Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dirhael. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dirhael. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 9 kwietnia 2018

Od Dirhaela do Shane'a

Co było snem? A co jawą? Po raz kolejny tego dnia niespodziewanie wyrwany ze snu otworzyłem swe zmęczone oczy. Przedramię przyłożyłem do czoła, czując, że jest ono gorące. Momentalnie przeszedł mnie nieprzyjemny, zimny dreszcz — symptom gorączki. Uśmiechnąłem się mimowolnie, nikło; z czystej bezsilności, poniekąd bólu. Z pleców przekręciłem się na prawy bok, by być twarzą do otaczającego mnie pokoju, jednak wszystko, co znajdowało się dalej niż metr ode mnie, było rozmazane. Cholerna wada wzroku. Wyciągnąłem dłoń w stronę stolika nocnego, gdzie powinny znajdować się moje okulary, ale... nie było ich tam. Spadły? Lekko podniosłem się z nadzieją, że dzięki temu uda mi się zobaczyć to, co jest na podłodze, ale wiedząc, że to nie ma sensu, powróciłem na swoją poprzednią pozycję. Nie, one nie mogły spaść. Zawsze kładłem je w bezpieczne miejsce, by to się na pewno nie stało, bo już raz przez taką nieuwagę mi się stłukły. Zatem zrobił to mój zapchlony kocur? Zwalił je, próbując posadzić swoją tłustą dupę na jednej z leżących na meblu książek? Nie; wtedy by zrzucił dosłownie wszystko, a poza tym pewnie bym to usłyszał podczas snu. Więc musiał to zrobić mój pieprzony wspólokatorek, którego imię – Shane – było chyba jego jedyną ludzką częścią. Bo to, hmn, „coś”, raczej nie miało w sobie człowieczeństwa, uczuć, empatii, czegokolwiek, może poza nienawiścią i wiecznym wkurwieniem na świat, a przede wszystkim na mnie. Zresztą... czy ja naprawdę zrobiłem coś, czym mógłbym mu zaszkodzić? Nie licząc tej początkowej wpadki z drzwiami, wczorajszego pobytu w lesie... cholera. Jestem równie dziwny, co on. O ile to możliwe. Chyba nie. A jeśli... nie, on jest nadal dużo gorszy, niż ja. To nie podlegało żadnej wątpliwości. Pokręciłem głową. Czułem się niczym małe dziecko, które próbowało odkryć największe tajemnice wszechświata, poczynając od tego, że kupa nie smakuje jak czekolada. Nie, żebym kiedyś próbował... ale jakieś małe dziecko raczej kiedyś tak zrobiło, prawda? Może Shane miał kiedyś takie pomysły i dlatego teraz ma ciągle taką zniesmaczoną minę? Zaśmiałem się cicho, z własnej bezsilności i głupoty. Przekręciłem się na plecy, a kątem oka dostrzegłem, że coś małego i grubego wskakuje mi na łóżko.
– Wiesz co, Jerome? – rzekłem do zwierzęcia. – Chyba majaczę. Albo umieram. To w sumie to samo, prawda?
Poczułem, że stwór wchodzi mi na nogi i idąc wzdłuż mojego ciała, zbliża się do mojej głowy.
– No chodź grubasie, chodź. – Wyciągnąłem rękę w jego stronę. – Ale trochę delikatniej chodź. – Cicho syknąłem, gdy jego łapa wbiła się między moje żebra, a brzuch. – Nawet nie przeprosisz, co?
Przymknąłem oczy, gdy poczułem, że mała główka wepchnęła się pod moje palce. Zacząłem ją głaskać i miziać, lecz coś było nie tak. Zwierz był znacznie milszy w dotyku, delikatniejszy, miększy. Jego uszy odstawały, a ponadto cała jego głowa była większa. Przyłożyłem dłonie do talii zwierzęcia i z nieznacznym trudem uniosłem go do góry.
– Miękkie – powiedziałem, uchylając oczy. – Nie jesteś Jero – stwierdziłem z oczywistością w głosie. – Nie jesteś kotem – dodałem.
Tuż przede mną znajdował się równie gruby, lecz za to rudy i milszy w dotyku pies, który właśnie postanowił pokazać swój jęzor całemu światu. Jak jej było... Chin? Chiny? China? Kto wie. Jej tyłek, niczym samonapędzająca się motorówka, wibrował we wszystkie możliwe strony. Dziwne uczucie. Jednak zastanowiła mnie jeszcze jedną rzecz... dlaczego ten pies, zamiast merdać ogonem, zachowywał się jak swój właściciel-paralityk? Czy ona w ogóle miała ogon...? To zaczęło mnie zastanawiać, ale nie, nie będę macać psa mojego współlokatora po dupie. Opuściłem Chińczyka na moją klatkę piersiową.
– Co jest, mała, co? – Palcem dotknąłem jej mokrego noska. – Chcesz się pomiziać? Poprzytulać?
Jakby w odpowiedzi szczeknęła. Zeszła ze mnie na łóżko, próbując wleźć mi pod kołdrę. Otworzyłem oczy ze zdziwienia. Wow. To coś serio potrafiło używać mózgu, przynajmniej w odróżnieniu od swojego właściciela. Oczywiście, jako człowiek z dobrą duszą i sercem pozwoliłem jej położyć się obok mnie. Długo nie musiałem czekać, by wtulona w moją rękę, zasnęła. To samo po krótkiej chwili stało się ze mną.
~*~
Trzask. Cholerny pieprzony huk pobudził moje wszystkie komórki w ciele do nagłego wybudzenia się ze snu. Automatycznie podniosłem się do pozycji siedzącej, w duchu wyklinając cały ten jakże cudowny świat i tego, kto to zrobił. K t o? Wciąż oszołomiony, spojrzałem w stronę drzwi, gdzie stała pewna, dla mnie, niestety, rozmazana postać. Jednak widząc tą czarną plamę na jego głowie i czując bijącą od niego negatywną energię..
Och. Cześć, Shane. Jaka szkoda, że nie zdechłeś w szkole.
Natychmiastowo sięgnąłem po okulary, leżące na stoliku nocnym i je założyłem, by móc lepiej widzieć mojego „kolegę”. Dopiero po zrozumieniu, że świat stał się dla mnie wyraźny, przypomniałem sobie, że... wcześniej ich tam nie było, że nie mogłem ich znaleźć. Naprawdę byłem aż tak ślepy? Czy to chłopak miał rację, nazywając mnie wciąż tym schizofrenikiem? Wyobrażam sobie, że nie ma czegoś, co naprawdę istnieje?
Westchnąłem niewystarczająco głośno, by ciemnowłosy mógł mnie usłyszeć, a potem znów skupiłem na nim swą nieustającą uwagę. Nie przywitał się, nic nie powiedział, jedynie obdarzył moją osobę pogardliwym, pełnym nienawiści spojrzeniem godnym najbardziej wkurwionego człowieka na ziemi. Czyżby tym sposobem zechciał mi ukazać, iż tego dnia mam z nim nie nawiązywać żadnej głębszej relacji? Och, skoro tak bardzo tego pragnął, to zamierzałem spełnić jego prośbę, lecz mimo to coś sprawiło, że nie byłem w stanie oderwać od Shane'a swego zaciekawionego wzroku.
Ciemna bluza, w którą był odziany tego dnia, niemalże rozpływa się od nadmiaru pochłoniętej wody. Podobnie było z jego spodniami, jak i butami. Napotkał go upojny deszcz? Ulewa? Nawałnica? W tym momencie moich rozmyślań fuknął i rzucił swą torbę na ziemię. A zaraz po tym jego dłonie powędrował na dolną granicę ściągacza bluzy, za które natychmiastowo pociągnął, unosząc swoje ręce do góry...
Po kolejnej sekundzie górna część jego stroju wylądowała na podłodze.
Darmowy striptiz?
Tak więc stanął naprzeciwko mych oczu na wpół nagi. Dopiero wtedy dostrzegłem, iż jego hebanowe włosy także były przemoczone. Pojedyncze kropelki, spływające w zwichrowanych kosmyków powoli opadały na jego rozgrzaną ze złości, ze zmęczenia, do czerwoności twarz, tworząc na niej coś na wzór łez lub kropli potu, by potem zakończyć swą podróż na jego klatce piersiowej. Shane, całkowicie na to nie zważając, błądził oszalałym wzrokiem po całym pomieszczeniu, w poszukiwaniu... czegoś. Ręcznika? Nowej bluzki? W międzyczasie z jego ust wydobyła się wiązanka przekleństw, ku mojemu zdziwieniu, nieskierowana w moją stronę. Aż w końcu coś znalazł. Schylił się i to chwycił, wyprostowując się. Najwyraźniej nie zamierzał się wytrzeć, gdyż od razu zaczął zakładać znalezisko na swe oblicze. Wolał, by to właśnie to wchłonęło samotne, opadłe krople deszczu? Kiedy jego głowa przecisnęła się przez górny wylot stroju, poczułem, że pełnym wzgardy spojrzeniem spogląda na mnie, swojego współlokatora.
– Co się kurwa patrzysz? – wypowiedział, nie fatygując się nawet tym, by ubrać się do końca.
Oniemiałem.
– Nie patrzę się na ciebie – wypaliłem, nie zważając na wagę swoich słów i na niewielkie kłamstwo z nich wynikające.
Spojrzenie przeniosłem z klatki piersiowej na twarz, a najdokładniej na jego różowe oczy.  Dokończył zakładać swoją bluzę, a następnie uważnie ją poprawił, by na pewno nie odkryć przede mną większej ilości sekretów swojego ciała i by ukryć to, co wcześniej z niewiadomą świadomością odsłonił.
Zatrzymał się tak, jakby właśnie wyłączył się z życia.  W niemocy jego wąskie, malinowe usta rozchyliły się, ukazując przy tym niepełny rząd  śnieżnobiałych zębów. Dłoń chłopaka, powieka, brew zaczęły z pozoru nieznacznie, lecz z czasem coraz bardziej drżeć. Nie; on cały się trząsł. W pewnym momencie zacisnął swą chudą dłoń w pięść i otworzył szerzej usta. Całkiem... Oczami wyobraźni widziałem, jak powoli prostuje palce, by użyć na mnie swej brutalnej mocy, ale zamiast tego...
– Spierdalaj – fuknął z niemałym obrzydzeniem i niechęcią.
 Odwrócił się na pięcie, a w następnej chwili był już zamknięty w łazience. Chyba nie chciałbym wiedzieć, co właśnie ubzdurał sobie w tej swojej pustej główce albo raczej co uznał, że ja sobie wyobraziłem. Zamrugałem parokrotnie, próbując przeanalizować to, co się wydarzyło w ciągu ostatnich kilku chwil.
Czy ja się wpatrywałem w ciało o cztery lata młodszego chłopaka, w dodatku mojego współlokatora?
Poczułem się... źle.  Tak cholernie mocno źle. Momentalnie coś jakby ścisnęło mnie za serce, odcinając mi przy tym dostęp powietrza. Było mi niedobrze z samym sobą. Gula podeszła mi do gardła, gdy uprzytomniałem sobie, że nadal wpatruję się w to miejsce, w którym stał Shane. Chociaż jedno muszę przyznać – ciało miał całkiem niezłe. Co prawda, był chudy i blady, ale bynajmniej nie było to wadą.
Westchnąłem i prostując obolały kręgosłup, przeciągnąłem się na łóżku. Dosłownie w tej samej chwili do mojej umysłu trafiła kolejna fala bólu. Czy to karma za moje dziwne myśli? Jednakże ten atak nie był tak silny, jak poprzednie, co dało mi wiarę w to, że szybciej powrócę do zdrowia. A jeśli o to chodzi... niestety, moje wszystkie zbawienne proszki skończyły się poprzedniego wieczora, więc już nie miałem czego zażyć, by chociaż delikatnie poprawić swój zjebany nastrój.  Pora było coś z tym zrobić.  W końcu nie mogę całego dnia spędzić w pokoju, prawda? Wstając z łóżka, po raz ostatni pogłaskałem po główce leżącą obok mnie psinę. Podszedłem do szafy i wyjąłem z niej pierwszą lepszą bluzę i spodnie.  Cóż, chociaż perspektywa ubrania się w jakąś koszulę była kusząca, to jednak tego nie zrobiłem.  W końcu miałem zamiar pójść jedynie do pielęgniarki i ewentualnie do szkolnego sklepiku, by kupić sobie coś do jedzenia. Tylko która była godzina? Niespiesznie rzuciłem okiem na zegarek zdobiący mój nadgarstek. Wskazówki na nim jednoznacznie wskazywały, że zajęcia już dawno się skończyły. Czyli idealnie; wątpliwe było to, bym spotkał kogoś znajomego.
Mój wzrok powędrował na drzwi prowadzące do łazienki. Czy powinienem poczekać na to, aż chłopak z nich wyjdzie, bym mógł się w spokoju w niej przebrać? Wydawało mi się, że znając jego, w tym miejscu mógłby być naprawdę długo.  Obawiałem się tego, że w międzyczasie mojego przebierania się mógłby wyjść z komnaty, co sprawiłoby, że stosunki między nami stałyby się jeszcze bardziej napięte i... niezręcznie. Shane wtedy przez przypadek mógłby zobaczyć dużo za dużo; zobaczyć coś, czego nie powinien widzieć.  Jednak mimo to postanowiłem zaryzykować i na szczęście uwinąłem się z tym wystarczająco szybko, by uniknąć ponownego spotkania ze współlokatorem.
~*~
Drżącą ręką nadal niepewny tego, co robię, nacisnąłem klamkę drzwi prowadzących do pokoju z numerem siedemnaście. Nie byłem gotowy na kolejną konfrontację z moich jakże ukochanym współlokatorem. Po cichu miałem nadzieję, że nie będzie go w środku, że gdzieś sobie poszedł, ale już delikatne uchylenie drewnianych wrót odegnało ode mnie te optymistyczne myśli. Z wysoko uniesioną głową wszedłem do środka, a następnie zamknąłem drzwi na klucz i położyłem go na najbliższej szafce.
Moje spojrzenie od razu powędrowało na łóżko współlokatora, na którym – jak oczywiście już się spodziewałem – leżał i oglądał coś na laptopie. Na szczęście miał założone słuchawki, dzięki czemu nie słyszałem żadnych dźwięków wydobywających się z przenośnego komputera.
– Cześć, Shane – przywitałem się z nim, machając mu dłonią.
Nic. Zero reakcji. Zresztą czy oczekiwałem od niego czegokolwiek? Oczywiście, że nie. Ten dupek... Westchnąłem. Atmosfera w tym pokoju była naprawdę napięta, a ja wciąż czułem się nieco niezręcznie. Jednak cóż mogłem na to poradzić? Nic. Poczułem, że coś obciera się o moją nogę. Spojrzałem się w dół.
– Jero – powiedziałem, biorąc go na ręce.
W odpowiedzi miauknął. Czyżby ten kot miał więcej kultury niż szlachetny ciemnowłosy? Po raz ostatni zlustrowałem go wzorkiem. Usiadłem na swoim posłaniu, kota posadziłem obok mnie, a to, co przyniosłem ze sobą z mojej małej „wycieczki” po szkole, położyłem na stoliku nocnym, czyli proszki, które miały mi pomóc przetrwać kolejny dzień w szkole, a co najmniej tak twierdziła pielęgniarka, chociaż ja w to wątpiłem i... cukierki. Słodkie cukierki, które udało mi się dostać w szkolnym sklepiku. Nie wiem, jakim trzeba być geniuszem, by będąc chorym, wybrać coś takiego zamiast czegoś normalniejszego do zjedzenia na pusty żołądek. Wiedząc, że zapewne po tym będzie mi jeszcze gorzej, sięgnąłem po plastikowe opakowanie i jednym, prostym i szybkim ruchem je otworzyłem. Zieloną, kulistą słodycz włożyłem do ust, a nieokreślony dla mnie smak rozlał się po moich kubkach smakowych. Leciutko się uśmiechnąłem. Pyszne. Dokładnie tego było mi trzeba.
Uniosłem głowę, spoglądając przed siebie. Mój wzrok napotkał różowe oczy mojego współlokatora. Różowe...? Dopiero wtedy zorientowałem się, że nie do końca są one takiego koloru. Były bardziej jasnoczerwone? Coś w tym stylu. Dziwne, że dopiero wtedy udało mi się to zauważyć. W końcu spędziłem z nim już trochę, a nawet zbyt dużo czasu. Kiedy zrozumiał, że po raz kolejny tego dnia nietaktownie mu się przypatruję, bez słowa powrócił do oglądania. Zerknąłem na opakowanie cukierków, a następnie ponownie na chłopaka. A gdyby tak...
<koniec wątku>

