Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Yin i Yang". Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Yin i Yang". Pokaż wszystkie posty

czwartek, 5 lipca 2018

Od Amarina do Zirhael

- Oddajcie mi ją! ZIRHAEL! JASKÓŁKO! Ja chcę do jaskółki! Zostawcie mnie! Mamo! Tato! GDZIE JESTEŚCIE! MAAAMOO! - przerażony i smutny głos małego dziecka, które chciało wyrwać się spod rąk dorosłych i silnych żołnierzy. 
Bez szans. Bez nadziei. Ostatnia deska ratunku połamała się. Ostatni włos zerwał się. Ostatni płomień zgasł... Lecz wśród oburzonej ludności było słychać nadal tej jeden charakterystyczny dźwięk. Głos dziecka, które nic nie rozumiało. Dziecka, które straciło wszystko, nie wiedząc o tym. Dziecka, które się po prostu zagubiło i które straciło swoją kłódkę i klucz. Klucz, którym była Zirhael i nadal nim jest. Klucz ten zamykał jego złą naturę. Trzymał w jedności. W ludzkiej, pozornie niegroźnej formie. Gdy nie ma klucza, nie ma też kłódki. Pękła. Rozdzielił się. Z jednego dziecka powstało ich dwoje. Pierwszy, czyli ten prawowity, ten właściwy, ten, który powinien być przy Zirhael. Ten, który ma wszystkie emocje. Ten, który spędzał z nią tyle czasu. Człowiek, a zarazem bestia, która mieszka w jednym. To on zarazem jest bestią i człowiekiem. Tym jest pierwszy. Jest też drugi. Drugi, czyli skorupa pozostała po ciele. Skorupa, która pamięta życie pierwszego tak, jakby było jej własnym. Nie ma emocji. Nie ma żalu. Nie ma nic. Miłość przepadła. Nie wie, co to jest... Pierwszy chce odzyskać swoje ciało. Chce odzyskać siebie i Zirhael, by żyć z nią tak, jak dawniej. Chce się znów połączyć. Lecz jedynym łącznikiem była pełnia. Podczas pełni mógł przejąć kontrolę nad swym ciałem. Mógł być sobą. Bestią i człowiekiem w jednym, a nie pustą skorupą bez sumienia i uczuć oraz kontroli. Lecz jej nie było. nie było jej obok. Błądził po lasach i polach, szukając tej jedynej. Tej szczególnej osoby, która potrafi znów złączyć go w jedno i zapobiec rozpadowi na skorupę i bestię. Tyle lat błądził. Tyle lat szukał. Tyle lat się wyrywał...

- Gdzie ona jest?! Gdzie! - wrzask, który można było usłyszeć podczas kolejnej pełni w towarzystwie czarnej pumy.
- Ale Amarin... O kim ty mówisz? Nie jesteś sobą w tym momencie...
- Jestem sobą! S-O-B-Ą! Właśnie teraz! Ta skorupa, którą znasz nie jest prawdziwym mną! Gdzie jest Zirhael!
Podczas jednej z tych chłodnych i gwieździstych nocy... Tej niesamowitej nocy spotkał ją. Zirhael. To ta, której szukał tak zaciekle od czasu opuszczenia swej ojczystej ziemi. Od czasu rozdzielenia się na pustą skorupę i prawdziwego jego ukrytego w głębi. Niczym rozdwojenie jaźni. Skorupa, zwana Amarinem ze zwyczaju, zobaczyła twarz osoby, którą pamiętał i kochał pierwszy, ukryty osobnik w jego umyśle i ciele. Zirhael. Lecz on sam, ta skorupa zwana ciałem nie kochała jej. Nie wiedział przecież, jak się kocha, a wyrzuty sumienia były dla niej rzeczą obcą. Już dawno je stracił. Ta chwila nadeszła. Tylko czekać na pełnię. Czekać na odpowiedni moment. Na odpowiednią chwilę. Odnalazł klucz. Swój piękny i zdobiony bogato klucz. Teraz trzeba cierpliwości, aż nadejdzie...

Pełnia. Pierwsza pełnia z Zirhael u boku od lat. W końcu. W końcu ją spotka. W końcu ją zobaczy. Prawdziwy on. Ta bestia i ten człowiek. ponowne spotkanie.
- Zirhael... Moja droga Zirael... Jesteś tu obok mnie... Nie oddam cię nikomu. Będziesz moja, tylko i wyłącznie. Na zawsze... - rozległ się szept na leśnej polanie, a obok nich pojawili się rycerze, oznaczający ich samych, ich poprzedników, których historia zatoczyła koło tak, jak pozostałych.
 Mechanizm został ponownie ruszony, a koła zębate wprawiają w ruch kolejne i kolejne. Potrzeba było tego klucza. Otrzymał to, czego pragnął od dawien dawna. Nadzieja. Płomień znów rozpalił się na świeczce. Znów przed nim leży ta deska. Znów jego życie wisi na tym jednym włosku. Teraz trzeba tylko rozbić skorupę. Jak jajko. Jak kruche, bezsilne jajko. Wystarczy połączyć się z ciałem i wszystko wróci do normy. W umyśle skorupy pojawiły się wątpliwości. pojawił się emocje, które mieszają jego naturę z pierwszym w nim uwięzionym. Mieszają mu własne istnienie. Przecież tego nie zna i nagle się to pojawia. Co to jest? Czym to jest? Kim to jest? Nie rozumie. Szuka odpowiedzi, której sam nigdy nie znajdzie. on jest załamany, a pierwszy szczęśliwy i triumfuje. Uśmiecha się złowieszczo i zadziornie, czekając na tą chwilę. Minęło przecież tyle czasu. Tyle dni, a w każdym z nich emocje, wątpliwości i halucynacje u skorupy rosły. Czekał na odpowiedni moment. Na lukę, w której może się pojawić. Pełnia. Nadchodzi ten wielki dzień, a halucynacje mieszają się z rzeczywistością. Nie może dostrzec właściwego świata, bo już sam nie wie, gdzie i jaki jest ten realny świat. Gdy ktoś się wznosi, ktoś musi też upaść...
---
To trwa za długo! Nie wytrzymam! Co się ze mną dzieje! Nigdy czegoś takiego nie odczuwałem! A kiedy ona jest przy mnie jest jeszcze gorzej. Wszystko mi się miesza. Wszystko jest nowe, inne. Pamiętam tą krainę. Pamiętam też tą dziewczynę, ale nie odczuwałem większych emocji na ten temat. Teraz jest inaczej. W sercu mnie tak kuje i boli, a moja głowa i umysł wypełniona jest myślami jakby kogoś innego. Patrząc przez lustro widzę te białe i puste ślepia, które płaczą białymi łzami i krzyczy bezgłośnym dźwiękiem. To jestem... Ja? Scena niczym z horrorów i bajek. Patrzę na swoje ręce. Obraz mi się zamazuje, jest bardzo mglisty. Raz widzę swoje ręce, a raz widzę ręce dziecka, które pokryte są czyjąś krwią. Rozglądam się po pomieszczeniu i widzę sylwetki osób, które są moimi braćmi, siostrami i rodzicami. ja je zabiłem? to czemu nie odczuwałem winy do tej pory. Nie czułem się odpowiedzialny, ale teraz to strasznie mi ciąży. Jakby ktoś kamienował moje serce. Zamiast chodnika widzę kamienną ścieżkę, a zamiast odgłosów ulicy i samochodów, słyszę obijające się końcówki włóczni o kamienną posadzkę. Zamiast rozmów obok mnie, słyszę krzyki. Zamiast dotyku czyjejś dłoni, czuję kamienie i ostre przedmioty na mojej skórze i szorstki, niedbały dotyk strażnika. Zamiast ognia na kuchence gazowej, widzę ognisko blisko lasu. Zamiast bloków widzę drewniany dom na polanie. Czy ja wariuję. Co się ze mną dzieje? Co jest nie tak? Co zrobiłem nie tak?! Co zrobiłem źle?!
- Po prostu istniejesz... To zrobiłeś nie tak... - usłyszałem czyjś głos, który ciągnął się za mną niczym duch. Obróciłem się dookoła siebie, szukając źródła dźwięku. Nic nie znalazłem. Kim jest to coś? Co mnie opętuje?!
---
W końcu nadchodzi wyczekiwany przeze mnie moment. W końcu mam szansę się wydostać! Być obok niej jak za dawnych lat. Czuć jej ciepło i samą obecność. Po prostu ją kochać. Nie będę miał litości. Dla nikogo! Nawet dla tej skorupy, która podaje się za mnie! Należy do mnie! To moje ciało! Nie twoje! Dlatego masz je oddać. Masz mi zwrócić to, co utraciłem przez samego siebie. Mam dość ciążących na mnie wyrzutów sumienia i bicia się z własną naturą. Zaakceptowałem to, że jestem i człowiekiem i bestią w jednym. Zaakceptowałem to, że stałem się bestią i zabiłem swoich bliskich. Zaakceptowałem siebie samego. Tylko nie to, że jesteśmy rozdzieleni. Tego nigdy nie zaakceptuję. Mam w końcu szansę. Szansę, by skończyć z tym paradoksem i paranoją. Z tym szaleństwem. Nie będę litościwy i miły. Nie obchodzi mnie to, że on po prostu chce żyć. Ja też tego chcę i nie m,am zamiaru się poświęcąc, by nadal żyć w ten sposób. Straciłem już wystarczająco czasu. Przez tą skorupę Zirhael uroniła za dużo łez. Dlatego zamierzam się połączyć i powrócić. Już jako prawdziwy Amarin. Prawdziwy ja u boku Zirhael. By ja chronić. By była przy mnie tak, jak kiedyś. By zabić wszystkich, co się tylko zbliżą do niej. Dlatego...
- Zniknij! Przepadnij! Utop się! Zabij się! Bym mógł tu wrócić! Ty bezduszna skorupo! jesteś mój, rozumiesz?! - wrzasnąłem do niego. Przekonamy się, kto wygra, bo dzisiaj jest pełnia...
---
Stałem w łazience, a w lustrze widziałem wciąż tego... Właśnie, kogo? Czy to jestem ja? Kim jest on? To coś... Mrugnąłem i zobaczyłem przed sobą jakby ducha. Mnie... Zbliżył się do mnie i złapał mnie za szyję. Był zakrwawiony. Tak samo, jak te dziecko z halucynacji. Tyle, że był starszy. to byłem... Ja sam... Uśmiechał się do mnie złowieszczo, ściskając mocno moją szyję.
- Zegar tyka. Tik, tak, tik, tak... Myślisz, że zbliża się twój koniec, co? Hahaha! Mylisz się, bo koniec już tu jest... Możesz mnie znać. Przecież wyglądam, jak ty... Ale nie masz pojęcia kim naprawdę jestem... Zgiń, szmato...
Ten duch zniknął, a przed sobą zobaczyłem Zirhael. Co? Znów halucynacja?
- Amarin! Amarin! CO CI JEST?! Amarin do cholery jasnej, obudź się! - słyszałem zmartwiony krzyk białowłosej dziewczyny, który wbijał się ostro w moje uszy i umysł. Nie mogłem wykrztusić żadnego słowa. ani jednego. Jakby cały czas ktoś ściskał moje gardło, choć tak naprawdę nikt tego nie robił. Czułem, jak tracę władzę nad sobą. Moje oczy stały się białe, a z nosa i ust poleciała biała krew, która opadała na kamienną posadzkę łazienki. Głos Zirhael cały czas dudnił mi w uszach, choć słyszałem go tak, jakbym się oddalał. Był coraz cichszy i cichszy... Stał się tak cichy, że nie mogłem go już dostrzec i usłyszeć, a zamiast oświetlonej łazienki nie widziałem nic. Pustka, ciemność... Czy ja... Czy ja umieram?
---
Otworzyłem oczy i popatrzyłem na swoje ręce. Znów jestem w tym ciele. Znów nad nim panuję. Muszę iść do tych elfickich ruin, póki mam czas i jestem tutaj z Zirhael. To był ostatni dzień w rozłące i osobno. Zaczyna się moja era i moje życie... Czułem, jak ktoś mną trąca, więc spojrzałem na tego kogoś. To była Zirhael. moja jedyna i kochana Zirhael, która widać było, że bardzo się martwiła i nie wiedziała, co się dzieje.
- A-Amarinku... C-Co się stało?
- Wszystko w jak najlepszym porządku, Jaskółko... W końcu jestem tutaj... - podniosłem się z podłogi, bo najwidoczniej upadłem od tego wszystkiego. Pogładziłem jej policzek mokry od łez i się uśmiechnąłem, wstając. - Wróciłem... - szepnąłem, stojąc do niej plecami i kątem oka patrząc w lustro.
- W-Wróciłeś? C-Co? Nie rozumiem...
- Posłuchaj Zirhael.. Ten Amarin, z którym spędzałaś czas przez tyle miesięcy nie był mną. To była taka... Skorupa. |Po prostu puste ciało bez duszy i życia tak naprawdę. Lecz, gdy w końcu tu jesteś, mogę się uwolnić od tego i wrócić do poprzedniego stanu, będąc tym dawnym, szczęśliwym Amarinem, którego znałaś...
- C-Czyli... Ty byłeś zamknięty? A-Amarin... J-Ja nie wiedziałam.
- Nikt nie wiedział, oprócz mnie. Ale teraz się to zmieni. Musimy iśc do Białej Grani. Jak najszybciej...
- A-Ale ja się boję tam iść... - złapała mnie za przedramię.
- Nie bój się, obronię cię. przed wszystkim... Ale jeżeli tam nie pójdziemy, wszystko pójdzie na marne, a ja zniknę...\
-  N-Nie... N-Nie chcę, abyś znikał... Dobrze. Chodźmy więc.
Wyszedłem na balkon i spojrzałem w niebo z uśmiechem. 
- Gotowa na pamiętliwą do końca życia noc? - spojrzałem na nią zza pleców.
- Tak... Mam nadzieję, że tak... - szepnęła z lekkim uśmiechem.
Wszedłem na barierkę i wyskoczyłem, lecąc wzdłuż budynku. Na chwilę obróciłem się i popatrzyłem na Zirhael. Przy ziemi rozłożyłem skrzydła i wzbiłem się ponad korony drzew, lecąc do Białej Grani, mej ojczystej ziemi i mego dawnego domu...
---
Po dłuższej chwili znaleźliśmy się przy bramach Białej Grani. Odetchnąłem. Wielka chwila. Jak zareagują? Co zrobią? Co powiedzą? Jak będzie? Miałem pewne obawy o tym wszystkim... W końcu nie było mnie tu tyle lat... Odchrząknąłem i powiedziałem doniosłym głosem.
- Otworzyć bramy!
Zirhael stała blisko mnie, trzymając się mojego ramienia. Po chwili zaskoczeni strażnicy otworzyli wielkie metalowe drzwi, a my weszliśmy do środka.
- Woo... Ale tu... jak ja tu dawno... Nie wiem co powiedzieć... - szepnąłem, wchodząc do krainy.
Zirhael uśmiechnęła się, ale potem podsunęła się bliżej mnie. 
- B-Boję się...
Na ścieżki zaczęli wybiegać mieszkańcy, pełni zaskoczenia, lęku, ale również radości, a ja otworzyłem buzię z zaskoczenia i ich ilości. Nie mogłem uwierzyć, że znów tu jestem, w swoim ciele. Ale muszę się sprężać, bo mam coraz mniej czasu. 
- Później wam wytłumaczę! Obiecuję! - chwyciłem Zirhael za dłoń i biegłem wśród tłumu do tego jednego miejsca. Do tych charakterystycznych run. Musi się udać. Po prostu musi! 

