Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Summer. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Summer. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 25 marca 2018

Od Summer do Shane'a

Było mi wstyd. Nie sądziłam, że gdy zacznę śpiewać, uda mi się kogoś zahipnotyzować i do tego tutaj zaprowadzić… To nie było specjalnie! Jeszcze bardziej się w sobie skuliłam, chowając twarz w swoich włosach, nie chcąc patrzeć ani na panią Jessy, ani na czarnowłosego. Usłyszałam kobiece westchnięcie.
- Oprzyj się o mnie, twój umysł jeszcze nie do końca się wybudził z transu, a ja muszę cię gdzieś posadzić -
Delikatnie wyglądając zza karmelowych kosmyków, przyglądałam się, jak chłopak niechętnie opiera się o anielicę, razem idąc w moją stronę. Podsunęłam nogi bliżej siebie, chcąc się oddalić od nich jak najbardziej.
- Jak się nazywasz? - spytała blondynka, sadzając bruneta prawie obok mnie. Ten niechętnie na mnie spojrzał, ale w końcu odpowiedział: „Shane Lyott”. Pielęgniarka skinęła głową, biorąc z biurka mini latareczkę i sprawdzając jego wzrok. Następnie sięgnęła po patyczek jednorazowego użytku, patrząc jego gardło.
- Po co to wszystko? Nie mogę sobie iść? - spytał. Widziałam lekkie zirytowanie na jego twarzy. Gdy popatrzył na mnie, od razu schowałam wzrok w nogach.
- Myślisz, że hipnoza to taki pikuś? Mogłeś sobie coś poważniejszego zrobić – odrzekła. - A ona przecież tylko straciła głos… - westchnęła. Poczułam jej wzrok na sobie.
- Cały czas zachowuje się tak, jakby go nie miała… - jasnooki prychnął. Zadrżałam na te słowa.
- Summer, podnieś głowę – poleciła pani Devar. Na początku nie miałam zamiaru tego zrobić, ale… higienistka nie lubiła moich żadnych sprzeciwów. Zrobiłam to, co mi kazała. Pani Jessy delikatnie się do mnie uśmiechnęła z wdzięczności.
- Shane – tym razem zwróciła się do niego. - Może nie zdajesz sobie z tego sprawy, ale utracenie głosu u syren nie jest takim niczym. Bez nich są one tylko zwykłymi zmiennokształtnymi. Poza tym wiele syren popełnia samobójstwo, gdy nie może śpiewać – wyjaśniła, cały czas na niego spoglądając. Moje oczy natychmiastowo się rozszerzyły.
- Naprawdę? - wypaliłam, nawet o tym nie myśląc. Kobieta tylko skinęła głową.
- Nawet jeśli nie przepadają za tą mocą – dodała, wyprzedzając moje myśli.
- Syrena? - poczułam na sobie wzrok czarnowłosego.
- Summer ci nie mówiła? Myślałam, że się znacie – wtrąciła się, zwracając się do mnie.
- Właściwie… to tylko… przelotnie… - wyjaśniłam, patrząc się na ścianę obok.
- Leżała przede mną plackiem jako pół ryba – dodał. Poczułam, jak się mimowolnie rumienię. Tym samym anielica zaskoczona na mnie spojrzała, ale zaraz swoje zielone oczy przeniosła na zegarek na nadgarstku. Po tym klasnęła w dłonie i się do nas uśmiechnęła.
- Ja wiem, że przyjemnie się siedzi u pielęgniarki, ale niedługo kończy się godzina śniadaniowa, a potem czekają na was lekcje – rzekła. Tępo na nią spojrzałam, nie chcąc jeszcze wychodzić. Blondynka wyczuła moją niechęć, jednak jej spojrzenie było stanowcze. Powoli i leniwie wyprostowałam swoje nogi zakryte zakolanówkami i nieśmiało zerknęłam na Shane’a. Ten już stał. Ja do niego dołączyłam, mimowolnie delikatnie się trzęsąc pod nim.
- Summer, jesteś odpowiedzialna dzisiaj za Shane’a. Twój głos potężnie na niego wpłynął i nie wiem, czy do końca dnia nic mu się nie stanie – powiedziała. Po tych słowach natychmiastowo usłyszałam niechętne mlaśnięcie chłopaka. Odwróciłam od niego swój wzrok. Mnie też nie do końca to odpowiadało, no ale… innego wyboru chyba nie miałam, co?
Po minucie wyszliśmy od higienistki, wychodząc na korytarz szkolny. Ja skierowałam się do stołówki – brunet obok niekoniecznie. Odwróciłam się natychmiastowo i za nim podreptałam ze spuszczoną głową.