< ...i cóż mogę więcej dodać? >
Liczba słów: 2085

piątek, 23 lutego 2018

Od Dirhaela do Shane'a

<poprzednie opowiadanie>
Samotna kropla zimnego deszczu spłynęła po moim policzku.
Kurwa.
Otworzyłem usta jakby ze zdziwienia, ale równie szybko je zamknąłem, gdy kolejna fala wszechogarniającego bólu zalała mój umysł. Bardzo powoli zacząłem odliczać od dziesięciu w dół, by zająć myśli czymkolwiek innym. Ten rytuał... był to cholernie zły pomysł. Co mnie podkusiło, by go przeprowadzić i pokazać Shane’owi? Skarciłem samego siebie w myślach, odwracając się na pięcie w stronę chłopaka. Zrobiłem krok do przodu, a wierzchem dłoni wytarłem kolejne mokre, deszczowe ślady ze swojego policzka. Rozejrzałem się. Panował tu już najzwyklejszy półmrok; słońce już dawno zdarzyło schować się za linią drzew, a jedynie jego promienne resztki oświetlały otaczający nas las. Westchnąłem z rezygnacją. Pierwszy raz tu byłem i nawet nie mogłem stwierdzić, skąd tu przyszliśmy. Byliśmy... całkowicie zgubieni, zdani na łaskę lub niełaskę natury i własnych wspomnień. Minąłem wciąż i na szczęście nieodzywającego się ciemnowłosego. Oparłem się o najbliższe drzewo, a opuszkami palców przejechałem po jego zimnej, twardej korze.
Myśl, Dirhael, myśl. Jak się tu znalazłeś?
~*~
Zlał mnie. Tak totalnie, całkowicie.  Zero emocji, zero jakiegokolwiek przejęcia...
- Czy możemy już wracać? – mruknął. – Nudzę się i jest już ciemno.
- Zdziwiłbym się, gdyby ciebie cokolwiek zainteresowało. – odparłem, mocniej zaciskając dłoń na kijku. Dupek. – Jak chcesz.
- Cudownie – warknął i zaczął iść przed siebie.
Prychnąłem. Opierając się o moją laskę, próbowałem wstać, lecz był to trudniejsze, niż początkowo sądziłem. Przed oczami zrobiło mi się ciemno, a w głowie zaczęło mi piszczeć, jakby tuż obok mnie startował jakiś odrzutowiec, co w otaczającym nas cichym lesie  było aż zbyt irracjonalnym porównaniem. Pisk ten przerodził się z pozoru w lekki ból głowy,  który dopiero z czasem nabierał na sile.
- Poczekaj – powiedziałem w  jego stronę, ale on nawet nie omieszkał się zatrzymać. 
W końcu udało mi się stanąć na nogach. Wziąłem głęboki wdech, wydech i nie zważając na to, gdzie idę, ślepo podążyłem za nim.
...w złą stronę.
~*~
- Modlisz się? – usłyszałem jego głos, a zaraz po tym poczułem niezbyt lekkie kopnięcie w łydkę.
Momentalnie, automatycznie zgiąłem nogę, co sprawiło, że przejechałem czołem tuż po twardej korze znajdującego się przede mną drzewa. Nawet się nie zorientowałem, kiedy podczas moich rozmyślań zacząłem się o nie opierać. Cicho syknąłem z bólu, odsunąłem się od tej jakże niebezpiecznej roślinki i ze złością spojrzałem się na wiecznie zdegustowanego Shane’a. Przyłożyłem dłoń w bolące miejsce na moim czole i zacząłem je rozmasowywać. Jeśli pozostanie mi po tym ślad... Przygryzłem wewnętrzną stronę dolnej wargi i się wyprostowałem.
- Myślę. Nie widzisz? – powiedziałem. – Tobie też by się to czasami przydało.
- Od pieprzonych piętnastu minut? – fuknął, ignorując drugą część mojej wypowiedzi.
- Piętnastu...? – Cicho powtórzyłem.
Aż tak długo mi to zajęło? Spojrzałem się w niebo. Wciąż nie była to jakaś duża ulewa, ale mżawką też bym tego nie nazwał. Następnie mój wzrok powędrował na chłopaka. Chociaż miał założony kaptur, to i tak z łatwością dostrzegłem jego ciemne włosy posklejane przez wodę. Gdzieniegdzie z nich skapywały pojedyncze kropelki, które następnie opadały mu na bluzę. Już chciałem powiedzieć „przeziębisz się”, lecz ostatecznie ugryzłem się w język. Jeśli on, będąc w bluzie, przeziębi się, to ja ubrany w cienką, jasną koszulę najprawdopodobniej umrę. Tak — założenie jej na wyprawę do lasu to kolejny przykład mojego nieistniejącego geniuszu. Dla potwierdzenia swoich myśli palcami przejechałem na początku po rękawie górnej części stroju, który tak, jak się spodziewałem, był już mokry, a następnie włożyłem dłoń w swoje zmierzwione włosy. Po tym była ona jeszcze wilgotniejsza, więc wytarłem ją w spodnie. Chwila. Do mojej głowy wpadł równie genialny, co i prosty plan. GPS. Przeszukałem kieszenie, ale nie znalazłem w nich potrzebnej mi rzeczy – telefonu. Cholera. Dlaczego zawsze, gdy go potrzebuję, to zapominam wziąć go z domu? Z nadzieją spojrzałem się wprost w oczy różowookiego.
- Masz przy sobie telefon? – spytałem.
Lekko drgnął; czyżby też na to wcześniej nie wpadł? Po krótkiej chwili poszukiwań ponownie włożył ręce do kieszeni i pokręcił głową na „nie”. Cóż, pozostało nam dalsze podążanie na oślep. Mniej-więcej, chociaż mniej, pamiętałem, z której strony przyszliśmy. To był chyba nasz jedyny trop i zarazem ostatnia deska ratunku. Może gdybym wcześniej podczas chodzenia obserwował las, a nie tylko ziemię przede mną, to pewnie znałbym całą trasę, ale teraz już nic nie mogłem zmienić, prawda? Kiedy chciałem ruszyć, zorientowałem się, że nie mam przy sobie kijka. Leżał on z dwa metry ode mnie, więc po podejściu do niego, schyliłem się i złapałem go. Wyprostowałem się, jednak wraz z tą czynnością po moim ciele przeszła nieprzyjemna fala zimna. A może to bym tylko wiatr? W każdym razie sam siebie objąłem, lecz nic to nie dało; jedynie wyczułem, że moja skóra stała się naprawdę zimna, jakbym był jakimś nieumarłym, a nie szamanem.
- Idziemy – powiedziałem, chociaż bardziej by pasowało „rozkazałem”.
Zrobiłem krok do przodu, ale jego odchrząkniecie, zatrzymało mnie przed wykonaniem kolejnego.
- Czego jeszcze nie rozumiesz? – rzekłem.
- Stamtąd przyszliśmy – powiedział tonem, jakby zwracał się do kogoś głupiego lub do co najmniej dziecka.
- Wiem, debilu. Musimy wrócić. Zgubiłeś nas.
- Ja? JA?!
Wiedziałem, że powoli zaczyna się w nim gotować. Westchnąłem w oczekiwaniu na jego wybuch. Pięć, cztery, trzy, dwa, jeden... ale nic nie powiedział. Spojrzałem się na niego ze zdziwieniem. Ach, teraz już rozumiałem, o co mu chodziło. Jego drżąca dłoń była wyciągnięta w moją stronę. Wahał się.
- Nie chcesz zemdleć w lesie, co? – powiedziałem obojętnie. Zgiął jeden z wyciągniętych palców. Czyżby jednak chciał tego użyć? – Nawet nie próbuj mnie wkurwić. – Kąciki moich ust nieznacznie uniosły się do góry. – Rozumiemy się?
Prychnął, mrucząc coś pod nosem. Schował dłonie do kieszeni i zaczął kierować się w moją stronę.
Grzeczny chłopczyk.
~*~
- Jesteś pewny, że wiesz, gdzie idziemy? – spytał, gdy po kolejnych kilkunastu minutach nadal nie było widać żadnych śladów cywilizacji.
- Nie. – Postawiłem na szczerość.
Shane zatrzymał się.
- Pierdolisz.
- Nie pierdolę.
Rozpościerające się nad nami korony drzew zastąpiły drogę kroplami deszczu, wciąż spadających z ciemnogranatowych chmur. Gdzieś w oddali zagrzmiało, co wywołało ciarki na mojej zziębniętej skórze. Nie, nie bałem się burz, ale usłyszenie grzmotu, przedzierającego się przez leśną ciszę było dla mnie zbyt dużą anomalią, której mój umysł nie był w stanie pojąć. Przystanąłem, ścierając nowo opadniętą kroplę z policzka. Byliśmy zgubieni. Bez dalszego planu nic nie zadziałamy. Opuściłem głowę. To było niedorzeczne — dwójka dorosłych facetów zgubiła się w lesie zaraz po tym, jak jeden z nich pokazywał drugiemu przywołanie duchów.
- Właśnie – powiedziałem. – One powinny wiedzieć.
Shane po usłyszeniu, że znowu gadam z samym sobą, spojrzał się na mnie z wyraźną niechęcią. W tym momencie nie liczyło się dla mnie to, co on sobie pomyśli. Wzrokiem rozpocząłem poszukiwania żywo-nieżywych istot, które tylko ja mogłem zobaczyć, ale... nie było ich tu.
- Cholera.
Dlaczego, gdy ich potrzebuję, to nie mogę ich znaleźć? Moje poziomy wkurwienia i bezradności z każdą sekundą wzrastały.
- Już? Skończyłeś? – spytał.
Kiedy chciałem mu coś odpowiedzieć, poczułem swędzenie w nosie. Schowałem twarz w dłonie i kichnąłem, po czym przetarłem sobie nos. Świetnie, zajebiście. Czyżby coś zaczynało mnie brać?
- Na zdrowie – usłyszałem damski głos, bynajmniej nie należący do Shane’a.
Serce z radości zaczęło mi szybciej bić. Była tu ta mała dziewczynka, która przez poprzednie kilka dni mnie odwiedzała. Może... może ona byłaby w stanie wskazać nam drogę do akademika? Niby była tylko martwym dzieckiem, ale jako duch mogła dużo zdziałać.
- Gdzie jesteś? – spytałem, rozgadawszy się za nią.
- Tutaj.
Spojrzałem się do góry, skąd ją właśnie usłyszałem. Siedziała na drzewie, a konkretnie na jednej z gałęzi. Była smutna albo raczej zmartwiona.
- Dlaczego tu jesteś, kiedy pada? Przeziębisz się...
- Zgubiliśmy się – wskazałem na towarzysza w niedoli. – Wiesz może jak...
- Czy mógłbyś się w końcu kurwa zamknąć?! – wykrzyczał Shane. Czyżby jego wkurwomierz wyjebał ponad skalę?
- O co ci chodzi? – spytałem spokojnie.
- Jesteśmy w środku pieprzonego lasu, a ty, zamiast robić cokolwiek, zaczynasz rozmawiać z pierdoloną gałęzią!
- Nie z gałęzią, tylko z duchem... – zacząłem.
- Przeszkadzam wam? – spytała z lękiem. – Mam sobie pójść...?
- Nie, zostań z nami, proszę – starałem się ją uspokoić. – Daj mi trzy minuty, proszę? – zwróciłem się do ciemnowłosego. Ze złości zacisnął mocniej szczęki, podszedł do najbliższego drzewa i dla rozładowania emocji zaczął je kopać. Zignorowałem go i znów moja uwaga skupiła się na małej. – Wiesz, jak stąd dotrzeć do szkoły?
- Do szkoły? – powtórzyła. Przyłożyła dłoń do czoła, zmrużyła oczy i się rozejrzała. – Tam! – wskazała palcem na obszar znajdujący się po mojej lewej stronie.
