Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Katsuki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Katsuki. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 10 lipca 2018

Od Katsukiego do Rina

Nie wierzę. Jestem gejem. Facetem, który lubi facetów. Wściekły na siebie zacisnąłem pięści, a potem spojrzałem na ogoniastego bałwana, który się czerwienił i się szczerzył. Nie wiedziałem jak mam się zachować, więc nieco się odsunąłem od ciemnowłosego i zsunąłem nogi z łóżka, patrząc przed siebie, dokładnie na ścianę. Zacząłem rozmyślać, dlaczego to się w ogóle stało. Zawsze przecież nie czułem pociągu do nikogo i niczego. Dlaczego więc tak nagle miałem się... zakochać. Chyba tak to się nazywało. Nie znam się. Nie umiem w kontakty międzyludzkie, a szczególnie te bliższe. Prychnąłem po czym strzeliłem swoimi palcami. Położyłem na moment dłonie na skroniach, usiłując w jakiś sposób to wszystko zrozumieć. Wstałem, po czym palcem zahaczyłem o swoją koszulkę, wzdychając. Nieco ja odciągnąłem od ciała, dzięki czemu mogłem spojrzeć na swój tors. Skupiłem się na miejscu, w którym było moje serce. Pokręciłem zrezygnowany głową, nie wiedząc za bardzo jak mam odebrać tą całą... miłość. Chyba. Nie wiem. Nie umiem. Pokręciłem głową z lekkim rumieńcem, który po chwili od razu zniknął.
- Co to znaczy kochać? - zapytałem nagle ogoniastego bałwana, miętoląc kołnierz koszulki.
- Na prawdę nie wiesz? - usiadł po turecku na łóżku, kładąc ogon na swoim udzie - To uczucie ciężko jest opisać słowami...
- A jak je można opisać?
Lekko się zaczerwienił i popatrzył w sufit. Dlaczego pomyślałem, że to było urocze. Tylko Ijime jest dla mnie uroczy...
 - To coś takiego, gdy drugą osobą staje się całym twoim światem i mógłbyś zginąć tylko po to, by zobaczyć jej uśmiech...
- Dlaczego miałbyś oddawać dla kogoś życie? Bohaterzy umieją zadbać o to, aby ocalić zwykłego przechodnia, ale dbają też o własne życie. Dlaczego nie będąc bohaterem, miałbym rzucać się dla kogoś w ogień. Nie rozumiem... - usiadłem obok niego.
- Bo chcesz chronić tą drugą osobę... Nie zapominaj, Katsuki, że bohaterzy też umierają chroniąc innych... I tak się nazywa najlepszych z nich. Oddali życie po to, by ktoś mógł je kontynuować...
- Gdybym miał się rzucić dla kogoś z powodu kochania, on by kontynuował to? Jak niby, skoro mógłbym nie żyć... - mruknąłem, zakładając dłonie na piersi.
- Katsuki... Nie rozum tego od deski do deski w dosłownym znaczeniu... To musisz poczuć tu. - dotknął mojego serca dłonią. - Nie tu... - a teraz pstryknął palcami w moje czoło.
- Dobrze wiesz, że dla innych nie mam serca. Ciesz się, że w ogóle się przed tobą w jakiś sposób zwierzam. - warknąłem naburmuszony. - Po co próbowałeś obiecać, skoro teraz się czepiasz, że nie kumam...
- Nie czepiam się. Po prostu musisz do tego dojść w większości sam... -zbliżył się do mojej twarzy, patrząc tajemniczo i lekko psychopatyczne - wtedy nie byłoby zabawnie.. - szepnął, a później odsunął się i uśmiechnął.
Uniosłem jedną brew do góry, a potem po chwili zastanowienia pocałowałem go w usta. Nie rozdzielając ich, posadziłem go na swoich kolanach, a potem spojrzałem mu prosto w oczy.
- Zabawnie, co? Ja jeszcze nie zacząłem się bawić. Więc mnie nauczysz, a nie, będziesz się tylko przyglądasz. Obiecywałeś. Nie znoszę oszustów. - burknąłem z zadziornym uśmieszkiem na twarzy.
- Widzę, że zaczynamy działać na własną rękę? Wolisz praktyki od teorii... Ok... - pocałował mnie. 
Poczułem coś ostrego na mojej szyi. Wydawało mi się to cholernie przyjemne. Lubiłem ból w każdej postaci, bo uważałem to za jedyną rzecz jaka pozwalała mi uwolnić te złe emocje.
- Co to jest... - zapytałem o ostrą rzecz na szyi, obejmując czarnowłosego w pasie.
- Moje paznokcie... A co?
- Miłe... Rób tak dalej... - mruknąłem mu w usta.
- Lubisz ból? Oho... Dla mnie bomba... - zaśmiał się cicho, kładąc na łóżku.
Miło spędziliśmy wolny, wieczorny czas. Zrezygnowałem z pójścia dzisiaj na walki. Nie chciało mi się po prostu, a poza tym, chciałem więcej się dowiedzieć o tym ogoniastym bałwanie. Skoro mówi, że jesteśmy sobie jakoś przeznaczeni, nie chciałem, aby był na mnie obrażony. Jakoś... Nie byłoby mi z tym dobrze...
Z samego rana obudziłem się, bo zadzwonił ktoś do mnie. Byłem zły, bo był weekend i chciałem odpocząć. Rin jeszcze spał i telefon na szczęście go nie obudził. Po odebraniu dopiero usłyszałem, kto to tak tarabanił do mnie. Prychnąłem, słuchając reprymendy od ojca, za to, że niby wyrzuciłem siostrę z pokoju. Byłem pewny, że Shiro na mnie nie nakablowała i musiał to być ktoś inny. Pokręciłem głową.
- Spadaj stary pierniku i zostaw mnie w spokoju wreszcie. Pamiętaj dziadu, że już jestem dorosły i nie potrzebuję twoich pieprzonych kazań, więc się zamknij, jak chcesz mnie jeszcze kiedyś zobaczyć na oczy. - powiedziałem donośnie, po czym rozłączyłem się, rzucając telefon na ziemię. 
Ogoniasty bałwan podskoczył i spojrzał na mnie przerażony. Zmierzyłem go spojrzenie, warcząc.
- Czego się lampisz na mnie bałwanie... - powiedziałem dość nie miło.
- Bo kurna nagle czyjś donośny krzyk dotarł do mojego ucha i nie rozniósł mi bębenków.. Co się stało?
- Nie ważne... -warknąłem, siadając obrażony na łóżku i patrzyłem na telefon z pobitą szybką, ale działający.
Rin wstał i ogonem odrzucił telefon obok na łóżko, stając przede mną.
- Gadaj, co się stało...
- Nic.... Powiedziałem przecież... - spojrzałem w podłogę.
- Nic? Po prostu nic? Wiesz, że tak cię nie nauczę tego, czego tak bardzo pragniesz, co nie?
- Ojciec, pasuje odpowiedź? - mruknąłem, zakładając dłonie na piersi.
- Posłuchaj Katsuki.... - wziął mnie za koszulkę, a nasze twarze dzieliły milimetry - Miłość to nie tylko całowanie się i obściskiwanie. Najważniejsze jest zaufanie... Mówi ci to coś?
- Tak... - odwróciłem wzrok i westchnął. - Ojciec się mnie bez końca czeka i wymaga coraz więcej...
- Znam to zbyt dobrze... - usiadł przy moim łóżku na podłodze - Lecz rada, by go olać też jest bez sensu...
- Mogę go powyzywać, klnąć... On nadal jest cholernie uparty jak świnia... - warknąłem.
- Ale nie jest nieśmiertelny i niepokonany.. - szepnął.
- Nie jest, ale nie mogę zabić ojca... Nadal ma to cholerne miano...
- Jakie "miano".. on ma w ogóle jakieś?
- Tak, miano mojego ojca... - wstałem i zacząłem drapać swoje ramiona do krwi.
- Nazywasz to "mianem"? To po prostu twój ojciec... - usiadł obok mnie na łóżku i chwycił moje rece za nadgarstki, bym się nie drapał.
Pokiwał przecząco głową. Przybliżyłem się do niego i pocałowałem go w usta.
- Ojciec... To miano... On tak mówił... - szepnąłem i przytuliłem go.