< Shane? >
Liczba słów: 549

wtorek, 20 lutego 2018

Od Summer do Shane'a

Coś mruczało mi prosto do ucha. Jęknęłam coś pod nosem, ostrożnie otwierając oczy i zerkając na rudą kitę znajdującą się zaraz nade mną. Zerknęłam w prawo, widząc jeszcze więcej karmelowej sierści. Delikatnie się obróciłam. No tak... Tofik wprost kochał spać przy mojej głowie. Nie dziwię się więc, że mi mruczał z przyjemności.
Westchnęłam, delikatnie się uśmiechając.
Podniosłam lewą rękę spod kołdry, całkowicie obracając się na swój prawy bok. Położyłam palce na futrze mojego kota, delikatnie go gładząc. Niestety kocur zastrzygł uszami, a potem leniwie rozwarł swoje powieki. Szerzej się uśmiechnęłam, otwierając buzie. Chciałam wydobyć z siebie głos, powiedzieć małemu: "Dzień dobry", jednak... nie mogłam nic z siebie wydusić. Spanikowana gwałtownie się podniosłam. Nie... to nie może być możliwe. Dotknęłam swojego gardła i spróbowałam dotknąć miejsca z moimi strunami głosowymi. Wiedziałam, że tam są, innej możliwości nie było. Więc czemu nie mogę mówić! Znowu rozwarłam swoje wargi. Może chociaż coś zaśpiewam... Jak myślałam, tak zrobiłam i... niczego nie usłyszałam. Jeszcze bardziej spanikowałam. Przecież... przecież to niemożliwe, bym nagle straciła swój głos! Wtedy do głowy wpadła mi jedna myśl — pielęgniarka.
Odrzuciłam swoją kołdrę na bok i wstałam z łóżka. Podeszłam do moich szafek, wyciągając z nich potrzebne mi rzeczy. Szczerze, to nie wiedziałam, jaka jest godzina i czy powinnam się zbierać na lekcje, czy jeszcze nie... Najważniejsze teraz było dla mnie odzyskanie głosu.
Ubrałam się w swoją spódniczkę, białą koszulę i szary sweterek. Podciągnęłam zakolanówki do połowy ud i przeszłam do łazienki. Szybkie rozczesanie włosów i zaplecenie je w dwa kucyki. Wróciłam do pokoju z Tofikiem. Usłyszałam jego miauknięcie... pewnie był głodny. Obiecuje ci, mały, że od razu po odzyskaniu głosu cię nakarmię.
Wsunęłam swoje trampki na stopy, po czym wyszłam ze swojej pokoju. Po zamknięciu go, od razu szybkim krokiem skierowałam się do gabinetu pielęgniarskiego. Czułam, jak się trzęsę, przez co również zaczęłam się zastanawiać, czy bardziej z zimna, czy może jednak ze stresu, że już nie odzyskam swojego głosu. Mimo że nienawidziłam tego, jak śpiewam i dość rzadko z niego korzystam, to... nie wyobrażałam sobie, by już nigdy nie móc niczego powiedzieć. To po prostu było nierealne.
Nim się obejrzałam, to doszłam do tego wymarzonego przeze mnie miejsca. Nawet prawie je ominęłam. Zapukałam grzecznie, a potem otworzyłam drzwi. Pani Jessy siedziała na krześle przy biurku, ale gdy weszłam, zwróciła się w moją stronę.
- Summer? Co tu robisz? Nie jesteś na śniadaniu? - zaczęła, a na jej twarzy wymalowało się zdziwienie. Momentalnie łzy z oczu popłynęły mi wzdłuż policzków. Czułam się tak koszmarnie, wiedząc, że nie mogę nic powiedzieć. Tak źle! Pielęgniarka wstała ze swojego miejsca, a ja nie mogłam się powstrzymać przed wpadnięciem w jej ramiona i mocnym przytuleniem. Przez pierwsze dwie chwile myślałam, że się na mnie rozzłości, jednak... kobieta zaczęła głaskać mnie po głowie.
- Cii, spokojnie, Summer — szepnęła. To było dziwne, lecz w ten sposób sprawiła, że od razu zrobiło mi się cieplej. Niczym... w rękach mamy... Wciągnęłam katar nosem, powoli chcąc się odkleić od dorosłej anielicy. Gdy mi się udało, blondynka się nieznacznie schyliła i chwyciła moją twarz w swoje dłonie.
- Opowiesz mi, co się stało? - spytała. Otworzyłam oczywiście swoje usta, ale... nadal nie mogłam wydobyć z siebie żadnego głosu. Poczułam, jak łzy znowu zbierają się w moich oczach. - Dobrze, nic nie mów — rzekła wręcz natychmiastowo, delikatnie się uśmiechając. - Kiwaj głową. Straciłaś głos? - zapytała. Posłusznie kiwnęłam głową. - Śpiewać też nie możesz? - znowu odpowiedziałam na "tak". Kobieta mnie puściła, prostując się. - Usiądź na łóżku, zaraz zrobię ci coś na gardło. Strata głosu u syren to dość poważna sprawa. Są w końcu znane dzięki swojemu śpiewu, a ty nawet tego nie potrafisz zrobić...
Spuściłam swoją głowę w dół, wpatrując się w swoje stopy. Mam nadzieję, że to, co zrobi pani Jessy, mi pomoże... Minęło jakieś dziesięć minut, ja nadal grzecznie siedziałam na łóżku, patrząc się w dół.
- Już — usłyszałam głos pielęgniarki. Podniosłam głowę. W ręce trzymała plastikowy kubeczek, taki jednorazowy. - Napij się — poleciła. Chwyciłam przedmiot w swoje dłonie i przyłożyłam do ust. Połknęłam trochę cieczy, niekoniecznie ciesząc się jej smakiem. Oddaliłam plastik od moich warg, wykrzywiając twarz.
- Ohydztwo — wyznałam, następnie zamierając. Mogę mówić! Szeroko się uśmiechnęłam, spoglądając najpierw na kubek, a potem na kobietę przede mną.
- Wypij do końca. Mówić możesz, ale śpiewać pewnie jeszcze nie — odrzekła. Kiwnęłam na zgodę głową, a potem wypiłam napój do samego dna. Odstawiłam kubek na biurko obok. Anielica się uśmiechnęła.
Wzięłam głęboki wdech, a potem zaczęłam śpiewać. Sylaby "la" wydobywały się z moich ust, tworząc prostą, ale i ładną melodię. Gdy skończyłam, byłam szczęśliwa, jak nigdy. Pani Jessy się ze mnie zaśmiała. W tej chwili byłam nawet dodatkowo zadowolona z faktu, że była odporna na mój głos.
Wtem coś mocno łupnęło w drzwi od pokoju pielęgniarskiego. Kobieta zdziwiona spojrzała się w tamtą stronę, a następnie się przeszła. Chwyciła klamkę, otwierając przejście na korytarz. Do pokoju, jak kłoda, wpadł pewien chłopak. Pisnęłam, gdy mocno gruchnął twarzą w podłogę. Pani Faust szybko zamknęła drzwi, następnie schylając się nad ciemnowłosym i go obróciła na plecy. Cz-czemu on wygląda jak ten chłopak, którego poznałam wczoraj?!