- Czekaj, tam jest Auris? – dopytałem.
- Mhm – pokiwała głową.
- Jesteś pewna?
- Mhm – ponowne kiwnięcie.
I... zniknęła. Nawet nie zdążyłem jej podziękować. Tylko teraz pozostawało pytanie: czy miała rację. Cóż, tego będziemy musieli przekonać się na własnej skórze. Jeszcze kilka sekund wpatrywałem się w gałąź, aż dopóki kilka kropel deszczu nie spadło na moje okulary, tym samym rozmazując mi widok na cały świat. Nie widziałem sensu w wycieraniu ich, bo i tak przyniosłoby to odwrotny skutek. Włożyłem dłoń we włosy. Teraz były już całkowicie mokre, tak samo, jak cały ja. Koszulka, spodnie, buty... mógłbym robić za żywą konewkę, naprawdę. Kątem oka przyjrzałem się już nieznęcającemu się nad drzewem chłopakowi. Hmn... on też nie był w najlepszym stanie.
- Wiem, gdzie jesteśmy. Chodź – powiedziałem.
Wraz z wypowiadanymi przeze mnie słowami w lesie zerwał się wiatr. Silny, zimny wiatr, który zadziałał na przemoczonego mnie jak gwóźdź do trumny. Lekko zacząłem drżeć.
- Pięć metrów przede mną – powiedział.
- Co? - Nie rozumiałem, o co mu chodziło.
- Masz iść pięć metrów przede mną.
- Dlaczego?
- Nie ufam ci – stwierdził z pogardą.
- Jak sobie chcesz – wzruszyłem ramionami.
Zrobiłem pierwszy krok w kierunku, który wskazała dziewczynka. Nadzieja na nowo rozbłysła w moim sercu, chociaż z każdą chwilą czułem, jak siły zaczynały mnie opuszczać. Z trudem łapałem oddech i to nie było winą mojej kondycji. Po kilku minutach spędzonych w ciszy w oddali zauważyłem zarysy budynków, wyłaniających się spomiędzy drzew.
~*~
O mało co z radości nie ucałowałem klamki, gdy w końcu dotarliśmy pod drzwi z dumnym numerem siedemnaście. Z kieszeni wyjąłem do nich klucz i próbowałem włożyć go do zamka, co w połączeniu z półmrokiem panującym na korytarzu, nie było prostym zadaniem. Po zrobieniu tego przekręciłem go, co otworzyło wejście do naszego pokoju. Spojrzałem się w lewą stronę, gdzie stał Shane.
- Zasada pięciu metrów nadal obowiązuje? – spytałem. – Shane, jesteśmy już w domu.
- Ale nadal ty tu jesteś. – Prychnąłem.
- I tu będę. Nasze łóżka dzieli mniej niż pięć metrów, wiesz?
Dopiero po powiedzeniu tego zdania zdałem sobie sprawę, że zabrzmiało ono jak groźba. On chyba też tak to odebrał. Otworzył usta w geście zszokowania, ale szybko je zamknął, jakby zrezygnował z powiedzenia czegokolwiek. Drgnął. Przekręciłem oczami i wszedłem do środka. Nie musiałem długo czekać, by dołączył do mnie. Zapaliłem światło, które w połączeniu z moim wcześniejszym ciągłym przebywaniem w ciemnościach sprawiło, że oczy zaczęły mnie piec. Która była godzina? Nie wiedziałam i chyba nie chciałem wiedzieć. W końcu rano trzeba będzie wstać do szkoły… Ajć, od natłoku myśli ból głowy znowu dał o sobie znać. Podszedłem do mojej torby i lekko się uśmiechając, wyjąłem z niej proszki przeciwbólowe. Z opakowania wziąłem cztery, które bez popijania z łatwością przełknąłem. W pewnym momencie usłyszałem trzaśnięcie drzwi, ale nie tych wejściowych, tylko od łazienki. Po chwili z wnętrza tamtego pomieszczenia było słychać lanie wody. Czyli Shane poszedł się myć. Nie dziwię mu się, w kocu obaj byliśmy… mokrzy. O cholera. Nie wiem, jakim cudem, ale wyleciało mi to z głowy. Spojrzałem się pod siebie. Tak… stałem teraz w wielkiej kałuży wody i błota, przyniesionych przez buty. Zresztą nie tylko to było przyczyną tej małej powodzi. Spodnie, włosy, bluzka… robiłem za małą, rozpłakaną chmurkę. Ba, koszula od nadmiaru wody zaczęła prześwitywać. Zapamiętam to na przyszłość. Ponownie spojrzałem na plamę. Westchnąłem. Kompletnie nie miałem siły, by ją sprzątnąć, ale wcześniej czy później i tak musiałbym to zrobić. Akurat miałem chwilę czasu, zanim współlokator wyszedłby z łazienki.
Kiedy już skończyłem, to oparłem się o drzwi wejściowe. I czekałem. Boże, ile można się myć? Oczy powoli mi się już zamykały, byłem blisko zaśnięcia na stojąco. Dopiero kolejne trzaśnięcie drzwi było w stanie mnie rozbudzić. Shane wyszedł z łazienki, zmierzył mnie wzrokiem od stóp do głów i położył się na swoim łóżku.
- Będziesz tam jeszcze wchodził? – spytałem, ziewając.
Zakrył się kołdrą, mrucząc coś pod nosem. Westchnąłem. Wziąłem swoje rzeczy i skierowałem się do łazienki. Marzyłem tylko o tym, by mieć już to wszystko za sobą. Zdjąłem wszystkie ubrania i wszedłem pod prysznic. Odkręciłem ciepłą wodę, która miała zbawienny wpływ na moje zziębnięte ciało, ale z każdą sekundą wydawała mi się ona coraz zimniejsza, więc ustawiłem ją na maksa. Jednak to nic nie dało; zamiast wrzątku poleciał lód. Z moich ust wyrwało się głośne „kurwa”.
Jeszcze bardziej zziębnięty położyłem się w moim cieplusim, miękkim łóżku. Opatuliłem się kołdrą, a po kilku minutach zasnąłem.
~*~
Czy znacie to uczucie, kiedy zamiast budzika, budzi was przeogromny ból głowy? Właśnie to mi się przytrafiło. Wierciłem się, kręciłem, ale upragniony sen nie nadszedł. Powoli czułem, że zaczynam odpływać, stało się to, czego się najbardziej obawiałem – małe narzędzie tortur zadzwoniło. Opatuliłem się mocniej kołdrą, a uszy zakryłem dłońmi. Nie, proszę, tylko nie to. W końcu hałas, spotęgowany spazmami bólu, zrobił się nie do wytrzymania, więc wyściubiłem głowę i rękę spod ciepłej tkaniny, by sięgnąć po telefon i go wyłączyć. Cisza zadziałała kojąco na moje nerwy, ale wiedziałem, że to tylko początek koszmaru. Założyłem okulary, by lepiej widzieć cały świat. Tuż przed oczami miałem widok na współlokatora, który też najprawdopodobniej został obudzony przez alarm, ale tak, jak ja, jeszcze nie ruszył się z wyrka. Opierając się na rękach, podniosłem się do pozycji siedzącej. I wtedy złapał mnie lekko brzmiący, lecz duszący kaszel. Zakryłem usta dłonią. Zapowietrzyło mnie i nie mogłem złapać oddechu; poczułem nieprzyjemne ciepło na twarzy. Gdy ten dziwny „atak” ustał, wziąłem kilka głębokich wdechów i wydechów. To było cholernie nieprzyjemne. Chwyciłem za chusteczkę, znajdująca się na stoliku nocnym i wydmuchałem nosa. Nagle też zrobiło mi się niesamowicie zimno. Czy bierze mnie jeszcze dodatkowo gorączka? Świetnie. Sięgnąłem po opakowanie proszków przeciwbólowych, które brałem poprzedniego dnia. Zawartość pudełeczka wysypałem sobie na dłoń. Jednak tabletka, dwie, trzy, pięć, siedem, osiem... może wystarczy. Wszystkie oczywiście naraz wziąłem, a potem je przepiłem wodą. O tak, po tym na pewno zrobi mi się znacznie lepiej. Znów położyłem się na łóżku, przed czym zdjąłem okulary. Nie ma takiej opcji, bym dziś poszedł do szkoły. I co z tego, że to dopiero mój drugi dzień tutaj? Cóż, może potem pójdę do pielęgniarki, by mi to usprawiedliwiła. Pod kołdrą przyjąłem pozycję embrionalną, by było mi jeszcze ciepłej. Przykryłem się nią tak, by było mi widać tylko twarz. Ponownie kichnąłem. A co zrobił w tym czasie Shane? Dopiero co wstał z łóżka i zaczął szykować się do szkoły, od czasu do czasu darząc mnie pogardliwym spojrzeniem. Zamknąłem oczy, bo w tej chwili pragnąłem oddać się w Objęcia Morfeusza, ale...
- Dlaczego nie wstajesz? – spytał, o dziwo, całkiem miłym tonem. Pewnie udawał.
- Spać mi się chce... – zacząłem wymieniać. – Głowa mnie boli... Źle się czuję... - kontynuowałem korowód rozpaczy i nieszczęścia, co chwilę przerywając go pociągnięciem nosa. – Zimno mi... – Wtuliłem się w poduszkę, znajdująca się pod moją głową.
- I? – Złapał mnie kolejny atak kaszlu.
- I to tyle... – dopowiedziałem.
Usłyszałem trzask drzwi od łazienki. Aha, więc to tyle z jego troski, tak? W sumie mogłem się tego spodziewać. Jednak skoro już sobie poszedł, to w końcu miałem szansę, by zasnąć! W łóżeczku było mi tak miło i przyjemnie, i przytulnie... Odpłynąłem, albo raczej: straciłem kontakt z rzeczywistością.
~*~
Coś twardego najpierw dotknęło moją nogę, potem kolano, brzuch i ramię, ale poza zwykłymi pomrukami niezadowolenia nie zareagowałem na to. Dlaczego? Bo nie miałem siły i ochoty.
- Wstawaj, śmieciu – to coś tym razem wbiło się w mój polik. Powolnie otworzyłem zmęczone oczy i spojrzałem się na postać z sadystycznym uśmieszkiem na ustach stojącą przede mną.
- Shane? – szepnąłem. Nie sądziłem, że mój głos będzie aż tak słaby. Zauważyłem, że trzymał w dłoni moją laskę. – Odłóż ją, proszę...
- Odłożyć? – Użył swojej mocy, by unieść ją w powietrze, a następnie upuścił ją na podłogę. Zmroczyło mnie, więc nic nie powiedziałem.  – Wstawaj do szkoły – rozkazał.
- Nigdzie nie idę – powiedziałem naburmuszony. Jestem już dorosły, mogę robić to, co chce, prawda?
- Czyżby? – Jego dłoń się uniosła, lecz to zignorowałem.
- Mhm. – Całkowicie zakryłem się kołdrą.
Trzymałem dłoń na materiale i nagle poczułem, że coś próbuje mi ją wyrwać.  Chciałem za nią chwycić, ale było już za późno – nieznana siła zdążyła porwać mój skarb, moje schronienie, wysoko nad łóżko. Wyciągnąłem rękę przed siebie, ale bez wstawania z łóżka nie dałbym rady jej dosięgnąć.
- Shaaaane – powiedziałem, patrząc się na niego z wyrzutem, skulając się jeszcze bardziej. – Zimnoo mi. Oddaj – Wskazałem nad siebie i pociągnąłem nosem z powodu kataru.
Nie zareagował.
- Shaneee – powtórzyłem jego imię.
Nadal brak reakcji. Prychnąłem i odwróciłem się tak, by leżeć do niego plecami.
- Pierdol się – powiedziałem na sam koniec, pokazując mu środkowy palec prawej dłoni.

< słodka kluska >
Liczba słów: 2875

niedziela, 4 lutego 2018

Od Dirhaela do Shane’a

- Panienek się boisz? – zapytał Shane, dalej przy tym chichocząc. – A może ty pedał jesteś, co? Gałęzie z lasu wolisz?
Nie powiem... zamurowało mnie i to mocno.  Mój mózg złapał olbrzymiego laga systemu; zaciął się i nie chciał złapać kontaktu z otoczeniem. On to naprawdę powiedział? Nadal mi się śni? Uniosłem brwi w geście niedowierzania.  W swoich nieśmiesznych i idiotycznych żartach prawie trafił w sedno. Czy boję się panienek? Takich, co mnie podrywają, owszem.  Czy  jestem pedałem? Nieświadomie to zgadł czy wiedział od samego  początku? Nie, on by nie domyślił się czegoś takiego. I ta gałąź... Co ten biedak musiał przeżyć w swoim życiu, by myśleć o czymś takim, że mu się to kojarzyło tylko z jednym? Może sam to lubił? Aż zrobiło mi się niedobrze na samą myśl o tym. Poza tym... ten kijek miał prawie dwa metry długości.  Dwa metry, a ludzkie jelita mają około sześciu-ośmiu... ale i tak gdzie on chciał to zmieścić? Musiał mieć naprawdę ciekawą przeszłość. Nie, stop.  Zmierzyłem go jeszcze raz wzrokiem i się załamałem.
On jest po prostu, kurwa, debilem.
- A ty tak na poważnie? – spytałem.
Niczego nie byłem już pewien. Nawet tego, czy ten oto osobnik jest zdrowy na umyśle i czy ja sam nie zgłupiałem. A co zrobił Shane? Zamrugał parokrotnie niczym Hollywoodzka diva i przekręcił głowę. Spojrzał się w niebo, jakby czekał na jakieś zbawienie lub trochę mądrości oraz teatralnie westchnął. Nie rozumiałem tego człowieka ani trochę. Niby czułem, że tamto to był żart, ale nie do końca byłem tego pewny. Był jak kobieta, która mówi „domyśl się”, „zgadnij” lub „pf” i oczekuje tego, że każdy będzie wiedział, o co jej chodzi. Kolejny dziwak. I pomyśleć, że wariat taki, jak ja trafił do pokoju z innym wariatem; czysta poezja.
- Powinieneś być chyba teraz na lekcjach, co? – powiedziałem, by ten debil przypadkiem nie zdążył się odezwać.
Wypowiedziałem właśnie  najprostszy, najgorszy istniejący tekst, jaki może powiedzieć osoba starsza do młodzika. Aż poczułem zażenowanie samym sobą. Powiedzieć coś takiego takim spokojnym i wyrafinowanym tonem? Bycie przy tym niewzruszonym niczym góra lodowa, na którą pędzi Titanic?  Naprawdę, musiałem być jakimś potworem, psychopatą, socjopatą, czy kij wie czym...  chociaż kija bynajmniej nie porównałbym do siebie, a tym bardziej gałęzi czy czegoś innego w tym rodzaju.   Widziałem,  jak z każdą sekundą coraz bardziej gotowało się w moim jakże wspaniałym i ukochanym współlokatorze.
- A ty to co? Moja matka? – fuknął, a kolejny elokwentny i dojrzały tekst trafił do naszej dyskusji. – Następnym razem jak mnie obudzisz rano, to cię zabije. – wysyczał.
Tak szybko zmienił nastawienie?  Ciekawe, ale serio myślał, że przestraszę się słów jakiegoś dzieciaka, którego na początku znajomości uznałem za dziewczynkę? Nie ze mną te numery kochaniutki, oj nie.
- Powodzenia... – mruknąłem. – A jeżeli to tyle, to wybacz, mam lekcje.
Posłałem mu jeden z moich najcudowniejszych uśmiechów – czyli takich,  trwających zaledwie sekundę, po których moja twarz ponownie przybierała maskę obojętności. Odwróciłem się i zacząłem iść w stronę Mary Okami. Tak... z dwojga złego wolałem ją od tego dupka, nawet jeśli wiedziałem, że nasza rozmowa nie będzie należeć do tych przyjemniejszych. Cały czas trzymałem telefon w dłoni, a gdy chciałem go schować do kieszeni spodni, poczułem... coś.  Co?
Ból.
Przeraźliwy, ogromny ból, jakby coś próbowało rozerwać, spalić, zniszczyć każdą komórkę mojego ciała. Momentalnie straciłem zdolność racjonalnego myślenia; mięśnie odmówiły mi posłuszeństwa. Straciłem władzę w rękach i dlatego upuściłem telefon, a sam zgiąłem się w pół, by na sam koniec upaść na kolana na ziemię. Czy to tak wygląda zawał albo śmierć?
Nic nie słyszałem ani nie wiedziałem, co się wokół mnie dzieje. Nagle zdałem sobie sprawę z tego, że ktoś łapie mnie za ramiona, ale nie mogłem dostrzec tej osoby.  Szumiało mi w uszach. Dopiero po chwili zorientowałem się, że ten ktoś do mnie mówi, a z czasem zaczynałem rozumieć jego słowa.
- Dirhael? Dirhael? – Podniosłem głowę do góry. Różowowłosa dziewczyna klęczała tuż przede mną. – Słyszysz mnie? Co się dzieje? – spytała z troską.
Wziąłem głęboki oddech, otworzyłem szerzej oczy, a cały ten ból... zniknął, jak ręką odjął. Po prostu teraz nie czułem już nic, dosłownie. Zszokowany spojrzałem się na dziewczynę. To wręcz niemożliwe, bym w jednej chwili prawie umierał, z w drugiej byłbym zdrowy jak ryba. Ktoś musiał na mnie wpłynąć. Tylko kto? Dziewczyna przede mną wydawała mi się całkowicie niewinna, bo ktoś o tak niepozornym wyglądzie nie miałby takich mocy. A więc na celowniku pozostała mi tylko jedna osoba... ten pieprzony gówniarz Shane. Spojrzałem się za siebie w miejsce, gdzie on powinien być, ale już go tam nie było.  Uciekł? Tak szybko się przestraszył? Prychnąłem z niedowierzaniem. Kiedyś tego pożałuje, lecz po głowie chodziło mi jeszcze jedno pytanie: po co on to zrobił? Jaki miał w tym cel? Czy chciał się zemścić za to, że go tak najzwyczajniej w świecie... zostawiłem? Pokręciłem głową z niedowierzaniem. Jest jeszcze większym dzieckiem, niż początkowo sądziłem.
- Dirhael? Wszystko w porz... – zaczęła dziewczyna, ale nie pozwoliłem jej skończyć.
- Nic mi nie jest - przyznałem. – To było chwilowe. Nie powinno się więcej razy powtórzyć. – Cóż, co najmniej miałem taką nadzieję. Jego było na wszystko stać.
Podniosłem z ziemi mój telefon i się mu przyjrzałem.  Całe szczęście, ekran nie był pęknięty, a jedynie zobaczyłem na nim małą, ledwie widoczną rysę.  Schowałem go do kieszeni i ponownie usiadłem na trybunach.
- Jesteś pewien? Mogę zaprowadzić cię do szkolnej pielęgniarki... – zaproponowała.
- Nie, dzięki, nie trzeba – miałem ochotę dopowiedzieć jeszcze „słuchaj, mam dwadzieścia dwa lata i potrafię o siebie zadbać”, ale tego nie zrobiłem.
Ponownie usiadłem na trybunach oraz spojrzałem się na zegarek, znajdujący się na moim nadgarstku. Było już po dziewiątej. Rozpoczęła się już druga lekcja, a ja najwyraźniej nie usłyszałem dzwonka. Mój wzrok z niepokojem powędrował na boisko szkole, ale ku mojej uciesze, dalej byli tam uczniowie z mojej nowej klasy. Tylko coś mi nie pasowało... czy naprawdę miałem dziś mieć dwa pierwsze wf’y? Dla pewności sprawdziłem plan lekcji i tak, to okazało się prawdą. Dawać uczniom z klasy czwartej dwa wychowania fizyczne z samego rana? Czysta głupota, aż z niedowierzania pokręciłem głową.  Dopiero wtedy zauważyłem, że Mary usiadła obok mnie. Z początku myślałem, że chce rozpocząć rozmowę, ale zamiast na mnie, to patrzyła się na kraniec trybun, gdzie wcześniej rozmawiałem ze współlokatorem.
- Ktoś tam jest... – wyszeptała jakby z lękiem.
Przyjrzałem się temu miejscu i faktycznie, dostrzegłem tam jakiegoś ducha.
- Też je widzisz? – spytałem.  Nie wyglądała na szamankę.
- Hmn? Co widzę? – spytała zdziwiona, lecz nadal nie uraczyła mnie spojrzeniem.
- Nieważne.
Oparłem łokcie na kolanach, położyłem głowę na dłoniach i powróciłem do przyglądania się uczniom z mojej klasy, grających na boisku szkolnym. Postanowiłem całkowicie zignorować dziewczynę. Może widziała coś innego niż ja...? Jakieś inne zmory czy zjawy...? Kto wie.
- Chyba mi się tylko przewidziało - stwierdziła, a ja znów poczułem jej spojrzenie na sobie. - Do której klasy chodzisz? - zagaiła rozmowę.
Z grzeczności jej odpowiedziałem, ale nie kontynuowałem tematu. Westchnęła zrezygnowana i zaczęła robić to, co ja, ale nadal była niespokojna, jakby sądziła, że coś naprawdę jest w tamtym miejscu. A ja? Nie przejmowałem się tym, bo po co? Ślepo wpatrzony w boisko, całkowicie się wyłączyłem.
- A ty co się tak skradasz, co? - głos dziewczyny rozległ się zza moich pleców. Obejrzałem się za siebie i wstałem.
Mary wskazywała palcem na jakiegoś chłopaka i wręcz byłem pewny, że to do niego skierowała swe słowa. Miał on ciemne włosy, różowe oczy...  och, czyżby mój współlokator postanowił dołączyć do naszej rozmowy? Trzymał rękaw bluzy przy swoim nosie, a kiedy opuścił rękę... cóż, aż zaniemówiłem. Z nosa ciekła mu krew; była ona praktycznie na całej dolnej części jego twarzy. Ba, bluzę też miał w szkarłatnej cieczy. Nagle zrobił się bledszy; wyglądał tak, jakby zaraz miał zdechnąć.
- Shane? - zacząłem. - Co ci się stało? Pomóc ci jakoś? - spytałem z troską.
Wiem, nie powinienem się nim martwić, ale co mam poradzić na to, że moja altruistyczna natura wygrała? Osiemnastolatek nic nie odpowiedział, jedynie prychnął. Uniósł swoją dłoń, ułożył palce tak, jakby chciał użyć swoich mocy, ale zrezygnowany, błyskawicznie je opuścił.
- Co tu się dzieje? - Od razu rozpoznałem głos nauczyciela. - Kim jesteś?
Zrobiłem kilka małych kroczków do przodu, by być jak najbliżej ciemnowłosego. Miałam wrażenie, że będzie chciał uciec – i oczywiście się nie myliłem.  Na początku chłopak przez sekundę rozmyślał nad tym, co powinien zrobić, by uniknąć kary czy coś w tym rodzaju. Pewnie zacząłby biec, gdyby nie to, że złapałem go za kaptur. W pewnym stopniu pociągnąłem go w stronę swoją i nauczyciela.
- To Shane – powiedziałem. – Shane... – zawahałem się. Jak on ma na nazwisko? Nie wiedziałem. – Jest moim współlokatorem – dodałem.
Magicznie uzdolniony wyrwał się mi i ze złością odwrócił się w moją stronę. Wyglądał jak naburmuszone dziecko, któremu ktoś zabrał zabawki. Nabrał w powietrze w usta, chyba tylko po to, by nie posłać wiązanki przekleństw w moją stronę... widziałem te istne pioruny wkurwienia w jego różowych oczkach.   Jego wzrok wyrażał coś typu: „nie dożyjesz kolejnego dnia”. Wzruszyłem ramionami.
- To nie wygląda dobrze – powiedział nauczyciel z oczywistością w głosie. – Musisz pójść do szkolnej pielęgniarki, natychmiast – oznajmił. – Mary, Dirhael – zdziwiłem się, że zapamiętał moje imię. – zajmiecie się nim?
Momentalnie poczułem, że robi mi się gorąco. Ja z nim i z nią? To się nie skończy dobrze, czułem to.
- Poradzę sobie sam - odparł Shane, zaczynając powoli iść w stronę szkoły.
Być może bym mu uwierzył, gdyby nie to, że krew nadal kapała mu z nosa. Zdążył się już oddalić, więc wraz z dziewczyną podążyliśmy za nim. Tylko... gdzie w tej szkole była pielęgniarka? To mój pierwszy dzień w Auris, więc nie znałem nawet rozkładu sal. Po krótkiej chwili, spędzonej w ciszy, weszliśmy do budynku. Różowooki skręcił w jedną z części korytarza.
- Shane, pielęgniarka jest po drugiej stronie - powiedziała Mary, zatrzymując się.
Chłopak odwrócił się na pięcie, minął nas i ruszył przed siebie. Też był tu nowy i nie znał szkoły? Ciekawe. Okami podbiegła do niego i coś zaczęła mu tłumaczyć, ale nie interesowało mnie to, więc szedłem kawałek za nim. On sprawiał wrażenie, jakby nie podobała mu się ta rozmowa i chciał ją jak najrychlej skończyć. Nie dziwię mu się, jednak moje myśli zaprzątała inna sprawa- dlaczego nauczyciel chciał, bym poszedł z nimi? Przecież wiedział, że się nie przydam, ponieważ kompletnie nie miałem pojęcia, gdzie co jest. Zauważyłem, że moi towarzysze podróży zatrzymali się przed jakimiś drzwiami. Stanąłem za nimi i poprawiłem sobie okulary. Mary zapukała w drzwi.