<Rinciu?>
Ilość słów: 1048

wtorek, 12 czerwca 2018

Od Katsukiego do Rina

Ło... Co ja robię. Dlaczego ja to robię. Po co ja to robię. Jestem gejem? Ale jaja... Nie no, wydaje mi się, że jakoś do niczego mnie nigdy nie ciągnęło, ale jednak teraz coś tak jebło nagle. Dziwne, ale fajne. Mocniej go objąłem w pasie, nadal nie zaprzestając tego czegoś, co nazywają pocałunkiem. Cóż, wiedziałem, że to zajebiste i tak dalej... Ale, że z tą samą płcią? Jest ze mną coś nie tak? W głębi siebie nie uważam tego za coś złego, ale wiem i już widzę reakcję mojego ojca na słowa "chyba jestem gejem". Wydziedziczyłby mnie, wywalił na zbity pysk i ujebał w klasie na najbliższe dziesięć tysięcy lat. Cóż, zakazany owoc kusi. Oj, kusi... Powaliłem Rina na łóżko, ale nie miałem żadnych... Zboczonych zamiarów. Nie wygodnie było mi stać. Zawisłem nad nim, nadal nie odrywając od niego warg. Dopiero po chwili zaczerpnąłem zachłannie powietrza, patrząc mu w oczy. Bałwan...
- No, no... Komuś się spodobało?
-Nie wiem.-mruknąłem, po czym usiadłem wygodnie na jego nogach.
Uniosłem lekko jedną brew do góry i złapałem kraniec koszulki u góry, aby nabrać więcej powietrza. Uśmiechnąłem się zadziornie, oblizując wargi.
-Chyba mi się spodobało. Kto wie...-mruknąłem, znowu wisząc nad nim.
- Rozpuściłem lód w sercu? No proszę... - zaśmiał się lekko, a jego ogon machał się, obijając o łóżko.
-To dopiero jedna z kilku warstw, bałwanie...-powiedziałem, ale nie mogąc się oprzeć, musnąłem lekko jego usta swoimi wargami.
- Coraz bardziej mnie zadziwiasz.. Przecież chciałeś niedawno, bym się zamknął, a teraz? No, no...
-Teraz będę ciebie zamykał w inny sposób.-powiedziałem, ucałowałem go ostatni raz w pierwsze lepsze miejsce na twarzy i wstałem z niego.
Pokierowałem się do swojego łóżka, na którym zaległem. Ijime usiadł na moim brzuchu, który zaczął ugniatać. O tak. Koci masaż zawsze na propsie... Rin uśmiechnął się kątem ust i lekko zaśmiał, leżał na łóżku, patrząc w sufit, a jego ogon leżał swobodnie na jego brzuchu. W sumie, ciekawie się to zapowiada. To się chyba nazywa, początkowe związki chemiczne. Nie kwas, ale... Iskrzenie? Coś takiego. No cóż, bywa i tak. Nie kumam tego i na pewno szybko tego nie skumam, ale jakieś początki są. Pokręciłem głową, głaszcząc głowę kota, który nadal dumnie mnie ugniatał. Było mi miło, bo takie rzeczy zawsze mnie uspokajały. Kocie pazurki, lekko wbijające się w moje ciało, ale nie pozostawiające żadnych ran. Takie delikatne dotykanie skóry jak szpilką. Tak, można to do tego porównać. Uśmiechnąłem się do puchatego kociaka, który lekko zaspany, ale radosny, padł na moim torsie i usnął. Niech śpi. Urocze stworzonka na to zasługują.
---
Kolejnego dnia, siedziałem od rana w szkole. Z torbą na ramieniu, stanąłem sobie na korytarzu, przeglądając coś na telefonie. Co dziwne, był to profil bałwana na portalu społecznościowym. Dodatkowo miałem w uszach słuchawki, aby spokojnie odprężyć się muzyką. Co mnie przykusiło, aby go całować... Dlaczego ja coś takiego czuję. To dziwne. Mruknąłem cicho i wysłałem mu zaproszenie do znajomych. Nie minęło dużo czasu, a usłyszałem powiadomienie, którego treść mówiła o potwierdzeniu. No to fajnie. Co teraz? Dlaczego ja go w ogóle zaprosiłem!?
Od Rin: A tobie co?Od Katsuki: Co, co?Od Rina: Ty zapraszasz mnie do znajomych? Niebywałe... Dobra, whatever, chciałeś coś?Od Katsuki: Cichaj, bałwanie. Zaprosiłem, bo mi się omcknął palec. Chciałem powiedzieć, żebyś nakarmił Ijime, bo przyjdę późno do pokoju.Od Rina: Jaasne, jaaasne. Takim przypaduniem ci się omcknął akurat na mnie. Dobra, spoko, dam mu żreć (ง'̀-'́)งOd Katsuki: A tylko zapomnij, to własnymi rękami ciebie zajebię...Od Rina: Tak, tak, przyjąłem sierżancie...
Dobra. Jakoś wybrnąłem. Jak Ijime dostanie raz więcej żarcia, nic mu nie będzie. Westchnąłem, po czym spojrzałem przed siebie. Oho, zaczyna się bajlando. Wielki dramaturg pan Bangoku przybył na scenę. Czas rozpocząć przedstawienie...
-Hej synku.-rzekł mój ojciec.
-Ta...-mruknąłem, wyciągając słuchawki z uszu.-A więc? Co chciałeś od Rina?-mruknąłem.
 -Zawiadomiłem go, że nie będzie się z tobą spoufalał. Jesteś czystokrwistym żywiołakiem. Żadne inne nadnaturalne i pomieszane dziadostwo ciebie nie dotknie.
-Nie będziesz mi wybierał znajomych. Jak chcesz pobawić się w dobrego ojca, szukaj sobie pocieszenia u Shiro. Nie dam ci sobą manipulować. A tym bardziej, zostaw tego czarnowłosego bałwana.-warknąłem.
Uderzyłem go barkiem, po czym wyminąłem z poważnym wyrazem twarzy. Cholerny paranoik. Dotknie cię brudna dłoń, splami twoją czystą krew. A co on mi kurwa w żyłach grzebie, że mi tam brudzi?! A huj wie co siedzi mojemu ojcu we łbie. W sumie mam go gdzieś. Niech mówi co chce, ja nie pozwolę, aby wielce pan dorosły wybierał mi znajomych. Żart chyba...
---
Pod wieczór wróciłem do pokoju. Rin siedział na kanapie, nieco osowiały, ale słysząc otwierane drzwi, spojrzał w ich kierunku. Potem odwrócił wzrok, patrząc w ziemię. Nie miałem zamiaru się odzywać. Przebrałem się w luźną, ciemnozieloną, wypraną już prawie z koloru koszulkę oraz ciemne dresy ze ściągaczami. Usiadłem na sofie, biorąc do ręki pilota, a potem włączając pierwszy lepszy kanał. Prócz grającego w tle telewizora, zapadła cisza. Niezręczna cisza. Chyba było to spowodowane tym, co stało się wcześniej. I ja, i on nie wyglądaliśmy teraz na tak dzielnych. Wziąłem wdech, odwracając wzrok od telewizora i zarzuciłem dłoń na oparcie sofy. Ja jebię, jaka stypa. Nie chcę się odzywać, bo i tak wjebałem się z tym zaproszeniem do znajomych. Jedyne, co sobie chyba dzisiaj obaj uświadomiliśmy, że to, co się między nami stało, nie było kwestią przypadku. Było w tym drugie dno. Nie szukałem go. Zapewne zakopane jest i nim bym je odnalazł, minęłyby miesiące, jak nie lata. Pokręciłem głową, patrząc w sufit... Ah, ta konwersacja na poziomie...
<Rin-chan?>
Ilość słów: 904

Od Katsukiego do Rina

-Pomóc?! Mam tobie pomóc?! W czym jeszcze tobie mam pomagać?!-wrzasnąłem wściekły, zaciskając dłonie w pięści.
Co za szmaciarz! Człowiek mu pomaga bez przerwy na swój sposób, płaci za jego leczenie, broni go przed kimś, kto by mu zrobił ogromną krzywdę. A on?! On oczywiście chce jeszcze pomocy, bo jej nie ma. Wiedziałem, że jest taki, jak każdy inny.
- Dobra zrozumiałem, nie musisz krzyczeć już, bo zaraz ogłuchnę...
-Święta krowa jesteś?! Chciałem ci pomóc! Dałem ci możliwość dojścia do delikwentów, obroniłem cię przed kimś, kogo byś w życiu bez sposobu nie pokonał! Czego ci jeszcze mało!-nadal wrzeszczałem wściekły na niego.
- A co, miałem ci allahy walić i wychwalać jak króla? Do delikwentów sam chciałeś, bym wstąpił i nie wiesz czy bym nie pokonał tych typów. Przypominam ci, że chciałeś mnie zabić, więc to ty się ogarnij koleś! Poza tym ty i twój tatuś jesteście niezłymi artystami i nie mam zamiaru wielbić cię za to, że dostałem po łbie od twojego ojca...
-Mój ojciec to inna sprawa! On działa jak chce, nic o tym nie wiem! A poza tym, skoro wolisz, abym ciągle na ciebie darł się, proszę, kurwa, bardzo! Jesteś nic niewartym śmieciem, który w tej szkole nie wytrzyma. Myślisz, że co? Braciszek ciebie ocali, bo jest półbogiem? Huja, a nie ocali! Jesteś nikim, zbędnym fragmentem, który można by było wyjebać.
Odwrócił wzrok ,a z jego ucha popłynęła krew. Nie odezwał się. Po prostu skierował się do balkonu z zamiarem wyjścia. Miał morderczy wzrok. O nie, umrę od tych jego fochów. Stworzyłem przed nim ścianę z ognia.
-Stój.-powiedziałem, po czym wyjąłem z kieszeni środek uspokajający od ojca.
Przyda się, choć nie do tego, czego on chciał. Zanim Rin się odwrócił, wstrzyknąłem mu środek do ciała, a ten prawie od razu padł. Majaczył coś, więc przeniosłem go na jego łóżko. Obejrzałem te jego zakrwawione uszy, po czym wykonałem odpowiednie zabiegi, aby zatrzymać krwotok. Udało mi się. Czując, że ma rozgrzane czoło, zrobiłem mu zimne kompresy, a potem jeszcze postawiłem mu ciepłą herbatę na etażerce przy łóżku. Kurwa, co ja w ogóle robię... Pojebało mnie do reszty. Pokręciłem głową, wracając na swój materac. Minęło kilka godzin, a Rin wrócił do siebie. Nie odezwałem się, ale on z kolei musiał coś powiedzieć...
- Gdzie ja jestem.. Co się stało? - powiedział ledwo przytomny, czochrając się po włosach.
-W pokoju. Zemdlałeś.-mruknąłem niechętnie, patrząc w podręcznik od języka japońskiego.
- Zemdlałem? - palcami przejechał po swoich kłach i sprawdzał ogon.
-A ty co, kurwa? Nie słyszysz? Jeszcze raz mam ci krwotok z nich zatrzymywać?-warknąłem.
- Krwotok? Po prostu nie wiem czemu miałbym zemdleć.. Nie czułem się źle ani nic..
-To źle ci się wydaje. Zemdlałeś, krwawiłeś z uszu. Zatrzymałem ci jebany krwotok i masz obok herbatę. Zamknij się już i nie wkurwiaj mnie.
- Dziękuję... To do ciebie niepodobne, ale dzięki... - był zaskoczony i zdziwiony. 
Wziął herbatę i wypił łyka. Wkurzał mnie on coraz bardziej i bardziej. Odłożyłem podręcznik, masując skronie.
-Zamknij się wreszcie. Powiedziałem coś.-warknąłem do niego.
Zmarszczył brwi i zjechał mnie wzrokiem. Wstał i poszedł na balkon. W sumie miałem go teraz w dupie. Niech spada i mi się nie pokazuje już na oczy. Nagle zauważyłem, że otrzymałem SMS-a. Prychnąłem.
Od Toga: Kaaachuuu! Chooodź do mnie. Balkon. Już. Masz ładniusiego współlokatorka. Ale jednak wolę ciebie. Kaaachuuu!
Pokręciłem niezadowolony głową. Wstałem i po prostu po przejściu na balkon, wyskoczyłem. Ujrzałem tam moją siostrę, która rzuciła się na mnie z przytulasami i tym podobnymi uczuciami. Przewróciłem oczami, idąc przed siebie. Dziewczyna uczepiła się mojego ramienia, kładąc na nim też głowę. Głupia dziewczynka. Tylko jej te emocje w głowie. Nie lubiłem tego. Jednak jak odchodziliśmy, spojrzałem kątem oka na Rina. Ten spojrzał na nas ze zdziwieniem, a następnie odwrócił wzrok w inną stronę. Usiadł na barierce.
-Kaachuuu... Wiesz, że ciebie kocham?-powiedziała dość głośno.
Głupia siostra... Zawsze okazuje tyle jebanych uczuć. Dobrze wie, że ich nie lubię, a jednak robi mi na złość. Warknąłem, patrząc na nią kątem oka.
-Zamknij się.-warknąłem.
-Ooo, kochany jesteś, Kachuu....-szepnęła i wtuliła się znowu w moje ramię.
Po kilku godzinach męczenia przez siostrę, wróciłem do pokoju. Jednak, nie wróciłem też sam. Przy moich nogach dreptały trzy koty, które potulnie miauczały i prosiły o pieszczoty. Że też cholerna Toga musiała je głaskać i karmić. Potem zostawiła mnie z nimi, a jedyne co słyszałem, to ciągłe burczenie w ich brzuchach. Uwielbiam koty, ale no kurwa, pięciu w pokoju nie zniosę. Usiadłem na łóżku, a kociaki zaczęły miauczeć potulnie i ocierać się o moje nogi. Rin się do mnie nie odzywał. Leżał bokiem, a jego ogon zwisał z łóżka. Nagle spojrzał w telefon.
-Zabieraj ode mnie te sierściuchy. Też masz ogon, więc zabieraj je.-warknąłem.
Koty jednak nie przestawały miauczeć. Wskoczyły wszystkie na raz na moje nogi i tam zaczęły się ocierać o moją twarz, dłonie i ramiona. Nie mogłem się oprzeć. Przytuliłem trzy kociaki z lekkim rumieńcem, a te wydobyły z siebie przyjemne mruczenie i widocznie
podobało się im to. Westchnąłem.
- Chyba nie potrzebujesz pomocy - zaśmiał się lekko i nadal leżał, ale odłożył telefon.
-Masz je zabrać. Ijime będzie zły.-mruknąłem, nadal tuląc koty, po chwili też głaszcząc je po ich miękkich łepkach.
- Twoje słowa przeczą twoim czynom, ale jak tam chcesz.. - leżąc bokiem wystawił rękę do kociaków i zaczął machać ogonem. 
Wydał z siebie jakby ryknięcie lub miauknięcie kota, a trzy kotki poleciały do niego wesoło. Na szczęście. Ijime bardzo szybko zajął miejsce kociaków i ułożył się na moich nogach. Pogłaskałem go i już spokojny, że nie będzie zazdrosny, rozluźniłem mięśnie. Spojrzałem kątem oka na chłopaka, który bawił się z kotami. No i dobrze. Niech sobie do niego lezą. Usłyszałem dźwięk SMS-a.
Od Toga: Kaachuu... Przepraszam, że uciekłamm >,< Tatuś chciał się ze mną spotkać.
Od Toga: Umów mnie ze swoim współlokatorem... Jest takkiii przystojnyyy.... >~<
Od Toga: Kaachu... Proszęęę.... Zrób to dla siostry.
Od Katsuki: Nie. Wal się.
Od Toga: Kaachuuu no! Jak sam tego nie zrobisz, ja to zrobię! >:(
Od Katsuki: Jebie mnie to.
Od Toga: Dobra! Przyjdę do was. Kiedyś ^^
Wiedziałem, że to nie zapowiada nic dobrego...
<Rin-chan?>
Ilość słów: 1003