< Shane? >
Liczba słów: 849

poniedziałek, 19 lutego 2018

Od Summer do Shintarou

Siedziałam sobie w mojej ławce, a przede mną leżała książka, którą niedawno wypożyczyłam z biblioteki. Tytuł "Wiedźmin" brzmiał jak dla mnie całkiem interesująco. Już chyba po raz setny przeglądałam jego okładkę, zastanawiając się, czy zacząć czytać teraz, czy może jednak poczekać. Zwykle, gdy otwierałam książkę, robiło się w klasie głośniej, niż zwykle. Trochę mnie to zadziwiało, jednak... nic na to nie poradzę. Dobra... zrobię to.
Przełknęłam ślinę, wyciągając dłoń spod blatu i sięgając nią do przedmiotu przede mną.
- O, Summer — usłyszałam nagły kobiecy głos zaraz obok swojego ucha. Podskoczyłam na miejscu ze strachu, następnie zerkając w stronę trójki dziewczyn. Jedna była blondynką i stała z przodu, druga należała do grona osób o bardziej kolorowych włosach, natomiast trzecia miała je w czarnej barwie. Jakoś niezbyt często z nimi rozmawiałam... jeśli nie w ogóle. Z tego, co pamiętałam miały na imię Gina, Lucy oraz Beta. Pierwsza z nich miała butelkę wody w dłoni. Zaczęłam się delikatnie trząść.
- Co tam znowu czytasz? - odezwała się blondynka, niebezpiecznie nachylając się nade mną wraz z tą cieczą. Próbowałam oderwać od niej swój wzrok, powracając do okładki.
- "Wiedźmina"... - odpowiedziałam, znowu szybko zerkając na jej picie. Bałam się. Bałam się, że zaraz wyleje ją na mnie.
- Chcesz, bym wylała na ciebie moją wodę...? - zaczęła, podstępnie się uśmiechając.
To ona czyta w myślach?! Cicho pisnęłam, gdy poczułam, jak coś po mnie spływa. Coś mokrego i dość zimnego. Od razu moje oczy się rozszerzyły, a z mojego gardła wydobył się cichy pisk.
- Ups, wybacz — zaśmiała się. Następnie zniknęła, zostawiając swoje koleżanki przy mnie. Jednak te ode mnie odeszły, jakby nic się nie stało, po czym zajęły swoje miejsca z przodu klasy.
Ile sekund minęło?! Pięć? Osiem? Zapomniałam liczyć! Przestraszona patrzyłam na boki. Wtem do klasy wpadł pan Lucky wraz z Giną u boku.
- Summer! Zmieniasz się?! - zawołał na starcie. Chciałam kiwnąć głową, wstając, ale zamiast tego upadłam na ziemię. Zerknęłam na swoje nogi, które były już złotym ogonem. Jednocześnie poczułam ból, który objął całą moją czaszkę.
Usłyszałam obok siebie kroki, a potem światło w klasie pociemniało. Otworzyłam swoje oczy, które nieświadomie zamknęłam i popatrzyłam nad sobą. Mike Lucky pochylał się nade mną z wyraźnym zmartwieniem na twarzy. Natychmiast zapłonęłam czerwienią, odwracając głowę w drugą stronę.
- Rozsuńcie ławki — usłyszałam jego głos, a następnie, jak coś mnie obejmuje w talii. Zostałam podniesiona z ziemi, a przed sobą ujrzałam twarz mojego wychowawcy. Zasłoniłam buzię dłońmi. Taki wstyd... I to przed praktycznie całą klasą. Chciałabym zniknąć...
- Summer, ty krwawisz! - zwrócił mi uwagę.
Znowu rozszerzyłam swoje oczy. K-krwawię...? Poczułam, jak łzy napływają mi do kącików.
- Nie płacz, Summer — rzekł.
Wyobrażałam sobie, jak się uśmiecha. Oraz to, jak dziewczyny patrzą na mnie z zazdrością.
- Teraz pójdę zanieść Summer to pielęgniarki. Gina, dziękuję, że do mnie z tym przyszłaś. Ustawcie ławki z powrotem. Zaraz jestem — dodał jeszcze, a następnie poczułam, jak się poruszał. Dziwnie się tak leżało na jego rękach, będąc noszoną na wzór panny młodej, do tego z moim rybim ogonem, zamiast nogami. Naprawdę pragnęłam teraz zniknąć. O niczym innym nie marzyłam.
Usłyszałam otwierane drzwi, przez co odsłoniłam swoje oczy. Byliśmy już w pokoju pielęgniarskim. Widziałam pana Devara siedzącego przy biurku oraz panią Jessy, która opatrywała jakiegoś chłopaka z białymi włosami i czerwonymi oczami. Szybko odwróciłam od nich wszystkich wzrok.
- Mike! Co za rybkę złowiłeś! - odezwał się pielęgniarz, wstając ze swojego miejsca.
- Bardzo śmieszne, Devar. Summer się przemieniła i krwawi z tyłu głowy. Zajmiesz się nią? - spytał, wyciągając swoje ręce ze mną w stronę drugiego mężczyzny.
- Głupie pytanie — odrzekł. Zostałam delikatnie przekazana w jego dłonie, które pachniały wszelkimi medykami. Pan Lucky zaraz potem wyszedł, a mnie przeniesiono na szpitalne łóżko. Oczywiście na to drugie, bo pierwsze było zajęte.
- Skończone, Shintarou. Jeśli nadal źle się czujesz, to możesz tu zostać i nie iść na kolejną lekcję — usłyszałam głos anielicy, odzywającej się do tamtego poszkodowanego chłopaka.
- To opowiadaj, co się stało — rzekł Devar. Poważnie wpatrywał się w moje oczy, przez co znowu zaszłam czerwienią.
Nie czuję się tu komfortowo...
Poczułam się jak wczorajszej nocy, gdy ten sam mężczyzna przyszedł do mojego pokoju, pytając się, czemu krzyczałam. No nie...
 < Shintarou? >
Licznik słów: 700