- Amarin! Zaczekaj na mnie! - za mną wydobywał się lekko piskliwy głos białowłosej dziewczynki.
- Niee! Jesteś berkiem! Nie możesz mnie złapać!
- Amarin! Bo cię zjem!
- AAAaaa ghouuulll!!!
oboje się śmialiśmy i bawiliśmy, biegnąc przez ścieżki wioski i obijając się o jej mieszkańców z nieuzębionymi uśmiechami. Wszyscy patrzyli na nas z litością, radością i ukojeniem. To było takie przyjemne...
To przywołuje wspomnienia. Teraz biegniemy tak, jak wtedy, tylko, że w bardziej dramatycznych i mroczniejszych okolicznościach niż zwykły berek. Ale i tak w mojej głowie znajduje się masa wspomnień związanych z tym pięknym miejscem.
- A-Amarinku! N-Nie tak szybko! - pisnęła, ledwo nadążając za mną.
- Wybacz, ale nie mogę zwolnić! - w biegu wskazałem na księżyc - Zaraz skończy mi się czas! - biegłem jak najszybciej mogłem do tych starych, elfickich ruin. Zirhael z pomocą macek mogła poruszać się szybciej i dorównywała mi teraz kroku. Po chwili znaleźliśmy się na ścieżce, z której było widać ruiny. Z góry okrywała je turkusowa, świecąca się woda. Noo, na  prawdę są stare i na prawdę długo mnie tam nie było. 
- Rety... Jak tutaj pięknie... A-Ale... J-Ja...
- Tak... Ślicznie... Tyy? - spojrzałem na nią kątem oka.
- J-Ja tutaj kiedyś byłam...
- Byłaś? W środku?
- T-tak... - zaczęła nieco drżeć.
- Zirhael, kochana, wybacz, ale ja na prawdę nie mogę... - otworzyłem starą, metalową bramę i wszedłem do świecącej wody, idąc po zalanych schodach w dół do środka ruin. Zirhael mimo wszystko poszła za mną, ale złapała się bardzo mocno mojego ramienia. Spojrzałem w swoje odbicie w świecącej się wodzie. Białe oczy. Spojrzałem na swoją dłoń, która zaczęła lekko jakby się rozdzielać. Jakby duch odchodził z ciała.
- Osz ja pierdole! - zacząłem ponownie biec. Nie mogłem teraz przegrać. Obiecałem, że wrócę i zamorduję tą pustą skorupę! nie wygra ze mną!
Słyszałem za sobą bieg Zirhael, a w wodzie odbijały się jej czarne oczy. Powinniśmy się znaleźć pod wodą, bo znużyliśmy się już cali w tej wodzie, ale zamiast tego moim oczom ukazały się schody starej elfickiej wierzy, a wodę utrzymywała jakaś przezroczysta tafla magiczna, a my nie byliśmy w ogóle mokrzy. pięknie to wyglądało, ale... Nie, nie mogę teraz rozmyslać. Zbiegłem szybko ze schodów wieży i zacząłem biec starymi korytarzami elfickich ruin starego imperium. Skręcałem w różne uliczki. Zmuszony byłem iśc naokoło, bo niektóre korytarze, na nieszczęście te najważniejsze, były już zawalone. Po chwili szybkiego biegu i zadyszki, znalazłem się przed odpowiednią komnatą.
- To.. To tu..- wyszeptałem zdyszany.
Oczy Zirhael były czarne jak mrok, a moje bardzo białe. Odsunąłem kamień, który zasłaniał odblokowanie drzwi. odrzuciłem go, nie dbając gdzie wyląduje Zirhael zachowywała się trochę dziwnie, ale nie miałem czasu na akie rozmyślania. Przyłożyłem swoją dłoń w odpowiednie miejsce, a kamienne, stare i porośnięte mchem drzwi się otworzyły. moim oczom ukazała się komnata z jakby ołtarzem na środku, a przy ścianach stali kamienni rycerze, którzy zaczęli się poruszać. Poczułem się słabo i upadłem, a przynajmniej tak myślałem. Spadłem w ramiona wielkiego, kamiennego posągu rycerza, który o dziwo zaczął się poruszać. Zaniósł mnie na ołtarz, a ja widziałem jak przy tym stole leżę ja, ten drugi, nieprzytomny na dodatek. Złapaliśmy się palcami za dłonie. Zirhael stała w komnacie, lecz rycerze pilnowali, by nie ingerowała w to, co się będzie działo. Posągi zaczęły walić włóczniami o kamienną posadzkę, a ich dowódca zaczął recytować jakieś chyba zaklęcie. Zamknąłem oczy ze zmęczenia, które było coraz większe. Poczułem, jak ten drugi ja zanika...
---
Minęło trochę czasu, a Zirhael krzyczała zmartwiona i zdenerwowana. Ręka tego drugiego mnie znikła, a gdy już jej nie było, na mojej ręce zaczęły pojawiać się jakby wypalone w mej skórze znaki. Tak jak on znikał powoli, tak teraz na moim ciele pojawiały się te znamiona, a ja czułem się coraz bardziej związany z własnym ciałem. Byłem coraz bardziej... Sobą... Światło księżyca weszło do komnaty poprzez okno w suficie, a ja usłyszałem, jak rycerz skończył zaklęcie i wszystkie posągi powróciły na swoje miejsce, znów nieruchomiejąc i stojąc w bezruchu. Podniosłem się na rękach i zdarłem z siebie bandaże, stojąc plecami do Zirhael. Jej oczom ukazały się moje plecy i ręce pełne wypalonych symboli i znaków... Jestem.. Jestem tutaj... Jestem znów sobą... To..Ja.. nie znikam i mam całkowitą kontrolę nad sobą...
- W-wróciłem... - tylko to mogło wydobyć się z moich ust. Nie wiedziałem, co powiedzieć. Znów tu jestem... i nie jestem rozdzielony. Znów mogę być i trwać przy niej.... Przy mojej zirhael...
<następne opowiadanie>
<Zircia?>
Ilość słów: 2695

niedziela, 24 czerwca 2018

Od Zirhael do Amarina

Patrzyłam, jak Amarin usypia na moich kolanach. Wyglądał na bezbronnego, tak uroczego chłopca... Zupełnie jak kiedyś w dzieciństwie. Na samo wspomnienie tamtych chwil, czułam jak moje serce zaczyna bić szybciej niż normalnie. Uśmiechnęłam się lekko, nie mogąc powstrzymać się, aby nie pogładzić ciemnowłosego po policzku, a potem zabrać mu włosów z czoła.
- Jaskółkooo... Chcę spaaać... Możemy tutaj zostać? Wiem, że lubisz nocne niebo! - krzyknął mój kochany Amarinek.
- Oczywiście, że możemy zostać. Połóż się. - powiedziałam naprawdę spokojnie.
Ciemnowłosy padł na moje kolana, uśmiechając się do mnie. Ponownie te urocze, niepełne uzębienie. Zawsze był cudowny. Nachyliłam się nad nim i ucałowałam jego czoło. Chłopak przytulił mnie mocno do siebie.
- Zirhael... Będziemy razem... Na zawsze. Obiecuję ci. - szepnął mi do ucha, a na jego słowa, moje serce zabiło szybciej.

Amarin spał tak dłuższą chwilę, a ja jedyne co robiłam w tamtej chwili to siedziałam i gładziłam go po głowie. Przyglądałam się jego spokojnej twarzy oraz temu momentami uroczemu marszczeniu noska. Chciałam tak na niego patrzeć bez końca. Zawsze wydawał mi się bardzo bliski, a teraz... Teraz jest jeszcze bliższy, niż kiedykolwiek. Zbliżał się dużymi krokami zmierzch, a moją twarz po chwili okryło światło księżyca, które dzisiejszej nocy było o wiele piękniejsze niż kiedykolwiek. Nawet przez opaskę mogłam ujrzeć mocne światło. Moje włosy rozwiał wiatr, który wpadał przez otwarte okna w jego mieszkaniu. Pogładziłam bardzo delikatnie policzek chłopaka, a potem nachyliłam się nad jego czołem i złożyłam tam bardzo delikatny pocałunek. Amarin na to zmarszczył lekko nos i delikatnie otworzył oczy, mrucząc.
- Wyspałeś się? Lepiej się czujesz? - zapytałam spokojnie, gładząc chłopaka po głowie.
- Wyspałem? Tak... Czy lepiej? Sam nie wiem...
- Wyglądałeś tak słodko, jak spałeś. Zupełnie tak samo, jak byliśmy młodsi, wiesz?
- Jak byliśmy... - złapał się za głowę i potrząsnął ją chaotycznie.
Nieco zaniepokoiło mnie to, więc położyłam dłonie na jego dłoniach i zaprzestałam tym ruchom. Zanim to zrobiłam, zsunęłam opaskę z oczu, aby móc spojrzeć w jego oczy z pełnym zainteresowaniem.
- Amarin... Proszę, uspokój się. Wszystko jest dobrze. Jestem przy tobie. Ja, twoja kochana Jaskółka... - szepnęłam naprawdę spokojnie.
- Zirhael...  - zacisnął zęby - Co się ze mną dzieje...
- Cichutko Amarinku... Twoja Zirhael już się tobą zajmuje... Nie bój się. Nie bój... Jestem przy tobie... - nadal starałam się go uspokoić.
Nieco go uniosłam do siadu, a potem mocno przytuliłam, aby czuł, że zawsze będę przy nim, bez znaczenia co by się stało.
- Ja...skółka... - przetarł oczy. - Chyba mam... Jakieś zwidy...
- Zwidy? Amarin, na pewno dobrze się czujesz? Może zabiorę cię do lekarza? Nie chcę, aby cokolwiek ci się stało... Martwię się o ciebie, Amarinku...
- L-Lekarz mi w tym nie pomoże...
- To kto? Amarin, zrobię wszystko, abyś nie miał już zwid. Boję się, że to coś poważnego...
- N-Nie wiem... Widzę... Te białe oczy świecące z ciemności...
- A-Amarin... C-Chodź. Położę cię do łóżka i zmierzę temperaturę... Nie bój się. Jestem przy tobie i nie odejdę na krok... - szepnęłam nieco spanikowana jego stanem.
- Nie! Nie jestem chory! - wstał z sofy i krzyknął, łapiąc się za głowę - Nie jestem... - szepnął jakby do siebie.
- P-Przepraszam... N-Nie chciałam... M-Martwię się po prostu o ciebie... 
- Poradzę sobie sam! -krzyknął i walnął pięścią w ścianę.
- N-Nie krzycz na mnie... C-Chcę ci pomóc... W-Wiem, że potrzebujesz mojej pomocy...
- Nie potrzebuje niczyjej pomocy! -wrzasnął na mnie, lecz nagle złapał się za swoje serce, jakby go coś zabolało. - N-nie potrzebuje - teraz szepnął.
- A-Amarin... P-Potrzebujesz! Nic nie zrobisz sam! - wrzasnęłam ze łzami w oczach i przytuliłam się do jego torsu. - Potrzebujesz mnie! 
Zamknął oczy i podparł się komody, gdy się w niego wtuliłam. Czułam, że zaraz zaleję się łzami.
- K-kim on jest... Kim ja jestem... Czemu serce bije tak szybko...
- A-Amarin... P-Proszę... N-Nie krzywdź mnie jeszcze mocniej... - szepnęłam, mając nadzieję, że chłopak tego nie usłyszał.
- Nie! Zostawcie mnie! To boli! - krzyczałam, wyrywając się dla tłumu, który prowadził mnie do tego strasznego miejsca. - Ja tam nie chcę! Tam jest ciemno! I cicho! Ja się boję! Chcę do Amarinka! - piszczałam nadal.
Starosta jednak ani myślała mnie puścić. Widziałam jedynie, jak wschodzący księżyc oświetla tłum, jaki otaczał Amarina. Nie! Ja chcę iść do niego! Dlaczego nie mogę tam iść! Chcę do niego! Chcę go wspierać! Chcę być przy nim!
- Amarinku! - nadal wrzeszczałam bardzo głośno, mając nadzieję, że może mnie puszczą, że może usłyszy to mój Amarin i przybiegnie do mnie.
Nie stało się to. Znowu mnie zamknęli w tym przeklętym, ciemnym miejscu i wmawiali mi różne rzeczy. Że on mnie nie lubi, że on mnie zostawił, że on mnie nigdy nie chciał widzieć, że chciał mnie zabić. Nie. Nie wierzę. Kłamią mi w żywe oczy. Cholerni kłamcy. Oddajcie mi Amarina... Ocalę go... Ocalę mojego kochanego Amarinka... Potem będziemy razem. Będziemy mieli dom. Będziemy mieli rodzinę. Będziemy szczęśliwi. Przecież ten znak wyryty na drzewie. On tam jest. On czeka, aż my do niego wrócimy...