środa, 30 maja 2018

Od Katsukiego do Rina

Dlaczego ten pojeb mnie ugryzł!? Zajebię gnoja! Ukatrupię go! Nie pozwolę, aby ktokolwiek dotykał mnie od tak sobie! Wściekły złapałem jego ramiona, uderzając jego plecami o ścianę. Wbrew pozorom ugryzienie było przyjemne, ale nie pozwolę sobie w kaszę dmuchać. Odsunąłem od niego gwałtownie szyję, czując, jak krew zaczyna płynąć po mojej szyi.
- Nie pozwalaj sobie...-warknąłem, zbliżając dłoń do jego twarzy.
Lekko ją podpaliłem, przez co była wręcz parząca, ale nie miałem zamiaru nią dotykać jego mordy. To tylko dla postrachu. Patrzyłem na niego z mordem w oczach. Cholerny gnój... Zabiję go...
-Nie zbliżaj się do mnie... Nie próbuj... To moja krew... Czysta krew...-moje oczy ponownie rozbłysły czerwonym blaskiem.-Nie pozwolę ci, abyś niszczył wszystko co zechcesz. Wytresuję ciebie i może wreszcie będziesz posłusznym kundlem, szmaciarzu...
- Hahahaha! Czysta krew? - odchylił głowę do tyłu, patrząc w sufit, lecz po chwili spojrzał na mnie - Bajki opowiada się dzieciom, Katsuki.... - a po chwili warknął na mnie, chcąc się wyrwać.
Uderzyłem go płomienną dłonią w brzuch, po czym pochwyciłem jego włosy bardzo mocno. Jebaniec. Nie pozwolę, aby ktoś tak do mnie mówił...
-Waruj. Psy nie mówią. Szczególnie takie pchlarze. Zamknij się i słuchaj co mówi właściciel. Nie pozwolę ci kłapać swoją mordą. -warknąłem, zaciskając dłoń jeszcze mocniej na jego kudłach.
- Nie jestem psem debilu... Puszczaj... - warknął, ukazując kły.
Szarpnąłem go za włosy jeszcze mocniej, niż wcześniej.
-Zamknij się kundlu...-warknąłem.
- Dość! - złapał mnie mocno za ręce i odepchnął, przyszpilając cieniem do podłogi. Złapał się za głowę - Starczy...
-Puszczaj mnie!-wrzasnąłem, po czym cały wręcz zapłonąłem ogniem.
Czarnowłosy został odepchnięty przez moją moc, a ja wstałem, podpalając swoje dłonie. Spomiędzy zaciśniętych zębów zaczął lecieć wręcz żarzący dym. Ze wściekłością patrzyłem na psa. Jebany szmaciarz...
-Dość tego dobrego pchlarzu... Wiedziałem, że wszyscy ludzie są tacy sami. Wielce święci... Milutcy przy ludziach, a tak naprawdę? Wszyscy są śmieciami! Nigdy nie wyrażają wdzięczności, a ich mordy tylko przyprawiają mnie o wymioty! Każdy po kolei jest kurwa nikim!-wrzasnąłem.
- W takim razie ty też... Świat taki jest jakbyś nie zauważył. Od dawien dawna... I zabierz te płomienie.... Nie zmuszaj mnie!
-Nie zabiorę, bo to jest kurwa moja moc! Jestem silny i z łatwością bym rozłożył wszystkich na łopatki i chętnie pozabijałbym każdego! Jesteście nikim! Życie nie jest kolorowe, ale ja to naprawię, rozumiesz! Będę ratował innych i gówno mnie obchodzi pierdolenie innych! Twoje szczególnie!
- Ratować? Przecież chcesz mnie zabić. Zastanów się... - zaczął do mnie podchodzić z groźnym wyrazem twarzy - Nie zabijesz z łatwością każdego... Jesteś bardzo pewny siebie i dumny... Nieładnie...
-Nie pouczaj mnie jebańcu!-wrzasnąłem i uderzyłem do podpaloną dłonią w twarz.-Jesteś nikim! Zginiesz tak, jak wszyscy! Jak jebane zwierze w klatce, a potem trzy metry pod ziemią! Nikt i to nikt mi nie powie, co mogę, a czego nie! I przestań pierdolić, bo zostanę bohaterem, czy ci się to podoba, czy nie!
- Słuchaj no, narwańcu! Chyba jeszcze na oczy ci tatuś nie pokazywał prawdziwego rozwścieczonego zwierzęcia. Tak! Jestem nikim! - zaczął się do mnie zbliżać, a wszystko wokoło zaczęło się trząść - Tak! Jestem mieszańcem! Zwierzęciem, które traci nad sobą kontrolę! Drapieżnikiem, który zabija niewinne osoby! Mój dom to żywe piekło! Ale nie wybierałem sobie tego życia! Rozumiesz?! Nie mogłem być kochanym synkiem ojca z czystą krwią! - zaczął płonąć, a pokój po chwili wypełnić się niebieskim ogniem.
-A ja pragnąłem zawsze więcej! Chciałem być silniejszy, chciałem móc więcej, aby chronić innych! Mam w dupie jakieś mieszanki, kurwa inne gówna i tym podobne! Wiesz czemu? Bo sam kurwa zabijam, aby móc stłamsić swoją chęć ciągłego "więcej"! Nie pierdol mi o tym, że ty nie mogłeś, bo każdy może! A ty?! Ty tylko umiesz powiedzieć, że nie potrafisz! Jesteś cipą, a nie facetem!-wrzasnąłem, przez co i mój ogień wypełnił pokój.
Błękit z czerwienią zmieszały się.Ogień z ogniem stworzyły jedność. Światło z światłem stworzyło jasność.Gra w Dwa Ognie się rozpoczęła.
Rin obrócił się dookoła, patrząc na ognie i złapał się dłonią mocno swojej koszulki. Wkurwił mnie tym. Wrzasnąłem w nieokreślonej częstotliwości i rzuciłem się na niego z pięściami. Podniosłem go za kołnierz. Nie dostrzegłem tego, ale moje kły bardzo delikatnie, o zaledwie parę milimetrów, się wydłużyły. Syczałem na tego pchlarza, ale ten jak głupi nadal wisiał, rozglądając się.
-Walcz kurwiu!-krzyknąłem, rzucając go na ścianę.
Tuż przed rzutem odepchnął mnie mocno, przez co upadłem i ja i on. 
- Starczy! - machnął ręką, a oba ognie połączyły się, przez co stawał się zielonkawy - Powiedziałem, starczy! - warknął lekko zmodulowanym głosem. 
Spojrzał po chwili na swoją rękę i przechylił głowę, patrząc na ogień. Zacząłem warczeć na niego. Wstałem i ponownie rzuciłem się na niego. Pchnąłem go na ścianę jeszcze mocniej, przyszpilając go do niej.
-Mam ciebie dość... Nie dość, że potrafisz tylko mówić, że coś jest zawsze źle to nawet nie usłyszałem z twoich ust jebanego dziękuję za pomoc! Raz okazałem jakąkolwiek empatię, ale to był ostatni raz. Mam w dupie uczucia innych, bo sam ich nie mam... Więc pocałuj się w swoje zasrane dupsko i nie odzywaj się więcej do mnie, niewdzięczniku...-warknąłem.
Mój ogień zgasł, a ja usiadłem na swoim łóżku. Miałem go w dupie. Wziąłem swój telefon i jak gdyby nigdy nic, zacząłem coś robić.
Kiedy ogień zgaśnie, życie przygaśnieIch uczucie nadal jednak będzie silneOgień znowu rozbłyśnieGra w Dwa Ognie nadal trwa.
<Rin-chan?>
Ilość słów: 878