sobota, 3 lutego 2018

Od Summer do Shane'a

Co robić, co robić... Gabinet jest zamknięty! Zastanawiałam się, jakim cudem. Przecież choć jedno z państwa Faust powinno tam być. Wtedy przypomniałam sobie pewną sytuację sprzed kilku dni, gdy bez pukania weszłam do tego pokoju. Przyłapałam ich na czymś... i to nie było miłe doświadczenie. Poczułam, jak po raz kolejny się czerwienię.
Niepewnie zwróciłam się do czarnowłosego, podnosząc na niego swoje oczy. On również mi się przyglądał, przez co automatycznie spuściłam wzrok. Nagle coś sobie uświadomiłam. Niedawno dostałam od taty prezent w postaci swojej własnej apteczki, którą powiesiłam u siebie w łazience. Miałam tam paczkę plastrów, chusteczki, różne tabletki, syropy, a nawet rzeczy potrzebne w razie mojej miesiączki. Co nieco znałam się na pierwszej pomocy, więc... Tylko... czy ja byłabym w stanie zaprowadzić tego chłopaka do mojego pokoju? To... jedyne wyjście... Poza tym Tofik cały czas siedział w jego ramionach, a on naprawdę źle znosił obecność nieznajomych. Poniekąd zaczęłam się bać, że zaraz zemdleje, lub ze strachu ucieknie. To byłoby z nim możliwe.
Całkowicie zwróciłam się do jasnookiego, złączając ze sobą swoje dłonie.
- Nie miałbyś nic przeciwko... gdybym... zaprowadziła cię do siebie...? - nieśmiało się spytałam, niepewnie na niego spoglądając. Jedna jego brew podniosła się nieco wyżej, co od razu mnie speszyło. - P-po prostu mam u siebie apteczkę! - zawołałam zestresowana, przymykając oczy i machając nerwowo rękami. Po chwili się uspokoiłam, znowu wpatrując się w chłopaka przed sobą. Widziałam poniekąd błagalny wzrok rudego kocura, a twarz nieznajomego, nadal zasłonięta przez rękaw, zaczynała mnie naprawdę niepokoić.
- Proszę — cicho dodałam piskliwym głosem. Zaraz po tym usłyszałam jego westchnięcie.
- Dajesz — usłyszałam z jego strony. Delikatnie się uśmiechnęłam, odwracając się i idąc wzdłuż korytarza. Już się bałam, że się nie zgodzi i sobie pójdzie... wraz z moim maine coonem.
Dość szybko stąpałam po szkolnej podłodze, chcąc jak najszybciej być już u siebie.
***
Stanęłam przed drzwiami do swojego pokoju, czekając, aż brunet do mnie dojdzie. Otworzyłam go i pociągnęłam klamkę w swoją stronę. Poczekałam, aż jasnooki wejdzie do środka, bym sama mogła to zrobić. Zamknęłam drzwi i od razu skierowałam się do tych na lewo ode mnie, za którymi znajdowała się łazienka.
Apteczka wisiała zaraz naprzeciwko mojej wanny, która była jedną z nielicznych w pokojach akademika Auris. Jako syrena nie mogłam mieć niczego innego, chyba że prysznic z siedzeniem, ale to nie byłoby dla mnie takie komfortowe, jak ta zwykła wanna.
Otworzyłam szafeczkę i zerknęłam na rzeczy w środku. Pomadka ochronna, krem nawilżający do rąk o zapachu wiśni japońskiej, syrop na kaszel, tabletki na to samo, jak i na chrypkę... Woda utleniona oraz plastry! Nie wiedziałam też, że posiadałam zatyczki do uszu, a nawet takie do nosa. Wszystkie te przedmioty wraz z chusteczkami zgarnęłam w swoje dłonie, wychodząc z łazienki i przechodząc do mojej sypialni. Od razu stanęłam zdziwiona. Tępo wpatrywałam się raz na Tofika, a raz na chłopaka znajdującego się na moim łóżku. Może i ten normalnie sobie siedział, jednak kocur obecnie stał wystraszony na najwyżej półce z moimi książkami i nawet na chwilę nie odrywał wzroku od naszego gościa. Aż mi się go żal zrobiło... Rudzielca, oczywiście.