Yin i Yang
Zirhael i Amarin
Miłość i szczęście
Ciemność i Światło.
Wrócimy tutaj, aby być razem.
Aby nikt nam w niczym nie przeszkodził.
Aby nikt nie zabrał nam naszej miłości.
Aby nikt nie rozdzielił naszych serc.

<Amarinku?>
Ilość słów: 868

sobota, 23 czerwca 2018

Od Amarina do Zirhael

Odprowadziłem Zirhael do jej mieszkania i sam udałem się do mojego apartamentu... Zdążyłem przed wschodem słońca. Jest owiane tajemnicą dla tego drugiego Amarina, kim jestem, ale ja dobrze wiem, co się stało i co się ze mną dzieje. Nie pozwolę na kolejne lata takiego życia... Wiesz, druga moja części... Że tu wrócę i odzyskam ją za wszelką cenę! Uda mi się wrócić i to zrobię... Nie ważne, co będę musiał poświęcić i zrobić... Czekaj na mnie. Czekaj na chwilę, jak połączymy się w jedno ponownie... 
---
Zemdlałem. Leżałem na podłodze, a moją twarz oświetlały promienie wschodzącego słońca. Co się stało? Gdzie ja jestem? W domu? Matko.. Nic nie pamiętam, co działo się w nocy. Pamiętam tylko to, że poszedłem na polanę... Z Zirhael? Chyba z nią... Aargch! Łeb mi pęka.. Nie wiem, co się ze mną dzieje.. Nie mam pojęcia... Dzieje się tak od czasu mego wygnania... A wszystkie wspomnienia z pełni są jak pokryte gęstą mgłą... Czuję, jakby mój łeb i serce miało zaraz pęknąć i rozsypać się na kawałki... Ja pierdole, kiedy to się skończy... Nie wiem czemu, ale cały czas czuję, że to nie jestem ja.. Nie mam pojęcia czemu tak jest. Przecież chodzę i żyję.. Jestem tu, a mam wrażenie, że tak na prawdę mnie nie ma.. Dziwne... Od czasu wygnania czułem, że moje serce jest zablokowane. Nie rozumiem tej miłości i przyjaźni. Po prostu nie rozumiem lub przestałem rozumieć... Ja.. Sam nie wiem, co się ze mną dzieje.. Mam dość tego uczucia pustki w środku... Chciałbym odkryć, co to jest.. Czym jestem...
---
Wziąłem tabletki przeciwbólowe i chciałem już popić je wodą, lecz ktoś zapukał do moich drzwi. Z szklanką wody wyszedłem i otworzyłem temu komuś drzwi, popijając tabletki.
- Dzień dobry, Amarin. - powiedziała Zirhael. Na jej widok coś ukuło mnie w sercu. Nie wiem co to... Czuję, że to wszystko robi się coraz dziwniejsze i niejasne.
- Hej.. - gestem ręki dałem jej znak, że może wejść. poszedłem do kuchni i odstawiłem niedbale szklankę, podpierając się rękoma o blat kuchenny. Z dnia na dzień jest gorzej.. Albo lepiej? Sam nie wiem jak to rozumieć.. Z każdą chwilą z nią spędzoną czuję, że zarazem słabnę i staję się silniejszy... Co się ze mną dzieje, ja pierdole.. Zwykle to miałbym to gdzieś, ale tego.. Nie potrafię tego zignorować...
- Jak się czujesz? - zapytała, stojąc naprzeciwko mnie.
- Bardzo... Dziwnie... A co? - przeczesałem swoje włosy i obróciłem się do niej.
- Nic... Po prostu pytam... - uśmiechnęła się delikanie.
- Powinienem coś wiedzieć? - spojrzałem na nią lekko podejrzliwie.
- Nie. Nie ufasz mi? - szepnęła, patrząc mi w oczy. Znów te dziwne ukucie w sercu..
- J-ja... Ja.. - nie wiedziałem, co mam powiedzieć. Ale automatycznie to wyrwało mi się z ust - Tak.. Czemu miałbym nie ufać.. - później się otrząsnąłem - Czekaj... Co?
- Cieszę się, że mi ufasz. - szepnęła i usiadła na blacie. Spojrzałem na swoją rękę, a obraz mi się zamazywał. Podparłem się automatycznie drugą ręką o blat. Przetarłem swoje oczy. Matko, mam jakieś zwidy czy po prostu zły dzień?
- Amarin... Na pewno wszystko dobrze?
- J-ja... Nie mam pojęcia... - poszedłem i usiadłem na sofie w salonie. Wplotłem dłonie w swoje włosy, patrzac w dół i szepnąłem jakby do siebie - Co się ze mną dzieje...
Zirhael usiadła przy mnie. - Amarin... Może się połóż...- szepnęła
 - Nie chce mi sie spać i nie jest mi niedobrze, że coś zjadłem czy coś.. Po prostu.. Mam wrażenie jakbym.. Nie był sobą? Wszystko mi się miesza... I... Czemu w ogóle to mówię.. Zwykle bym to zignorował i zachował dla siebie...
- Amarin... Zrozum... To może coś poważnego... Nie chcę, aby coś ci się stało... - szepnęła.
- No... Dobra... - Zirhael już wczesniej usiadła na kanapie, a ja położyłemsię na jej nogach. Znowu to zrobiłem... Ona... Ona coś wie? Zirhael delikatnie się do mnie uśmiechnęła, gładząc mnie po włosach, a ja zasnąłem..
<następne opowiadanie>
<Zircia?>
Ilość słów: 654

piątek, 22 czerwca 2018

Od Zirhael do Amarina

My? My jesteśmy tymi rycerzami? Nie rozumiem... Co to za dziwna magia? Trzymałam się mocno Amarina, bojąc się każdego uderzenia pioruna, jakie było obok nas. Uderzenie, za uderzeniem. Grzmot, za grzmotem. Błysk, za błyskiem. A po tym? Znowu ciemność, którą raz co raz rozdzierały uderzenia. Nie wiem, czy boję się burzy. Na to wygląda, że chyba trochę tak. Mocno zacisnęłam dłonie, nieco drżąc ze strachu. Jakie to było przerażające...
-M-My? Jak to my...? J-Jestem rycerzem? J-Jak to? Nie rozumiem...-szepnęłam cicho do Amarina.
Amarin wydawał się jakiś dziwny... Taki... Po prostu inny. Nie wiedziałam dokładnie o co chodzi... Byłam pewna, że nie dowiem się tego tak łatwo.
- To chyba... Krwawi jeźdźcy, z tego, co pamiętam...
-K-Krwawi jeźdźcy...? Oni byli w legendzie... Nie rozumiem...-wsunęłam dłoń w swoje włosy.
- Ja... Ja też nie.. - lekko się zaśmiał, patrząc w niebo.
-Amarin... Wrócę już do pokoju. Jest strasznie zimno, a ja nie znoszę deszczy.-powiedziałam cicho, wstając z ziemi i otrzepałam swoją sukienkę z grudek jakie na niej były.
Chłopak zaśmiał się pod nosem i podniósł mnie za uda na swoje plecy. Kierował się w stronę domu, milcząc. Zaczerwieniłam się nieco, trzymając się za jego szyję.
-A-Amarin? Co ty wyprawiasz? Nie będę ci przeszkadzała...-mruknęłam cicho.
- Nigdy mi nie przeszkadzasz... W końcu... Szukałem ciebie tyle lat... Lecz dopóki nie osiągnę swojego celu, nie mam się z czego cieszyć...
-Celu? A jaki on jest?-zapytałam.
- Jakby to powiedzieć... Wrócenie na stałe tutaj? Chyba tak to można ująć...
-Przecież tutaj jesteś... Co jest nie tak?
Lekko się zaśmiał. Czasami go nie rozumiem, ale to tylko dodaje mu moim zdaniem większego uroku...
- Dam ci jedną wskazówkę... Nie ma mnie...Jesteśmy "my"...
-M-My? Jak to my? Przecież jestem obok ciebie, ty jesteś przy mnie... Amarin...
- Jesteś pewna, jaskółko? - po raz pierwszy od czasu ponownego spotkania tak mnie nazwał. Zatrzymał się na chwilę i spojrzał na mnie. Nagle, zatarł mi się obraz i w mignięciu ujrzałam drugiego Amarina, który uśmiechał się do mnie szeroko. Tuż po zniknięciu widma, chłopak ruszył dalej.
-A-Amarin... P-Powiedziałeś do mnie... J-Jaskółko...?-szepnęłam z niedowierzaniem.
- Owszem... - szepnął. - Dam ci powód do główkowania przez najbliższe tygodnie. Kim naprawdę jestem?-K-Kim? Jesteś sobą, Amarin...
- Ale... Jaki Amarin jest mną? Jak skończy się pełnia, zniknę, a drugi ja nie będzie pamiętać, co się tu stało...
-Jak to jaki... Każda z twoich twarzy, jest tobą... Na pewno was coś łączy...
- Oj to na pewno.. Łączysz nas ty...
-Ja? Jak to ja?-zapytałam zaskoczona.
- Po prostu... Ta sama Zirhael, którą teraz trzymam i która pewnie cierpi przez tego drugiego mnie. Ta własnie jaskółka..
-J-Ja nie cierpię. Nie mów tak, Amarinku... Wszystko jest dobrze...-szepnęłam, gładząc jego ramiona.
Oczywiście, że kłamałam. Nie mogłam powiedzieć przecież, że jestem nieszczęśliwa, bo mnie nie traktuje jako kobietę, tylko jako swoją słabość. Nie, nie.
- Mnie nie oszukasz... Zawsze jak kłamiesz, twoje serce przyśpiesza, a policzki robią się czerwone...
-A-Amarin... N-Nie... Nie kłamię, naprawdę...-szepnęłam, wtulając się w jego kark i zaczęłam mocniej czuć jego zapach, przez co moje serce zaczęło jeszcze szybciej bić.
Znaleźliśmy się po kilkunastu minutach w mieszkaniu. Amarin położył mnie na łóżku i przykrył kołdrą. Był opiekuńczy... Oczywiście, że taki będzie. To mój mały Amarinek, którego ja... kocham. Bardzo mocno kocham....
-Mój czas powoli się kurczy...
-Czas? Kurczy? Co masz na myśli? Amarinku?-szepnęłam.
- Gdy nastanie ranek, zniknę, a na moje miejsce pojawi się tamten Amarin. Nie będzie tego pamiętać...
-Z-Znikniesz...? -złapałam jego dłoń, po czym zacisnęłam ją.-A-Amarin...
- Ta... Pojawiam się tylko podczas pełni. Nie mam "siły", by zdobyć się na coś więcej.. jeszcze pracuję nad tym wszystkim...
-A-Amarin... Ja... Nie chcę... Tamten mówi, że jestem jego słabością... T-To... Ja nie wiem, jak to mam brać. Jako rzecz pozytywna, czy negatywna...
- Posłuchaj, Zirhael... - założył mój kosmyk włosów za ucho - On nie potrafi odczuwać tak kolorowych emocji... Dlaczego? Bo ja je mam... Ja jestem tym twoim małym Amarinkiem... Tylko, że... Nie wiesz o mnie wszystkiego. Tak, ukryłem to przed tobą. Zupełnie niepotrzebnie.. Można powiedzieć, że się rozdzieliliśmy. Przez naszą rozłąkę ja straciłem kontrolę. To dość.. Skomplikowane...
-Amarin... Nie obchodzi mnie to... Chcę, aby każdy z was mnie kochał... Ja też będę kochała każdego Amarina... Dla mnie jesteś najważniejszą osobą na ziemi... Tylko ciebie... P-Proszę...-szepnęłam, patrząc mu w oczy.
- Zirhael.. Nie da kochać się dwóch naraz... Nawet tego nie próbuj... Ja tu jeszcze wrócę... Znajdę sposób. Teraz jesteśmy jakby.. rozdzieleni, pomieszani.. coś jak rozdwojenie jaźni... A co do słabości... - wstał, kierując się do wyjścia. Spojrzał na mnie zza pleców - Chodziło mu o tą pozytywną wersję...
-Amarin... Nie idź. Proszę. Nie chcę być sama.-wstałam z łóżka, po czym podbiegłam do niego, przytulając się do jego pleców.
- Wytrzymaj... Dla mnie... - piorun walą niedaleko, a jego błysk oświetlił mieszkanie. 
Wtedy obraz Amarina znów się zamazał. Spojrzałam na to przerażona i złapałam dłoń chłopaka. Czułam łzy w oczach. Stanęłam więc naprzeciwko niego i pocałowałam go delikatnie w usta.
-Nie zapomnij... O mnie...-szepnęłam.
- Nie zapomnę... Dokończę i scalę to, co sam zacząłem... - jego dłoń wyślizgnęła się z mojej dłoni. Odszedł... Czułam napływające do oczu łzy. Mimo to, podeszłam z powrotem do łóżka chłopaka, siadając na nim. Zacisnęłam dłoń w miejscu, gdzie było moje serce. Tak bardzo bolało... Bolało, że nie mogę mu pomóc. Choć tak bardzo chcę, nic nie mogę zrobić. Jestem w tym momencie bezbronna. Nawet nie mogę... Nie. Nie zrobię tego. Spojrzałam na swoją rękę, po czym odchyliłam głowę do tyłu. Jak to boli... Boli, że nie mogę być przy nim... Nagle z cienia wyszła Zaphara, moja pupilka. Lisek od razu wskoczył mi na kolana i zaczął się przymilać. Pogładziłam ją po głowie, zamykając ze smutkiem oczy.
-Dlaczego nie mogę mu pomóc...-szepnęłam cicho do siebie.
<Amariś?>
Ilość słów: 944

sobota, 9 czerwca 2018

Od Amarina do Zirhael

Zirhael.. Ta dziewczyna, której szukałem podczas pełni przez tyle lat. Jest moja. Tylko moja. Na wyłączność. Nikt nie ma prawa jej dotykać oprócz mnie. Należy tylko do mnie... Moje oczy pokryły się bielą, a jej zalały się czernią. Czuję silne pragnienie. Pragnienie posiadanie jej. Zatrzymania jej dla siebie. Do tej pory jej szukałem. Jak samotny wilk w lesie. Poszukiwałem swej wilczycy... Znalazłem ją, ale co teraz? Nie wiem sam co planuję i co robię. Działam instynktownie i daję ponieść się emocjom. Nawet jak nie chcę, to i tak to robię. Uwalniam z siebie bestię i drugiego mnie, by mną zawładnęła. Czy opieram się? Niekoniecznie... Po co. Po co miałbym to robić. Przecież to ja. Z kontrolą czy bez. Nie ma znaczenia. To nadal jestem ja. Po co miałbym się powstrzymywać. Bo kogoś zabiję? Haha! Nie bądźmy śmieszni... I tak i tak zabijam. Sprawia mi to przyjemność. Coraz częściej.. Kiedyś miałem wyrzuty sumienia, a teraz? Znikają... Sam nie wiem kim jestem. Sam nie wiem co robię. Wiem teraz, że ona ma coś ze mną wspólnego. Czuję to całym swoim ciałem i umysłem. Ta druga część mnie rwie się do niej. Nie rozumiem do końca tych uczuć. Nie rozumiem do końca siebie. Ale nie mogę powiedzieć, że mi się to nie podoba. To prawda, jestem niebezpieczny i nieprzewidywalny. Ale czy tak nie jest zabawniej? Skończyły się poszukiwania i teraz... Czekam, co teraz zrobię... Co się będzie dziać... Na pewno nie będzie nudno.. Bo ona jest tuż obok mnie.. Zacząłem się do niej zbliżać. Do Zirhael, która klęczała z raną w brzuchu. Szeptała do mnie tym swoim czułym i ciepłym głosem...
- Amarin... Nie bolało mnie to. Mówiłam, że bez znaczenia co się stanie, będę z tobą. Nawet, jak stracisz kontrolę... Nawet jak będziesz chciał mnie zabić... Nawet, jeżeli będę musiała oddać swoje życie... Ty i ja będziemy razem. Jak nie fizycznie to psychicznie... Zawsze będę... Zawsze... Amarin...
- Oj Zirhael, Zirhael.. Moja jaskółko.. W końcu cię odnalazłem.. - nadal się do niej zbliżałem i szepnąłem dość niskim głosem.
- Amarinku....- szepnęła drżącym głosem. Jej rana nadal krwawiła i to dość mocno. Klęknąłem przed nią i uśmiechnąłem się tajemniczo. Moim pazurem rozciąłem sobie brzuch i przyciągnąłem do siebie Zirhael tak, że nasze rany się stykały i powoli moja biala krew łączyła się z czarną, zasklepiając je.
- Jesteśmy potworami, Zirciu... Ale tak jest zabawniej...
Dłonie dziewczyny zacisnęły się na moich ramionach. 
- Jesteśmy... Ale mnie nie obchodzą zdania innych...
- I bardzo dobrze, jaskółko... Jeżeli będzie trzeba, usuniemy ich... Razem... Bo jesteś moja... Tylko... Moja... - nasze rany już się prawie zasklepiały. Razem stanowimy niezły duet. Niczym yin i yang... Czuję, jak moje pragnienia, uczucia, emocje są uwalniane. Tak jakbym stawał się prawdziwym mną... 
- Tak... Jestem twoja... A ty jesteś mój, Amarinku... -szepnęła, zabierając włosy z mojej twarzy. Nasze rany się już zasklepiły, a ja wstałem, podnosząc podbródek Zirhael w górę, by spojrzała na mnie.
- Zirhael.. Wiesz co oznacza czerń, a co biel?
- Czerń i biel? Yin i Yang...? -szepnęła, nieco się rumieniąc.
- Wszyscy uważają, że biel oznacza życie, czystość... A czerń smutek i śmierć... Lecz elfickie księgi mówią inaczej... - zerwałem dwa białe kwiaty i obróciłem się znów w stronę Ziry.
- Chcesz mi powiedzieć?- zapytała spokojnie.
- Według elfickich mędrców... Oba kolory. I czerń i biel. Oznaczają i życie.. - podniosłem lekko do góry jeden z białych kwiatów - i śmierć... - a drugi zgniotłem, a pozostałości jego rozsypały się u moich stóp. Podszedłem do Zirhael i dałem jej niezniszczony kwiat. 
- Amarin... Jesteśmy potworami... I nic tego nie zmieni... - uśmiechnęła się, patrząc na kwiat.
- Ale każdy ma prawo do życia, Nawet tacy jak my, Zirhael.. Bo nikt.. - podniosłem swój ton głosu - Nikt nie ma prawa rozkazywać mi i mojej jaskółki...
- Amarinku... - podała mi dłoń - Nie rozdzielimy sie już... Prawda?
Chwyciłem jej dłoń. Burzowe chmury pokryły nocne niebo, a niedaleko polany walnął piorun, oświetlając ją.
- Nigdy... Będziesz tylko moja...
- Dobrze... A ty... Bedziesz tylko mój... - szepneła i zbliżyła sie do mnie. Czułem jak moje emocje przejmują nade mną kontrolę. Nie mogłem oprzeć się jego woli i jego pragnieniom. Ponosiły mnie uczucia... Dziwne. Nigdy nie czułem czegoś takiego.. Czegoś równie tajemniczego, mrocznego, a zarazem przyjemnego... Gdy zbliżyła się do mnie, chwyciłem ją za talię i pocałowałem, a polanę oświetliło światło pioruna. Zirhael zrobiła się cala czerwona, ale odwzajemniła mój pocałunek. Zarzuciła dlonie na moje ramiona. Czułem, jak nasze dusze i nasze serca zaczynają się łączyć. Jak wszystko się zmienia. Gdy światło piorunów oświetlało polanę, nagle zobaczyliśmy dwóch jakby rycerzy. Jeden był biały, a drugi czarny. Stali w takiej pozycji jak my, lecz po chwili zniknęli i pojawiali się wtedy, gdy piorun uderzał w drzewo lub ziemię. Zirhael przestraszyła się i przytuliła do mnie.
- Zirhael... To jesteśmy... My...
<nastepne opowiadanie>
<Zircia?>
Ilość słów: 800

poniedziałek, 4 czerwca 2018

Od Zirhael do Amarina

Amarin. Mój kochany Amarin. Dlaczego... Dlaczego mamy taki kolor oczu? Widzę w ostrzu, jak moje oczy lśnią czernią. Taką bardzo głęboką czernią, która mroziła mi krew w żyłach. Spojrzałam na chłopaka, po czym z pomocą macek wymknęłam się zza pumy, która nie chciała mnie puścić. Uratuję Amarina. Uratuję go, bo.. Bo ja naprawdę go potrzebuję. Naprawdę za nim mocno tęsknię. Stanęłam przed nim, łapiąc jego dłoń. Moje oczy nadal lśniły. Przechyliłam lekko głowę, uśmiechając się bardzo delikatnie.
-Nie każ mi się do ciebie nie zbliżać, Amarin... Dobrze wiesz, że tego nie zrobię, bo jesteś moim chłopcem.... Od małej dziewczynki nie odstąpiłam ciebie na krok, teraz się to też będzie działo... Straciłam ciebie na zbyt długi czas... Już nie chcę ciebie tracić po raz kolejny...-szepnęłam.
-Zostaw... Jestem niebezpieczny. A może... Nie jestem? Nie wiem sam... Nie wiem kim jestem... Nie zbliżaj się. Nie chcę ciebie zranić.-powiedział.
Podsunęłam się bliżej niego i przytuliłam go mocno. Spojrzałam mu po chwili w oczy. Jego gałki lśniły bielą, a moje czernią. Nie pozwolę, aby ktoś mi go zabrał...
-Amarin... Nawet gdybyś mógł mnie zabić... Nigdy, ale to nigdy od ciebie nie odejdę. Będę zawsze blisko. Będę tak blisko, abyś wiedział, że ja ciągle będę przy tobie. Nawet... Nawet jak zginę, będę tutaj...-dotknęłam jego torsu palcem- W twoim sercu. Tam zawsze znajdę miejsce i będę ci przypominać, że ja zawsze byłam, jestem i będę... Amarin...
Jego ręce były w jego włosach, które mocno zaciskał. Zaczął się cofać, kiwając przecząco głową.
-Nie... Zostaw... Nie powinienem... Nie mogę... Nie wiem, co się stanie.
Uśmiechnęłam się delikatnie, po czym nałożyłam opaskę na oczy. Kiedy Amarin się odsuwał, ja szłam do niego. Za mną układała się ścieżka ze świetlików. Krok za krokiem zbliżałam się do chłopaka. Kiedy plecy ciemnowłosego dotknęły kory, byłam prawie przy nim. Bał się, czułam to. Jak mogłam nie czuć. Zawsze jak jestem przy nim, widzę, co się dzieje. Kiedy się boi, kiedy jest szczęśliwy, kiedy jest przygnębiony. W tym momencie, Amarin się... Bał... Był zagubiony. Nie, nie bój się. Twoja Zirhael ciebie nadal będzie wspierała. Zawsze...
-Amarin... Nie zostawię cię. Powinieneś. Możesz. Ja też nie wiem, co się stanie, ale wiesz co? Póki jestem z tobą, nie obchodzi mnie to. Mi zależy na tym, aby stać u twego boku. Aby ci pokazać, że ja wcale nie jestem taka, jak inni. Że mi... Mi możesz zaufać...-szepnęłam.
-Zirhael... Nie wiem, co się stanie. Nie wiem czym na prawdę jestem... Podczas pełni staję się zupełnie kimś innym. To już nie jest twój dawny Amarin! -rzekł.
Amarin zaczął mocniej szarpać się za włosy. Nie, nie, nie. Amarin, ja tu jestem. Nie odejdę. Nigdy już ciebie nie opuszczę! Nigdy, przenigdy! Nigdy nie będziesz już przeze mnie cierpiał! Nie pozwolę na to! Już... Amarinku... Mój mały Amarinku... Podbiegłam do niego, mocno go obejmując w talii. Swoją twarz wtuliłam w jego tors. Nie drżałam. Nie robiłam nic. Jedyne co robiłam, to płakałam. Płakałam, aby Amarin był szczęśliwy. Aby wiedział, że bez znaczenia kim będzie, ja zawsze będę go kochać. Przecież tyle razem przeżyliśmy i możemy przeżyć jeszcze więcej. Będziemy razem. Ja do tego doprowadzę. Będziesz szczęśliwy. Będziesz szczęśliwy ze mną u swego boku. Już, spokojnie... Amarinku... Jestem przy tobie... Będziemy razem... Na zawsze...
-Amarin... Mój mały Amarinku... Nie płacz... Nasze egzys­to­wanie jest jak życie jaskółki wznoszącej się do nieba i opa­dającej, która szu­ka swe­go miej­sca w otaczającej ją rzeczy­wis­tości. Cza­sem myślę o chwi­li lądo­wania, która jest krótka, ale jakże urocza... Dlaczego więc... Dlaczego nie będziemy tak żyć? Szczęśliwi i radośni, że wreszcie jesteśmy razem... Że już nic nas nie rozdzieli, bo nie jesteśmy dziećmi... Amarinku... Mój mały Amarinku...-szeptałam mu do ucha, ze łzami w oczach.
-Bo nie mogę normalnie żyć! Nie potrafię, rozumiesz?! Nie wiem! Po prostu nie wiem! Cały czas się gubię na tej mrocznej ścieżce. Cały czas ktoś spycha mnie z tej drogi... Ja już nie wiem, co jest dobre Zirhael.. Może powinienem zabić? Może nie? Kto to może wiedzieć.. Jestem po prostu zwierzęciem, które nie potrafi opanować swego instynktu... - krzyknął, a ja poczułam na mojej szyi coś ostrego.
To chyba były... Kły... W moich oczach stanęły łzy. Zacisnęłam dłonie na jego torsie, patrząc przed siebie. Opaska została zerwana przez chłopaka. Łzy zamiast wsiąkać w materiał, zaczęły płynąć po moich policzkach... Ale... Nie bolało mnie to. Mój biedny Amarin... On... Chce się zabić? Nie.. Nie... Nie... Nie! Odsunął ode mnie twarz, kładąc dłoń na moim policzku. Położyłam dłoń na jego nadgarstku, patrząc na niego.
-Amarin... Nie mów tak... Nie mów, że chcesz się zabić... Nigdy tego nie mów... Jak ty znikniesz... Ja też zniknę. Bez wahania wbiję sobie nóż w serce. Żyłam ze świadomością, że ciebie ujrzę... To mnie trzymało przy życiu... Teraz chcę, abyś był szczęśliwy i to mój cel... Każdy człowiek jest zwierzęciem. Każdy z nas poluje na słabszych. Każdy z nas się czegoś boi... Amarin... Ja też się boję... Boję, że znowu ciebie stracę. Boję się ciszy, bo ona mi przypomina naszą rozłąkę. Nie mogę bezczynnie siedzieć... Amarin... Proszę... Nie zostawiaj mnie... Nie mów o sobie jak o niemyślącym zwierzęciu, bo ty taki nie jesteś. Myślisz, czujesz, widzisz, że ja nie odpuszczę... Dotrę do swojego celu.. Razem z tobą...-szepnęłam.
Amarin zaczął się dziwnie zachowywać. Jego wzrok wędrował po całej polanie, na której się znajdowaliśmy. Nagle spoczął na mnie. Chłopak wpatrywał się we mnie w ciszy. Nagle ukazał swoje zakrwawione, ostre kły. Jego dłonie zaczęły wędrować do mojej szyi i rany, jaką po sobie pozostawił. Amarin... Co ty robisz... Dlaczego to robisz...? Czy ty teraz straciłeś kontrolę? Nie... Nawet jeśli to się stało... Nie odejdę... Nie odsunę się. Dotknęłam jego dłoni, jaka zatrzymała się na mojej szyi. Spojrzałam na niego. Tak... Stracił kontrolę. Amarin. Bez znaczenia co się stanie, ja ciągle jestem przy tobie. Zawsze będę. Będziesz bezpieczny. Będziesz szczęśliwy, ze mną. Nagle poczułam, jak coś zostało wbite w mój brzuch. Opadłam na kolana, zamykając oczy. Przechyliłam głowę w bok, po czym uśmiechnęłam się delikatnie.
-Amarin... Nie bolało mnie to. Mówiłam, że bez znaczenia co się stanie, będę z tobą. Nawet, jak stracisz kontrolę... Nawet jak będziesz chciał mnie zabić... Nawet, jeżeli będę musiała oddać swoje życie... Ty i ja będziemy razem. Jak nie fizycznie to psychicznie...  Zawsze będę... Zawsze... Amarin...-szepnęłam.
<Amariś?>
Ilość słów: 1023

wtorek, 22 maja 2018

Od Amarina do Zirhael

- Opowiedz mi ją.-złapała moje dłonie, splatając nasze palce. - Chcę wiedzieć, co mnie ominęło...
Zaśmiałem się... Co ja w ogóle robię... Dałem jej swój adres... Po co... No właśnie, po co? Chciałem coś sobie udowodnić? Chciałem coś pokazać? Nie, raczej nie, na co mi to... A może po prostu... Jednak nie chciałem, by mnie znów opuszczała? Nie wiem sam. W sumie ona jest jedyną osobą, z którą mogę pogadać swobodnie. Czekaj, wróć. Ona jest jedyną osobą, która chce w ogóle ze mną gadać... Zawsze mnie ignorują, mają wyjebane po całości albo się mnie boją albo po prostu już nie żyją.. Cóż bywa... Ale czy na pewno powinienem jej mówić o tej pełni i o tym wszystkim? Nie chcę, by to widziała... By o tym wiedziała. To dla niej zbyt niebezpieczne. Potwór, który chodzi po lesie podczas pełni i wyszukuje tego czegoś. Tego specjalnego... Zastanawiałem się nad tym, co to może być od dobrych paru lat, ale nie doszedłem do szczególnego wniosku. Szeptałem jakieś słowa zawsze, ale sam nie wiem po co to robiłem i w jakim celu. Nagle Zirhael mi mówi, że podczas ostatniej pełni usłyszała te słowa. Zagadka w tym, że to były moje słowa i jakim cudem je usłyszała... Nie, nie mogę jej tego powiedzieć. Na początku muszę odkryć to sam i się upewnić. Dopiero później jej to powiem. Muszę być pewny na 100 procent. Nie mniej nie więcej... No chyba, że do innego rozwiązania zmusi mnie jakaś sytuacja... Wstałem z kanapy i podszedłem do okna. Spojrzałem na niebo, którego odcień z różowo-pomarańczowego zmierzał ku granatowi i czerni.
- Nie, nie teraz... Sam muszę się upewnić najpierw, a później... Później zobaczy się...
Zirhael spuściła głowę, lecz nie mogę... Po prostu nie mogę...
- D-Dobrze... - szepnęła.
- Sam muszę się upewnić, że jest to bezpieczne... I chyba nie będę musiał czekać tak długo... - spojrzałem na pojawiające się gwiazdy i księżyc oraz wsadziłem ręce do swoich kieszeni. Poczułem delikatne, lodowate dłonie, jakie dotknęły mojego ramienia.
- Zirhael? O co chodzi?
- Zimno tutaj... -szepnela, po czym uśmiechnęła. -P-Pojde już. Tylko przeszkadzam.
- Jak wolisz... Ale obiecaj mi... Nie wejdziesz tej nocy do lasu...
- Nie moge ci tego obiecać... Amarin... Mam zlecenie...
- Cholera jasna... Kogo masz zabić?
- Lorda. Nic więcej. Nie mogę odrzucić zlecenia...
- Co by tu zrobić... Nie mogę tu zostać, zdemoluje dom... Szkoła odpada i miasto też... Za dużo osób mnie zobaczy i rozpozna... Zostaje las... - złapałem się za włosy. Nie ogarniam. Przecież pełnia była całkiem niedawno! Albo ktoś zrobił coś z cyklem księżyca. Albo ze mną jest coś nie tak... Albo Zira... - Arrow, szybko, nie mam dużo czasu...
- A-Amarin? Co sie dzieje?
- To co się działo jakieś dwa/ trzy tygodnie temu i powinno się zdarzyć za jakieś dwa tygodnie... Arrow, las! 
Nie mam teraz czasu. Muszę iść jak najgłębiej w las. Nie wiem, co się tym razem stanie... Ale mam dość złe przeczucia... To będzie dłuuuga noc... Tak jak stałem, tak i wybiegłem z pumą z domu...
- Amarin! -wrzasnęła. Z pomocą swoich cienistych macek ruszyła za mną. Uparta dziewczyna... W tej kwestii to nic się nie zmieniła..
- Zirhael, nie! Zostań tu! - biegliśmy dość szybko, więc znaleźliśmy się już poza klatką schodową wieżowca.
- Nigdy w życiu! Nie zostawię ciebie juz! -wrzasnęła.
- Cholera jasna, jaka ty jesteś uparta!
---
Po chwili znalazłem się na leśnej polanie... Oczywiście Zirhael pobiegła tu ze mną. Nie da się zatrzymać tej dziewczyny, no nie...
- Zirhael, odejdź... To nic ciekawego i przyjemnego...
-Nie! Nie odejdę! Udowodnię ci, że możesz mi ufać! Że nie jestem jak wszyscy inni! - krzyknęła ze łzami w oczach. Ja krzyknąłem również, lecz mój głos już zaczął się... Nieco modulować. Puma przycisnęła Zirhael do drzewa. Chyba po to, by się nie zbliżała. Dobrze mnie zna i wie co robi...
- Amarin! Niech mnie ta puma puści! - krzyknęła.
- Po moim trupie! Masz tam zostać. Jasne?! - obróciłem się do dziewczyny, krzycząc.
- Nie... Nie! Nie jestem jak wszyscy! Chce być obok, a nie uciekać!
- Zirhael... Twoje oczy... - podeszłem do pumy i wziąłem jej potężny łeb w dłonie. Przeglądnąłem się w jej oczach. Kurde... Białe... Białe oczy... To oznacza, że...
<Ziruś?>
Ilość słów: 698