sobota, 26 maja 2018

Od Katsukiego do Rina

Kiedy ten jebany bałwan zatkał się słuchawkami, miałem chęć zacząć mu wszystko wygarniać. To, że jest takim debilem, niewdzięcznikiem, hujem i wieloma innymi. Nie traktuje mnie poważnie, to i ja nie będę go tak traktował. Spojrzałem na Ijime, który warczał i bulwersował się na moją pościel. Uderzał w nią tylnymi łapkami i zawzięcie gryzł. Czym się wkurzył, nie obchodziło mnie to. Spojrzałem na swoje zakrwawione od ugryzień kota dłonie. Krew to super rzecz. Jest czerwona jak moje oczy i wręcz kusi mnie, aby ją pić litrami. Ale nie. Nie zrobię tego. Nie wiem przecież jak zareaguję na takie coś. Usłyszałem wibracje swojego telefonu, więc wziąłem go do ręki i odebrałem połączenie. Ojciec... Byłem ciekaw, co w sumie ma mi do powiedzenia. Czyżby znowu miał z czymś problem? Z resztą... Jak zawsze...
-Halo?-warknąłem do niego na dzień dobry.
-Katsuki, to ja tata. Słuchaj, masz chwilę, aby porozmawiać?-zapytał mnie.
-Może mam, może nie mam. Czego chcesz.-oparłem się wygodnie, patrząc na kota, który nadal gryzł koniec pościeli.
-Chcę, abyś powiedział temu swojemu współlokatorowi, że jutro po lekcjach ma na mnie czekać pod pokojem nauczycielskim. Muszę z nim bardzo poważnie porozmawiać. Przecież skoro z tobą mieszka, trzeba mu wyznaczyć granice, co może, a czego nie.-rzekł poważnie mój ojciec.
Jak z nim rozmawiałem, zawsze miałem wrażenie, że jego głos jest tak niski i donośny, że wszyscy słyszą co mówi, nawet jak jest to przez telefon. W pewnym sensie bardzo lubiłem jego głos. Przecież to on mi opowiadał historie o naszej rodzinie i tak przyjemnie na mnie wrzeszczał jak robiłem coś źle. Uwielbiałem robić mu na złość, aby tylko znowu usłyszeć ten krzyk. Chciałem być taki sam jak on. Jedyne czego nie chcę robić jak on to to, że nie chcę być nauczycielem. Chcę ratować ludzi swoją mocą. Każdego po kolei. Nie obchodzi mnie to, że inni uważają, że mam zadatki na złoczyńcę. Za huja nie dam zniszczyć swoich marzeń.
-Spierdalaj ojciec.-warknąłem niegrzecznie, choć dla mnie i dla niego było to normalne.
-Moja krew. -rzekł dumnie.-Więc przekaż mu to, Katsuki. Muszę iść. Zajmuję się tymi, co dzisiaj zostali w kozie.
Połączenie się zakończyło, a ja warknąłem i rzuciłem w czarnowłosego poduszką. Nie miałem zamiaru wstawać, aby tylko go trącić dłonią. To bez sensu. Chłopak zdjął słuchawki i pytająco na mnie spojrzał. Wyglądał jak debil, który właśnie został pozbawiony mózgu. Zabawne. W sumie... Wygląda tak codziennie. Może nie ma mózgu...?
-Mój ojciec kazał ci przekazać, że masz jutro zostać po lekcjach i czekać na niego pod pokojem nauczycielskim.-warknąłem niegrzecznie.
-Twój ojciec? A po co mi on?
-A skąd ja wiem po co. Masz przyjść, inaczej będziesz miał problemy. Wylądujesz u dyra i tyle z ciebie będzie.-burknąłem.
- Haha, jak zwykle... Dobra, dobra, pójdę...
-Super.-burknąłem, po czym wbiłem spojrzenie w telefon.
Po włączeniu internetu usłyszałem spam z grupy, na jakiej byłem ja oraz ci najważniejsi delikwenci. Wkurwiali mnie swoją samą obecnością, a widząc spam jakimiś głupimi wiadomościami, miałem chęć rzucić telefonem o ścianę. Warknąłem, wyciszając powiadomienia. Że też na to wcześniej nie wpadłem. Prychnąłem pod nosem, po czym wziąłem słuchawki, które wsadziłem sobie do uszu. Zamknąłem oczy i odprężyłem się nieco. Dobrze by było raz na jakiś czas całkiem się zamknąć i jedyne co zrobić, to odlecieć do własnego świata. Dlatego też to robię. Wieczorami, kiedy jest ciemno, najlepiej jest zapomnieć... Cudowne uczucie...
<Rinuś?>
Ilość słów: 545

wtorek, 15 maja 2018

Od Katsukiego do Rina

Czemu on był taki tępy? I jeszcze się dziwi, dlaczego jest ogoniastym bałwanem. Warknąłem pod nosem, szarpiąc go wręcz za ramię, w stronę znajomego medyka. Zawsze w sumie opatrywał moje rany, kiedy były one aż tak złe, że nie dałbym rady opatrzyć ich sam, a wypad do szpitala byłby ryzykowny. Czasami w czasie walk trafiali się tacy, którzy bardzo walecznie chcieli zyskać nagrody, ale nie ze mną te numery. Jestem Królem Delikwentów, Władcą Podziemi, Zabójcą z Szóstego Dystryktu. Wszystkie świnie i inne insekty, robale, grzyby, pasożyty, pijawki mają przede mną klękać. Mają drżeć przede mną. Mają się kurwa bać. O to właśnie tutaj chodzi. Wciągnąłem ogoniastego bałwana do starej rudery, znanej jako szpital ostatniego ratunku. Cóż, nazwa taka była, ale po to, aby odstraszyć władze i tym podobne straże, które momentami bardzo kusiło zwiedzanie mojego królestwa. Co to, to nie. Nie na mojej warcie. Posadziłem Rina na jedynym z krzeseł, po czym gwizdnąłem, a przy nas prawie od razu pojawił się medyk. Był to facet w podeszłym wieku, w okrągłych okularkach. Miał brodę, a jego biały kaftan lekarski u dołu był poszarpany. Kieszenie miał wypchane różnymi fiolkami, specyfikami, proszkami, maściami i innymi gównami, jakimi w sumie nie interesowałem się.
-Oho, witam Zabójcę z Szóstego Dystryktu. Kogo mi dzisiaj przyprowadziłeś? Jakieś połamane gnaty? Może chcesz oddać organy?-zapytał lekko pierdolnięty lekarz.
Uderzyłem go kolanem w brzuch, po czym wsadziłem dłonie do swoich kieszeni. Doktorek po chwili wyginania się, wrócił do normalności i obejrzał oparzenia i wszelkie nieprawidłowości na jego skórze, jakie powstały pod wpływem ognia oraz wody święconej. Ja za to miałem na to wyjebane. Ten popierdoleniec mimo tego, że jest wariatem, wie co robi. Oglądałem ściany z których raz co raz wyłaziły różne robale i inne obrzydlistwa.
-Panie Yoshimura. Ten ogoniasty pacjent jest już opatrzony. Niech pan go odprowadzi. Zapraszam do kasy.-wskazał na "recepcję".
Spojrzałem na Rina, po czym pstryknąłem go w czoło.
-Nie idź nigdzie, jasne? Masz tutaj zostać, bo się zgubisz.-warknąłem.
Dość szybkim krokiem poszedłem, zapłaciłem i miałem wyjebane na doktorka. Pochwyciłem Rina po drodze i wyszedłem z zatchłej rudery. Przeciągnąłem się i westchnąłem, a po tym strzeliłem palcami. Oj, to był zły pomysł. Czułem jak kości mi lekko gruchoczą. Chyba się jeszcze nie wyleczyły, no ale trudno. Wskazałem na drogę do wyjścia z tego miejsca.
-Wracamy do domu. Te pojebusy w każdej chwili mogą wyczuć twoją obecność, więc spierdalamy.-rzekłem poważnie.
Zacząłem bardzo szybko, ale też nie za szybko iść w stronę bramy. Czułem i słyszałem, że czarnowłosy idzie za mną, więc wiedziałem, że nie zgubił mi się. Dobrze, że stąd jest niedaleko do naszego akademika.
---
Lekko zmęczony dzisiejszym dniem, padłem na łóżko. Miałem wrażenie, że zaraz zasnę ot tak po prostu. Poczułem, jak na moich plecach łazi Ijime i zaczyna ugniatać mnie. O tak. Rób tak zatęchły pchlarzu. Choć raz na coś się przydaj... Zacząłem cicho mruczeć. Niestety ten mały zabieg nie trwał długo. Kot zwinął się w kulkę na moich plecach, a mi nie chciało się nawet ruszyć. Wziąłem telefon i zacząłem go przeglądać z tak zwaną wyjebką na lekcje. Po co mi one. Mam przecież nieprzygotowania, a zawsze mogę postraszyć uczniów, aby się zgłosili. Nie takie rzeczy przecież się robiło. Spojrzałem zza ekranu na ogoniastego bałwana, który usiadł jakiś zagubiony na swoim łóżku. Przyglądał się poważnym opatrunkom, a ja pokręciłem głową. Nie ufał, trudno. Kiedyś i tak będzie musiał mi zaufać.
<Rin?>
Ilość słów: 556

wtorek, 3 kwietnia 2018

Od Katsukiego do Rina (+16)