 < Shane? >
Ilość słów: 511

sobota, 20 stycznia 2018

Od Summer do Shane'a

Taki wstyd... Przez całe te beznadziejne piętnaście minut prawie w ogóle się nie poruszałam, czekając, aż nogi mi wrócą. Nawet nie miałam jak się ruszyć, przez co tylko leżałam na tej zimnej i pewnie brudnej podłodze ze schowaną twarzą. Nie chciałam spoglądać na tego chłopaka, którego potrąciłam. A tym bardziej nie marzyłam o tym, by widział moje rumieńce. Rozmyślałam tylko o tym, by jak najszybciej po mojej przemianie zgarnąć Tofiego i uciec do swojego pokoju. Nawet dałabym sobie spokój z tym weterynarzem i szczepieniem mojego kota! Do tego... ten gość raczej nie należał do tych najmilszych. Po pierwsze, nazwał mnie na początku mątwą. Nigdy bym nie pomyślała, że ktoś tak mnie nazwa. Dalej była niemowa, co jak najbardziej rozumiem, biorąc pod uwagę mój charakter. Następne określenie — paluszek rybny. I do tego porównał mnie do niego! W tamtym momencie moje rumieńce przybrały jeszcze ciemniejszego koloru. Chciałam, by już zostawił mnie w spokoju, nic nie dodając. Jednak to się nie spełniło, gdyż próbował mnie po jakimś czasie przewrócić. A po co? Myślał, że nie oddycham. Prawie się wtedy rozpłakałam.
Jego... okrzyk radości, oznajmiający mnie o znalezienie kocurka też mnie trochę przeraził. Miałam wrażenie, że zrobi mu coś złego, przez co też pisnęłam. Miauczenie Tofika dawało mi znać, że ani trochę mu to się nie podobało. Wiedziałam, że on w jakimś stopniu nie lubi obcych, tak jak ja, ale miałam cichą nadzieję, że jakoś to przeżyje... tak samo, jak ja.
Gdy w końcu poczułam, jak mój ogon zaczynał powoli się zmieniać w nogi, od razu próbowałam wstać, by jak najszybciej uciec od tego pseudokoszmaru. Przykro mi było z powodu maine coona, jednak stojąc przed ciemnowłosym, nie miałam odwagi spytać się, czy oddałby mi kota. Po prostu stałam jak ten kołek, z lekko trzęsącymi się nogami, obejmując się jedną ręką o drugą, patrząc się gdzieś na bok i czując swoje rumieńce na twarzy. W jednej chwili podniosłam swoją dłoń, zakładając kosmyk włosów za ucho. Wzięłam głęboki wdech. Muszę to zrobić. Wyciągnęłam niepewnie ręce, chcąc zabrać swojego kota.
- Zapomnij! - krzyknął chłopak, odwracając się ode mnie, tym samym sposobem trochę szarpiąc kocura. Wtem dostrzegłam cały jego czerwony rękaw, którym zakrywał połowę swojej twarzy. Wciągnęłam ze świstem powietrze, zakrywając dłonią swoje usta. Aż tak mu pociekło?!
- A tobie co? Dusisz się? - ponownie się odezwał, tylko częściowo na mnie patrząc. Trochę zamarłam na progu chęci mu pomocy. Musiałam wziąć go do pielęgniarki, by zatamować mu ten krwotok, jednakże... bałam się tego zrobić. Natychmiastowo odwróciłam swoje oczy, zastanawiając się, co na to poradzić. Bardzo chciałam mu pomóc, ale ja naprawdę nie mogłam tego zrobić. No bo... w jaki sposób? Sama tego nie wiedziałam... Może... jednak bym zaryzykowała? Bijał się ze swoimi myślami, jednocześnie kierując swój wzrok na wystający ogon Tofika. Dobra... robię to dla ciebie, Tofiś!
Wzięłam bardzo głęboki wdech, chwytając biały dół bluzy ciemnowłosego i zaczęłam go prowadzić. Wiedziałam, że moja siła wynosiła kompletne zero, jak i nie poniżej, jednak nie sądziłam, że może łatwo mi pójść z tym gościem.
- Gdzie mnie prowadzisz?! A jak tamta sardynka znowu się pojawi? - zaczął reagować po jakiejś minucie. Przecież to ja byłam tą sardynką, pomyślałam, jednocześnie w duchu płacząc.
- D-do... Pielęgniarki... - odpowiedziałam, ledwo słyszalnym głosem. Miałam jednak nadzieję, że ten mimo tego mnie usłyszał. Biorąc jednakże pod uwagę wcześniejsze moje kiwnięcie głową, zaczynałam powoli wątpić w tę możliwość.
- Daj mi przynajmniej kicię poprawić, bo zaraz spadnie — znowu się odezwał. Schyliłam trochę swoją głowę.
- To jest Tofik... - ponownie szepnęłam, nawet nie próbując zwolnić, dalej za sobą go ciągnąc. Boże... mogę być teraz z siebie zupełnie dumna.