niedziela, 20 maja 2018

Od Zirhael do Amarina

-Nie obchodzi mnie życie innych płotek, które sobie tam ledwo dychają na tej ziemi... Ich życie było ważniejsze... Gdybym tylko mógł cofnąć czas...
Spojrzałam na odchodzącego chłopaka. Ugryzłam mocno swoją wargę, czując metaliczny posmak krwi. Wstałam bardzo szybko i podbiegłam do Amarina, łapiąc jego dłoń. Cała drżałam, ale ta ciepła ręka... Tak bardzo ciepła...
-A-Amarin... M-Możemy tutaj zostać jeszcze c-chwilę? W-Wyjaśnijmy sobie wszystko... J-Jak będziesz chciał, o-odejdziesz... N-Nie zmuszę ciebie... A-Ale proszę...-szepnęła.
- Nie będziesz chciała słuchać historii, która sprowadziła mnie do piekła, Zirhael...
-Chcę. Opowiedz mi wszystko. Tak bardzo chcę... Chcę wiedzieć, co robiłeś, czym by to nie było...
Chłopak głęboko westchnął i ponownie usiadł obok mnie.
- To zaczęło się tamtej nocy... Moje życie legło w gruzach w jedną, niecałą godzinę... 5 letnie dziecko weszło do pałacu i wymordowało wszystko, co tylko na swej drodze znalazło...
Spojrzałam na niego, po czym złapałam jego rękę, splatając nasze dłonie. Chciałam go wesprzeć. Tak bardzo chciałam mu pomóc.
- Wymordowałem sam... Moich rodziców, brata i siostrę.. Wpadłem w szał... Przyszła straż... Od razu zaczęła mnie wyprowadzać... Proces, bicie, wygnanie... I ta ścieżka.. Żołnierze walący włócznią w ścieżkę... Okropny hałas ludzi, wrzeszczenie i wyszydzanie... Nikt mnie nie pocieszył ani nie bronił... Wywalili mnie na zbity pysk. 5 letnie dziecko, które nie rozumiało o co chodzi... Nie zostało mi kompletnie nic. Przyjaciele, rodzina, dom... Wszystko to zostało daleko za mną i stało się nieosiągalne...-Amarin... Chciałam iść do ciebie... Wtedy mnie zamknęli. Zostałam tam. Słyszałam krzyki. Bałam się. Bałam się ciemności i ciszy w pokoju, która potem nastąpiła. Amarin. Ciągle prosiłam, aby mnie do ciebie puścili. Abym mogła się do ciebie przytulić...-mój głos zaczął mocno drżeć, lecz on nic nie odpowiedział, tylko wpatrywał się martwo w dół..
-Tak bardzo brakowało mi twojej ciepłej dłoni... Twojego głosu... Twojego uśmiechu... Widziałam tylko ciemność. Ciemność i ciszę. Amarin... D-Dlaczego nic nie mówisz... D-Dlaczego każesz mi znowu słyszeć ciszę...-dodałam cicho szeptem.
- Bo ja ją uwielbiam... Cisza to jedyne miejsce spokoju...
-Rozumiem... Zostawię więc ciebie samego... Cieszę się, że wróciłeś, Amarin...-szepnęłam, zabierając mu włosy z oczu.
Wstał i zanurkował wzdłuż wieżowca. Poleciał, lecz z swojej krwi napisał jego adres. Amarin... Kocham cię... Kiedyś ci to powiem wprost...
---
Minęły dwa tygodnie. Stanęłam przed drzwiami jego mieszkania i zapukałam tam. Czułam, jak tutaj jest zimno. Kichnęłam, poprawiając opaskę na oczach. Czekałam, aż ktoś mi otworzy. Nagle drzwi się uchyliły. Otworzyła mi czarna puma z czerwonymi oczami i gestem dała jej do zrozumienia, że mogę wejść. Chyba. Ostrożnym krokiem weszłam do mieszkania, rozglądając się nieco. Zamrugałam, myśląc, dlaczego Amarin chciał, abym przyszła. Puma posadziła po chwili mnie na sofie, a sama poszła do łazienki, gdzie był chyba Amarin. Lekko zestresowana usiadłam na rogu kanapy, wzdychając cicho pod noskiem. Nie mogłam jakoś przełknąć myśli, że tak się to zaczęło na nowo... Po chwili Amarin wyszedł z łazienki, popychany przez pumę.
- Wiem, wiem...
-H-Hej Amarin...-szepnęłam cicho, zdejmując z oczu opaskę.
-Zirhael... -podszedł i usiadł obok mnie na kanapie- Pomyślałem, że skoro nie widzieliśmy się 15 lat... To mamy dużo do wyjaśnienia...
-Bo mamy... I to bardzo dużo...
- Arrow... -dał znać dla pumy, a ona poszła wstawić wodę w kuchni, chyba ją tego nauczył- A i jak coś to ta puma to Arrow... Zwierzę, które się mną zaopiekowało...
-R-Rozumiem...-szepnęłam, nadal nieco się kuląc w kąciku kanapy.
- Wybacz, że tak na ciebie naskoczyłem... Zbliża się pełnia i...
-I mnie nie przepraszaj... Rozumiem, że masz jakieś powiązanie z księżycem...
- Tak... Chociaż sam nie wiem o co z tym chodzi...
-Dobrze. Nie martw się tym. Na pewno to odkryjesz.-uśmiechnęłam się.
- Brakowało mi ciebie... Czułem się taki... Sam... Zły na cały świat i wszystko wokół... Moim jedynym ukojeniem były zabójstwa.. Czułem wtedy jak napływa do mnie energia... Jak staje się innym człowiekiem...
Zarumieniłam się mocno, a potem przytuliłam mocno chłopaka. Jak ładnie bije jego serce... Jest taki ciepły...
-Mi ciebie też brakowało, Amarin. Nawet nie wiesz jak długo musiałam brać leki i biorę je do teraz. Też zabijałam. Te uczucie, kiedy mogłam smutek przelać w złość...-szepnęłam, kładąc dłoń na jego torsie i gładząc go kciukiem.-Brakowało mi tak wiele rzeczy... Tych naszych uśmiechów, śmiechów, zabaw...
- Nie wiem, czy będę w stanie się uśmiechać tak jak kiedyś...
-Kiedyś się uda... Nawet jak się nie uda... Ja nadal będę obok. Nie zostawię ciebie już... Będziemy razem... Bez znaczenia co by się działo...
- Zawsze, co?
-Chciałabym. Ale jak nie chcesz... Nie musisz się zmuszać...-szepnęłam, odsuwając swoją głowę od jego torsu i spojrzałam mu w oczy.
-Nie to nie tak... Po prostu...
-Powiedz mi wszystko... Nie ukrywaj... Nic nie ukrywaj, dobrze?
- To nie takie proste, Zirhael...
-Amarin... Przepraszam, że naciskam... Po prostu... Bardzo mi ciebie brakowało i uświadomiłam sobie tak wiele...
- Ale ja... Nie potrafię...
-Nie potrafisz?-lekko się odsunęłam, uśmiechając się.-Dobrze... Rozumiem.
- Nie... Moje sumienie jest... W dużym skrócie... Rozbite i w strzępach.
Uśmiechnęłam się i zabrałam mu włosy z czoła. Był... Zagubiony. Widziałam to w jego oczach. Musiałam mu pomóc. Pomóc jak tylko będę mogła.
-Dobrze... Ja ci pomogę. Jak tylko będę mogła. Odkupię to, co zrobiłam źle...
- W jaki sposób...- puma podała im kawy za pomocą tacy, którą niosła na głowie i nosku.
-Jeszcze nie wiem... Ale się dowiem... I tak nie mogę spać po nocach.-uśmiechnęłam się, po czym spojrzałam na pumę, która niosła kawę.-Dziękuję.-powiedziałam spokojnie.
- Wiem coś o tym... Aż za bardzo... -chłopak wziął kawę od pumy, a ta odstawiła tacę jakimś cudem i położyła się między nami na kanapie.
Ugryzłam się w wargę patrząc na zwierzę, po czym westchnęłam. Odsunęłam się na tyle, aby nie cisnąć się ze zwierzęciem.
-Od bardzo dawna... Czułam coś dziwnego w sercu... Jakby ktoś mi mówił, że ciebie spotkam...-szepnęłam.
Puma i Amarin spojrzeli na siebie z zaskoczeniem.
 M-Miałaś coś takiego?
-Tak. Jakby ktoś mi w sercu powtarzał, że zobaczę go. Już nie będę sama...-dotknęła swojego serca, a Amarin zrobił to samo.
- Kiedy dokładnie to usłyszałaś? Podczas pełni?
-Tak. Kiedy tylko rozpoczęła się pełnia, zaczęły się szepty, a kiedy był koniec, ucichło i spotkałam ciebie.
- J-ja to powiedziałem... - położył swoją jedną dłoń na ustach.
Zaczerwieniłam się, po czym odwróciłam głowę.
-T-Ty? J-Jak to ty? D-Dlaczego ja słyszałam co mówisz, choć byliśmy tak daleko siebie...
Puma z wrażenia usiadła i spoglądała to na mnie to na Amarina.
-M-Matko... Cały czas... Szukałem ciebie?
-S-Szukałeś? M-Mnie?-spojrzałam na niego zaskoczona, czując rumieńce na twarzy.
-T-To zawiła historia...
-Opowiedz mi ją.-złapałam jego dłonie, splatając nasze palce.-Chcę wiedzieć, co mnie ominęło...
<Amariś?>
Ilość słów: 1066

Od Amarina do Zirhael

Jak zwykle. Kurwa jak zawsze. Nic się nie zmieniło od czasu tamtej nocy! Nic! Nikt nie chce mnie zrozumieć. Nikt nie odważy się spojrzeć prawdzie w oczy... Nikt nie pomyśli co ja musiałem czuć przez te 15 lat w samotności, nędzy i mordzie! Nikt nie pomyślał co czuło te 5 letnie dziecko pozostawione samo sobie! Bez przyjaciół, bez rodziny, bez rodzeństwa, bez zwierząt, bez domu... Bez jakiegokolwiek światła. Zostałem z niczym! Kto by się kurwa wtedy przejmował pierdoloną miłością! Nie ma miłości! Ona nie istnieje! Każdy patrzy tylko na czubek własnego nosa. Nikt nie patrzy na innych.. "Czemu mnie nie kochasz", "Masz mnie kochać", "Szukałam cię"... Jak masz mnie kochać patrząc tylko na siebie! Wyzywasz mnie i mówisz, że ciebie zostawiłem! Ja?! Miałem zostawić ciebie z własnej woli?! Przesadziłaś moja droga! Przegiełaś tą cienką linkę! Zmusili mnie do tego! Wyzywali, poniżali i rzucali czym tylko popadnie... Potwór, który zabił własny klan samemu. 5 letni bachor, który zniszczył życie każdego... Miłość, ha! Dobre sobie... Nikt mi jej nie okazał, więc ja nie okażę jej nikomu. Nie wiem co to znaczy. Nie wiem co to jest... Nie mam dokąd wrócić. Mojego dawnego domu już nie ma... On przestał istnieć 15 lat temu! Dawnego Amarinka.. Tego grzecznego chłopczyka też nie ma... Jak można kochać osobę, której się nie zna... Zarzuca mi to, że po 15 latach powinienem być taki jak dawiniej... Chce bym był taki jak ona chce, a nie taki jaki jestem ja. Co to w ogóle za miłość.. Mówiłem już, że ona nie istnieje... Mówiła jaka to ona jest zła, jak cierpiała i jak miała źle... Ha! Miło mi to słyszeć naprawdę! Szkoda, że nikt nie pomyślał też o mnie... Bo JA to miałem sielelankę przez te wszystkie lata! W ogóle prawie nie zginąłem i w ogóle nie chciałem się zabić! W ogóle nie głodowałem i chodziłem w podartych ubraniach. W O-G-Ó-L-E... I co? Mam jej tak po prostu wszystko powiedzieć i będziemy żyli długo i szczęśliwie? Życie takie nie jest... Nigdy nie było, nie jest i nie będzie... Za bardzo doświadczyłem tego na własnej skórze... Za bardzo... Wkurzyłem się..."Zostawiłeś mnie", "Mój smutek jest z twojego powodu"... Tak? Taaak?! Z mojego?! TO prosze bardzo. Jeżeli aż tak ci źle to sobie znów gdzieś pójdę. To nie będzie takie trudne... Niech sobie myśli, że zostawiłem ją z własnej woli. Niech się okłamuje dalej.. Ja nie mam zamiaru być pokorny jak idiota i pantoflarz... Mam swój honor... Nie musze się tłumaczyć nikomu. Jeżeli tak będzie dalej postępować, niech zapomni o jakiejkolwiek mojej sympatii i wyjaśnieniach... Zirhael... Ty też się bardzo zmieniłaś...
---
Szedłem wkurzony ulicami miasta. Ludzi oglądali się za mną to ze strachem, to z pogardą, to z obojętnością... Gówno mnie obchodzi ich opinia.. Spojrzałem w niebo i zobaczyłem sylwetkę kobiety, która stała na ogromnym wierzowcu. To oczywiste, że jest to Zirhael... Czy ona naprawdę chce się zabić z tego powodu... Bo jej "nie kocham".. Serio coraz bardziej tracę wiarę w tą ludzkość... Niech mi udowodni, że jest inna niż wszyscy, że się czymś w ogóle przejmuje, a nie tylko wymagać, wymagać i wymagać! Życie nie jest takie proste Zirhael, a śmierć byłaby tylko ukojeniem. Nie pozwolę ci umrzeć, oj nie... Jeszcze poznasz całą prawdę i zrozumiesz mój ból... Pokażę ci co to znaczy być odrzuconym... Co to znaczy mieć krwawą przeszłość i kroczyć ścieżką śmierci... Nie pozwolę ci odejść, bo mimo wszystko... Mimo wszystko jesteś zakorzeniona w jakiś sposób w moim sercu... Masz... Żyć...
---
Otworzyłem swoje skrzydła i wzbiłem się w powietrze jak najszybciej mogłem. Pochwyciłem lecącą dziewczynę w powietrzu i skierowałem się na jakiś dach budynku... Nadal jestem wkurzony, ale i zarazem smutny, że tak myśli o tamtej sytuacji... To ukuło mnie w serce, a nie pamiętam kiedy ostatnio odczuwałem takie emocje...
- CO... Po co... Dlaczego... Zostaw mnie. Puszczaj mnie. Nie nadaję się. Nie umiem ciebie zrozumieć. Dlaczego mam żyć... Nie mam po co...
- Przestań w końcu pierdolić od rzeczy! -wylądowałem na dachu budynku i odstawiłęm ją na nim... Niezbyt delikatnie... - Przesadziłaś dziewczyno, przesadziłaś...- zacząłem zbliżać się do niej z morderczym i wkurzonym wzrokiem.Ta jednak nawet się nie odsuwała. Siedziała, cała drżąc i płacząc.
- Nie rozumiem... N-Nie rozumiem... C-Chcę ciebie zrozumieć... N-Nie umiem... D-Dlaczego...
Ja wziąłem ją za fraki i podniosłem do góry, a nasze twarze dzieliły centymetry. Patrzyłem na nią wkurzonym wzrokiem.
-To po jaką cholerę mówisz o jebanej miłość i wymagasz ode mnie czegoś, co straciłem 15 lat temu... Po co?!
Miała w oczach łzy. Jednak coś ją ruszyło, nieźle..
-M-Mówię o miłości... Nie wiem co to znaczy... C-Chciałabym, abyś był ze mną... A-Ale nie mogę d-dać ci tego, c-co chcesz... -szepnęła.-T-To boli...-dodała jeszcze, spuszczając głowę. 
-Boli tak? Nie pomyślałaś wcześniej, że mnie też to boli? Przesadziłaś dziewczyno... Przesadziłaś, mówiąc, że zostawiłem cię z własnej woli i że ciebie nie chciałem... - puściłem dziewczynę również niezbyt delikatnie i odwróciłem się plecami, a następnie usiadłem na krawędzi budynku z nadal rozpiętymi, czarnymi skrzydłami. To nie było takie łatwe do zniesienia... Zirhael nadal cała drżąc, wstała, po czym podeszła do mnie. Usiadała dalej ode mnie, patrząc w dół. 
- Mówili mi, ze chciałeś się uwolnić od Białej Grani... Że nie znosisz mnie, rodziny i wszystkich innych...-szepnęła. Serio? Te skurwysyny jej tak powiedziały? Aż tak mnie znienawidzili? Dobre... Świetnie...
- Jestem zaskoczony, że ty im uwierzyłaś... Powiedz w takim razie... Gdzie są moi rodzice i rodzeństwo Zira... Skoro odeszłem z własnej woli... Myślałaś kiedyś nad tym?
-Powiedzieli mi, że wyjechali. Że też nie chcieli być w Białej Grani... A-Amarin... Oni mnie wsadzali w ciemne miejsca, gdzie było cicho... Ciągle mówili, że póki nie uwierzę... Nie wyjdę... -szepnęła, cała drżąc, a ja zakryłem jedną dłonią swoją twarz...
- Jaki idiota chciał by zrobić to z włąsnej woli! - wrzasnąłem, a z oka popłynełą mi pierwsza od wielu lat, pojedyncza łza - Zira, oni nie wyjechali... 
Poczułem dotyk na dłoni, jaką zakryłem twarz. Dotyk... Ten chłód jej ręki..
- J-Ja nie wiedziałam... B-Byłam dzieckiem... B-Bałam się... B-Bardzo się bałam...-szepnęła, zaciskając moją rękę, a ja przeczesałem swoje włosy, mocno je zaciskając.
- To była wszystko moja wina... Spierdoliłem życie swoje i milionom innych istot... 
-A-Amarin... -szepnęła, a dłoń dziewczyny przeniosła się na mój policzek.-Sam piszesz swoją historię, podobnie jak ja... P-Przecież ja też zabijałam... Ja też zniszczyłam życie tylu istotom... J-Jesteśmy podobni... - po chwili po jej policzkach popłynęły łzy, a spojrzenie pokierowała w dół.
-Nie obchodzi mnie życie innych płotek, które sobie tam ledwo dychają na tej ziemi... Ich zycie było ważniejsze... - wstałem, mówiąc to - Gdybym tylko mógł cofnć czas... 
Zacząłem się oddalać. Za dużo wszystkiego na jeden dzień.. Za dużo...
<Zira?>
Ilość słów: 1095

Od Zirhael do Amarina

-Dom? Jaki dom? O czym ty mówisz Zirhael.. Przecież domu już dawno nie ma.. Przepadł...
Nic nie pamięta? Dlaczego on tak mówi? Dlaczego nie chce ze mną wrócić do domu? Przecież to ja, Amarin. To ja. Twoja Zirhael. Twoja Jaskółka. Dlaczego nie chcesz?! Dlaczego nie chcesz mi powiedzieć tego, co chciałeś powiedzieć tyle lat! Ze łzami w oczach, mimo tego wszystkiego, podeszłam i się do niego przytuliłam, głośno płacząc.
-A-Amarin! Ja chcę do domu! Z tobą! Chcę wrócić z tobą! Dlaczego nie chcesz też wrócić!? P-Przecież miałam być z tobą! Z tobą na zawsze...-szepnęłam, nadal płacząc.
-Wrócić? Ha! Gdzie wrócić? Nie ma dokąd wracać... Nie ma po co wracać... -spojrzał w niebo.
-Amarin! Masz gdzie wrócić!-wrzasnęłam.-Masz wrócić, ze mną. Ze mną. Z twoją Zirhael. Z twoją na wyłączność. Czekałam na ciebie. Tak długo czekałam. Tak bardzo już chciałam się do ciebie przytulić... Dlaczego, dlaczego jesteś taki... Dlaczego nie chcesz mi też powiedzieć, że za mną tęskniłeś...-szepnęła.
-Haha... -zaśmiał się lekko- Zabawne... Gadasz mi o tęsknocie i domu, ale jakoś nie przyszłaś do mnie, by mnie znaleźć...
Spojrzałam na niego i odsunęłam się lekko. Zaczęłam mocniej płakać, po czym uderzyłam go mocno w policzek. Założyłam opaskę na oczy. Nie patrzeć. Nie widzieć...
-Szukałam! Szukałam ciebie! Nie obchodzę ciebie! Nikogo nie obchodzę! Wyrzucili, zabili! Nie chcieli! Nie kocha mnie nikt! Nikt!-wrzasnęłam, płacząc głośno.
-Haha i mówisz to mi? Czego oczekujesz Zirhael... Że po 15 latach będzie kolorowo i tak jak dawniej?! Zastanów się dziewczyno, jak możesz mnie kochać skoro nawet mnie teraz nie znasz... Bo Amarin z Białej Grani już dawno został zakopany w grobie..
-On tutaj jest! Ja wiem, że on jest! Jesteś moim Amarinem! Tylko moim! On stoi przede mną! On w głębi serca jest i mnie kocha! Ja wiem! Ja wiem!-wrzasnęłam.
Z moich pleców zaczęły wysuwać się czerwone błyskawice. Dlaczego on nie chce... Dlaczego on mnie nie kocha... Dlaczego on nie chce... Dlaczego nie możemy być razem tak, jak mieliśmy być...
-Wiesz? Wiesz?! Hahaha! Jesteście wszyscy tacy zabawni...
-W-Wszyscy... N-Nie... Nie jestem jak wszyscy!-wrzasnęłam, a mój głos zmodulował się.-Ja jestem Zirhael Salvatore! Jestem dziewczyną, jaka przez 15 lat czekała na osobę, którą tak mocno kochała! Jestem osobą, która została pozostawiona przez Amarina Vhenana! Zostawił mnie, bo mnie nie chciał! Nie chciał mnie jak każdy inny! Czekałam! Cierpiałam tak wiele razy! Byłam gwałcona, jestem na lekach, boję się ciszy, każde miejsce mi przypomina ciebie! Każdy las! Każdy budynek! Jak możesz!? Jak możesz mi mówić, że jestem jak wszyscy?!-wrzeszczałam nadal zmodulowanym głosem.
Błyskawice przeniosły się na moje dłonie, a opaska się spaliła pod wpływem moich nagrzanych, czerwonych oczu. Rage. Tak. Tak. Maszyna do zabijania. Zabić. Zabić. Dlaczego on mnie nie chce? Dlaczego mówi, że jestem jak wszyscy. Nie jestem... Nie jestem. Tak cierpię z jego powodu. Tak bardzo chcę być z nim. Tak bardzo chcę, aby mnie kochał. Tak bardzo chcę, abyśmy byli już razem na zawsze... Na wieki...
-Pozostawiłem, tak? Teraz przesadziłaś.... -jego głos stał się groźny i niski. Momentalnie spoważniał.- Jeżeli nic nie wiesz o przyczynie mego odejścia to siedź cicho. Nie będę się tłumaczył po co i na co. Jakoś mną się nikt nie przejmował.. Sam sobie poradziłem... Jeżeli myślisz, że zrobiłem to z własnej woli- wskazał na siebie i polanę- To jesteś głupia, Zirhael...
-G-Głupia? Głupia! To ty jesteś głupi! Wszyscy mi wmawiali, że zostawiłeś mnie! Że mnie nie chciałeś! Że uważałeś mnie za nikogo! Ja ci ufałam! Pozwalałam sobie na tak wiele w twoim towarzystwie! Rozumiesz, że ciebie kocham?! Nie! Nie rozumiesz! Nikt nie chce mnie zrozumieć! Nikt nigdy mnie nie rozumie! Uważają mnie za potwora! Za bestię, która jedyne co może, to zabijać, zabijać i zabijać! Nie chciałam tego, ale to pozwalało mi uciec od tego smutku, którego powodem byłeś ty! Głupi Amarin! Głupi! -wrzeszczałam, nadal będąc w Rage.
-I co? Mam ci współczuć? Nie wiem jakieś allahy walić? Proszę cię Zira... Jesteś tak samolubna jak ja... -zasalutował i się obrócił plecami, powoli idąc
-Stój!-krzyknęłam.
Błyskawice wysunęły się z moich pleców, po czym stworzyły przed Amarinem wielką ścianę. Nie pozwolę... Nie pozwolę mu znowu odejść... Nigdy nie pozwolę... On będzie obok... Amarin tutaj jest... On jest ze mną... On mnie kocha... On nie wie... On nie wie...
-Nie idziesz nigdzie! Masz mi wszystko powiedzieć! Dlaczego odszedłeś! Dlaczego mnie zostawiłeś!
Nadużycie lekko mocy spowodowało, że z moich ust popłynęła krew. Nie obchodziło mnie nic. Nic. Nic. Tylko on. Tylko mój Amarin...
- Serio? Serio myślisz, że będę posłuszny jak baranek? Spójrz tylko na siebie... Jesteś taka jak każda dziewczyna... Samolubna... Patrzysz tylko na siebie i własne problemy. "O matko, jak ja go kocham! A on mnie nie! Jaki debil!". Jednak nikt nie pomyśli co kryje się za drugą stroną lustra... W sercu tej drugiej osoby.. Bo zawsze na pierwszym miejscu stawiasz siebie...
-S-Samolubna? N-Na siebie? W-Własne problemy? W-W sercu drugiej osoby... J-Ja... J-Ja...-błyskawice zniknęły, a ja znowu zalałam się łzami.-J-Ja myślałam, że ciebie obchodzę... Ż-Że mnie kochasz... Że c-chcesz być obok mnie. Ż-Że... Ż-Że... Ż-Że ci na mnie zależy...
Zalałam się mocniej łzami i zaczęłam biec w stronę, w którą chciał odejść Amarin. Ominęłam go, głośno płacząc. Dlaczego... Dlaczego... Dlaczego nie mogę... Dlaczego jestem samolubna...To bez sensu... Chcę zniknąć... Chcę.. Chcę... Chcę się zabić... On mi obiecał... On mówił, że jestem ważna... Kłamał. Kłamał jak każdy inny... On też chciał mnie wykorzystać. Mam dość... Mam dość tego wszystkiego.
-Haha, jak zawsze... -spojrzał w niebo - Widzisz mamo, tato? Nikogo nie obchodzi drugi człowiek, a miłość nie istnieje... Przyzwyczaiłem się do tego. Po co mam dbać o innych jak nikt nie raczy zadbać o mnie... Kompletnie bez sensu...- zaczął iść w swoja stronę.
Naprawdę go nie obchodzę... Dobrze. Zniknę. Nie jestem potrzebna. Jestem nikim. Jestem nikim. Jestem nikim. Już dawno powinnam zniknąć. Dobrze. Niech tak będzie. Wybacz Amarin, że nie patrzyłam na twoje uczucia... Wybacz, że nie byłam taka, jaką chciałeś abym była. Wybacz, że narzucałam ci się. Wybacz za wszystko... Już zniknę... Będziesz szczęśliwy z kimś innym. Stanęłam na dachu najwyższego budynku w Lalien. Moje włosy rozwiewał wiatr, a w piersi czułam nieznośny ścisk. Związałam opaskę na oczach. Wybacz mi Amarin. Naprawdę mi wybacz. Wybacz mi  za wszystko. Za każdą złą rzecz jaką poczyniłam. Już będzie dobrze. Już nie będę psuć twojej przyszłości. Przepraszam Amarin...
Amarin... Kocham cię... Wybacz mi za wszystko. Już będziesz szczęśliwy... Szkoda, że nie ze mną. Szkoda, że nie zobaczę już twojego uśmiechu... Amariś...
Spojrzałam w dół, a potem po prostu rzuciłam się z budynku. Czułam wiatr. Wiatr, jaki tak bardzo powodował, że czuję się wolna. Opaska się rozwiązała z moich oczu. Po moich policzkach popłynęło więcej łez, a żyły rozbłysły czernią. Nie rozumiem... No dobrze. Niech będzie. I tak umrę. Tak. Będę wolna. Uwolnię też Amarina. Uwolnię go od siebie. Będzie szczęśliwy... Beze mnie...
Ale będzie szczęśliwy...
<Amarin?>
Ilość słów: 1106

piątek, 11 maja 2018

Od Amarina do Zirhael

Obietnica, co? Ile to było lat temu... 15, a może i więcej. Byliśmy mali, a nasze wspomnienia to są urywki. Przecież mieliśmy 5 lat. Jak moglibyśmy pamiętac to wszystko. Nie ma takiej opcji. To niemożliwe. Tak samo jak dziecięca miłość. To zupełnie coś innego. Coś na zupełnie innym poziomie. Coś, co dla mnie teraz jest nieosiągalne. Straciłem ją. Straciłem tamtego siebie, a Zirhael straciła tamtego małego i zawsze uśmiechniętego Amarina. On się utopił, spalił wśród wodnych płomieni i leży na dnie oceanu. Tak wielkiego oceanu, że nikt ani nic nie zdoła go odnaleźć. Ten Amarin, który teraz stoi i jakimś cudem jeszcze żyje i oddycha... To zupełnie inna osoba. Pusta w środku. Lalka, w której nie ma nic wartościowego i wartego uwagi. Jak więc można ją kochać? Co to tak na prawdę znaczy "kochać"? Nie wiem... Te uczucia wygasły wraz z dniem, gdy całe moje życie legło w gruzach, a mi nie zostało nic. Kompletne zero. A z zerem nic nie możesz robić. Nic nie pomnożysz, nie podzielisz ani nie odejmiesz. Nie da się jego dodać do żadnego sensownego zbioru liczb. Nic. Prawie tak samo jak ja. Nie rozumiem... Nie rozumiem po co ona chcę odnowić i dotrzymać tej przysięgi. Po co to robić. Nie wiem. Nie wiem też jak można za mną tęsknić. Przecież zabiłem ich wszystkich. Wszystkich.... Nawet nie pamiętam ich twarzy. Przecież byłem jeszcze małym bachorem, który o życiu nie wie niczego. Bawiłem się codziennie na łąkach i prowadziłem dość spokojne życie. Do czasu... Aż nadszedł ten dzień. Ten jeden dzień, w którym wszystko runęło. Burza połamała drzewa. Tornado zmiotło mój dom, a morderca zabrał mi rodzinę. Tym mordercą jestem ja sam. Oszalałem wtedy, a mną zawładnęła nieznana mi dotąd siła. Nie pamiętam ich... Nie mogę sobie przypomnieć ich twarzy, a wspomnienia są zamazane. Więc co pamiętam? Silna, lecz kochająca ręka ojca, który dawał mi rady i uczył jak przetrwać w tym okrutnym świecie. Czuły uścisk mamy, w którym zawsze znajdowałem oparcie. Uśmiech siostry, z którą uwielbiałem się bawić. I łuk brata, z którym uwielbiałem trenować swą celność. Ten łuk, który jest głęboko schowany w miejscu, które tylko ja znam i tylko ja mogę otworzyć. Pamiątka, która jest cenniejsza niż miliony wypowiadanych codziennie słów. Część mojej duszy, którą sam pokruszyłem... Można powiedzieć, że zaprzedałem dusze diabłu. te okruchy i pęknięta dusza była mu przeznaczona od czasu mojej egzystencji na tym świecie. Ale czy żałuję? Tak. Tej rzeczy żałuję najbardziej na świecie. Bardziej niż miliony zabijanych przeze mnie ofiar każdego dnia. Chcę się stąd wyrwać. Z tego błędnego koła, które zatacza kolejne kręgi od ponad 15 lat. Nie chce się zatrzymać, a historia lubi się powtarzać... Dlatego znów stoję na tej polanie. Znów wokół mnie.... Na drzewach, trawie, krzewach, skórze i ubraniach... Wszędzie widzę ten szlachetny kolor. Krew... Nawet niebo staje się czerwone. Znowu widzę śmierć, lecz lubię tą krwistą czerwień? A dlaczego ją tak lubię? Bo to ona jest moim ostatnim wspomnieniem z mego domu... Z Białej Grani. Ostanie wspomnienie. Ostatni raz, gdy widziałem swą rodzinę, swych rodziców... Tatę i mamę, która ledwo dysząc, powiedziała mi...
~~~
-A...Ma...Rin...- wyszeptała ciężko oddychając- Pamiętaj. Nie mamy ci tego za złe, bo jesteś naszym ukochanym dzieckiem. Synku... Zawsze będę cię oglądać z tatą i rodzeństwem z góry. Zawsze będziemy cię wspierać... Nie płacz i...- wtedy głos się urwał. Oczy stały się martwe, ciało zimne i bezwładne. Pożegnała mnie z ciężkim uśmiechem na twarzy... Ostatni uśmiech mojej mamy...
-Mamusiu! Mamusiu! Nie! Nie! Mamusiu, co ci jest?! Nie umieraj! Nie! Nie opuszczaj mnie! No już, obudź się, no już... To tylko mała rana... To tylko... To tylko ja..- małe czarnowłose dziecko podbiegło do ojca, trącając go za ramię...
-Tato! Tato! Pomóż mamie! Tato!- lecz ojciec nie odpowiadał. Nieżywe ciało tylko machało się na boki... Mały więc podbiegł do siostrzyczki.
-Obudź się obudź! To tylko sen, prawda?! To sen...- spojrzał na braciszka.
-T-to tylko sen... Prawda?! To tylko zły sen... Tak naprawdę to śnię w łóżeczku, a mama mnie zaraz obudzi i będzie wszystko tak jak dawniej, napewno tak jest...
Jednak tak nie było. To nie był sen ani koszmar, tylko okrutna i brutalna rzeczywistość... Już nigdy nie zobaczyłem uścisku mamy, silnej ręki taty, precyzji brata i uśmiechu siostry. Ostatnie wspomnienie to czerwona ciecz wokół mnie...
~~~
Zabijałem... więcej i więcej... Zapomnieć, zapomnieć o rzeczywistości. To nie jest sen. To rzeczywistość... Chcę zapomnieć... Chcę znów ich zobaczyć... Może jak ich zabiję wystarczająco, to ktoś zwróci mi ich? Prawda? Więc muszę zabić więcej i więcej aż nie zostanie po nich nic... Nic, nic nic, nic! Tylko krew! Krew! Krew! 
~~~
-Amarin Vhenan... Zostajesz skazany na wygnanie z Białej Grani! Hańba!- żołnierze uderzali włóczniami w podłogę. Za głośno... Było o wiele za głośno...-A-ale... Mama... Tata... Gdzie oni są?!-Hańba! Hańba! Hańba!- setki żołnierzy, jeden za drugim, gdy mały ja przechodził ścieżką... Wrzeszczeli i stukali... Tak głośno... Za głośno! -Potwór! Diabeł! Od początku to planował! Hańba! Stracić go! Wygnać! Nie ma prawa tu mieszkać! Nie ma prawa żyć!- krzyk mieszkańców roznosił się po całej krainie... Ale... Nie widzę Zirhael... Pewnie też tak myśli... Pewnie też się mnie boi... -Wygnać! Wygnać! Wygnać!Nie miałem nic ze sobą. Nic a nic... Tylko posklejane i mokre od krwi ubrania, skóra i włosy... Puste spojrzenie, a dookoła wyzywający ciebie tłum i nienawidzące, mordercze spojrzenia kierowane w twoją stronę oraz straże, którzy przykładali ci do gardła nóż, byś nic nie zrobił. Prowadzili cię do tego miejsca... Miejsca, o którym chcę zapomnieć. Ten portal był okropny...
~~~
Zabić! Zabić! Zabić! Zapomnieć! I zapomnieć! Więcej krwi... Bo tylko ona... Ostatnie wspomnienie....
-Wrócimy do domu... D-Dobrze, Amariś?- Zirhael szepnęła, a dookoła nas znajdowała się już tylko krew i ogrom ciał... Jaki dom...Przecież go już nie ma...
-Dom? Jaki dom? O czym ty mówisz Zirhael.. Przecież domu już dawno nie ma.. Przepadł...
~~~
- Gdy niebo stanie się czerwone, a na nim widnieć będzie krąg tornada.. Wtedy przyjdzie dzień zemsty.. Przybędzie krwisty jeździec.. Przybędzie Pest (plaga) i B'eanshie (zjawa)... Pamiętajcie ludzie! Czyńcie tę ziemię sobie poddaną! Lecz strzeżcie się powrotu krwawego króla....- powiedział stary, siwy czarownik. Skąd on znał te tytuły.. Przecież one zostały mi dane dopiero 10 lat później...
~~~
<Zircia?>
Ilość słów: 1016

sobota, 5 maja 2018

Od Zirhael do Amarina

Widząc te spojrzenie, nie mogłam powstrzymać lekkiego rumieńca. Podbiegłam, aby iść obok niego. Na oczy nałożyłam opaskę, po czym uśmiechnęłam się delikatnie, kładąc głowę na jego ramieniu. Jak ja za nim tęskniłam. Jak za nikim innym nigdy... On. To właśnie On, zawsze dawał mi szczęście  chęć życia. Bo co by było z Yin, kiedy by nie było Yang...
~~~
-Przeznaczeni?-zapytaliśmy w tym samym czasie.
-Tak, maluszki. Zirhael, bez powodu nie masz białych włosów, a ty Amarin, bez powodu nie masz czarnych. To się stało, bo zostaliście połączeni. Jest o was legenda, wiecie?-powiedziała kobieta.
-Legenda?! Mamy legendę?!
-Tak brzdące. Chcecie posłuchać?
-Tak! Bardzo!
Właśnie w tamtej chwili, coś wybuchło w jednym z miejskich budynków... Zarządzono ewakuację. Szczególnie mnie i Amarina...
~~~
Stanęliśmy na polanie, a oświetlał nas niepełny, piękny księżyc. Widzieliśmy wiele pięknych gwiazd, nawet kilka z nich spadało na ziemię.
Chciałabym, aby Amarin już mnie nie opuszczał. Chcę być z nim już na wieki, abyśmy do śmierci byli obok. Abym mogła patrzeć, jak się uśmiecha i chcę czuć, jak bije jego serce. Chcę, aby legenda nas nie zdradziła i chcę, aby tylko sama śmierć przyszła i tylko spróbowała nas dotknąć. Wiem, że będę z nim szczęśliwa i wiem, że tylko z nim zaznam spokój i pełną miłość. Amarin. Kiedyś ci to powiem... Teraz jest jeszcze za wcześnie... Ale tak bardzo chcę, abyś wiedział, jak bardzo mocno ciebie kocham...
To właśnie było w mojej głowie, kiedy stałam obok niego i przyglądałam się niebu. Ile ja bym dała, aby te moje słowa były prawdą... Ile ja bym dała, aby powiedzieć mu, co tak bardzo kiszę w swoim sercu...
-Amarin... Dziękuję, że mnie znalazłeś...-szepnęłam.
-Nie znalazłem cię. Sama tu przyszłaś...- również szepnął, patrząc na gwiazdy.
-Uwierz, że czekałam... Czekałam, aż wreszcie będziemy razem... Już miałam dość tego, że byłam z tobą rozdzielona...
-Ja też czekałem... Za długo. Za długo tu byłem... -wskazał na polanę dookoła.
Złapałam dłonie chłopaka i podniosłam je lekko do góry, lekko się uśmiechając. Moje serce biło jak szalone... Zupełnie wtedy, gdy...
~~~
-Zirhael! Mam dla ciebie kwiatki!-krzyknął Amarin, który nadal nie miał swojej jedynki.
Spojrzałam w jego kierunku, delikatnie się uśmiechając. Był przeuroczy, kiedy się uśmiechał, kiedy się czerwienił, gdy na niego patrzyłam. Kiedy wyciągnął w moją stronę bukiecik kwiatów, zarumieniłam się. Wzięłam od niego prezent, po czym powąchałam różnego rodzaju roślinki. Kiedy się nacieszyłam prezentem, odłożyłam go i spojrzałam na Amarina. Rzuciłam się mu w ramiona.
-Amarin... Kiedy dorośniemy, zamieszkamy razem i będę twoją żoną, dobrze?-zapytałam go, uśmiechając się.
Rumieńce na twarzy chłopczyka się powiększyły, ale on też się uśmiechnął.
-Jasne! Będziemy rodziną i będziemy mieszkać tutaj!-krzyknął zadowolony.
-Kocham cię Amarin...
-Ja ciebie też!-wykrzyknął chłopczyk, po czym poturlaliśmy się razem ponownie z pagórka w dużą łąkę lawendy zanosząc się śmiechem.
~~~
-Amarin... Pamiętasz naszą obietnicę, którą złożyliśmy sobie, jak byliśmy jeszcze mali?-zapytałam, a moje policzki okryły się rumieńcem.
-"Gdy będziemy dorośli to zostanę twoją żoną, Amarin!"
-P-Pamiętałeś... C-Czy... Mogę nadal spełnić tą obietnicę?-zapytałam bardzo cicho.
Chłopak spojrzał na mnie chyba kątem oka. C-Czyli... Nie mogę?
-Obawiam się, że odechce ci się prędko, Zira...
-Amarin... Ja...-kiedy już chciałam powiedzieć, te dwa, piękne słowa, z krzaków wyszli dziwni, uzbrojeni mężczyźni.
Zaczęli się śmiać. Każdy z nich miał broń w dłoni. Lekko przerażona nasłuchiwałam ich kroków. Napastników było... Więcej niż stu. Na moich plecach stworzyła się katana z cienia, a ja złapałam dłoń Amarina.
-Nigdy nie odechce mi się. Zależy mi na tobie.-szepnęłam, po czym musnęłam ustami jego policzek.
Odwróciłam się do większej grupy napastników, po czym zaśmiałam się. Złapałam za opaskę, opuszczając ją lekko ze swojego oka. Mężczyźni zaczęli wyklinać mnie i chłopaka od potworów. Zaśmiałam się.
-Potwory, co? Moi drodzy, chyba jeszcze potwora na oczy nie widzieliście... A nie. Właśnie na niego patrzycie...-powiedziałam, po czym wyjęłam swoją katanę z pochwy, która rozpłynęła się.
Z moich pleców zaczęły wypływać ogromne, cieniste macki, które ruszyły na innych napastników, przebijając ich ciała.
-Jedna owieczka, dwie owieczki, trzy owieczki...-liczyłam po kolei każdą zabitą przeze mnie osobę.
Zabić. Zabić. Zabić.
Amarin! Patrz na mnie! Patrz! Nie jestem taką jak inne! Widzisz mnie!? Dlaczego nie patrzysz? Nie chcesz? Nie kochasz mnie, tak jak ja ciebie? Amarin... Proszę... Zrozum, jak za tobą tęskniłam... Dlaczego nie rozumiesz... Dlaczego nie chcesz mnie kochać...
~~~
-Amarin? Pobawimy się w dom?-zapytałam go.
-Jasne! Ja będę tatą, ty będziesz mamą, a miś będzie naszym dzieckiem!-krzyknął szczęśliwy chłopiec.
Z misiem na rękach ruszyliśmy w głąb polany, gdzie mieliśmy malutki, drewniany domek, który razem zbudowaliśmy. Był on na rozmiar takiego domku na drzewie. Dzięki naszym mocom, udało nam się. Ułożyłam misia w mini posłaniu, na którymś leżała kiedyś poraniona jaskółka.
-Amarin, zrobisz herbaty, a ja zajmę się naszym dzieckiem.-powiedziałam, przytulając do siebie maluszka.
-Dobrze.
Całe po południe mogliśmy się tak bawić. Zawsze kończyło się tak samo... Zasypiałam w jego ramionach w domku. Moje usta zawsze mówiły tą samą rzecz przez sen.
-Kocham cię... Amariś...-szeptałam.
~~~
Cała polana oblewała się we krwi. Amarin też walczył. Kiedy już wbiłam mackę w ostatniego, spojrzałam na czarnowłosego ze łzami w oczach. Tak bardzo, bardzo chciałam mu powiedzieć to wszystko.
-Wrócimy do domu... D-Dobrze, Amariś?-powiedziałam do niego, uśmiechając się przez łzy.
Moje policzki i całe ciało było we krwi zabitych. Nie obchodzą mnie oni. Jedyna osoba, jaką uważam za cenną i najważniejszą, to on... Mój kochany Amarin.
<Amariś?>
Ilość słów: 869