Usłyszałem kroki za sobą i teraz wiedziałem, ze ten debil idzie ze mną. No i dobrze. Ten ogoniasty bałwan przydałby się w delikwentach, w końcu... Same tępe banie są u nas. Wsadziłem dłonie do kieszeni, niosąc postrach na korytarzach akademików. Patrzyłem na wszystkich spod byka, a czarnowłosy szedł obok mnie z wyrazem twarzy typu "mam wyjebane". No i super. Nagle ktoś mi się napatoczył pod nogi. Jakiś mały szczeniak z chyba I klasy. Złapałem go za koszulkę na karku i podniosłem na wysokość swojej twarzy. Dzieciak zaczął piszczeć, kuląc się.
-Spierdalaj kundlu.-warknąłem, rzucając go niezbyt mocno na ścianę, a ten tam upadł i kulił się jeszcze mocniej.
Miał oklapnięte uszy i ogon, a na dodatek wydawało mi się, że skomlał. Był blady jak ściana. Żałosne. Żałosne. Żałosne. Nic z niego nie będzie, prócz jakiegoś pasztetu. Chociaż gdyby nawet go zmielili i dodali coś dobrego, kijem bym go nie tknął. Warknąłem, wkładając znowu ręce do kieszeni i podniosłem teraz głowę. Czułem jak moje spojrzenie budzi wokół strach. Miałem chęć śmiać się z tego, co się działo. To żałosne. Wyszedłem z Rinem z akademików, kierując się do pobliskiej dzielnicy. Była znana z kradzieży i innych takich. Zabójstwa tam może nie zdarzały się często, ale ludzie byli bici do nieprzytomności, mieli poważne złamania lub byli przewożeni do szpitala i trafiali na stół operacyjny. Bywa i tak, jak jakieś szczeniaki sobie dla jaj biegają po niebezpiecznej dzielnicy. Gówniażeria zawsze stara się być fajna i chce się popisać znajomym. Jakby to oni powiedzieli... Żal pl. Żałosne. Idąc ciemną ulicą, czułem na sobie spojrzenie wielu ludzi i szepty typu "To on. To ten zabójca z szóstego dystryktu." Zabawne. Prychnąłem, po czym spojrzałem na Rina.
-Trzymaj się blisko. Ten dystrykt akurat czuje postrach, ale zaraz wchodzimy do innego. Tam nie będzie już tak fajnie...-mruknąłem, po czym lekko machnąłem głową.-Stawaj obok i pilnuj kieszeni.
-Ta, zrozumiałem.
-Dobrze, że choć tyle rozumiesz ogoniasty bałwanie...-rozejrzałem się, kiedy przeszliśmy przez bramę do dystryktu śmierci.
Był on znany pod numerem sześć. To tam zazwyczaj było najniebezpieczniej. Tam odbywały się zabójstwa, pobicia do śmierci i tym podobne rzeczy. My, jako delikwenci z najbardziej znanej szkoły, mieliśmy tam kryjówkę w podziemiach i tylko ci, którzy zasłużą na to mogą dowiedzieć się, gdzie ona jest. Prychnąłem, po czym zatrzymałem dłonią Rina.
-Stój. Ktoś tutaj jest...-powiedziałem, kiedy na swoim terytorium wyczułem inny zapach.
-Słyszę trzech...- szepnął.
-Słuchaj, nie odzywaj się i w razie czego, nie pakuj się do walki-szepnąłem.-Nikt ma nie wiedzieć, jaką masz moc, jasne?-warknąłem do niego.
Dlaczego mu to powiedziałem? Sprawa jest łatwa. Każda osoba, jaka łazi po tych ulicach, zbiera informacje na temat nowych osób, po czym sprzedaje je na czarno. Mistrze zbrodni dzięki temu z łatwością odnajdują takich i zabijają ich, nim się obejrzą. Takie jest życie w tych dystryktach i nie da się tego zmienić. No cóż, zdarza się. Sam nie walczę swoją mocą. Używam do tego własnych mięśni i pięści. Nie dam, aby jakieś pomioty ulicy łamały karki moim "kolegom". Rin pokiwał do mnie głową, po czym spojrzałem na gang złożony z trzech łysoli. Jeden z nich, stojący na przedzie, był znany w szóstym dystrykcie jako "Anglik". Podobno ciągle nawija po angielsku, a na dodatek pije ze swoich ofiar krew, niczym herbatkę w po południe. Dwaj jego goryle to "Ząbek" i "Lucian". Ci to zamiast mózgu mają mięśnie, więc ich bym łatwo rozwalił na łopatki. Kłaniajcie się wyrzygane przez kota kłaki. Król Delikwentów skopie wam dupę.
-Hello, my dear... Katsuki how are you? What are you doing here?-zapytał przewodnik, zbliżając się do mnie.
-Spierdalaj jebany pedale angolu. Nie zbliżaj się, bo ci wpierdolę i się nie pozbierasz...-warknąłem.
-Of course, sweetheart. Toothie, Lucian take him!-wrzasnął.
Dwaj goryle ruszyli w moim kierunku. Spasione świniaki, którym jedyne co, to wsadzić jabłko w mordę i wsadzić na głęboki ogień. Odepchnąłem do tyłu czarnowłosego bałwana, przez co ten upadł, ale miałem co innego do zrobienia. Zajebać tych posłanników pedała angola. Przybrałem pozycję obronną, po czym czekałem na pierwszy ruch spasiaków. Zaśmiałem się. Obaj zadali atak w tym samym czasie, a ja odskoczyłem, nie mogąc powstrzymać śmiechu. Zanim się ogarnęli, ja podbiegłem i uderzyłem jednego z nich z pięści w twarz, a ten lekko się osunął na ziemię. Potem zadałem drugi, podobny atak i ten drugi opadł również. Kopnąłem jednego z nich tak, aby padł nieprzytomny, a zasiadłem na brzuchu Luciana, uderzając go morderczą salwą ciosów.
-Zgiń kurwiu! Giń! Giń! Giń!-wrzeszczałem, kiedy na moją twarz chlapała krew goryla.
Nie minęło dużo czasu, a ten stracił oddech, pobladł, a jego usta przybrały siny kolor. Błękitne oczy wywinęły się, a ja widziałem wyłącznie białka. Spojrzałem na Ząbka, który nadal był nieprzytomny i po wstaniu z trupa, zacząłem kopać drugiego. Bardzo szybko się obudził, zaczął kaszleć krwią. Podskoczyłem, po czym kolanami opadłem na jego głowę, miażdżąc ją. Jedyne co widziałem, to dosłownie wypływający mu uszami mózg oraz wyskakujące jak kukułki z zegara oczy.
-Jak pięknie! Jak cudownie!-zaśmiałem się, rozkładając dłonie na boki.-Chodź tu jebany Angolu. Policzę się jeszcze z tobą. Bo chyba lubisz, jak ktoś ci dotyka dolnych partii... Ja je dotknę nogami, gniotąc ci wszystko. Wykastruję ciebie jebańcu!-wrzasnąłem.
-Oh my god. Go away, you psycho! You are mad! Go away!-pisnął, po czym zwinął się, uciekając gdzie pieprz rośnie.
Zaśmiałem się, po czym podniosłem głowę do góry. Mój śmiech był niczym z horroru, jednak nie obchodziło mnie to. Przecież wszyscy mają znać Króla Delikwentów. Wszyscy mają się przede mną kłaniać i mówić o zabójcy z szóstego dystryktu. Spojrzałem na Rina, ocierając krew z policzka.
-No to jak ogoniasty bałwanie? Idziesz ze mną, czy się cykasz?-patrzyłem na niego szeroko otwartymi oczami.
<następne opowiadanie>
<Rin?>
Ilość słów: 921