< Shane? > 
Ilość słów: 597

czwartek, 18 stycznia 2018

Od Summer do Shane'a

- Tofiś... Nie wierć się tak — rzekłam do swojego kota, którego aktualnie niosłam na rękach. Do transportera wejść nie chciał, nie pozwolił sobie też założyć szelek... a ja jakoś musiałam go zanieść do weterynarza na coroczne szczepienie, prawda?
Mimo że nie miałam ochoty gadać samej do siebie, idąc chodnikiem, nie miałam zbytnio innego wyboru. Poczułam, jak kocur przystawia swoją łapę do mojego policzka, próbując mnie jakoś od siebie odciągnąć. Ja nie wiem, czy on po prostu bał się całego otoczenia, czy tylko pana doktora, który nawet dla mnie próbował być jak najmilszy, jednak w żaden sposób nie mogłam wygodnie go sobie ułożyć w ramionach, by spokojnie dość do przychodzi całkiem niedaleko. A przyznam, że Tofik, jak na mało jedzącego kota, był bardzo ciężki. Może to przez jego rasę? To by wszystko w sumie wyjaśniało.
- Uspokój się... - zaczęłam, nawet nie kończąc. Rudy kot postanowił w końcu raz na zawsze ode mnie uciec i wyskoczył z moich ramiona prosto na bruk. Nie zdążyłam go nawet zawołać, gdy zobaczyłam, jak biegnie w stronę szkoły.
Z rumieńcami na twarzy znosiłam wzrok dwójki ludzi, którzy właśnie mnie mijali. Brawo, Summer... Przymknęłam oczy, ruszając za śladami kocura, ledwo powstrzymując upadnięcie na ziemię. Wtem zobaczyłam, jak coś kapie na chodnik przede mną. Nie... Popatrzyłam w górę. Szare... chmury... Wiedziałam. I mimo że nienawidzę tego robić, to pobiegłam. Musiałam jak najszybciej znaleźć się pod dachem, bo inaczej będzie po mnie.
- Tofik! - mimowolnie zawołałam przed siebie.
Chyba już wiem, czemu tym razem aż tak bardzo chciał się wyrwać. Pewnie chciał mnie ostrzec... Ewentualnie sam nie chciał zmoknąć. W końcu to kot, a one raczej nie przepadają za wodą. Choć jakbym tak pomyślała, to Tofik jakoś nigdy nie marudził, gdy zaczynałam go kąpać. Więc może jednak zrobił to ze względu na mnie...? Kochany kotek. Dostanie ode mnie specjalne pieszczoty, jak tylko go znajdę.
Z daleko już widziałam drzwi do szkoły. Mimowolnie delikatnie się uśmiechnęłam. Jednak zdążę! Nagle poczułam, jak coś kapie na moją rękę oraz włosy. Lub nie... Zaczęło się odliczanie przeze mnie sekund. Połowę z dziesięciu zajęło mi najszybsze dotarcie do drzwi. Kolejne dwie wpadnięcie z całej siły na nie... chyba nawet poczułam, jak w coś uderzam. Przez ostatnie trzy próbowałam się nie potknąć i dobiec gdzieś dalej... ale się ze sobą przeliczyłam i zaraz leżałam plackiem na ziemi. Spojrzałam za siebie. Ogon właśnie mi się pojawił, zabierając moje nogi.
- Zabiję, po prostu zabiję — usłyszałam po swojej lewicy czyjś męski głos. Spojrzałam w tamtą stronę. Nie myliłam się, co do trafienia w kogoś... Chłopak z niesamowicie ciemnymi włosami, przypominającymi mi kolor zwykłej kawy bez żadnego mleka, siedział na podłodze. Gdy prawdopodobnie odsunął od siebie swoją rękę, dostrzegłam coś czerwonego na białym tle jego bluzy.
Ponownie możesz sobie pogratulować, Sami... Naprawdę. Teraz tylko modliłam się o to, by nie spojrzał za siebie, a tym bardziej, by mnie nie usłyszał. Jednak... przeliczyłam się, usłyszawszy przed sobą tak charakterystyczne dla mnie miauknięcie. Spojrzawszy na Tofika obok, zaczęłam przeklinać swój los. Po prostu dalej leżałam na tej zimnej podłodze, uderzając w nią swoim czołem. Nawet się nie odwracając, słyszałam, jak się podniósł z ziemi i idzie w moją stronę. Zobaczyłam jego cień pod sobą.
- Czy to ty na mnie wpadłaś...? - zapytał. Przez moje ciało przeszedł dreszcz, sprawiając, że zaraz cała zaczęłam się trząść. Dostrzegłam, jak kocur również się w sobie chowa, nie chcąc mieć z tym chłopakiem konfrontacji. Kiwnęłam słabo głową, mając nadzieję, że dostrzeże ten ruch i da mi spokój. Jednak chwila ciszy zapewniła mnie, że jednak tego nie zauważył. - To? - podniósł swój głos trochę wyżej w skali głośności, a ja na dodatek usłyszałam w tym zniecierpliwienie.
-Tak! - automatycznie pisnęłam, podnosząc swoją głowę. Potem znowu mi ona opadła na kafelki. Tak bardzo chcę stąd zniknąć...

 < Shane? >
Ilość słów: 625

Witamy - Summer Zora!