- To tutaj – powiedziała, chwytając za klamkę. Nacisnęła na nią, ale nic się nie stało. – Dziwne, zamknięte – zapukała kolejny raz. - Pierwszy raz, od kiedy tu jestem...
- Nara – rzekł Shane, jednokrotnie machając przy tym ręką.
- Poczekaj, poczekaj – złapałem go za kaptur. – W takim stanie... – Nie dokończyłem, ponieważ mi przerwał.
- Puszczaj mnie, ty pedofilska szmato! – niemal wykrzyczał.
Pedofilska...? Uniosłem brwi w geście zdziwienia. Stop, chwila moment, byłem od niego tylko cztery lata starszy. Przecież on już nawet nie podchodzi pod paragraf! Próbował mi się wyrwać, ale wychodziło mu to... mizerne. Jednocześnie próbował pójść do przodu, ale zamiast na przykład, spróbować jakimś sposobem zdjąć moje dłonie z kaptura, wolał wierzgać rękami jak jakich paralityk, opętaniec. Może faktycznie coś w niego wstąpiło? Cicho westchnąłem; bez poruszania się, z uwagą słuchałem wszystkich jego wyzwisk z obojętnością i spokojem. A nazwał mnie wszystkim, czym chyba tylko mógł: zaczynając od pedofila, a kończąc na schizofreniku i kurwie. Kątem oka spojrzałem na Mary, wyglądającą nie tyle, ile na zaniepokojoną, co też przerażoną. Zrobiła krok do tyłu, by być jak najdalej od tej niegroźnej machiny złości i zniszczenia. Hmn... nie zdziwię się, jeśli takim czymś całkowicie ją do siebie zniechęcił.
- Już? Uspokoiłeś się? – spytałem.
- Ja ci zaraz kurwa dam... – wysyczał.
Stanął oraz schował jedną ze swoich dłoni za plecy. Zaczął poruszać palcami, na początku było to wolne, a z czasem coraz silniejsze. Czy on chciał...
Powstrzymałem się od krzyku, gdy potworny ból rozlał się po moim brzuchu, przez co musiałem się schylić. Tak, chciał. Puściłem go, a gdy to się stało, to potworne uczucie zniknęło. Wiedziałem, że to od początku była jego sprawka, wiedziałem... Podniosłem głowę w jego stronę, a on spojrzał się na z wyraźną wyższością i pogardą. O dokładnie w tym samym momencie zrobił się jeszcze bledszy, co wydawało mi się bardzo dziwne, a dodatkowo mały strumień krwi wydostał się z jego nosa. Część cieczy zdążyła skapnąć na podłogę, zanim przyłożył bluzę do twarzy. Zmroczyło go. Czułem, że muszę mu pomóc.
- Mary, gdzie jest najbliższa toaleta? – spytałem. – Skoro nie ma pielęgniarki, to tam się nim zajmę – wytłumaczyłem się.
- Idziesz prosto, a potem skręcasz w lewo – wskazała. – Poradzicie sobie sami? Ja w tym czasie pójdę po woźną, bo ktoś musi to posprzątać...
Pokiwałem głową w geście zrozumienia i zmierzyłem wzrokiem chłopaka. Odwrócił się do mnie tyłem.
- Idziemy – lekko poklepałem go po plecach, co zmusiło go do chodzenia.
Widziałem, że nie spodobało mu się to, co zrobiłem. Cały zaczął drżeć, a wolną dłoń zacisnął w pięść.
- Nie odpuścisz, co? – odparł ze złością.
- Nie – lekko uniosłem kąciki ust do góry.
Rzuciłem szybkie „do zobaczenia” w stronę Mary i wraz z Shane’em zaczęliśmy iść we wcześniej wskazanym przez nią kierunku.
Stanęliśmy przed dość charakterystycznymi drzwiami z czarnym trójkątem na samych ich środku. Nacisnąłem klamkę i otworzyłem je, wypuszczając chłopaka jako pierwszego do środka, po czym sam podążyłem jego śladem i zamknąłem wrota.
Jak łatwo można było się domyślić, nikogo tam nie było. W końcu trwały lekcje, prawda? Z tego, co wiem, to nauczyciele niechętnie wypuszczali z nich uczniów, więc łazienkę mieliśmy praktycznie całą dla siebie. Cholercia, źle to zabrzmiało. Pokręciłem głową, a mój wzrok powędrował na ciemnowłosego, który stał przy umywalce. Ręce opierał o jej brzegi; głowę miał spuszczoną, a krew spokojnie spływała na białą ceramikę, tworząc na niej wyjątkowe wzory. Rozejrzałem się. Jak mógłbym mu pomóc? Podszedłem do pojemnika na ręczniki papierowe i urwałem z niego kilka listków, które miałem zamiar mu podać, gdyby ich potrzebował. Oparłem się o zlew sąsiadujący z jego. I czekałem.
- Już ci lepiej? – spytałem po chwili milczenia.
Nic nie odpowiedział; nabrał wodę w dłonie, a następnie przemył nią sobie twarz, zmywając zaschniętą szkarłatną ciecz. Wziął ode mnie papier i się wytarł, a resztę przyłożył sobie do nosa, ale chyba uznał, że to nie ma sensu i znów pozwolił spływać krwi do ścieków. Chyba powinienem z nim zostać, dopóki mu się polepszy, prawda? Westchnąłem. Wiem, że to było zwyczajne marnowanie czasu, ale...  coś wewnątrz mnie kazało mi tu zostać, czuło potrzebę zaopiekowania się nim... Dziwne uczucie, irracjonalne, niepotrzebne. W pewnym sensie nie lubiłem tego w sobie, ale z drugiej strony...
- Możesz już sobie pójść – rzekł tonem pełnym nienawiści, bez spoglądania na mnie.
Kiedy chciałem mu coś odpowiedzieć, poczułem, że telefon, znajdujący się w mojej kieszeni, zawibrował. Wyjąłem go i otworzyłem wiadomości, gdzie widniał SMS od mojego mechanika, który brzmiał: „Wybacz, Dirhael, dziś jednak nie będziesz mógł odebrać swojego samochodu. Możesz zrobić to jutro”. Westchnąłem. Miałem ochotę wybrać się wieczorem na przejażdżkę po okolicy, ale chyba nic z tego nie wyjdzie. Schowałem smartphone'a.
Shane widząc, że jeszcze stąd nie idę, popatrzył się na mnie z jeszcze większą nienawiścią; trzymał palec wyciągnięty w moją stronę, gotowy chyba do tego, by użyć swojej mocy. Czy on znowu chciał stworzyć ze swojego nosa drugi wodospad Niagara?
- Jeśli jeszcze raz tego użyjesz, to się wykrwawisz, debilu – odparłem obojętnie.
Zacisnął dłoń w pięść i spojrzał się na mnie. Chyba się na mnie zemści... tylko szkoda, że nie rozumiałem powodu tejże „zemsty”. Przecież mu pomagałem, nie robiłem nic złego. Przekręcił głowę i wtedy zauważyłem, że na jego szyi znajduje się coś... dziwnego, jakby wysypisko małych siniaków. Kiedy rano go budziłem, to ich nie miał, zapamiętałbym coś takiego.  Co najgorsze, te znamionka nie wyglądały ani trochę łagodnie. Zbliżyłem się do chłopaka, który zrobił taktyczny krok w bok.
- Odwróć głowę - powiedziałem, a on odsunął się jeszcze bardziej, tym samym nieświadomie spełniając moją prośbę. -  Zawsze to masz?
- Co? - fuknął.
- Te siniaki. - Złapał się za szyję, jakby chciał je przede mną zakryć. - Zawsze się pojawiają po tym, jak użyjesz swoich mocy? Wydawało mi się, że gdy rano ciebie budziłem, to ich nie miałeś. - Otworzył szeroko oczy jakby ze zdziwienia.
- Czy. Ty. Mi Się. Przyglądałeś. Jak. Spałem? -  wysyczał, akcentując z nienawiścią każde słowo. - Ty pedofilska mendo! - Prychnąłem, gdy słyszałem kolejne obelgi skierowane w moją stronę.
- Chłopie, masz już osiemnaście lat. Nie podchodzisz pod paragraf. - Sam nie wiem, dlaczego akurat to wyrwało się z moich ust. Chyba powoli miałem już go dość.
Otworzył usta, by mi coś powiedzieć, ale przerwało mu to otworzenie drzwi. Do środka wszedł niski chłopak o czerwonych włosach. Wraz ze współlokatorem popatrzyliśmy się na niego z niemałym zdziwieniem i zaszokowaniem.
- Nie przeszkadzajcie sobie. - Uniósł dłonie w geście obronnym. - Jestem tu tylko przez przypadek, nic nie słyszałem - niemal wyszeptał i zamknął się w jednej z kabin.
Wymieniłem spojrzenia z Shane'em i wypowiedziałem nieme: "O co chodzi?". Wtedy też zauważyłem, że krew z jego nosa przestała cieknąć. Hmn, o tyle dobrze.
- Już lepiej się czujesz? - spytałem.
Bez wypowiedzenia ani słowa, po raz ostatni przemył swą twarz wodą, by po tym wyjść z łazienki.
- Czyli tak? - westchnąłem.
Nie, Dirhael, stop. Nie możesz za nim pójść. Koniec miłości i dobroduszności na dziś. Podszedłem do najbliższego okna i uchyliłem je. Rozejrzałem się. Nie było tu żadnych czujników dymu ani nic w tym stylu. Odetchnąłem z ulgą, a ze swojej torby wyciągnąłem paczkę papierosów i zapalniczkę. Wiem, że palenie w łazienkach jest godne tępych gimbusów, ale cóż mogłem poradzić, jeśli pokusa była silniejsza? Zaciągnąłem się trującym, ciemnym dymem, który od razu dotarł do moich płuc. Po krótkiej chwili wypuściłem zanieczyszczone powietrze w stronę okna, a popiół wsypałem do umywalki. Nie chciałem, by w tym miejscu jakoś bardzo śmierdziało, bo wiedziałem, że niektórym mogłoby to przeszkadzać, więc dlatego szerzej otworzyłem okno. Po krótkiej chwili z kabiny wyszedł nieznany mi chłopak. Bez patrzenia na mnie podszedł do umywalki i zaczął myć sobie ręce, jednak i tak czułem, że kątem oka mnie obserwuje.
- Nie zwracaj na mnie uwagi - powiedziałem, ponownie się zaciągając.
Pokiwał głową, po czym wyszedł z łazienki. Po skończeniu palenia peta wrzuciłem do umywalki, spłukałem  pozostałe ślady mojej zbrodni i wodą z mydłem przemyłem ręce. Po skończeniu tego wszystkiego wyszedłem ze szkolnej toalety.
Cóż, pora wrócić na lekcje.
~*~
Wybiła wspaniała godzina czternasta dziesięć, która oznaczała, że mój koszmar w postaci szkoły na dzisiaj się skończył. Od razu po usłyszeniu dzwonka udałem się do stołówki, gdzie zjadłem obiad, a po tym wróciłem do męskiego akademika i stanąłem przed drzwiami z numerem siedemnaście. Nacisnąłem na klamkę, ponieważ myślałem, że współlokator będzie w środku, ale się myliłem. Tak więc przy użyciu własnego klucza dostałem się do pomieszczenia. Torbę położyłem na łóżku, a potem sam na nim usiadłem i zacząłem się rozglądać. Na niepościelonym łóżku Shane'a spał jego piesek, który nawet nie przebudził się, gdy usłyszał, że wchodzę. Jego strata. Co najmniej nie będzie drzeć na mnie japy, bo tak, teraz cholernie potrzebowałem ciszy. Gwar w szkole, sytuacja z ciemnowłosym i tą dziewczyną sprawiły, że miałem już tego dość. Pragnąłem teraz po prostu wypocząć w samotności. No prawie w samotności, bo wraz ze mną przebywały tu jeszcze dwa zwierzaki, ale zamiast przeszkodą, były one jedynie miłym dodatkiem. Zauważyłem, że na szafie siedział mój nazbyt dumny kot. Czy on był tam od wczoraj? W jego przypadku to możliwe. Z uśmiechem na ustach wyciągnąłem ręce w jego stronę.
- Chodź do mnie, kici kici - wyszeptałem.
Prychnął, ale jednak wysłuchał mojej prośby. Z gracją zeskoczył z mebla, a potem udał się w moim kierunku, by skoczyć mi na kolana. Położyłem się, a kociaka przytuliłem do siebie, na co on uroczo zamruczał. Cóż, ten zwierz był jedyną istotą na ziemi, którą mogłem obdarzyć jakąkolwiek czułością bez obaw o przykre konsekwencje. Dla innych ludzi wydawałem się bez uczuć, bez emocji. Kto wie, może to była prawda? Uniosłem kota nad siebie tak, bym mógł na niego patrzeć bez odchylania głowy. Czułem jego miękkie futerko i tę warstewkę tłuszczu pod jego skórką pod opuszkami palców, co było dla mnie bardzo rozkoszne. Jerome był prawdziwym, tłustym grubasem. To cud, że udawało mi się go podnieść bez złamania sobie jakiejkolwiek kończyny czy nadwyrężenia mięśnia. Kociak miauknął, a ja zacząłem przypatrywać się jego ostrym pazurkom.
- Powiesz mi, kocie, jak to się stało, że w nocy spadłeś mi na twarz? - Rzecz jasna było to pytanie retoryczne, bo nie mógłbym otrzymać od niego odpowiedzi. Jero popatrzył się na mnie z żalem, tęsknotą i  prośbą o wybaczenie. Pieprzona aktoreczka, ale... takiemu wzorkowi nikt by nie odmówił. Typowy kotek ze Shreka, jakby nie patrzeć. Powoli opuściłem go na swoją klatkę piersiową,  jedną z dłoni położyłem na jego główce, a drugą na pleckach. - Tak, wybaczę ci, nie martw się - powiedziałem zrezygnowany, na co on żałośnie mruknął. - Już dobrze, już dobrze - pomiziałem go za uszkiem.
Leżeliśmy tak przez chwilę. Miałem nadzieję, że w międzyczasie Shane nie wróci do pokoju, bo gdyby mnie tak zastał, mógłby to uznać za dziwne... Zaraz, chwila, moment. Już jestem dla niego dziwakiem. Jak dla wszystkich innych. W końcu niby "rozmawiam sam ze sobą", gadam dziwne rzeczy i zachowuję się tak, jakby cały czas mnie coś obserwowało, co w sumie jest prawdą. Jednak czy zwykły człowieczek to zrozumie? Oczywiście, że nie; nie będzie w stanie. Niby mógłbym pokazywać największym niedowiarkom świat duchów, ale na dłuższą metę to by nie miało sensu, a po pewnym czasie by mnie to wykończyło i fizycznie, i psychicznie. Gdybym tylko miał kogoś, kto by potrafił mnie zrozumieć...
- Powiedz mi kocie - zacząłem podobnie jak wcześniej. - Ufasz mi? Lubisz mnie? - spytałem, wciąż nie oczekując odpowiedzi.
Jerome błyskawicznie i w przerażeniu otworzył swe zmrużone wcześniej oczka i jak na zawołanie, wyrwał się z moich objęć. Szybko usiadłem, przez co udało mi się zobaczyć, jak wbiega do łazienki, by prawdopodobnie się załatwić. Aha. Dzięki. Super, kotku. Nawet mój własny zwierzak ma mnie dość.
- Chyba przydałoby mi się towarzystwo - stwierdziłem.
Zaczynałem rozmawiać sam ze sobą; było już ze mną naprawdę źle. Kątem oka zerknąłem na tę gałąź, przyniesioną poprzedniego dnia z lasu.  Może powinienem ją jakoś obrobić i przygotować do "swej misji"...? Jednak by to zrobić, potrzebowałem miejsca. Mój wzrok od razu powędrował na podłogę, która byłaby do tego idealnym miejscem, ale... zauważyłem, że leży tam mój długopis. Nie musiałem się zastanawiać, by wiedzieć, skąd on tam się wziął. W końcu wczoraj mój wspaniałomyślny, najwspanialszy i najlepszy współlokator postanowił rozpieprzyć wszystko, co tam miałem. Oczywiście nie raczył nawet pomyśleć o posprzątaniu tego, a poza tym i tak nie mógłby zrobić tego dobrze. Podszedłem do blatu i zacząłem sprzątać i układać wszystkie rzeczy perfekcyjnie, od początku, bo każda z nich miała przypisane swoje własne miejsce. Po skończeniu tej jakże syzyfowej pracy mogłem wziąć się za początkowy plan. Z walizki wyjąłem mały nożyk, przeznaczony do cięcia drewna oraz gumkę do włosów.  Grzywkę, która opadała mi na oczy, związałem z częścią włosów do góry, co znacznie zwiększyło moje pole widzenia. Po wzięciu kijka usiadłem niemalże na środku pokoju i zabrałem się do pracy. Na początku pozbawiłem gałęzi kory i pobocznych gałązek. Jeden z końców naostrzyłem, by łatwo rysować nim po ziemi. Górną część spłaszczyłem, by w przyszłości przyczepić na niej jakąś ozdóbkę lub coś w tym rodzaju. Może czaszkę z piórami, by było tak, jak mawiał mój ojciec, czyli po "szamańsku"? Wzdrygnąłem się z niechęcią i obrzydzeniem na samą myśl o nim. Chociaż go nienawidziłem, to ten pomysł wydał mi się całkiem fajny i estetyczny. Środek laski, pomiędzy jednym  końcem a drugim na początku wyszczupliłem w stosunku do pozostałych części, a potem rozpocząłem formowanie tam czegoś na wzór zakręconej kolumny. Wymagało to mnóstwo cierpliwości, ale wiedziałem, że mi się opłaci. Jako że takie coś zajmowało dużo czasu, to nie zdziwiłem się, że w międzyczasie do środka wszedł Shane. Stanął w drzwiach i spojrzał się na mnie jeszcze z większą niechęcią i rezygnacją.
- No co? Naprawdę myślałeś, że mam zamiar z tym zrobić jakieś inne rzeczy? - powiedziałem obojętnie, racząc go spojrzeniem jedynie na ułamek sekundy. - Nie zwracaj na mnie uwagi, nie będę ci w niczym przeszkadzać.
- Dziwak - powiedział i idąc jak najbliżej ściany, dotarł do swojego łóżka, gdzie się położył. Czy chciał być jak najdalej ode mnie? Niewątpliwie.
Gdy laska miała już swój kształt, to pozostało mi jeszcze tylko udoskonalenie go. Dorobienie szczegółów, wygładzenie nierówności oraz wygładzenie drewna, by nie weszła mi w palce żadna drzazga. Podczas wykonywania tych czynności wyłączyłem się; nawet nie obchodziło mnie to, że różowooki z kimś gada, nawet jeśli tym "kimś" był jego piesek. Zdziwiłem się tym, że ani razu nie użył na mnie mocy. Szkoła go aż tak wycieńczyła?
- Cio robisz? - usłyszałem.
Wzdrygnąłem się i spojrzałem się na postać małej dziewczynki, która usiadła obok mnie. Moje serce zaczęło szybciej bić. Nie lubię być tak straszony, co to, to nie, Dotknęła mojego dzieła i zaraz po tym cofnęła swoją rękę.
- Ładne to - stwierdziła, uśmiechając się.
- Dziękuję - powiedziałem, wracając do pracy. - Co cię tu sprowadza? - spytałem.
- Ty - odparła z niechęcią. - Nie mogę znaleźć mamusi i tatusia, a ty jako jedyny chcesz  ze mną rozmawiać - naburmuszyła się.
- Nie martw się, na pewno ich znajdziemy. Obiecywałem ci to, prawda? - Potwierdzająco pokiwała głową.
- Schizofrenik - tym razem do mych uszu dotarł męski głos. Odwróciłem się w stronę chłopaka.
- Nie jestem żadnym schizofrenikiem - odpowiedziałem z pewnością. - Wiesz, kim jestem.
- Wiem - posłał mi pogardliwe spojrzenie. - Jesteś chorym pojebem, cóż mam więcej powiedzieć? - Prychnąłem.
- Idiota.
- Debil.
- Czy ten pan ciebie nie lubi? - spytała dziewczynka. - Jest zły...?
- Nie, mała, to nic takiego, nie martw się nim...
- Mała? Czy ja ci kurwa wyglądam na małą? - Usiadł na łóżku, a ja czułem to, jak zabija mnie wzrokiem.
- Nie mówiłem teraz do ciebie.
- Zamknęli mnie w pokoju z wariatem, zajebiście, zajebiście. - Słyszałem złość w jego głosie. - Małe dziewczynki sobie wyobrażasz?  Jednorożce też widzisz?
- Nic sobie nie wyobrażam - wysyczałem, a dziewczynka zniknęła. Może to i lepiej? Do mojej głowy wpadł ciekawy plan. - Pokazać ci je? - zaproponowałem.
- Co? Te twoje duchy? - prychnął. - Nie będę z tobą ćpał. Ani pił. Ani nic w tym rodzaju.
- Nie proponowałem ci tego - stwierdziłem i spojrzałem się na laskę. Do skończenia zostało mi maksymalnie piętnaście minut. - Daj mi kwadrans.
Wstał z łóżka i udał się do łazienki, zatrzaskując za sobą drzwi... a gdybym je tak zastawił lub zablokował klamkę, by nie mógł wyjść ze środka? Ta wizja wydawała mi się kusząca, ale ostatecznie z niej zrezygnowałem. I tak już mnie wystarczająco nienawidził, ale gdyby tylko spróbował mnie wkurzyć... pożałowałby tego.
Jednak udało mi się to skończyć wcześniej, niż to zaplanowałem, za to chłopak... cóż, dalej nie wyszedł. Raczej nie chciałbym wiedzieć, co tam robił. Usiadłem na swoim łóżku i czekałem. W międzyczasie rozwaliłem kucyka, znajdującego się na moim głowie i poprawiłem sobie grzywkę.
- Żyjesz tam? - powiedziałem z nikłą nadzieją tego, że mnie usłyszy.
Wtem drzwi błyskawicznie się otworzyły, o mało co nie uderzając w ścianę.
- Czego chcesz? - warknął.
- Wiesz może, czy w okolicy są jakieś cmentarze lub opuszczone domy?
- Co? - Jego wzrok wyrażał mniej-więcej "O co ci, kurwa, chodzi?". Uniósł brwi w geście zdziwienia  i zrobił mały kroczek do tyłu.
- Chcę ci coś pokazać.
- Na cmentarzu? - Zrobił jeszcze bardziej zdegustowaną minę. - Trupy chcesz odkopywać? - Pokręciłem głową.
- Prędzej duchy. - Zastanowiłem się. - W sumie możemy pójść do lasu. - Zmierzyłem go wzrokiem. - Chyba że się boisz - uśmiechnąłem się delikatnie, a głowę oparłem na dłoniach.
- Bać się? - Prychnął. - Chyba sobie żartujesz.
Na moją twarz ponownie powróciła maska obojętności. Wstałem z łóżka, podpierając się o kijek. W końcu zamierzałem go wykorzystać, prawda?
- Naprawdę to bierzesz? - Wskazał na dawną gałąź.
Pokiwałem potwierdzająco głową, a on jedynie z rezygnacją westchnął.
~*~
Razem wyszliśmy z akademika. Ku mojemu zdziwieniu, na dworze powoli robiło się ciemno. Słońce chyliło się ku zachodowi, a niebo przykrywały ciemniejsze, wręcz burzowe chmury. Miałem nadzieję, że się nie rozpada ani nie będzie burzy. To by nie było zbyt przyjemne ani ładne, a poza tym mogłoby zaszkodzić podczas mojego rytuału. Szedłem przodem, prowadząc za sobą Shane'a. Pamiętałem, że gdy poprzedniego dnia szukałem tego patyka, to znalazłem go na małej polance, idealnie nadającej się do użycia  moich mocy. Dlatego to tam go zaprowadziłem. Podczas całego spaceru nie zamieniliśmy ze sobą ani jednego słowa. Dosłownie. To była niezręczna, niepokojąca cisza, przez którą zacząłem wątpić w to, czy chcę mu pokazać drugi świat.
- No to jesteśmy już na miejscu - powiedziałem, stając na środku polanki.
- I co dalej? - spytał znudzony.
Złapałem laskę przy samej górze oraz zbliżyłem ją w stronę chłopaka, który stał nieco dwa metry ode mnie i ostrą końcówką nakreśliłem między nami linię. 
- Nawet nie waż się jej przekroczyć - powiedziałem. - Bo to się może skończyć dla ciebie źle. Serio.
- Tak, tak, tak - ziewnął. - Możesz już zaczynać.
Westchnąłem i pokiwałem głową, a potem rozejrzałem się dookoła. Nie było tu nikogo żywego poza nami. Nie chciałbym, aby ktoś nas obserwował. Chwyciłem laskę w obie ręce i zamknąłem oczy oraz zacząłem wypowiadać szeptem odpowiednią inwokację rozpoczynająca Rytuał Oczyszczenia. Delikatnie zadrżałem, gdy poczułem, że moja moc się uaktywnia. Wiedziałem, że już pojawiły się u mnie różowe tatuaże. Bez otworzenia oczu nakreśliłem kijem naokoło mnie koło o średnicy mniejszej niż dwa metry, co stanowiło podstawę Kręgu. Potem, automatycznie, zacząłem rysować inne koła, znaki w jego środku. Chociaż nic nie widziałem, to doskonale zdawałem sobie z tego, ile mi jeszcze pozostało do końca. Po prostu to... czułem. Gdy moje dzieło było już gotowe, wbiłem kijek w ziemię oraz odwróciłem się w stronę chłopaka i zrobiłem kilka małych kroków w jego stronę tak, by nie opuścić Kręgu. Otworzyłem oczy i się rozejrzałem. Z lewej strony zmierzały do mnie dwa duchy, a z prawej jeden. Dobrze, że było ich tak mało. Dzięki temu byłem pewny, że bez problemu sobie z nimi poradzę. Spojrzałem się na chłopaka, który stał z jakieś półtora metra ode mnie.
- Podejdź bliżej - rozkazałem, wyciągając rękę w jego stronę. - Nie bój się.
Wiem, że w tej sytuacji to brzmiało co najmniej absurdalnie.  W końcu powiedziała to osoba, którą uważał za schizofrenika i psychopatę, a co więcej, stałem pośrodku różowego kręgu, a sam byłem pokryty podobnymi tatuażami. Mimo tego chłopak zrobił to. Palcem wskazującym dotknąłem jego czoła i wykonałem na nim mniejszy znak. Gdy tylko odsunąłem swoją rękę, od wręcz odskoczył ode mnie. Powróciłem na środek okręgu i znów chwyciłem kijek, uśmiechając się.
- Widzisz je? - powiedziałem, znacząco spoglądając na boki.
Duchy stały już na granicach Kręgu i czekały na to, co zrobię. Odetchnąłem głęboko i się skupiłem. Teraz albo nigdy.
- Oczyszczenie - powiedziałem.
Poczułem, jak powietrze wokół mnie zaczyna krążyć, a mnie samego opuściły wszelkie siły. Zamknąłem oczy i upadłem na kolana, ale nie wypuściłem wciąż wbitego w podłoże kija z rąk. Moje serce szybciej zabiło, a oddech przyspieszył. Przeszły mnie lekkie, nieprzyjemne dreszcze. Gdy po raz kolejny otworzyłem oczy, już na ziemi nie było Kręgu ani żadnych innych różowych znaków. Na moich dłoniach też nic nie dostrzegłem. Czyli rytuał się uda. Uśmiechnąłem się z satysfakcją  i z wyczekiwaniem spojrzałem się prosto w oczy mojego współlokatora.

< Szejn? Nigdy więcej. Chcesz się może wraz ze mną zabić...? >
Liczba słów: 5262 

wtorek, 23 stycznia 2018

Od Dirhaela do Shane'a

Sen, sen, sen. Zwykły, najprostszy możliwy sen. Jednak czy aby na pewno?
Nie doceniłem tego... Czego...? Coś trzymało mnie w swoich objęciach i nie chciało wypuścić. Nie mogłem się poruszyć ani złapać oddechu, a każda próba otwarcia oczu kończyła się niewyobrażalnym bólem. Czy to już była jawa, czy nadal trwał koszmar? Słyszałem szept, płacz, śmiech i błaganie o litość. Docierały do mnie wszelkie bodźce z zewnętrznego świata, ale ciało odmówiło posłuszeństwa. Jednak z czasem to wszystko ucichało, a ja odzyskiwałem fizyczną sprawność. W końcu udało mi się otworzyć oczy, zaczerpnąć powietrza, co doprowadziło do mojego obudzenia się ze snu, ale wciąż coś było nie tak. Na łóżku nie byłem... sam. Ktoś siedział obok mnie, ba, na moich nogach, co odczułem dopiero po krótkiej chwili. Na pewno nie był to mój kot, bo nawet ten grubas tyle nie ważył. Postać ta z początku wydawało mi się człowiekiem, ale szybko się zorientowałem, że to był duch kobiety albo mężczyzny; trudno było to stwierdzić. Długie, ciemne, wyglądające na przemoczone włosy spływały na jego twarz, przysłaniając oczy. To coś się uśmiechało, a gdy tylko zobaczyło, że je widzę, zaśmiało się złowieszczo, przyłożyło palec do ust i... zniknęło. Rozpłynęło się w powietrzu.
- Co to było? - spytałem sam siebie.
Czyżby moje bariery były zbyt słabe, by utrzymać coś takiego z daleka od pokoju, czy ta zjawa była bardzo potężna? Usiadłem na łóżku, a ręce położyłem na kołdrze. Dopiero wtedy spostrzegłem, że były pokryte świecącymi, białymi, lecz gasnącymi z każdą sekundą znakami. Czy to coś mnie opętało, nie, próbowało opętać? Zacisnąłem dłonie w pięść i rozejrzałem się po pokoju w poszukiwaniu innych zmor, ale zamiast nich "znalazłem" mojego jakże wspaniałego współlokatora, leżącego na podłodze, a nad nim lewitował mój... kijek. Czy on serio nie ma co robić ze swoim życiem? Westchnąłem.
- Jeśli mi to połamiesz, to przysięgam, że jedną z części wsadzę ci głęboko w dupę — powiedziałem zaspany, nie do końca jeszcze świadomy swoich słów.
Otworzył szeroko oczy i spojrzał się na mnie jak na psychopatę, ale nic nie odpowiedział i chyba zbyt mocno nie przejął się moimi słowami. Sięgnąłem po okulary, które o dziwo leżały na stoliku nocnym i je założyłem. Wstałem, podszedłem do okna i je otworzyłem, delektując się świeżym, rześkim i nocnym powietrzem, które i tak za chwilę miałem zamiar zatruć. Na parapecie leżała paczka papierosów, pozostawiona przeze mnie poprzedniego dnia. Wziąłem ją i wyciągnąłem jednego papierosa, po czym włożyłem go sobie do ust. Poczułem na sobie wzrok Shane'a, wiec odwróciłem się w jego stronę. Głowę miał wziętą do tyłu. Może pora zakopać ten topór wojenny, który wziął się bez żadnej poważnej przyczyny?
- Chcesz jednego? - spytałem. Był w końcu pełnoletni, co nie? Mógł już palić.
Wydawał się zdziwiony i zdegustowany moją propozycją. Uniósł brwi oraz swoją dłoń i zaczął poruszać palcami. Czy on znowu chciał użyć swojej mocy? Prychnąłem i zapaliłem fajka, zaciągając się jego smakiem. Zamknąłem oczy, by się nim w pełni rozkoszować, a gdy je otworzyłem, przed oczami miałem tą "moją" gałąź...
...i nim zdążyłem zareagować, ten dupek walnął mnie ją w głowę. Delikatnie, więc mnie to nie zabolało, ale i tak ze złości prawie przegryzłem papierosa. Potem zrobił to jeszcze raz, ale mocniej. Kijek wciąż był w powietrzu, więc złapałem go i postawiłem obok siebie. Przysięgam, ja mu kiedyś coś zrobię, naprawdę.
- Koniec zabawy, dziecko — powiedziałem spokojnym tonem. Wypuściłem dym z płuc i zmierzyłem chłopaka wzrokiem. Nadal bezczynnie leżał na podłodze. - Naprawdę nie masz nic innego do roboty?
- Nie, nie mam.
Wzruszyłem ramionami. Cały czas spoglądałem za okno, byleby tylko nie musieć się na niego patrzeć. Po skończeniu palenia oparłem się o parapet.
- To ciebie kiedyś zabije, wiesz? - usłyszałem dziecięcy, damski głosik za sobą. - Mamusia zawsze mi powtarzała, że palenie jest be.
Odwróciłem się w stronę już dobrze mi znanej małej dziewczynki. Siedziała na moim łóżku. Czy była tu przez cały? Widziała tego upiora z wcześniej?
- Co tu robisz? - spytałem.
- Emm... przyszłam zobaczyć, co robisz! - Uśmiech pojawił się na jej martwej twarzyczce.
- Serio pytasz? - odpowiedział Shane, siadając na podłodze.
- Kim on jest? - spojrzała na ciemnowłosego.
- Nie rozmawiam teraz z tobą — zwróciłem się do niego. - Moim współlokatorem — odpowiedziałem dziewczynce.
- To ja wam może nie będę przeszkadzać... - odparła zawiedziona i zniknęła.
- Dzięki, Shane, spłoszyłeś ją — powiedziałem, siadając, a następnie kładąc się na łóżku.
- Nie ma za co — uśmiechnął się. - Dziwaku.
Machnąłem ręką i przykryłem się kołdrą. Nie miałem zamiaru dłużej z nim rozmawiać.
~*~
Ranek. Wstałem równo o siódmej i zacząłem się szykować na pierwszy dzień szkoły. Zdziwiłem się, że mój współlokator nadal spał, ale nie miałem ochoty go budzić. Może wziął sobie wolne? Albo miał na drugą lekcję? Kto wie. Tego dnia zrezygnowałem ze śniadania, bo nie byłem głody. Ubrałem zwykłą, jasną koszulę. Cudem powstrzymałem się od założenia krawatu. Naprawdę przyszło mi to z trudem. Ludzie w tej szkole i w moim wieku nie zakładają ich na zajęcia, prawda? Nie chciałbym być już pierwszego dnia zostać uznany za dziwaka... chociaż pewnie i tak się wkrótce stanie; jak zawsze. Po ubraniu się poszedłem do łazienki, gdzie przyjrzałem się swojej twarzy. Na policzku miałem trzy piękne ranki, otoczone małymi siniakami powstałymi po kocich pazurkach. Po dotknięciu bolały. Wyglądałem po prostu... świetnie. Najgorsze było to, że nie mogłem nic z tym zrobić. Ciekawiło mnie, ile to będzie się to goić.
Wziąłem torbę z rzeczami potrzebnymi mi na dziś. Na wszelki wypadek spakowałem też tam swój dziennik. Gdyby Shane go zobaczył... wolałem o tym nie myśleć. Przed wyjściem po raz ostatni spojrzałem na niego. Tak słodko i smacznie spał. Byłoby bardzo szkoda, gdyby ktoś go obudził, prawda? Przy moim łóżku nadal stał ten nieszczęsny kijek. Podniosłem go i podszedłem do ciemnowłosego, a czubek gałęzi zbliżyłem do jego twarzy. Prychnąłem i kilkukrotnie, niezbyt lekko dźgnąłem go nim po policzku, aż dopóki się nie obudził, co stało się po krótkiej chwili. Szeroko otworzył oczy i się odsunął. Widać było, że był zaspany. I to mocno. Włosy miał w nieładzie i patrzył się na mnie tak, jakby zobaczył ducha.
- Wstawaj, śpiochu — powiedziałem, nie czekając na jego reakcję.
Odłożyłem kijek na jego poprzednie miejsce i wyszedłem z pokoju.
~*~
Kto w tej szkole był na tyle genialny, by dać wf na pierwszej lekcji? Mój nauczyciel powiedział mi, żebym tego dnia wziął sobie wolne od jego przedmiotu, bym zobaczył, jak to wszystko wygląda. Zajęcia odbywały się na dworze, konkretnie na boisku szkolnym, więc usiadłem na trybunach. Po kilku minutach znudziło mi się oglądanie rozgrzewki, więc wyjąłem swój dzienniczek i otworzyłem go na stronie, w którą było włożone piórko. Za pomocą ołówka zacząłem tworzyć do niego scenerię.
- Cześć. Co robisz? - usłyszałem obok siebie damski głos.
Automatycznie zamknąłem dziennik. Nie zauważyłem, że podeszła do mnie jakaś dziewczyna o złotych oczach i różowych włosach. Jej strój był dość... wyzywający. Cóż, jak na niektóre standardy to była ładna. Uśmiechnęła się miło i usiadła obok mnie.
- Nic takiego — odpowiedziałem, poprawiając okulary. Schowałem zeszyt do torby; tak na wszelki wypadek.
- Hmn, nie musiałeś tego chować — nadęła policzki. - Ładnie rysujesz — pochwaliła mnie. - Jestem Mary, a ty? - wyciągnęła rękę w moją stronę.
- Dirhael — uścisnąłem jej dłoń. - I dzięki — odwzajemniłem uśmiech.
Muszę przyznać, strasznie dziwnie mi się z nią rozmawiało. Było mi z tym nieswojo, za to ona wydawała się w swoim żywiole. Starałem się robić wszystko, byleby tylko na nią nie patrzeć.
- Ciekawe imię. Pierwszy raz cię widzę, jesteś tutaj nowy? - spytała, znowu się do mnie zbliżając.
Nie zdążyłem nic odpowiedzieć. Złotooka położyła dłoń na moim policzku, a palcem przejechała po ranach po kocie. Wzdrygnąłem się. - Co ci się stało? Nie wygląda to za dobrze... - powiedziała z troską.
- To nic takiego — odsunąłem się od niej.
Czy ona mnie... podrywała? Przełknąłem ślinę. Muszę uciec. I to szybko. Rozejrzałem się, by poszukać jakiejkolwiek drogi ucieczki, ale trybuny był puste, poza oczywiście kilkoma nieszkodliwymi duchami. I akurat w tym momencie, jakby w odpowiedzi na moje błagania, zadzwonił mi telefon. Wyjąłem go z kieszeni, a na wyświetlaczu zobaczyłem, że dzwoni do mnie mój mechanik.
- Przepraszam, muszę to odebrać — powiedziałem obojętnie, odchodząc od niej.
Czułem się jak małe dziecko, które właśnie wygrało lizaka na loterii. Nacisnąłem zieloną słuchawkę i podszedłem w okolicę budynku, gdzie kończyło się boisko. Rozmowa zajęła mi kilka minut; podczas niej dowiedziałem się, że dziś po południ będę mógł odebrać swój samochód. Ucieszyłem się, ale po rozłączeniu się przypomniałem sobie o dziewczynie, która nadal na mnie czekała. Ciche "kurwa" wymknęło się z moich ust.
- Czyli teraz muszę do niej wrócić, tak? - powiedziałem sam do siebie.
Dokładnie w tym samym momencie usłyszałem za plecami czyjś śmiech. Odwróciłem się.
Shane.
Co on tu robił?

< Shane? to opko to gunwo >
Liczba słów: 1459

poniedziałek, 22 stycznia 2018

Od Dirhaela do Shane'a

Co. Tu. Się. Odpierdoliło?
Wciąż nie mogłem uwierzyć w to, co się przed chwilą stało. Zrobiłem taktyczny, obronny krok do tyłu w kierunku otwartych drzwi, by w razie czego mieć łatwiejszą drogę ucieczki. Chociaż... czy miałem się czegoś bać? W końcu próbował użyć na mnie swoich mocy, ale mu to nie wyszło. Zabawne. Nie sądziłem, że moje pieczęcie będą aż tak dobrze działać na, jakby to nazwać, "negatywne" osoby. Ale że od razu odrzuciło go na ścianę? Raczej nie był demonem czy tam upiorem. Ajć, miałem nadzieję, że go to jakoś bardzo nie bolało. Nie chciałbym go stale uszkodzić czy coś w tym stylu. Chyba powinienem go przeprosić, ale jedynym, na co było mnie stać, było wpatrywanie się w niego niczym ciele w malowane wrota, lecz...
Czy piętnastolatek naprawdę byłby aż tak wulgarny?
Nadal byłem trochę bardzo zaniepokojony samym sobą.
- To twoja sprawka…? - Jego drżący głos, przepełniony esencją złości i wkurwienia, wyrwał mnie z zamyślenia.
Lekko przekręciłem głowę w geście niezrozumienia, a potem rzuciłem okiem na podłogę pokrytą pierzem. Muszę przyznać, to całkiem urocza sceneria, zważywszy na okoliczności, w których się znajdowaliśmy.
- Że to? - wskazałem palcem na jedno z piórek, które jeszcze nie zdążyło opaść na ziemię po jego nagłym wtargnięciu. Jako że było ono blisko mnie, to złapałem je dłonią, a palcem przejechałem po jego nazbyt miękkich chorągiewkach. - Nie. Był tu taki pierdolnik, kiedy już tu przyszedłem — mówiłem spokojnym tonem. - Czyli może jakieś pół godziny, godzinę temu — dodałem.
China, jakby wiedząc, że właśnie nieomyłkowo wskazałem ją jako sprawczynię, popatrzyła się na mnie z wyraźnym wyrzutem i żalem. Wybacz piesku, twój pan ciebie nie zabije — ale mnie już z chęcią tak. Ciemnowłosy zacisnął swoją dłoń w pięść i odwrócił się w moją stronę z jeszcze większą wrogością i nienawiścią w oczach. Zrobiłem kolejny kroczek w tył i uniosłem dłonie w geście rezygnacji i poddania się.
On mnie serio zabije. Udusi, podpali, pokroi, zakopie, odkopie, jeszcze raz podpali, a to, co pozostanie (czyli pewnie nic) wrzuci do oceanu, by nikt po mnie nie płakał i o mnie nie pamiętał. A na początku z wyglądu uznałem go za miłego, uroczego i przyjaznego człowieczka. No ale cóż...
- Mam spróbować cię uspokoić czy po prostu sobie pójść? - spytałem.
- Co, kurwa? - Ruszał dłońmi, jakby nadal próbował wykrzesać z siebie resztki mocy.
- Czyli mam sobie pójść. - Zmusiłem sam siebie do lekkiego uśmiechnięcia się, ale i tak wiedziałem, że wyszło mi to co najmniej żałośnie.
Rzuciłem okiem na Jerome, wciąż siedzącego na szafie. Miałem pewnie słuszne wrażenie, że cała ta sytuacja karmi jego kocią duszę pełną pogardy. Kiwnąłem głową, dając mu znak, by poszedł ze mną, ale nawet nie drgnął, tylko wciąż wpatrywał się w rozwrzeszczanego współlokatora. Jeśli woli z nim zostać to nie będę mu tego zabraniać. Skoro różowooki ma psa, to powinien lubić zwierzęta, do których też zaliczają się kotki. Raczej nie zrobi grubasowi krzywdy, by się na mnie zemścić, prawda...?
"Przepraszam kotku, mam nadzieję, że jakoś to przetrwasz"; powiedziałem do siebie w myślach.
Popatrzyłem po raz ostatni w kierunku mojego współlokatora, którego imienia wciąż nie znałem i o które nawet teraz nie ośmieliłbym się spytać. Pomachałem mu i równie szybko opuściłem pokój, słysząc cały czas za sobą jakieś bluzgi. Zamknąłem drzwi i oparłem się o nie plecami.
- Ech, dziecko... - westchnąłem zrezygnowany, lecz momentalnie zakryłem sobie usta dłonią i pokręciłem głową.
Automatycznie, sam z siebie nazwałem go dzieckiem. Pieprzonym dzieckiem. Zamknąłem oczy. Nie. Znowu o tym myślę. Nie powinienem tego robić. Wziąłem kilka głębokich wdechów i wydechów tak na uspokojenie.
Uciekłem. Zrobiłem to, z czego chyba byłem dumny, lecz czy tym samym nie sprawiłem, że ten chłopak mnie znienawidził? Oby nie. Z pomieszczenia za mną nadal dobiegały jakieś wrzaski i jazgotanie, ale ja już nie chciałem tam wracać. Potrzebowałem ciszy, spokoju i odpoczynku od tej całej ferajny... i pomyśleć, że z chłopakiem spędziłem może z cztery minuty. Czy ja naprawdę wytrzymam z nim jako współlokatorem przez następne dni, tygodnie, miesiące...? Prędzej to albo on mnie zabije, albo ja sam siebie. Jemu, oczywiście, nie zrobiłbym krzywdy. Z uwagą poprawiłem ciemny krawat zdobiący moją szyję i się wyprostowałem. Zacząłem iść wzdłuż korytarza akademika. Nie było tu nikogo. Może to lepiej? Chciałem włożyć rękę do kieszeni, by sprawdzić, czy zabrałem ze sobą telefon, ale wtedy poczułem, że nadal mam coś w dłoni. I tym przedmiotem okazało się to samo piórko, którego jakimś cudem nie zostawiłem w pokoju. No cóż, trudno. Wyrzucić już go nie wyrzucę, bo zostanie mi na pamiątkę po pierwszym spotkaniu ciemnowłosego chłopaka. Może wkleję je sobie do dziennika...? Tak, to brzmiało, jak dobry plan. Schowałem je do kieszeni, która jednak była pusta. Świetnie. Nie miałem ze sobą telefonu, papierosów ani niczego innego, czym mógłbym się zająć, dopóki współlokator nie ochłonie. O ile oczywiście kiedyś to zrobi.
Wyszedłem na zewnątrz, zastanawiając się nad tym, co ze sobą zrobić. Nie chciało mi się zwiedzać szkoły. Po krótkiej chwili namysłu zdecydowałem się pójść do tego samego lasku, w którym wcześniej byłem. Po co? Sam nie wiem. Czyżby moja podświadomość chciała, bym był jak najdalej od rozgniewanego różowookiego? Spojrzałem na zegarek, znajdujący się na moim nadgarstku; wskazywał osiemnastą. Hmn. Moim planem było wrócenie do domu koło dziewiętnastej, może dwudziestej.
- Przepraszam... - Cichy szept rozległ się zza moich pleców.
Odwróciłem się, ale nikt tam nie stał. Kiedyś oszaleję, naprawdę. Minąłem pierwsze drzewko, należące do tej połaci zieleni. Otoczyła mnie cisza i względny spokój. Powinienem się teraz nimi nacieszyć, ponieważ wkrótce będzie mi to odebrane. Idąc, poczułem, że na coś nadeptuję i że to coś pęka. Wzdrygnąłem się od tego niespodziewanego dźwięku i zdziwiłem się własnym tchórzostwem. A przecież to była zwykła gałąź, nic więcej. Schyliłem się i ją podniosłem, po czym wykonałem nią kilku ruchów w powietrzu niczym czarodziejską różdżką. Właśnie! Niby nie jestem magiem, tylko szamanem, ale i tak przydałby mi się jakiś patyk, który posłużyłby mi do rysowania Kręgów na większych powierzchniach. W końcu nie będę cały czas machał samym jednym paluszkiem, prawda? To niepraktyczne i niewygodne, także moim celem na ten spacer stało się znalezienie odpowiedniej gałęzi do zrobienia sobie laski. Ile czasu mi to zajęło? Sam nie wiem, jednak... znowu czułem się obserwowany.
- Jesteś tutaj? - spytałem z nadzieją, że odpowie mi ta mała dziewczynka.
Cisza. Stanąłem, by dać jej czas na zastanowienie się.
- Czego szukasz? - powiedziała i pojawiła się przede mną.
- Jakiejś długiej gałęzi czy coś w tym rodzaju.
- Pomóc ci? - rzekła z nieukrywaną radością.
- Tak, poproszę — wymusiłem uśmiech.
Coś wewnątrz mnie chciało uratować ją przed wiecznym pobytem na ziemi. Czy to dlatego, że była mała? Obudził się we mnie instynkt macierzyński lub coś w tym stylu? Rodzice kiedyś mówili mi, że mam rękę do dzieci i że w przyszłości będę świetnym ojcem. Heh, gdyby tylko wiedzieli...
Podczas całych tych poszukiwań spróbowałem zadać jej kilka pytań między innymi o to, czy pamięta, jak się nazywa, kim byli jej rodzice i tak dalej, ale na nic nie odpowiedziała albo nie znała odpowiedzi.
- Proszę Pana, znalazłam! - zawołała mnie z zadowoleniem, pokazując mi wręcz idealny patyk, mierzący na oko mierzący prawie dwa metry, czyli więcej, niż miała ta dziewczynka. - Dobrze się spisałam? - spytała.
- Bardzo dobrze. - Podała mi go, gdy do niej podszedłem. - Mów mi Dirhael — przedstawiłem się, a ona zrobiła zdziwione oczy. Położyłem dłoń na jej głowie. - Jeśli będziesz potrzebować pomocy, to pozwalam ci do mnie przyjść. - Gdy tylko skończyłem mówić, rozpłynęła się w powietrzu.
Dlaczego "pozwalam"? Dzięki użyciu tego słowa mała będzie mogła przejść nawet przez moje bariery. A jeśli o pieczęciach mowa...
O cholera.
Wcześniej pozwoliłem mojemu współlokatorowi na jednokrotne przekroczenie drzwi. A to oznaczało, że po tym, jak zamknąłem je za sobą, on został uwięziony w pokoju bez jakiejkolwiek możliwości wyjścia z niego. Cholera, cholera, cholera. Teraz na pewno mnie zabije. Spojrzałem na zegarek, który wskazywał dziewiętnastą pięćdziesiąt osiem. Prawie dwie godziny... przyspieszonym tempem zacząłem wracać do akademika.
~*~
Nieco zdyszany, podszedłem do drzwi z numerem siedemnaście, jednak zanim zapukałem do środka, odczekałem chwilę, by mój oddech nieco się uspokoił. Poprawiłem krawat, przeczesałem włosy dłonią i nacisnąłem na klamkę.
W pokoju było już czysto; a to znaczyło mniej-więcej tyle, że pióra nie walały się po podłodze. Byłem w szoku, że współlokator je posprzątał. Naprawdę, nie spodziewałem się tego po nim. A co aktualnie robił? Leżał w łóżku, cały opatulony kołdrą, a na jego brzuchu leżał laptop z podłączonymi słuchawkami nausznymi. Kiedy zobaczył, że wszedłem do pokoju, chyba zastopował to, co oglądał i zaczął mi się przypatrywać z wyraźną nieufnością. Czy powinienem zacząć rozmowę? Gdy już chciałem otworzyć usta, on mnie uprzedził.
- Po co ci to? - spytał. Wiedziałem, że chodziło mu o ten długi patyk.
- Potrzebuję go do moich rytuałów — przyznałem, opierając gałąź o szafę. Cholera, źle to zabrzmiało. Bardzo źle. Chłopak zrobił minę, jakbym właśnie mu powiedział, że jestem seryjnym mordercą i lubię zabijać ludzi podczas snu. - Jestem szamanem i, no, czasami zdarza mi się przyzywać duchy? - Dziwnie mi było o tym mówić. Zauważyłem, że ciemnowłosy naciska spację i znów zaczyna wpatrywać się w ekran. - Ech. Nieważne. Zapomnij.
Podszedłem do walizki i zacząłem się rozpakowywać, ponieważ wcześniej nie zdążyłem tego zrobić. Ciuchy powiesiłem w szafie, a wszystkie rzeczy, potrzebne mi do szkoły i nie tylko, położyłem na pustym biurku. Usiadłem przy nim i wyjąłem dziennik, ignorując mojego współlokatora, który właśnie mówił coś do ekranu. Z kieszeni wyjąłem piórko i położyłem je pomiędzy stronami, zastanawiając się, co pomiędzy nimi napisać, narysować, ale nie wpadłem na żaden pomysł. Zrezygnowany, zamknąłem "pamiętniczek" i ponownie schowałem go do torby. Spojrzałem na zegarek, który wskazywał dwudziestą pierwszą. Niby było jeszcze wcześnie, ale i tak czułem się zmęczony i najchętniej położyłbym się spać, by przygotować się na pierwszy dzień w nowej szkole, na który wręcz nie mogłem się doczekać...
Wziąłem za sobą ręcznik i zamknąłem się w łazience. Tak, ciepły prysznic to było coś, czego potrzebowałem, jednak po wyjściu z niego zorientowałem się, że nie zabrałem ze sobą piżamy. Nie pozostało mi nic innego, jak owinąć się ręcznikiem i tak poszukać zguby. Raczej nie zgorszę czymś takim mojego współlokatora, prawda? Cóż, gdy wyszedłem z łazienki, to miałem wrażenie, że nawet mnie nie zauważył. Podszedłem do szafy i z niej wyciągnąłem to, co potrzebowałem, czyli krótkie spodenki z pasującą koszulką. Miałem wrażenie, że zapomniałem o czymś jeszcze... o kocie. Gdzie on był? Spojrzałem na górę mebla, gdzie wcześniej był, jednak tam teraz była tylko pustka. Na podłodze go nie było, na moim łóżku też nie... i dopiero spoglądając na łoże ciemnowłosego, znalazłem Jerome. Zdrajca. Leżał po jednej stronie chłopaka, a po drugiej była China. W sumie ulżyło mi, że nie stała mu się krzywda, ale... No cholera, ukradł mi kota. Z takim nastawieniem wróciłem do łazienki, gdzie się ubrałem, więc zajęło mi to dosłownie chwilę, nim wróciłem do części sypialnianej. Kiedy już zdjąłem okulary, by położyć do łóżka, usłyszałem za sobą czyjś głos.
- Masz zdjąć te pieprzone pieczęcie, jasne? - rozkazał.
Cóż, w sumie jestem mu to winien. Pokręciłem głową i skupiłem się, by aktywować swoje moce. Najpierw podszedłem do okna, potem do drzwi po to, by to i to dotknąć, a na koniec stanąłem przed chłopakiem. Wykonałem jeden Krąg tuż nad jego głową, który następnie na niego opadł i klasnąłem w dłonie, by zakończyć to całe 'przedstawienie'.
- Proszę — powiedziałem, lecz nie otrzymałem odpowiedzi. Zacząłem kierować się w stronę mojego łóżka. Jedna rzecz nadal nie dawała mi spokoju. - Słuchaj... - zacząłem. - Ile masz lat? - spytałem.
- Osiemnaście — odparł.
Odetchnąłem z ulgą, a on spojrzał się na mnie jak na idiotę. Nie był piętnastolatkiem, tak jak początkowo sądziłem. Wiedziałem, że nie mógłby mi się spodobać ktoś sporo młodszy. Byłem od niego "tylko" albo może "aż" cztery lata starszy. Czyli kiedy ja byłem w jego wieku, on miał... czternaście lat. Nie, stop, koniec rozmyślań.
Usiadłem na łóżku, a kątem oka zobaczyłem, że z moim biurkiem było coś nie tak. Rzeczy, które na nim wcześniej leżały, teraz... lewitowały. To sprawka tego różowookiego; byłem tego pewny. Właśnie unosił swoją dłoń do góry, a gdy ją opuścił, wszystkie przedmioty upadłym z głośnym dźwiękiem na podłogę. Uśmiechnął się i wrócił do oglądania.
- Serio? - westchnąłem. - Magicznie uzdolniony? - nie oczekiwałem odpowiedzi.
Szczerze? Nie chciało mi się tego sprzątać; zrobię to jutro. Położyłem się do łóżka i przykryłem się kołdrą, ale czegoś mi brakowało. Poduszki. Czyżby współlokator wziął moją w zamian za zniszczoną swoją? Nie chciało mi się o to kłócić, nie teraz.
- Powiesz mi jeszcze jedną rzecz? - zacząłem. Uraczył mnie spojrzeniem. - Jak się nazywasz?
- Shane — rzucił beznamiętnie.
"Shane"; powtórzyłem kilkukrotnie w myślach.
Całkiem ładne imię. Na pewno zapamiętam je na długo.
- Dobranoc — powiedziałem. Po kilku krótkich chwilach oddałem się w objęcia Morfeusza.

< Shane? >
Liczba słów: 2123