czwartek, 29 marca 2018

Od Katsukiego do Rina

Zacząłem się śmiać jak psychopata, nadal go okładając po brzuchu. Nareszcie. Ból! Ból! Ból! Mogę go bić i robić co zechcę! Moja żywa laleczko, zabiję cię~! Zajebię jak psa!
-No i co! I co! Walcz! Pokaż mi! Pokaż jak walczysz ogoniasty prostaku! Walcz! Pokaż mi ogień! Jak nie...-przechyliłem głowę, patrząc na niego z szeroko otwartymi oczami.-Jak nie, to poharatam ci
twarzyczkę i się więcej tutaj nie pokażesz!
-Na korytarzu? Daruj sobie, nie będę demolował szkoły. O piętnastej, wodospad w lesie. Będę czekać.
-Zobaczymy, kto wygra złamasie.-uderzyłem go na do widzenia w twarz, po czym z dłoniami w kieszeniach ruszyłem do sali, aby zabrać swoje rzeczy przed dzwonkiem.
---
Fuj, las. Jak ja nie lubię tych skrzeczących stworzeń i tego zapachu stęchniałego drewna. Bleh. Żygać się chce. W moich oczach była chęć mordu. Śmiałem się jak psychopata, tylko czekając, aż będę mógł skopać tego ogoniastego zjeba. Strzeliłem kościami, po czym wszedłem na teren, gdzie znajdował się wodospad. Jakaś polanka i płynąca woda. Łaa, aplauz po prostu.
-Ogoniasty pedale! Wyłaź!-wrzasnąłem, a wtedy przede mną pojawił się czarnowłosy.
Zaśmiałem się, po czym rozłożyłem lekko dłonie, tworząc w nich wybuchy. Ogień spowodował, że moja marynarka zaczęła unosić się.
-O, dzień dobry głupia szmato...-warknąłem do niego, z psychopatycznym uśmiechem na twarzy.
-Tsh... -stał pod drzewem i syknął.
-No dawaj! Pokaż mi ten swój płomyczek!-wrzasnąłem, a wybuchy na moich dłoniach powiększyły się.
Widziałem jak ten pojeb bierze wdech. Jego naprawdę popierdoliło! To nie jest kurwa joga! Coś tam szepnął do siebie, po czym zapłonął niebieskim ogniem, który rozświetlił całą polanę. Zacząłem się śmiać i sam podpaliłem swoje ciało, przez co pomarańcz i błękit zaczęły walczyć ze sobą o większy teren rażenia.
-Walcz głupi zjebie! Pokaż mi, że jesteś w ogóle wart mojej uwagi! Pokaż mi, czy mogę dać ci szansę, abyś mógł mieć szacunek!-wrzasnąłem.
-Tylko nie piszcz, bo mam wrażliwe uszy...-jakieś czarne gówno oplotło mnie za szyję, którą oparzył mi.
Zacząłem się śmiać. Przyłożyłem dłoń do cienia, po czym stworzyłem wybuch. Nie mogłem go zniszczyć, ale mogłem osłabić światłem. W moich oczach tliła się chęć mordu. Zajebię, zabiję, powieszę, ukrzyżuję...
-No dawaj pedale! Walcz!-wrzasnąłem, po czym zacząłem tworzyć dużą kulę ognia w swoich dłoniach.-Mówisz, że masz czuły słuch...-zaśmiałem się, po czym wywołałem wybuch. 
Byłem stuprocentowo pewny, że go ogłuszyło. Bardzo szybko do niego podbiegłem, po czym
uderzyłem mocno w brzuch i powaliłem na ziemię. Działałem, póki mogłem. Tłukłem go po twarzy, śmiejąc się jak szaleniec. Nagle dostałem kopem w brzuch i nieco mnie odepchnęło. Czarnowłosy się podniósł. Z jego wargi ciekła krew, a ja jedyne co, to zacząłem się śmiać jak wariat. Czarnowłosy złapał się za uszy, patrząc na mnie.
-Nie przesadzasz trochę? Kurwa...-burknął, a ja wybuchnąłem śmiechem.
-Jeszcze nie zacząłem się nawet bawić! To dopiero była rozgrzewka!-w moich oczach było widać wyłącznie pustkę. 
Zawładnęło mną szaleństwo. Uwielbiam to! Zabiję go! Haha! Cudownie!
-Bawić co? To pobaw się samochodami z kolegami czy coś.
-Samochodami? Przecież teraz mam żywą laleczkę! Urwę jej łepek, nóżkę, a może rączkę! Haha! Będzie zabawnie!-moje spojrzenie nie było już świadome, zawładnął mną mord. 
Zacząłem się zbliżać do chłopaka, tworząc w dłoni wybuch. Niestety, przez brak samokontroli, kula ognia pękła mi w dłoni, rozwalając ją. Na ziemię zaczęła kapać, ba płynąć wręcz strużka krwi. Poczułem, że szkarłat mam też na policzku. Jak cudownie...  Patrzyłem na krew, po czym się zaśmiałem. Spojrzałem na ciemnowłosego i wystawiłem do niego dłoń.
-O zobacz! Krew! Jak dużo tego cudeńka płynie w moich i twoich żyłach... Haha! Zaraz wypruję ci flaki i zobaczę, jak to wygląda!-zaśmiałem się, po czym zlizałem krew z ręki, choć ta nadal płynęła wręcz ciurkiem.
W oczach mojego przeciwnika widziałem zdziwienie. Zmarszczył brwi, po czym spętał mi dłonie i przycisnął moją twarz do drzewa.
-Uspokój się idioto. Nie będę z tobą walczyć na śmierć i życie.
Zapaliłem się sam, przez co płomień nieco osłabił cień. Jasne jest, że światło jest dominujące nad cieniem i vice versa, ale nie mamy nocy, tylko dzień. Po chwili odchyliłem głowę do tyłu. 
-Jak nie ty, to ja! Ktoś przecież musi ci pokazać, że ze mną nie ma żartów, pedałku!-wrzasnąłem, po czym uniosłem ponownie dłoń do góry. 
Jednak właśnie wtedy się opamiętałem. Zatrzymałem dłoń w połowie drogi i patrzyłem z szeroko otwartymi oczyma na chłopaka. Zaśmiałem się, po czym w moich oczach pojawiły się jakby zalążki łez. Jednak odgoniłem je, wybuchając śmiechem.
-Co ty, niestabilny emocjonalnie czy coś?
-Jeszcze żebym ja je miał!-nadal się śmiałem, trzymając zakrwawioną dłoń w górze.
-Jesteś idiotą. - złapał moją rękę i zapalił ją.
Wyrwałem od niego dłoń. Spiorunowałem go spojrzeniem.
-Nie pomagaj mi. Nikt niech mnie nie dotyka.-warknąłem.
Czarnowłosy jednak w moich oczach mógł dojrzeć dwie emocje. Szaleństwo i chęć wyrzucenia z siebie wszystkiego. Ale co to, to nie. Nie będę zwierzał się temu pedałkowi. Jest dla mnie wyłącznie żywą lalką, którą chcę zabić... Zabić... Zabić....
-Tak, tak. Nie będę się nikomu zwierzać, bo nikt mnie nie rozumie. Gdzieś to już słyszałem. Jak nie, to nie. Płakać nie będę.- oddalił się.
-Płakać? A z resztą, huj mnie obchodzi, co ty będziesz robił. Jednak po dzisiaj, zapraszam do delikwentów. Przynajmniej wiem, że jako jedyny z grupy tych pojebów i prostaków, masz szansę ze mną wygrać.-powiedziałem, po czym nadal oglądając zakrwawioną dłoń, pokierowałem się ku akademikom.
-Heh, delikwenci co? Zastanowię się...-stał blisko wody, wpatrując się w niebo.
-Zalecam ci dołączyć. Inni ze szkoły przynajmniej nie będą ciebie wypytywali o to, co teraz zaszło. Od razu mówię, są w tej grupie sami debile, którzy mózg kryją w mięśniach. Nie myślą, przez co przegrywają.-wsadziłem dłonie do kieszeni, bebrając się w krwi.
-Taa i mam się z nimi napierdalać dla zabawy? Ciekawe...
-Nikt nie każe ci się napierdalać, ogoniasty bałwanie. Dzięki samemu dołączeniu, będziesz miał nieco łatwiej z dostaniem się tam, gdzie chcesz. Nauczyciele mają zazwyczaj w dupie wybryki poza szkołą, dlatego na lekcjach się pilnujemy. Chociaż zauważyłeś, że mają oni nawet wyjebane podczas bójek...-odwróciłem się do niego.
-Zdążyłem zauważyć... -ukucnął i wsadził dłoń w wodę.
-To fajnie. Sory za tą wargę. Odjebało mi i jestem tego pełni świadom. Więc no... Jak coś, możesz dołączyć do delikwentów. Wracasz do Akademika? Jesteś nowy, znaj moją łaskę, że zaprowadzę ciebie do pokoju...
-Ty przepraszasz mnie? Czuję się zaszczycony. Skorzystam z propozycji- wstał i podszedł do mnie.
-Zamknij mordę ogoniasty bałwanie.-uderzyłem go w czoło.-To nie zaszczyt. Tylko uświadomienie sobie tego, że powariowałem. Mogłem ciebie zabić, a zazwyczaj tego nie robię. Chociaż kto tam wie.-zacząłem przyglądać się zakrwawionej ręce.
-Heh, jeszcze mnie nie znasz, a już myślisz, że byś mnie zabił. Podoba mi się to.- spojrzał na mnie.
-A co się dziwisz? Takie płotki rozwalę w kilka minut.-prychnąłem ze śmiechem.
-Dam ci radę mistrzów. Spierdalaj jak stracę kontrolę nad sobą.- dotknął mojego ramienia i przyspieszył delikatnie.
-Jasne, nie jestem myszką, która spierdala pod miotełkę. Nie ma bata.-burknąłem.
-Jesteś pierwszą osobą, która się na to pisze. Głupi.
-No i zajebiście. A teraz, chodź. Jaki masz pokój?
Dopiero teraz zauważyłem, że już jesteśmy przed akademikami. Szybko nam zeszła droga. Może dlatego, że pierwszy raz od dwóch lat normalnie z kimś rozmawiałem?
-Eee... 49? Chyba?
-49?! Co?!-wrzasnąłem, otwierając szeroko oczy.
-Coś nie tak...?
-To mój pokój. Przecież my się pozabijamy.-zaśmiałem się, mierzwiąc swoje włosy.
-Przynajmniej będziemy ginąć razem. Miło.- zaśmiałem się.
-Dobra, nie będę przecież mówił ciągle na ciebie Ogoniasty Bałwan. Jestem Katsuki Yoshimura.-podałem mu dłoń.
Zapowiada się ciekawie...
<następne opowiadanie>
<Rin?>
Ilość słów: 1204

Od Katsukiego do Lily

-Dawaj mi to.-wyciągnąłem rękę do jednego z delikwentów.
Brunet podał mi naszyjnik w kształcie łapacza snów. Obejrzałem ten śmieć, po czym prychnąłem. Wiedziałem, że te barachło może mi się przydać. Wsadziłem je sobie do kieszeni, po czym spojrzałem na młodziaka, który nadal stał przede mną i się mi przyglądał. Złapałem go za kołnierz.
-Czego się lampisz gówniarzu...-warknąłem, po czym odepchnąłem go na ścianę, a sam ruszyłem przed siebie.
Wsadziłem dłonie do kieszeni, patrząc z pogardą na osoby, jakie wymijałem. Każdy nadnaturalny, prawie każdy wręcz kulił się w miejscu gdzie stał. Prychnąłem, uśmiechając się jak psychopata. Uwielbiam ten strach. Kłaniajcie się wy małe myszki. Kot wychodzi na polowanie...
---
Dzwonek na przerwę obiadową. Zarzuciłem nogi na swoją ławkę, ziewając. Przeciągnąłem się, mając wręcz wywalone na wszystko. Do sali nagle wszedł mój ojciec, zdjąłem kulturalnie nogi z ławki, po czym wstałem.
-Witaj Katsuki. Jak się czujesz?-zapytał mnie, gładząc mnie po włosach.
Z pustym spojrzeniem odsunąłem się od ojca. Uczucia, emocje. Fuj.
-Spoko. Po co przyszedłeś?
-Twoja mama kazała mi to tobie przekazać.-dał mi jakieś zawiniątko.-Dobrze wiesz, że martwi się o ciebie.
-Ta... Spoko.-usiadłem z powrotem, wrzucając pakunek do prawie, że pustego plecaka.-Coś jeszcze? Chcę odpocząć przed lekcją.
-Nie. Trzymaj się, Katsuki.-rzekł, po czym wyszedł.
Moje nogi z powrotem wylądowały na ławce, a ja z ignorancją wszystkiego wokół, przyglądałem się temu, co było za oknem. Jakieś tam ptaki, niebo w kolorze morza oraz łażące po dziedzińcu parki, które obściskiwały się z każdym krokiem. Jaka oblecha... Spojrzałem na tablicę, po czym podniosłem dłoń do góry. Stworzyłem małe wybuchy, przyglądając się im z zaciekawieniem. Ktoś nagle wbiegł do sali. Ohooo, to ten jebany piesek co ostatnio nieco sobie nagrabił. Spojrzałem na nią z uniesioną brwią, po czym wstałem z miejsca. Kiedy ta chciała podejść bliżej, wskazałem palcem na nią.
-Nie zbliżaj się szczeniaku. Chyba, ze chcesz abym spalił ci nieco sierść...-warknąłem, uśmiechając się przy tym niczym zabójca.
-Szczeniaku?-zapytała.
-Nie nazwę ciebie psem, bo nie jesteś tego godna. Jedyne co, mogę ciebie nazwać szczylem lub jebanym sierściuchem. Takie zwierzaki nawet nie mają prawa mnie dotknąć.-zaśmiałem się.-A teraz, spierdalaj, bo twemu śmieciowi stanie się mała krzywda...-z kieszeni wyjąłem jej naszyjnik, znowu go oglądając.-Nie wiedziałem, że tamten duszek się do czegoś przyda... Ale widocznie zabrał to, co chciałem aby zabrał... Jakbym to spalił, może wtedy zrozumiałabyś, że ze mną nie ma żartów, suko...
-Oddawaj mi to!
-A tylko się zbliż, a zostanie z tego popiół. Chyba nie chcesz stracić tego co dla ciebie ważne, prawda?-zaśmiałem się, bawiąc się barachłem w rękach.
Głupia szmata... Myślała, że sobie może żartować? Co to, to nie. Ze mną nie ma żartów. A szczególnie dla takich sierściuchów. Zginie szybciej, niż zaczęła myśleć o wybaczeniu...
<Lily?>
Ilość słów: 441

sobota, 17 marca 2018

Od Katsukiego do Ktosia

(opowiadanie dostępne dla kilku osób chcących zacząć wątek)
-Spierdalaj mi z drogi cholerny szczeniaku!-krzyknąłem nagle do jakiegoś chłopaka z psimi uszami.
Ten spojrzał na mnie jakbym go bił, ale jeszcze nie zacząłem. Spiorunowałem go spojrzeniem, chwytając go za kołnierz. Uniosłem go w górę jedną ręką. Drugą dłoń zbliżyłem do jego twarzy, kładąc ją na całej jej powierzchni. Uśmiechnąłem się jak psychopata, lekko opuszczając głowę i patrząc na tego obeszczańca spod byka.
-Jeżeli natychmiast nie usuniesz się mi z drogi, obiecuję ci, że bardzo szybko spotkasz się z śmiercią, a ja tak ciebie tak załatwię, że będziesz błagał o to, aby wąchać kwiatki od spodu.-warknąłem.
Rzuciłem nim na bok, a ten poturlał się pod schody. Wsadziłem dłonie do kieszeni, a potem ruszyłem ponownie w kierunku sali, gdzie właśnie miały się odbyć moje lekcje z tym przeklętym, zamaskowanym profesorkiem z niebieskimi kudłami. Jak ja dziada nie znosiłem... W sumie jak każdego w tej szkole. Krocząc przed siebie z podniesioną głową, słyszałem bardzo ciche szepty. Oj tak, bójcie się mnie ścierwa, król idzie. Nagle ktoś mnie delikatnie trącił ramieniem. Stanąłem w miejscu, a potem spojrzałem na osobę, która mnie dotknęła. Jakaś zbiedniała blondyneczka o zielonych oczach i z kocimi uszami na głowie. Widząc machający się z tyłu przerażenia ogonek, pochwyciłem go, a potem lekko ją przyciągnąłem.
-Przeproś mnie sierściuchu.-warknąłem.
-P-Przepraszam!-wypiszczała jak mysz, a kiedy to zrobiłem, puściłem jej ogon.
Odepchnąłem ją od siebie, a sam ruszyłem dalej w swoim kierunku. Tamta chyba upadła, bo zaraz po tym jak odszedłem, chyba zbiegła się wokół niej grupka osób, wielce współczujących jej. Gardzę innymi i w sumie całym światem. Zmierzwiłem swoje włosy, a potem wsadziłem dłonie do kieszeni.
---
Po ostatniej lekcji, opuściłem budynek szkolny, a potem z torbą ruszyłem w stronę miasta. Tam obrałem kierunek do jednej z ukrytych piwnic, gdzie odbywały się nielegalne walki. Kiedy wkroczyłem w słynne sale walki, usłyszałem tłumy, które tylko już krzyczały, aby potyczka się rozpoczęła. Ja jednak nie spiesząc się, przebrałem się w mój ciemny i ulubiony strój. Ruszyłem biegiem korytarzem, a potem wyskoczyłem, rzucając się z pięściami na mojego przeciwnika. Jakie chucherko! Potem zacząłem się śmiać, kiedy ten spróbował sparować mój atak. Skumulowałem w dłoni ogień, a gdy zbliżyłem się do tego maluszka, ,,granat" wybuchł, a dzieciaczek został odepchnięty. Jak mi go w ogóle nie jest przykro. Kiedy ten próbował się podnieść, zalałem go kolejnymi uderzeniami, przez co jedyne co mógł zrobić, to piszczeć i błagać o litość. Daj mi więcej mały gnoju! Dawaj! Po chwili zemdlał, przez co walka dobiegła końca. Żałowałem. Akurat zacząłem się rozkręcać. Taki biedny, chucherko, chciał się bić. Z takimi wyłącznie do zabawy na raz. Strzeliłem palcami, a potem na arenę wszedł kolejny. Uśmiechnąłem się niczym psychopata, czekając na dalszą zabawę z tymi żałosnymi lalkami. Każda po kolei padała jak mucha, a ja uwielbiałem patrzeć, jak słabsi ode mnie liżą mi buty. Z satysfakcją spoglądałem na posiniaczone twarze, krwawiące nosy i te inne rzeczy, jakie z pewnością można zaliczyć do brutalnych. Aż miałem chęć rozwalić to całe miejsce. Adrenalina i chęć dalszego mordu rosła we mnie bez przerwy...
---
W środku nocy dotarłem do Akademika. Rzuciłem torbę pod ścianę, a sam wskoczyłem na łóżko w butach. Ziewnąłem, patrząc w sufit. Nagle coś się poruszyło przy mojej ręce i miauknęło. Spojrzałem na sierściucha, który z kolei chyba nie był zadowolony tym, że przyszedłem. Wziąłem Ijime na ręce, przez co ten syknął, a ja się uśmiechnąłem. Głupie zwierzę. Jednak dobrze, że ojciec mi takiego złośnika sprawił. Zacząłem się droczyć z pupilem, na co ten albo mruczał albo na mnie ciągle fukał. Zabawne. Po chwili popatrzyłem w okno, w którym widziałem księżyc. Uniosłem się, a kot zeskoczył ze mnie. Rozciągnąłem się, a potem przebrałem się w dresy. Z nagim torsem i pięściami obklejonymi bandażami, ustawiłem się przed workiem bokserskim, zadając raz co raz ciosy. Moje dłonie i nogi, podobnie jak całe ciało pracowały. Musiały pracować, abym był jeszcze bardziej niepokonany... Tuż nad ranem, położyłem się na łóżku i zasnąłem.
---
Następnego dnia, obudziłem się wbrew pozorom wcześnie. Ubrałem luźną, czarną koszulkę, na którą narzuciłem szarą bluzę, a do tego zwykłe, ciemne jeansy. Zmierzwiłem swoje włosy, a potem z torbą na ramieniu opuściłem pokój. Zarzuciłem dłonie na kark, a kiedy opuściłem Akademik ujrzałem grupę znanych mi osób. Chłopcy spojrzeli na mnie, a potem się uśmiechnęli, unosząc dłonie. Jeden z nich zbliżył się do mnie, jednak ja go minąłem.
-Hej Katsuki.-rzekł taki szatynek z pedałkowymi, zielonymi oczami.
-Spierdalaj.
Moje odpowiedzi były bezcenne. Tłum się rozstąpił, a ja ruszyłem w stronę szkoły. Wkraczając przez jej próg, ujrzałem jak wszyscy kierują na mnie swoje przerażone spojrzenia. Mięczaki. Ale dalej, bójcie się mnie, patrzcie i błagajcie o litość. Oj uwielbiam te pełne strachu oczka oraz te drżące kończyny. Blednijcie i pokażcie swój strach. Nagle ktoś się zderzył z moim torsem. Poczułem, jak zaczyna mi pulsować na skroni żyłka. Popatrzyłem na tą osobę z ogromnym gniewem.
-Przeproś mnie... Natychmiast...-warknąłem przez zaciśnięte zęby.
<Ktoś odważny?>
Ilość słów: 802

poniedziałek, 5 lutego 2018

Witamy- Katsuki Yoshimura

Imię i nazwisko: Katsuki Yoshimura
Pseudonim: Kacchan, Katsuś, Wybuchowiec, najlepiej ich nie używać, kiedy on jest obok. W podziemnych, nielegalnych walkach, znany jest jako Explosion.
Wiek: 19 lat
Data urodzin: 20 kwietnia
Płeć: Mężczyzna, masz jakieś wątpliwości!?
Orientacja: Biseksualny, jednak zachowuje się jak aseksualny.
Partner: Brak, w sumie to wszyscy się go boją.
Klasa: II X
Kluby: Czasami zagląda do klubu dziennikarskiego oraz do drużyny koszykówki. Nie wie czy to klub, ale przewodzi on szkolnym delikwentom.
Rasa: Żywiołak ognia
Specyfika: Chłopak wyróżnia się spośród innych tym, że jego umiejętności są bardzo destrukcyjne. Jego obaj rodzice również władali ogniem, a przez to Katsuki otrzymał czyste geny. Zazwyczaj swoich mocy używa jak ,,bomb". Z początku gromadzi ją w dłoniach, a ta wybucha pod natłokiem. To jednak skopiował od ojca, który z tego powodu jest z niego dumny. Kiedy nadużywa mocy, odczuwa ból w całych dłoniach oraz potem na ciele.
Charakter: Katsuki to zbiór wszystkich złych cech, ale w swoim wnętrzu posiada również kilka tych lepszych. Może nie jest ich wiele, bo to co jest w nim dobre to 1/10 z całości. Nosi na sobie plakietkę osoby brutalnej, aroganckiej i bardzo agresywnej. W szkole zwykle nie wybiera sobie ofiary, bo dręczy każdego, kto się do niego odezwie. Chłopak należy do osób, które cieszą się cierpieniem innych i uwielbiają wywoływać w nich ten stan. Blondyn ze swoim pragnieniem krwi oraz brutalnością łatwo odnajduje się w towarzystwie osób z nielegalnych walk, a z pewnością nie daje sobą wycierać podłóg. Jego charakter odzwierciedla jego styl walki, czyli bezlitosny atak na przeciwnika oraz całkowity brak zainteresowania otoczeniem, które jest dla niego niczym. Nie obchodzi go wtedy, czy wysadzi pobliski las, skrzywdzi osoby postronne. Jest on jednakże bardzo inteligentny, zdolny do stworzenia swojej własnej strategii. Posiada on bardzo wysokie oceny, przez co w swojej klasie jest uznawany za geniusza. Nic w tym dziwnego, skoro większość osób z klasy X ma brzydko mówiąc wyjebane na oceny. Katsuki niestety nie jest osobą, która jest stabilna psychicznie. To właśnie powoduje, że jego moce są niebezpieczne w jego posiadaniu. Dla swoich przeciwników jest zimny, nie traktuje ich w sposób przyjazny w żaden sposób. Ma chęć ich rozsadzić i to bez litości dla nikogo. Chłopak jest też znany ze swojej nieuprzejmości oraz z tego, że przeklina często. W swojej klasie jest szanowany i każdy boi się mu postawić, bo im jasne jest to, że jeżeli zadrze z tzw. ,,Królem Delikwentów" już do końca życia będzie miał przechlapane. Agresja blondyna często tłumaczona jest jego destrukcyjnymi umiejętnościami. Uaktywniają się one zawsze, kiedy jakaś z jego emocji zaczyna lekko wykraczać przed szereg. Nawet zwykłe poddenerwowanie zwykłą pogodą powoduje, że z jego dłoni od samego rana mogą strzelać iskierki, a potem niewielkie wybuchy. Żywiołak ten jest świadomy tego, że na pewno wykracza przed swój gatunek tym, że ma bardzo potężną technikę działania oraz to, że jego rodzice podarowali mu czyste geny. Chce on być wiecznie najlepszy i pierwszy we wszystkim. Nie znosi widzieć osób lepszych od niego, a jak takowe są, gardzi nimi i stawia sobie za cel przewyższenie ich. Znany jest ze swojej dumy, której przenigdy nie pozostawia z tyłu. Jego aktualnym marzeniem, jest stanie się bohaterem, co wbrew pozorom brzmi tak, jakby mówił o tym mały dzieciak. Mimo to, nie jest to możliwe ze względu na jego arogancję oraz zarozumiałość, co bardziej pasuje do złoczyńcy. Do teraz, chłopak nadal dąży do tego, aby działać dla dobra, ale jednak jego zachowanie nie wskazuje na to, że próbuje.
Aparycja: Ten oto młodzieniec na pewno jest jednym z przystojniejszych, ale chyba jego charakter odstrasza te tłumy piszczących na jego widok fanek. Nie jest może jakiś bardzo wysoki, ale ten 189 cm wzrostu robi swoje. Posiada on włosy w kolorze popielatego blondu, które ładnie kontrastują z jego czerwonymi jak krew oczami. Jego ciało jest umięśnione oraz widać, że poprzez częste używanie mocy, ma delikatnie nadpalone końcówki palców. Gdyby nie był tak agresywny wobec innych, na pewno mógłby się pochwalić swoim sześciopakiem, który wypracował poprzez swoje ćwiczenie boksu. Nie ma on jakiegoś specyficznego stylu ubierania się. Raz ma jakieś koszulki zwykłe, raz jakieś na guziki. To, co ma na sobie nigdy nie ma dla niego znaczenia, bo i tak ma wywalone na zdanie innych.
Swoje stroje do nielegalnych walk, jednak ma i one nie podlegają zmianom. Pierwszy z nich, z resztą jego ulubiony składa się z dopasowanego, czarnego bezrękawnika z dekoltem w kształcie litery ,,V" z pomarańczowym ,,X" na górnej połowie graniczącej z kołnierzem koszulki. Jego kostium posiada również pozornie metalowy kark, który wygląda trochę jak obroża z trzema dziurkami po obu stronach. Rękawy zaczynają się od bicepsa do wielkich, rękawic w kształcie granatów. Przy pasie nosi zazwyczaj kilka bomb dymnych, jednak te są wyłącznie ozdobą i nie korzysta z nich. Pas podtrzymuje workowate spodnie z ochraniaczami na kolanach. Na jego twarzy zazwyczaj widnieje maska, która ma kolor czarny, a z tyłu ma jakby ,,wybuchy".
Drugi jego kostium składa się z długiej, czerwonej peleryny, której kołnierz jest otoczony brązowym futrem. Nie posiada on wtedy żadnej koszulki, przez co wszyscy mogą ujrzeć jego umięśnione ciało. Na łokciach ma jakby ochraniacze, które są z ciemnobrązowej skóry. Na nogach ma zwykłe, czarne, workowate spodnie z szarym paskiem. Dla ozdoby, na szyi nosi typowo afrykańskie naszyjniki, a w uszach ma kolczyki w kształcie rogów w kolorze czerwieni.
Głos: Nobuhiko Okamoto
Pokój: 49
Współlokator: -
Zainteresowania: Jego pasją od dzieciństwa jest boks, jest dla niego uwolnieniem emocji i to dlatego właśnie w pokoju sprawił sobie worek bokserski. Powiązane z tym są nielegalne walki, dzięki którym kształci swoje moce i zarabia pieniądze. Uwielbia on też dręczyć innych oraz być we wszystkim najlepszym. Nie może zaprzeczyć, że czasami sobie pisze jakieś krótkie opowieści, w których jest znany jako superbohater.
Moce:
-Bakusoku Tābo-chłopak wtedy ustawia dłonie z tyłu i używa eksplozji, aby poruszyć sobą. Kiedy używa obu dłoni na ziemi, siła wybuchu jest na tyle silna, aby unieść go w górze, a za pomocą pomniejszych eksplozji utrzymuje się nad ziemią, a przy okazji nadaje sobie szybkości,
-Stun Grenade-Katsuki tworzy kulę ognia między swoimi dłońmi, która wybuchając pozostawia ogromną ilość oślepiającego światła, co ma podobny efekt do prawdziwego granatu ogłuszającego. Im przeciwnik jest bliżej, tym bardziej jest narażony na oślepienie.
-Howitzer Impact-poprzez ułożenie dłoni do ziemi, a potem użycia wybuchu, wyrzuca siebie w powietrze, a następnie spadając kręci się, tworząc z dymu tornado z sobą w środku. Tornado tworzy w środku okazję i nasila nadchodzącą eksplozję. Wraz z uderzeniem chłopaka w ziemię, uwalnia się silny wybuch.
-AP Shot-tego ruchu nie używa często. Katsuki rozciąga jedną swoją dłoń i używa drugiej dłoni, aby uformować krąg na wyciągniętej dłoni. Właśnie wtedy, chłopak uwalnia eksplozję, która przez okrąg tworzy skoncentrowany strumień. Poprzez uformowanie ścieżki wybuchu w jeden punkt, redukuje on powierzchnię ataku. Wraz z dotknięciem celu, następuje rozproszenie strumienia oraz przepotężny, niebezpieczny wybuch.
-Zwiększona siła-przez to, że ogień jest znany ze swojej siły oraz obszaru rażenia, jego moc jest silniejsza niż u innych osób. Jeżeli chce, aby jego siła była większa, musi być albo zły, albo uaktywnia ją poprzez ranienie swoich palców nacięciami.
Rodzina:
Bangoku Yoshimura- ukochany ojciec, którego uważa za swój autorytet. Wdał się w niego z wyglądu oraz z charakteru. Jego tata szanuje go i zawsze wie, że chłopak w razie kłopotów zgłosi się do niego. Nigdy nie byłoby inaczej. Czasami spotyka się, że głaszcze Katsukiego po głowie na korytarzu.
Mitsuki Yoshimura- matka, która starała się przelewać jak najwięcej miłości dla syna. Wiedziała, że bez tego wyrósłby on na bezdusznego chłopca. Teraz jednak wie, że mimo tego, że Katsuki nie daje wiele miłości i empatii, jest ona tam głęboko zapieczętowana i ujawni się w odpowiednim momencie
Shiro Yoshimura- dwunastoletnia siostra Katsukiego, która była jedyną z bliskich mu osób i akceptującą jego charakter. Jest dla niego ogromnym wsparciem, tym bardziej, że podobnie jak i braciszek jest złośliwa i nie ma wielu znajomych.
Historia: Młody pan Katsuki Yoshimura został urodzony 20 kwietnia i od początku był darzony ogromną miłością ze strony matki oraz wielkim zainteresowaniem od ojca. Nie spowodowało to jednak rozpuszczenie blondyna, bo ten utrzymywał swój okropny charakter, a po objawieniu się jego zdolności od razu został wysłany na szkolenie u swojego tatusia. Ten pokazał mu sztukę, która umożliwiła mu kumulowanie ognia, a następnie opanowanie sztuki eksplozji. Chłopak dzień w dzień starał się dorównać swojemu ojcu. Wreszcie w wieku 17 lat podniósł swój poziom na tyle, aby jego tata był z niego dumny. Matka Katsukiego starała się opiekować synem i dawać mu jak najwięcej miłości. Do teraz jednak, blondyn nie umie okazywać uczuć i jedyne co, to czasami daje oznaki osoby miłej dla swojej siostrzyczki Shiro. Chłopak w szkole ma reputację ,,Dręczyciela" i to on prowadzi grupie delikwentów w Auris. Zwykle obchodzi mu to wszystko płazem, bo jego ukochany ojczulek jest jednym z tych, którzy pilnują porządku w szkole, a na dodatek uważa on, iż jego syn nie może być jednym z tych, którzy są tak problematyczni w szkole. Katsuki, aby spełnić swoją pasję i móc dalej kształcić swoje destrukcyjne moce, z łatwością odnalazł zgłoszenia na nielegalne walki, a potem już tak się w nie wkręcił, że w podziemiach jest znany jako Explosion. Od kilku lat zdobywa wysokie noty oraz wiele zakładów jest dawane właśnie na niego. Dzięki temu, że jest na zwycięskiej pozycji, dostaje ogromne ilości pieniędzy. Może nie jest on zachłanny, ale chce mieć ich wystarczająco dużo, aby potem żyć w sielance oraz móc dalej ćwiczyć swoje umiejętności.
Pupil: Katsuki ma w pokoju kociaka o imieniu Ijime, co oznacza złośliwiec. Zwierzak ten w miarę lubi swojego właściciela, ale jak ma zły dzień, zawsze go drapie, gryzie, choć ten zwykle się z tego śmieje, bo póki co to jedyna rzecz, jaką uważa za uroczą.
Inne:
-Kiedyś tak nadużył mocy, że spowodował sobie naderwanie mięśni w lewej dłoni,
-Ma wiele blizn na dłoniach oraz na ciele,
-Walczy w nielegalnych walkach, ma specjalne kostiumy,
-Jego nastrój jest bardzo zżyty z pogodą,
-Swojego kota jako jednego uznaje za uroczego,
-Jeszcze nikogo nie obdarzył miłym zachowaniem, więc jak usłyszysz z jego ust chociażby przepraszam, uznaj to za cud,
-Marzeniem chłopaka jest stać się bohaterem, choć ma zadatki bardziej na złoczyńcę,
-Uwielbia ostre jedzenie,
Kontakt: YukiKunoka[hw]
Motto: ,,Przestań pierdolić. Wygram, bo to robią bohaterzy..."
Źródła zdjęć: Pinterest
Relacje: -
Ważne opowiadania: -
Inne zdjęcia: (po kliknięciu na zdjęcie, lepsza jakość)