Imię i nazwisko: Summer Zora
Pseudonim: Przyjaciołom pozwala mówić do siebie Sami.
Wiek: 16 lat
Data urodzin: 22 czerwca
Płeć: Kobieta
Orientacja: Hetero
Partner: -
Klasa: I S
Kluby: Klub czytelniczy
Rasa: Syrena
Specyfika: Summer nigdy nie nauczyła się przemiany nóg w rybi ogon — i odwrotnie. Zachodzi to u niej samoczynnie, w zależności od tego, czy dotknęła jej skóry woda, czy nie. Dodatkowo może wstrzymać się przed wchodzeniem do niej do trzech dni i wcale nie czuje się przez to gorzej.
Charakter: Widzisz ją, jak samotnie siedzi w klasie gdzieś przy oknie i czyta jedną z tych książek dla młodzieży. Jak jest w nią wciągnięta i raz za razem przewraca strony, by móc dokończyć opowieść, jednak ty zaraz przenosisz wzrok na okno i patrzysz w deszczowe chmury, powoli płynące w stronę szkoły. Myślisz: „Chyba będzie padać”. Wtem rozlega się tajemniczy grzmot, a gdzieś w oddali strzela piorun. Dziewczynka cichutko piszczy i wzdryga się na sam jego dźwięk, podkulając nogi pod krzesełkiem. Zabiera głowę w bok i dostrzegając, jaka będzie zaraz pogoda, natychmiastowo zamyka książkę, bierze swój plecak i kieruje się w stronę wyjścia z klasy. No przecież lekcje i tak dawno się zakończyły. Więc co ona tutaj robiła? Spytaj jej się. Już masz coś do niej powiedzieć, gdy ta cię dostrzega i momentalnie czerwienieje. Nie reaguje na twój głos, szybkim krokiem wychodzi z pomieszczenia ze spuszczoną głową i kieruje się do akademika. Tak mniej więcej prezentuje się Sami na co dzień. Jako zaczytana, ciągle nieobecna jasnooka, która boi się własnego cienia i wstydzi się przy każdej osobie.
Nie ma dnia, gdy ktoś nie zobaczyłby w jej dłoniach jakiejś książki. Uwielbia je od małego, jak tylko mama zaczęła czytać jej do snu. Jako pierwsza też z dzieci w przedszkolu nauczyła się płynnie czytać, co w sumie w tym momencie jest nieistotne. Po prostu czytając, tak jakby się wyłącza ze świata żywych. Tylko głośny i nagły dźwięk może ją wybudzić z tego „transu”, jak to nazywa. Zabranie książki też działa, jednak ona potem się złości, także od razu odradzam.
Jej nieśmiałość to dla niektórych prawdziwa katorga, zwłaszcza dla nauczycieli. Jeśli jest proszona do przeczytania jakiegoś tekstu lub zadania, to z rumieńcami na twarzy zrobi wszystko, by tylko tego nie zrobić. Zawsze boi się o to, jak inni odbiorą jej zdanie na jakiś temat. Dlatego też nigdy się sama nie wypowiada. Nie umie przełamać tego strachu, oj nie. W sumie nawet nie próbuje, ale po co, skoro może się nie zmieniać i pozostać w swojej nieśmiałej skorupce, niczym pisklę bojące wystawić główkę na świat? Sama też nie poprosi o czyjąś pomoc, nie spyta się, czy ktoś mógłby podać jej zadanie domowe z danego przedmiotu, o którym nie usłyszała. Jej nogi od razu drżą, o rękach nie wspominając, jak i o jąkaniu się. A do tego jej ciągle nieodłączne rumieńce na policzkach. Raz lepiej widoczne, raz gorzej. Wszystko zależy od poziomu zawstydzenia. W bliskich z kimś stosunkach cała jej twarz w mig może stać się cała czerwona, jakby była po jakimś większym wysiłku. Nie ma i nigdy nie miała na to wpływu, ale jej samej to nie przeszkadza. Po kilku minutach i tak to przechodzi, prawda? No dobra... może po kilkunastu.
A odwagi to ona żadnej nie ma. Wiecznie boi się wszystkiego. Samo zawołanie jej imienia wzbudza u niej strach, że coś na starcie źle zrobiła. Zawsze obawia się tego, jak ludzie o niej myślą, co mówią. Czy mają ją za najzwyklejszą dziewczynkę na świecie, czy za tą syrenę, która swoim śpiewem ciągle zwodzi młodych i starszych mężczyzn? Ta myśl prawie zawsze nie daje jej spokoju. Ona nie lubi tej swojej natury. Marzy, by stać się normalna, by nie mieć swoich syrenich genów. By zataić to przed wszystkimi. Jednakże nauczyciele w szkołach nie pomagali. Ich ciągłe zamartwienie się blondynką, żeby się przypadkiem nagle nie przemieniła czy by nagle kogoś nie zahipnotyzowała swoim głosem. Ludzie są w ten sposób okrutni. Ona oczywiście mocno się stara, by nikomu nie mącić w głowie. Jednak chyba jej klasa nie podziela tej uwagi, ale cóż poradzić... Mimo tego chciałaby poznać kiedyś tego człowieka, który nie byłby zauroczony nią tylko przez syrenie geny. Całą jej osobą, może nawet samym charakterem.
Nigdy w życiu nie miała takiego przyjaciela od serca. Choć nie nazywa tak nikogo od razu. Uznaje, że prawdziwy przyjaciel powinien być z nią szczery, ufać jej, chcieć z nią przebywać cały czas oraz mówić jej o wszystkich złych rzeczach, które zaszły w jego życiu. A ona powinna robić i czuć to samo względem niego, prawda?. Tylko tak uznaje prawdziwą przyjaźń między dwiema różnymi osobami. A wtedy jest w stanie przełamać swoją naturalną nieśmiałość, lęk bycia wyśmianą. Cóż, może nadal mało się odzywa, mówi słabym głosem, jednak na pewno uśmiechnie się z raz, może dwa. A może nawet się zaśmieje? Sam jej śmiech opisywany jest jako dźwięk, który wydają malutkie dzwoneczki, gdy ktoś nimi potrząśnie.
Aparycja: Summer zawsze uważała siebie za skrzata, przez swoje 152 cm wzrostu. Jednak nie bazowała tylko na tym, pod uwagę brała także swoje inne części ciała. Szczupłą talię, wyraźne wcięcie w niej, dość chude ramiona z trochę szerszymi bioderkami, nieco większy biust, który wstydzi się ukazywać oraz malutkie dłonie, ledwo widoczne przez sam fakt chowania ich w swetrach. Nadmienić trzeba, że ręce zawsze ładnie jej pachną i są odpowiednio nawilżone, inaczej są strasznie suche i sam ich dotyk przeszkadza dziewczynie. Jej skórę najczęściej określa się mianem delikatnej, trochę opalonej, choć i tak zawsze perfekcyjnie widać na twarzy jej nieodłączne rumieńce.
