krótką piątkę z twarzą. Tyle pytań, a jednak żadnych konkretów. Chyba nie pozostało nam nic innego, niż iść, jakoś przetrwać i wygrać.
- Myślę, że dla nas nie będzie to miało większej różnicy, czyż nie? - zaśmiał się, spoglądając to na mnie, to na androida pomiędzy naszą dwójką. Skinęłam głową z delikatnym uśmiechem, któryś raz z kolei pozwalając sobie popieścić malutkiego, blaszanego robocika swym głaskaniem. Nie minęła sekunda, a moje działania spotkały się z wymownie obrażoną, jakby pałającą niedocenieniem twarzą chłopaka. Nie mogłam powstrzymać się od cichego śmiechu. Wyciągnęłam swą delikatnie drżącą z lęku dłoń w jego stronę, by po chwili zanurzyć swoje palce w bujnej czuprynie Drake'a. Oszołomiona miękkością tego jego — jak sądziłam — siana, podekscytowana zbliżyłam się nieco bardziej. Stojąc na palcach, mogłam bez problemu sięgnąć tej jego grzywki.
- Strzeż się, bo teraz cię zagłaskam na śmierć... - uniosłam swe kąciki ust odrobinę wyżej niż zwykle, nie zaprzestając czynności.

< Drake? >
Liczba słów: 870

poniedziałek, 19 lutego 2018

Od Roy do Drake'a

Uważnie słuchałam poleceń zdzierających sobie gardła nauczycieli, przy tym przyglądając się uważnie jednemu, daleko osadzonemu punktowi. Nie za bardzo interesowały mnie w tym momencie dyskusje tych mniej zdyscyplinowanych uczniów, beztrosko nawijających językiem. Chciałam dokładnie zrozumieć każdy szczegół powierzonego nam zadania, przy tym niczego nie pomijając. Nie wiem, czy istnieje taka możliwość — ale chcę wygrać, albo przynajmniej według zasad, ukończyć poprawnie grę. "Mówienie tego w liczbie pojedynczej jest z lekka samolubne" - w tej chwili zganiłam samą siebie w myślach. No tak, w końcu jest jeszcze Drake, aktualnie stojący za mną. Jeszcze nie znam ani jego, ani umiejętności w dziedzinach walki, które — de facto — powinien posiadać. Mimo wszystko nie sądzę, czy mógłby on być piątym kołem u wozu. Broń, która spoczywa mu na plecach, chyba nie wisi na nim "tak sobie", "dla szpanu". Miejmy również nadzieję, że sama nie zawalę, przez swoją dosyć uporczywą niepewność co do wszystkiego. I nie będę się wahać, przed każdym kolejnym strzałem... Swoją uwagę, ponownie poświęciłam ciemnowłosemu, gdy ten jakby znikąd nachylony pojawił się przy moim uchu. Ekh... Z moją czujnością jest coś nie tak, nawet nie spostrzegłam ruchu...
- Myślę, że będziemy się razem dobrze bawić, moja paro — słysząc jego nieco zniżony ton, aż ciarki mnie przeszły po plecach. Zwróciłam swój wzrok w stronę Drake'a, starając się nie okazać po sobie delikatnego zdenerwowania. Skinęłam głową.
- Racja, powinno być zabawnie — powiedziałam ciszej, aby tylko ten mógł mnie usłyszeć. - O ile cokolwiek umiesz... - dodałam jeszcze bardziej niknącym w tłumie tonem, żeby wychwycenie ów słów było nieco trudniejsze. Dodatkowo z lekka się uśmiechnęłam.
- Hah, o to akurat nie musisz się martwić. - odpowiedział szybko, z szerokim uśmiechem na ustach. - Co do ciebie mógłbym mieć pewne wątpliwości — zaśmiał się cicho, na co ja pewniej uniosłam kąciki ust.
- Nie zapominaj o priorytecie. Mamy współpracować... - odrzekłam z pewnym błyskiem w oku, po czym dalej nie brnąc w swoją nagle objawioną złośliwość w stosunku do ludzi, z uwagą wysłuchałam do końca przemiennej paplaniny mężczyzn.
Wymyślili nam genialną zabawę, której zasady — z pozoru — uniemożliwiały pozabijanie siebie nawzajem. Swoista walka o przetrwanie, którą umila zaklęcie niepozwalające nam zginąć, utrzymujące się przez jakieś pięć godzin. Otrzymaliśmy od nauczycieli swego rodzaju elektroniczne zegarki, które zarówno ukazywały czas do ukończenia zadania, jak i imię przypisanego partnera, oraz najważniejsze — trójwymiarową, wyświetlaną wedle życzenia mapkę. Ukryty w dosyć obszernym lesie obok "skarb", miał być głównym celem, do którego prowadzi ów plan, możliwy do sprawdzenia przy pomocy nowego, owijającego nasze nadgarstki urządzenia. Ciekawe, czy będziemy je mogli zostawić sobie na dłużej... Przy dążeniu do punktu, z różnych miejsc w lesie, do których zostaniemy przeteleportowani, starając się nie "umrzeć", mamy przejść, najlepiej pozbywając się przeciwnych par. Rzecz jasna, na razie są to tylko ćwiczenia, więc nikt nie powinien zostać poważniej zraniony, dzięki zaklęciu ochronnemu... Para odpada, jeśli jeden nie będzie w stanie kontynuować gry.
- Macie trzy minuty na organizację. Po nich, wszystkich widzę na starcie, gdzie oficjalnie rozpoczniemy grę — zakończył ten nieco wyższy mężczyzna, odchodząc na bok wraz z moim wychowawcą. Westchnęłam cicho, z wyraźną nutką zrezygnowania w głosie. Sama do końca nie wiedziałam, od czego zacząć...
- Chodź — wydałam krótkie polecenie, chwytając chłopaka za rękaw bluzy. Jako że mój ruch był dosyć gwałtowny, dostrzegłam malujące się na twarzy Drake'a zdziwienie. Zrobiłabym wszystko, żeby wygrać tę grę... Odeszliśmy na bok, nieco poza tłum wciąż tłoczących się par, które najwidoczniej międzydrużynowo uskuteczniały jakieś sojusze. Idioci. Powinni być świadomi, że to zadanie może poprawnie zostać zrealizowane jedynie przez jedną dwójkę. W tym wypadku umowy są zbędne. Mój brak wiary w ludzkość sięga daleko poniżej zera...
- Masz ty w ogóle jakąś broń? - zagadnął w końcu wyższy chłopak, sam bawiąc się swoimi dwoma zabawkami. Uniosłam wzrok, dotychczas utkwiony w ruchach warg przeciwników. Szło coś wychwycić, gdybym jeszcze nie musiała uwierać się ze swoją wadą wzroku.
- Nie jestem bezbronnym dzieckiem — wzruszyłam ramionami, na początek z kieszeni swetro-bluzy wyciągając drobne pudełeczko, z soczewkami w środku. - Krótkowzroczność — wtrąciłam, odwracając się na moment tyłem do chłopaka. Dobrze wiem, że ludzie źle reagują na dosyć dziwnie wyglądającą czynność, którą jest zakładanie soczewek. Szybko uporałam się z malutkimi przedmiocikami, dzięki którym moja wada została przynajmniej w jakimś stopniu naprawiona. Gdy tylko pudełeczko na ów kontakty wylądowało z powrotem w mojej kieszeni, zwróciłam spojrzenie w kierunku Drake'a. "Hmf... Z tym wyostrzeniem wyglądasz o wiele lepiej" - powiedziałam do siebie w myślach. - Przepraszam za zwłokę — skinęłam z lekka głową, wyciągając zza pleców dwa, małe rewolwery dotychczas skrywane pomiędzy moją koszulą a płaszczem. Nigdy nie noszę paska bez celu. Tak samo płaszczu, czy przydługiego swetra. Oba te elementy garderoby są idealnym kamuflażem dla broni. Paradowanie z nimi, ukazanymi na wierzchu byłoby czymś lekkomyślnym. Przeładowałam oba gnaty.
- Próbujesz mi udowodnić, że pozory mylą? - skrzyżował nagle ręce, wciąż z tym samym, wymalowanym na twarzy uśmiechem. Wycelowałam nagle w niego, pozostawiając swoje kąciki ust uniesione.
- Nie lekceważ płci pięknej. Jeśli się uprę, nawet diabła przegadam. - wypaliłam, po chwili opuszczając rękę. - Chodźmy już — westchnęłam cicho, kończąc swoją scenę pewności siebie. Czuję, że w pewnym momencie naszej gry zacznie padać deszcz. Niekorzystne warunki dla mojego sweterka, jak i zdrowia. Gdy byłam mała, podejrzewano u mnie astmę. Przeziębienie w takim przypadku nie byłoby niczym fajnym. "Każdy udaje, każdy musi udawać..." - mruknęłam w pewnym momencie, jak znikąd, sama do siebie, odchodząc w towarzystwie Drake'a do miejsca startu. W panującej pomiędzy nami ciszy zostaliśmy przeniesieni za pomocą umiejętności wychowawców w sam głąb lasu. Jeśli dobrze podpowiadają mi moje podświadome obliczenia, najbliższa para jest od nas oddalona o jakieś sto metrów... Taka odległość byłaby opcjonalna zarówno dla nas, jak i nauczycieli. Ponownie obdarzając wyższego mężczyznę wzrokiem, dopiero teraz spostrzegłam przy jego ramieniu latającego, niedużego androida. Aż oniemiałam z wrażenia, wpatrując się w to małe, lewitujące urządzenie. Gdy tylko wydobył się z niego ten przeuroczy i — na całe szczęście — zrozumiały dla mojego umysłu pisk, stopień jego słodkości chyba wyskoczył lekko ponad miarę.
- Jakie to małe... I... Urocze... - wyszeptałam, bez skrupułów podchodząc do dwójki. Ignorując pytające spojrzenia ze strony Drake'a, delikatnie ręką pogłaskałam to małe coś po kopułce. Zapiszczało bardziej słodko niż poprzednio, z tego, co zrozumiałam, przedstawiając się.
- Blue? Aw, jakie słodkie imię! - uśmiechnęłam się, nie zaprzestając czynności. - Jestem Roa — oświadczyłam, wciąż jak oczarowana wpatrując się w najwidoczniej towarzysza Drake'a.
- Rozumiesz go? - wtrącił nagle, dotychczas cicho stojący partner. Wzruszyłam ramionami.
- Spokojnie, może nie będziemy cię obgadywać... - odrzekłam nieco ciszej, rzucając jedynie w jego stronę przelotne spojrzenie.

< Drake? c: >
Liczba słów: 1088

czwartek, 15 lutego 2018

Od Roy do Drake'a

Sama do końca nie wiem, który z kolei dzień powtarzam tę samą czynność. Poranna toaleta, śniadanie i piesza podróż, do znajdującej się nie daleko od akademika szkoły. Dzisiejszego dnia, słońce przygrzewało mocniej niż zwykle, co w moim przypadku było równoznaczne z założeniem swojej ukochanej, białej koszuli bez rękawów oraz wpasowanego, czerwonego, dosyć cienkiego krawatu. Nie starając się bardziej urozmaicać dzisiejszej "stylizacji", na ramiona zarzuciłam przedłużany, zrobiony z nieco grubszego materiału, czarny sweter. Podobnego koloru była również przyodziana przeze mnie, falbaniasta spódnica oraz połyskujące buty. Wraz ze swoją - wciąż lśniącą nowością - torbą, wyszłam ze swojego pokoju, jak zwykle zamykając drzwi na klucz. Dzisiaj w końcu miały się odbyć jakieś konkretne zajęcia, specjalnie dla klas mundurowych.
Obojętnym wzrokiem prześledziłam już dobrze mi znany, całkiem duży hol. Co prawda, będę go widywać prawie codziennie, przez następne kilkanaście miesięcy. Szczerze mówiąc, już podświadomie zdaję sobie sprawę, że ta monotonność wkrótce zamieni się w niechęć, do stawiania stopy za murami ów placówki. Westchnęłam cicho, kierując się pod salę gimnastyczną, na której miały się zebrać - z tego co wiem - wszystkie roczniki klas mundurowych. Wychowawcy podobno zorganizowali dla nas jakąś grę terenową... Podczas niej, będziemy mogli wykazać się swoimi, przynajmniej podstawowymi, umiejętnościami zarówno w sztukach walki, czy obsługiwania się bronią, jak i tymi, związanymi z pracą zespołową. Nie mam do takiego typu zajęć żadnych zastrzeżeń. Wręcz przeciwnie - z chęcią chciałam sprawdzić w takim "symulatorze" swoje zdolności samoobrony. Podświadomie, cały czas czekałam na tego typu test. Jedyne, naprawdę delikatne zastrzeżenia mam co do przymusowej pracy z - przynajmniej dla mnie - zupełnie nieznajomą osobą. Przez te kilka dni nauki w nowej szkole, nie zdążyłam się z nikim zapoznać. Sama nie wiem, czy to przez moje dziwne nastawienie do nowej klasy, czy problem leży zupełnie gdzie indziej... Ach! I tak za dużo przeżyłam, żeby teraz nie dać sobie rady z jakąś pojedynczą egzystencją.
Zaprzestając na jakiś czas swoich wewnętrznych monologów, skupiłam całą swoją uwagę na dopiero co wyciągniętej z torby książce. Dodatkowo, z kieszeni swojego przydługiego swetra, wyciągnęłam okulary podobne do tych, noszonych przez dobrze znanego wszystkim Harrego Pottera. Założyłam je szybko na nos, po czym "wyłączając się" pozwoliłam czasowi spokojnie mijać, zatracona już w zupełnie innym świecie. Nie chciałam poświęcać czasu na obserwowanie swojej patologicznej klasy, przynajmniej na tą chwilę nie było to moim głównym priorytetem... Gdy tylko doszedł do mnie charakterystyczny ryk dzwonka, momentalnie przymknęłam książkę i wraz z tłumem, udałam się do szatni. Zarówno chłopcy, jak i dziewczyny w tym momencie zobowiązani byli przyodziać swe identyczne u każdej z płci mundurki. W ciągu kolejnych piętnastu minut, całą, składającą się chyba z siedemdziesięciu osób grupą, stanęliśmy na betonowym, dosyć obszernym boisku. Dwaj mężczyźni, uprzednio dając polecenie o połączeniu się w pary, aktualnie toczyli między sobą - zapewne - bardzo interesująca i istotną dla naszego życia dyskusję. Rozejrzałam się. Żadnej znajomej twarzy, którą mogłabym poprosić o przyłączenie się. Stałam w miejscu, z początku całkiem obojętnie reagując, na co chwilę dobijające do moich ramion osoby. Minęła minuta, a od owych ani jednego "przepraszam" nie usłyszałam. Wywróciłam oczami, wzdychając cicho. Nie dość, że głupie, to jeszcze niewychowane... Z lekka zirytowana, zaczęłam szukać jakiejś sensownej drogi ucieczki z gmachu tłoczących się ludzi. Rzecz jasna, okazjonalnie do kogoś dobijając, pełna kultury okazywałam skruchę, przepraszając za swoją nieudolność. Spotykało się to głównie ze śmiechem - no cóż. Pozostawiając na razie myśli o znalezieniu sobie partnera, podświadomie zajęłam się wyzywaniem tych nieco bardziej denerwujących istot. Również zadając sobie pytania, z serii "Co ja tu właściwie robię?". Zatracona całkowicie w swojej miłej dyskusji samej ze sobą, nawet nie zwróciłam uwagi na - zapewne - przez "przypadek" podłożoną nogę, prosto pod moje stopy. Nie zdążając ominąć jakiegoś przemiłego człowieka, który wystawił ową kończynę, zagubiona w gmachu już szykowałam się na romantyczne spotkanie z ziemią, gdy nagle, wyczułam na swym nadgarstku czyjąś podtrzymującą mnie dłoń. Nie minęła sekunda, a zostałam postawiona do pionu przez o wiele wyższego, najwidoczniej starszego chłopaka. Wlepiłam w jego osobę widocznie przestraszone spojrzenie, z lekka się czerwieniąc.
-Gdzie tak lecisz? - zagadnął, uśmiechając się delikatnie pod nosem. Rozejrzałam się dla stuprocentowej pewności, czy pytanie zostało skierowane właśnie do mnie. Niepewna byłam, przez ten charakterystyczny dla całkiem towarzyskiej osoby wygląd. Przez chwilę po prostu zwątpiłam, czy ktoś taki chciałby o cokolwiek pytać zaszywające się w kątach dziecko, którym niestety jestem.
-Na randkę z podłogą - odpowiedziałam po dłuższej chwili, również delikatnie unosząc kąciki ust. - Dziękuję - dodałam, odwracając wzrok z lekka w bok.
-Nazywam się Drake - kontynuował rozmowę, co - nie ukrywam -, było dla mnie czymś nowym u płci przeciwnej.
-Jestem Roa - przedstawiłam się krótko, ośmielając się zwrócić z powrotem wzrok w jego stronę. Podczas gdy chłopak już otwierał usta, żeby coś powiedzieć, przerwały nam pytania nauczycieli o gotowość. Zapewne chcieli już przedstawiać zasady gry... Dopiero wtedy, uświadomiłam sobie, że nikomu nie zdążyłam chociażby złożyć propozycji o wspólną pracę, przez najbliższe kilka godzin. Odruchowo, ze stresu przygryzłam delikatnie dolną wargę, wzrok szybko wlepiając w ziemię. Zaczęłam bawić się bez opamiętania palcami, wyginając je w każde możliwe strony. Kątem oka nadal widziałam przy sobie posturę nowo poznanego.
-Ten, no.... - zająknęłam się z lekka, nawet nie ośmielając się unieść wzroku. - Masz już kogoś w parze? - podpytałam równie cicho.
  < Drake? :3 >
Liczba słów: 869

niedziela, 4 lutego 2018

Od Roy do Xaviera

Rzucając jedynie przelotne spojrzenie w kierunku jasnowłosego chłopaka, błyskawicznie poderwałam się z ziemi. Śledząc wzrokiem przechodzące obok nieznane osoby, z przerażeniem w oczach spuściłam głowę w dół. Nie przywiązując szczególnej uwagi do ludzi, o których ramiona nieustannie się obijałam, przebiegłam najszybciej, jak potrafiłam w kierunku charakterystycznego znaku "WC". O ile wzrok mnie nie mylił, znalazłam się w przystosowanym dla swojej płci pomieszczeniu. Nie pozostało mi nic innego, jak wparować do pierwszej, lepszej wolnej kabiny, co w krótkim czasie udało mi się uczynić. Zrzuciłam z siebie czym prędzej już z lekka wilgotną kurtkę oraz przylegającą do niej koszulę. Ugh, marny los tego białego materiału...
W ciągu kilku minut dałam radę uporać się z nieprzyjemnym, przesiąkniętym wilgocią strojem. No cóż. Miałam nadzieję, że nie będę musiała robić z siebie idiotki i pierwszego dnia przyodziewać mundur, który — tak jak mnie uprzedzano — podczas dzisiejszych zajęć się nie przyda. Lepsze to niż nic. Z torbą przewieszoną przez ramię, dodatkowo przytrzymywaną moją zaciśniętą dłonią, udałam się prosto do miejsca, w którym powinna znajdować się sala przypisana do II klasy mundurowej. Nie wiedząc, gdzie wlepić swój wzrok, zrezygnowana wyciągnęłam z kieszeni cienkiego płaszczu telefon. Udając, że przeglądam jakiegoś bloga, starałam się odwrócić od siebie uwagę gapiów. Nastąpiły czasy, które takie zachowanie przyjmują jako jedno z najnormalniejszych. Otaczające nas osoby zwyczajnie zbywają, ewentualnie gdybają na temat wyświetlanych przez ciebie treści...
Moje jakże ważne rozmyślanie, jak i zatracenie się w małym urządzeniu przerwał mocny ucisk w okolicy ramion. Zdezorientowana, posłałam pełne osłupienia spojrzenie w kierunku oprawcy. Okazał się nim być czarnowłosy mężczyzna, najprawdopodobniej nauczyciel. Przełknęłam głośniej niż zwykle ślinę, czując bijący od niego mrok. Chyba wilkołak...
- Roa Onoue Ren — powiedział, patrząc na mnie z dziwnym wyrzutem wymalowanym na twarzy. Przeczuwam, że chodziło o sam fakt przymusu znalezienia mnie wśród grona nowych uczniów. Hmf... W papierach, które złożyłam do tej szkoły, dołączyłam wymagane zdjęcie. No cóż... Delikatnie przytaknęłam, na co ten zdjął swoją rękę z mojego ramienia.
- Nareszcie... - wymruczał pod nosem, przewracając oczami. - Zajęcia zostały przeniesione do innej sali, z góry dostałem polecenie do sprowadzenia nowych — westchnął, utrzymując swoją minę, dodatkowo krzyżując ręce.
- Uhm... Przepraszam za kłopot...? - odpowiedziałam cicho, gdy tylko mężczyzna wyminął mnie i zaczął iść w swoim kierunku. Gestem ręki kazał podobnie postąpić mojej osobie. Nie pozostawiając mi wyboru, ruszyłam za nim.
Przechodząc w okolicy różnych, skupiających się w jednych miejscach klas, mogłam spostrzec tą wyraźnie odstającą od reszty — klasę X. Nie byłam do końca pewna, jeśli chodzi o rocznik owej klasy. Po samym wyglądzie również nie szło nic wywnioskować... Kaptury, nieliczni posiadali maski, przysłaniające twarz, włosy... Szybko rzucił mi się w oczy spotkany wcześniej chłopak. Jedynie wymieniłam się z nim krótkim, praktycznie przelotnym spojrzeniem. Jak większość, wygląda na osobę, która swym zabójczym spojrzeniem chciałaby zbyć każdą napotkaną istotę. Czy ta samotność wyniszcza ich od środka? Nie wiem. Jeśli chodzi o jasnowłosego, mam dziwną, nieprzychylną chęć zamienić z nim kilka zdań. Zapewne odbierze mnie jako nachalną, zauroczoną od pierwszego wejrzenia laskę... Cóż. Chciałabym jedynie sprawdzić, czy tak jak podpowiadają mi moje kobiece zmysły, ma on coś wspólnego ze sztuką. Czuję, tę głęboką głupotę moich podświadomych gdybań... Daleko z takimi zawieszeniami nie zajdę.
- Właśnie... - wtrącił ponownie profesor, jakby zauważając moje zainteresowanie klasą, która kilkanaście metrów od miejsca odbywania się moich zajęć czekała na swojego nauczyciela. Czarnowłosy zatrzymał się przy drzwiach, za którymi zapewne czekała moja nowa klasa. - Jesteśmy w pewnym sensie odpowiedzialni za klasę X, z tego samego rocznika. Dla mundurowych jest to dodatkowy trening przed pełną służbą, podczas której można się spotkać z podobnymi "wyjątkami". Planowane są jeszcze w tym tygodniu połączone zajęcia sztuk walki, z tymi odrobinę mniej destrukcyjnymi... - przy wypowiadaniu ostatniego zdania, spostrzegłam dosyć przerażający błysk w jego oczach. Co mnie skusiło do wybrania akurat tego kierunku...
- Czy to na pewno bezpieczne? - zapytałam zdecydowanie głośniej niż poprzednio, z lekka przekrzywiając głowę. - Z tego, co mi wiadomo, są oni bardziej... Uhm, "nieokiełznani" - zmarszczyłam brwi.
- Przechodziłaś specjalne kursy, czyż nie? - zadał kolejne pytanie, na które rzecz jasna zgodnie z prawdą przytaknęłam. - Więc dasz sobie radę — skinął głową, delikatnie klepiąc mnie po ramieniu. "Tak, tak... Wmawiajmy to sobie wszyscy" ~ powiedziałam do siebie, mimo wszystko wymuszając na swojej twarzy delikatny uśmiech. - A teraz, zapraszam do sali.
Znowu skierowałam wzrok w kierunku oddalonej grupy. Czuję śmierć...
< Xavier? > 
Ilość słów: 720

niedziela, 28 stycznia 2018

Od Roy do ktosia

Godzina szósta trzydzieści, poniedziałek... Oto właśnie rozpoczynał się mój pierwszy dzień w nowym otoczeniu. Wszelakie formalności miałam już na szczęście za sobą. Dodatkowo zostałam przyjęta bez najmniejszych problemów. Nawet obyło się bez pytań o rodzinę... I bardzo dobrze. Nie miałam zamiaru do tego wracać. Wystarczą mi blizny zarówno w psychice, jak i na ciele, które pozostaną ze mną do końca życia. Na samą myśl... Ugh!
- Pora zbierać się do szkoły, Roa... - warknęłam sama do siebie, ostatecznie wygrzebując się spod cieplutkiej kołderki. Nie ukrywam, że pozostanie pod nią, było naprawdę kuszącą propozycją, lecz nie zamierzam później na szybko zbierać się do wyjścia. Przechodząc przez swój nieduży pokoik, rzuciłam przelotne spojrzenie w stronę otwartej torby. Zapomnienie o czymś pierwszego dnia - to by było upokorzenie. Wczorajszego wieczoru pięć razy upewniłam się, czy mam wszystko. Będąc już za progiem łazienki, ściągnęłam z siebie delikatnie prześwitującą koszulę oraz bieliznę, po czym weszłam pod prysznic. Umycie zarówno włosów, jak i ciała zajęło mi niespełna dziesięć minut. Wysuszenie śnieżnobiałej czupryny potrwało kolejne pięć. Na poprawkę tego i owego na twarzy poświęciłam dodatkowe minuty, żeby po ich upłynięciu ostatecznie wyjść do pokoju codziennego. Przyodziałam na siebie wczoraj przygotowany standardowy komplet. Zważając na przynależność do klasy mundurowej, zdecydowałam się na coś bardziej oficjalnego. Wybrałam jeden z najoficjalniejszych strojów, jakie na tę porę posiadałam. Składał się on rzecz jasna z białej koszuli oraz czarnej spódnicy owiniętej czerwonym paskiem. Całości oczywiście towarzyszyły wysokie podkolanówki, czerwony krawat i kończący wszystko czarny płaszcz. Nie da się ukryć, że noszenie go w poprawny sposób jest dla mnie rzadkością. Zazwyczaj obie części, które winny znajdować się na barkach, zwisają w okolicy ramion, tym samym przedłużając otwory na dłonie. Zakładam go poprawnie, gdy zaczynam na dworze zamarzać. Gotowa, spojrzałam na zegarek. Siódma. Czyli zostało mi równe piętnaście minut, które poświęcę na zjedzenie śniadanie. Dzisiejszego poranka zdecydowałam się na zwykłe płatki kukurydziane, które zresztą uwielbiałam. Pochłonęłam całą miseczkę dosyć szybko, dzięki czemu mogłam ponownie zlustrować stan swojej torby. Poza dodatkowym uniformem znajdowały się tam zeszyty, podręczniki oraz rzecz jasna moja ulubiona książka - Rok 1984. Ach... Świat w niej przedstawiony jest równie dziwaczny, jak ten, w którym żyję. Ostatecznie przewiesiłam czarną torbę przez ramię, po czym wybyłam poza pokój, zamykając za sobą drzwi. Kątem oka już mogłam dostrzec nowe twarze... Może zgubię się w tłumie? Przynajmniej mam taką nadzieję. Koniec końców, schowałam kluczyk do kieszeni, dodatkowo z drugiej wyciągając bezprzewodowe słuchawki. Sparowanie nie zajęło mi zbyt długo, dzięki czemu jeszcze przed wyjściem na zewnątrz moje uszy koiły przyjemne nutki...
Piętnaście minut później już stałam przy wejściu do szkoły. Sama do końca nie mając pojęcia co robić, przegrzebałam swoją galerię w telefonie w poszukiwaniu planu lekcji oraz schematycznego rozkładu szkoły. Przygryzając kciuk lewej dłoni, starałam się w każdy możliwy sposób zrozumieć sens tych wszystkich wirujących przede mną kwadracików. Od dzieciństwa mam problemy ze zrozumieniem najprostszych rzeczy, czy wykonania równie banalnych czynności. "Dziadostwo..." - mruknęłam w myślach, ruszając do przodu, już sama do końca nie wiem gdzie, wzrok mając utkwiony w szklany ekran. "Ni to dziadostwo obrócić, ni zrozumieć..." - dodałam, wzdychając ciężko.
Nawet nie zwróciłam dobrze uwagi, gdy w pewnym momencie wpadłam prosto na jakąś osobę. Nie było to zbyt miłe zetknięcie... Owa osoba najwidoczniej w rękach niosła wodę, czy jakiś inny płynny roztwór, który w wyniku zderzenia przesiąknął moją koszulę. Jako że zrobiona była z dosyć cienkiego materiału, momentalnie zaczęła prześwitywać. Z lekka zaczerwieniona, od razu owinęłam się czarnym płaszczem, rzucając spojrzenie na stojącą nade mną osobę.

< Ktoś? Coś? >
Liczba słów:  573

Witamy - Roa Onoue Ren!

Imię i nazwisko: Roa Onoue Ren
Pseudonim: Zwyczajnie, po imieniu.
Wiek: 19 lat
Data urodzin: 17 sierpnia
Płeć: Kobieta
Orientacja: hetero
Partner: -
Klasa: II Mundurowa
Kluby: Klub czytelniczy
Rasa: Magicznie uzdolniona
Specyfika: Potrafi porozumieć się każdym z możliwych języków (wliczając te typowo zwierzęce), bez wcześniejszego zapoznania, czy nauki.
Charakter: Roa zarówno z pozoru, jak i po bliższym poznaniu, jest z reguły cichą osobą. Nie boi się odzywać, czy nawet szczerze wyrażać swojej opinii na dany temat. Zdania formułuje zgodnie z regułami języka japońskiego, również nie rzadko rzucając cytatami z książek swojego ulubionego autora — Williama Szekspira. Rzecz jasna, przy swym wydoroślałym zachowaniu potrafi zachować typowe dla nastolatek cechy. Wypije, kiedy trzeba — co de facto robi z niej bardzo gadatliwą i pewną siebie osobę, zdolną do tak zwanego "podbicia całego świata"; przejdzie się na zakupy, czy zwyczajny spacer ze znajomymi. Jest bardzo wrażliwa na ludzką krzywdę, przez co równie mocno nie lubi widoku krwi. Ogólnie nie można zaprzeczyć, że wszystko przyjmuje do siebie z podwójną siłą. Nie potrafi znieść krytyki, czy wytykania wrodzonych wad. Wie, kiedy ugryźć się w język. Potrafi bite kilka minut zastanawiać się, zanim podejmie decyzję na różnoraki temat. Osobiście straciła wiarę zarówno w siebie, jak i w ludzkość szmat czasu temu, co automatycznie robi z niej osobę nieufną. Ciężko jest jej obdarzyć kogoś szczególnym uczuciem, ponieważ za młodu nikt nie darzył jej owym. Można zwięźle powiedzieć, że nie wie wiele o głębszych relacjach międzyludzkich.
Aparycja: Roa posiada śnieżnobiałe, sięgające nieco ponad pas włosy. Równie jasna jest jej cera, która jest wynikiem częstych przesiadywań w zamkniętych pomieszczeniach. Mierzy równe 161 centymetrów, przy czym waży 49 kilogramów. Jej czerwone tęczówki, które z lekka podchodzą pod kolor różu, można dostrzec nawet w ciemności. Na co dzień jej strój składa z białej koszuli oraz czarnej spódnicy, dodatkowo owiniętej czerwonym paskiem. Całości oczywiście towarzyszą wysokie podkolanówki, czerwony krawat i kończący wszystko czarny płaszcz. Nie da się ukryć, że noszenie go w poprawny sposób jest dla niej rzadkością. Zazwyczaj obie części, które winny znajdować się na barkach, zwisają w okolicy ramion, tym samym przedłużając otwory na dłonie. Zakłada go poprawnie, gdy zaczyna na dworze zamarzać. Przeważnie pokazuje się w soczewkach, lecz gdy ma zamiar podczas przerw zanurzać się w lekturze, dla wygody przyodziewa okulary. Robi to ze względu na złośliwe uwagi, których obawia się ze strony rówieśników. Szczególną uwagę zwraca również krwistoczerwony kolczyk, noszony na lewym uchu. Posiada tylko jeden znaleziony niegdyś w rodzinnym domu.
Głos: Bim (nightcore)
Pokój: 4
Współlokator: -
Zainteresowania: W wolnym czasie uwielbia czytać. Nie ważne co, począwszy od dramatów, kończąc na zwykłych baśniach. Mimo to zdecydowanie częściej sięga po literatury przeznaczone dla starszych osób, dawno nieżyjących autorów. Okazjonalnie napisze jakieś opowiadanie, czy nabazgrze coś na kartce. Przy większości czynności towarzyszy jej muzyka.
Moce:
- Audiokineza - umiejętność manipulowania falami dźwięku. Można używać jej jak echolokacji i namierzać różne rzeczy. W praktyce potrafi wyczuć zbliżającą się osobę za pomocą fal dźwiękowych.
- Hydrokineza - jest to umiejętność tworzenia i panowania nad wodą za pomocą swojego umysłu.
- Telepatia - to zdolność parapsychiczna, umiejętność komunikacji z innymi stworzeniami bez użycia pięciu zmysłów, a jedynie siły umysłu.
- Znajomość języków - jest to zdolność do porozumiewania się, rozumienia oraz czytania w języku zupełnie nieznanym.
Rodzina: Imienia rodziców są dla niej zagadką. Ze względu na młody wiek, nie zapamiętała nawet pierwszych liter. Wuj nazywa się George, a ciotka — Isla.
Historia: Streszczając: wywodzi się z dosyć zamożnej rodziny, lecz po śmierci rodziców została wychowana przez stryja oraz ciotkę. Rodzice jak pewnego dnia zwyczajnie zniknęli, tak już nie wrócili. Prawdy o okolicznościach ich wyjazdu nigdy nie poznała. Przez pierwszy rok nie uczęszczała do szkoły ze względu na koszmar, który musiała przechodzić w domu. Wieczne kłótnie o jej egzystencje, przy których dochodziło zarówno do maltretowania, jak i rękoczynów. O dziwo, przy wszystkich złych rzeczach, które zarówno widziała, jak i doznała — zachowała zdrowe zmysły. Rozwijała się sama, poprzez wygrzebane z piwnic książki. Gdy nadarzyła się pierwsza, lepsza okazja, wyparowała z tamtego miejsca. Kierunkiem była rzecz jasna ta szkoła, w której akademiku się osiedliła.
Inne:
- Jej ulubionymi książkami są "Hamlet", W. Szekspira oraz "1984" George'a Orwella. Ta druga pozwala jej doszukiwać się błędów w świecie, na którym żyje,
- Przy czytaniu uwielbia popijać wino,
- Z racji na rodziców, którzy przed zniknięciem jednak jej coś zostawili, posiada własny samochód,
- Jej ulubionym cytatem, jest:
"Mówisz, że kochasz deszcz, a rozkładasz parasolkę, gdy zaczyna padać.
Mówisz, że kochasz słońce, a chowasz się w cieniu, gdy zaczyna świecić.
Mówisz, że kochasz wiatr, a zamykasz okno, gdy zaczyna wiać.
Właśnie dlatego boję się, kiedy mówisz, że mnie kochasz.'~ Romeo i Julia, Williama Shakespeare'a. 
Kontakt: Anonim
Motto: "Lepiej być o trzy godziny za wcześnie niż o minutę za późno." ~ William Szekspir
Inne zdjęcia:
Źródła zdjęć: Zerochan. Autorzy w głównej mierze nieznani, jedyny - IȻhigo Kurosaki
Relacje: -
Ważne opowiadania:

Upomnienia: 1/5