Sami posiada duże, złotawe oczy, uważane przez jej matkę za najpiękniejsze na świecie, nigdy nieozdobione kosmetykami, które częściowo uważa za głupie. Niestety nie każdy ma okazję podziwiać samego ich koloru, gdyż sama unika jakiegokolwiek kontaktu wzrokowego z inną osobą. Trzeba jeszcze dodać, że ma ciemne blond włosy (prawie brązowe), sięgające nieco poniżej ramion oraz łatwo się elektryzujące. Wystarczy, że ktoś najzwyklej w świecie ją pogłaszcze lub poklepie po głowie, a one automatycznie zaczynają odstawać na wszystkie strony. Zawsze spięte są w dwa kucyki za pomocą kolorowych frotek, które w zwyczaju ma trzymać przed sobą. Dwa kosmyki, uwalniające się spod gumek, często zakłada za uszy w stresujących ją sytuacjach.
Jak ubiera się nasza syrenka? Dość... zwyczajnie. Jest zakochana po uszy w luźnych sweterkach z długimi rękawami, przez co codziennie takie nosi z białą koszulą pod spodem. Posiada ich multum w swojej szafie w najróżniejszych kolorach. Najchętniej ubiera do tego czarne, plisowane spódniczki, rzadziej dżinsowe spodenki. Na stopy za to nakłada swoje ukochane białe trampki przed kostkę, które przetrwały już dobre sześć lat (od tamtego czasu stopa jej nie urosła), a jej cały strój uzupełniają czarne zakolanówki, tylko te wełniane.
Pokój: 34
Współlokator: -
Zainteresowania: Czym się interesuje jasnooka? Prosta odpowiedź: książkami. Czyta je w masowej ilości, prawie w każdym miejscu. Akcyjne, kryminalistyczne, romanse — każdy gatunek jej pasuje, naprawdę. Choć muszę przyznać, że najchętniej sięga jednak po te przygodowe, które jednocześnie należą do jej ulubionych. Trzeba też dodać, że oprócz książek interesowała się też kiedyś grą na pianinie i fortepianie, zwłaszcza gdy jej mama jeszcze żyła. Nauczyła ją, jak grać pewną melodię z jej ulubionego filmu. "Kołysanka dla Belli" czasem niespodziewanie zaczyna chodzić jej po głowie.
Moce:
- Przemiana - jak u każdej syreny, blondynka potrafi swoje ludzkie nogi zmienić w rybi ogon i odwrotnie — swój ogon w nogi. Jednak nie kontroluje tego. Samoistnie przemienia się, dotykając wody. Gdy już to zrobi, to po dziesięciu sekundach pojawia się w swojej wodnej odmianie. O dziwo jej dana bluzka też znika i zamienia się na górę od stroju kąpielowego w kolorze ogona (który jest karmelowo-złoty). Potem musi odczekać piętnaście minut, by z powrotem odzyskać swoje nogi (bluzka też jej wtedy wraca). Wraz ze zmianą w pół-rybę zyskuje niesamowite prędkości w wodzie, a samo oddychanie w niej nie sprawia jej trudności.
- Hipnoza - Summer bardzo boi się tej umiejętności. Uważa ją za najgorszą na świecie. Otóż śpiewając, każdego wokół obdarza piękną melodią, z łatwością wpadając w kolejne nuty, te najniższe, jak i te najwyższe, nie przeszkadza jej to, jakiej tonacji używa. Jednakże... to ma też swoją złą stronę. Każdy mężczyzna w pobliżu, praktycznie bez wyjątku, będzie tak oczarowany jej głosem, że zacznie zachowywać się jak zombie oraz będzie w stanie zrobić wszystko, co mu rozkaże. Oczywiście na dziewczyny też to działa, ale na pewno nie w takiej sile, jak na chłopaków.
- Kontrola - dziewczyna ma możliwość kontrolowania wody, która znajduje się zaraz obok niej. Niestety dopiero co tą umiejętność rozwija, gdyż przebudziła się u niej, gdy skończyła 16 lat. Na czym to dokładnie polega? Za pomocą ruchu palców umie podnieść ciecz na niewielką wysokość, a w akcie złości nieświadomie zmienić jej stan skupienia. Tego też się obawia... ale na pewno nie tak bardzo, jak swojego głosu.
Rodzina:
Tata Orlando Zora - kapitan statku wycieczkowego po Arelionie. Jest człowiekiem z małą domieszką żywiołaka (dziadek nim był). Strasznie opiekuńczy, ale i miły człowiek, który nie wierzy w zwykłe bajeczki, ale tylko w prawdziwą i sprawdzoną prawdę.
Mama Mikasa Zora z domu Drake - syrena tak jak jej córeczka. Kobieta o niewinnym sercu, pomagać chciała każdemu, a swoją rodzinę kochała nad życie. Sami nigdy nie poznała drugiego tak dobrego człowieka, co ona. Zginęła rok temu w wypadku samochodowym. Była wtedy w ciąży z młodszą siostrą jasnookiej, która na imię miała mieć Winter.
Pupil: Tofik
Inne:
- Do tej pory jej ulubione serie książek, to: "Spirit Animals", "Szóstka wron", "Kroniki pradawnego mroku" oraz "Młody Samuraj",
- Gdy widzi pianino lub fortepian, to natychmiast przypomina siebie i swoją mamę, gdy ją uczyła grać,
- Panicznie boi się burz z piorunami,
- Stojąc przy wyższych od siebie ludziach, zawsze porównuje siebie do małego krasnalka, a ich do wielkich olbrzymów,
- Uważa, że książki są lepsze od ich adaptacji filmowych,
- Bardzo lubi kawę z mlekiem i łyżeczką cukru,
- Ma słabość do słomek, bardzo lubi przez nie pić,
- Kompletne beztalencie w kuchni, nawet jej tam nie wpuszczajcie,
- Uwielbia kolor żółty, a jej ulubione kwiaty to śmierdziuszki (czyli aksamitki),
- Mimo bycia pół rybą nienawidzi owoców morza, a nawet ich woni,
- Jej naturalny zapach jest dość rybny, przez co musi dużo się perfumować, bo podczas stresu ta woń przybiera na sile,
- Ma bardzo pojętą pamięć i to głównie dzięki niej dostała się do klasy S.
Kontakt: Zlota123@onet.pl lub ZlotyPies (howrse)
Motto: "Szczęście to przyjemność, której się nie żałuje"
Inne zdjęcia:
Relacje: -
Ważne opowiadania: