Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Tęcza Przeznaczenia". Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Tęcza Przeznaczenia". Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 czerwca 2018

Od Dazai'a do Aoi

Osłupiałem, zarówno czując, jak i widząc podekscytowanie chłopaka. W parę sekund z naszego mieszkania zrobił istne wariatkowo, przy tym sam stając się jego naczelnikiem. Początkowo jedynie obdarzając syrena przepełnionym pytań oraz niezrozumienia wzrokiem, stałem wmurowany patrząc jak wali głową o szafkę. Ostatecznie, po paru sekundach jego masochistycznych aktów, zbliżyłem się do jasnowłosego i wziąłem go za fraki. Pociągnąłem go gwałtownie do góry, przy tym krzyżując z nim odmiennej natury spojrzenia, by ostatecznie złożyć stanowcze uderzenie otwartą dłonią na jego policzku.
- Po pierwsze. Ogarnij się, bo dziecko przestraszysz - mruknąłem pod nosem, patrząc jak rozchyla zaskoczony wargi. - Po drugie... Ile ty masz do cholery lat, by tak się podniecać i załamywać jednocześnie?! Rozumiem, że w tych czasach widuje się różnych ludzi, ale podziękuję histeryczce w ciele faceta - kontynuowałem, nie zważając na swą prostą szczerość. - Następnie... Skoro już dali takiej pokrace jak ty rolę, to przynajmniej postaraj się i daj z siebie wszystko! Ustal sobie jakiś cel, wybierz motywację i działaj - podsumowałem, klepiąc go przy tym po ramieniu. - Pamiętaj, by nie przynieść mi wstydu - prychnąłem, pozostawiając oszołomionego na środku pokoju. Zająłem się dokończeniem posiłku, ignorując przy tym ciągłe podniecanie się współlokatora.
Po jakiś dziesięciu minutach, podałem drobne roladki z tortilli na przygotowane do spożycia posiłku biurko. Chłopak z początku przyglądał się zaciekawiony jedzeniu, by ostatecznie spożyć drobnostkę za pomocą drewnianej wykałaczki. Gdy tylko przełknął, cała jego twarz zaczęła promieniować podekscytowaniem. Otworzył szerzej oczy.
- Dazai, to jest przepyszne! - krzyknął pan Wielce Poruszony, patrząc na mnie z iskierkami w oczach. Dorwał do siebie kolejną, nadzianą wykałaczkę. - Ucz mnie gotowania! - wydarł się, rzucając mi błagalne spojrzenie.
- Nie mów z pełną gębą kretynie, bo się zadławisz - zganiłem go stanowczym warknięciem, również biorąc do dłoni drobny patyczek. Jako, że była to idealna porcja "na raz" wsunąłem cały kawałek. - Może kiedyś - dodałem, gdy tylko przełknąłem.
Gdy po roladkach nie było już śladu, wspólnie z chłopakiem zajęliśmy się sprzątnięciem naczyń. Zająłem się zmywaniem, w trakcie gdy współlokatorowi poleciłem nakarmić Jisatsu, określając to jako podział ról niczym w przedstawieniu. Po jakiś dziesięciu minutach, mogłem spokojne paść sobie na łóżko i dorwać do siebie swoją ulubioną lekturę. Ignorując przy tym wymowne spojrzenia Aoi'ego, swobodnie przeskoczyłem na odpowiednią stronę, jaką było samobójstwo poprzez utonięcie. Wczorajsza sytuacja zapewniła mnie, że gdyby nie obecność chłopaka, ze stuprocentową satysfakcją dokonałbym żywota. Utopienie się mogło być w tym przypadku nieskuteczne, przez niewystarczająco głębokie dno. Z kolei również ono mogło wspomóc kwestię utonięcia, czyli śmierć w wyniku zalania wodą dróg oddechowych. Korzystając z usłanego glonami dna, zapewne nie trudno będzie o zaplątanie się i tym samym, pozostanie na dnie już na wieki. Plan idealny...
- Czyli pora zbierać się do pracy! - powiedziałem na głos, podnosząc się przy tym na równe nogi. Do tylnej kieszeni spodni schowałem książeczkę wielkości dłoni, by następnie dorwać do siebie płaszcz.
- I zostawia nas, widzisz Jisatsu... Jaki niekochający ojciec... - wyburczał Aoi, sztucznie smutniejąc. Prychnąłem pod nosem, spoglądając na trójkę.
- Idę zarobić na rodzinę. Z tego co słyszałem, taka jest rola rodziciela płci niekoniecznie pięknej. - wzruszyłem ramionami, zbliżając się do drzwi. - Żegnam zatem. -
Westchnąłem ciężko, gdy tylko znalazłem się poza pomieszczeniem.
- Całkiem fajne miałem ostatnie dni życia... - dodałem do siebie, przechodząc szybkim krokiem przez korytarz. Nie widziała mi się śmierć z uprzednim doznaniem bólu fizycznego w wykonaniu jakiś napataczających się typów. Zaraz po wyjściu na zewnątrz spotkała mnie wymarzona niespodzianka, jaką okazał się deszcz. W zasadzie, czego można było się spodziewać po ujrzanej niedawno tęczy. Przywiodła za sobą więcej, nieco potężniejszych chmur. Taka pogoda jedynie sprzyjała mym założeniom, nie znajdzie się żaden idiota, który chciałby mnie uratować. Również sam nie będę w stanie wybrnąć z tej sytuacji, będąc już skazany pod wodą na śmierć. Podobno u końca czuje się niewyobrażalną ulgę, czego z chęcią chciałbym doznać. Z kamiennym wyrazem twarzy udałem się we wcześniej wybrane miejsce, przy tym nawet nie oglądając się na ewentualnych gapiów. Zbyteczne mi w tym momencie czyjeś zainteresowanie. Jedynie popsułoby ono moje plany.
W trakcie piętnastu minut udało mi się dojść na miejsce. Bez zastanowienia doszedłem do pomostu, gdzie też odrzuciłem swój płaszcz na przesiąknięte wodą drewno. Poprawiając poluzowany materiał owijający mój nadgarstek, oddaliłem się odrobinę od krańca gruntu. W niedzielę Bóg nakazał odpoczywać, ludzie nie pracują.
- Nie wypadałoby jutro wyzionąć ducha, narobiłbym innym roboty i problemów - pomyślałem, uśmiechając się przy tym do siebie. Pozostawiając również swoją książkę pod okryciem, odwróciłem się tyłem do krańca. Nawet jeśli pomost będzie blisko, pewne zaplątanie się o dno oraz brak umiejętności pływania, powinno zrobić swoje... Odepchnąłem się stanowczym ruchem od krańca, by po chwili zetknąć się tyłem głowy oraz plecami z chłodną taflą wody. Nie podejmując próby powrotu na powierzchnię, pozwoliłem sobie spokojnie opaść wprost na usiane naturalnymi linami dno.
Oplączcie mnie, proszę... Pozostanę z wami, aż po własny kres. Zwiążcie mnie niczym łańcuchy, nie pozwólcie zerwać się żadnej sile. Tylko tego pragnę. ~
< Aoi? Żegnaj ~ >
Ilość słów: 816

sobota, 2 czerwca 2018

Od Aoi do Dazai'a

Jedyne, o co nie musiałem się martwić w całym swoim życiu, to pieniądze. Ich akurat zawsze miałem pod dostatkiem. Nawet teraz ojciec, wysyłając mnie do szkoły, zaopatrzył mnie we własną kartę kredytową, na którą co miesiąc przychodził przelew na niebotyczne sumy. Sam opłacałem akademik, szkołę i swoje utrzymanie, ale pieniędzy zostawało jeszcze trzy razy tyle. Rodzina chciała być pewna, że nie będę jej zawracał głowy.
Jednakże doceniałem gest Dazai'a, który zabrał się za przygotowywanie, ku mej uciesze, w pełni wegetariańskiego posiłku. Ja w tym czasie zajmowałem się Jisatsu, która po przebraniu została pod opieką Nene. Nie mam pojęcia, jak to się działo, ale gdy klacz dostawała w swoje kopyta małą, ona automatycznie przestawała płakać.
– Tak mi się właśnie przypomniało – zaczął Dazai, a ja przestałem się na niego gapić. - Życiowa porada, którą na swój sposób wbito mi niegdyś do głowy... Nie ufaj nikomu. Wtedy ból po stracie, zmniejszy się do minimum. – Chłopak nie był w pełni skupiony na pomidorze, który kroił, co poskutkowało przecięciem sobie palca. Przeklął i włożył dłoń pod zimną wodą, po czym dodał ciszej. – Zapamiętaj to sobie lepiej do końca życia...
Pokręciłem głową, wstając z łóżka i podszedłem do Dazai'a.
– Nie chcę być samotny, nawet jeśli wiąże się to z bólem po stracie bliskiej osoby. Zresztą nawet po śmierci ta osoba będzie przy mnie, w moim sercu – stwierdziłem i niepewnie wyciągnąłem rękę po jego dłoń. – Mogę? – spytałem, wskazując głową na jego palec. Zranił się, robiąc obiad dla nas, więc czułbym się źle, nie pomagając mu.
Dazai podał mi dłoń, którą chwyciłem w swoją. Zamknąłem oczy, skupiając się na wodzie, a gdy ponownie je otworzyłem, po rance nie było żadnego śladu.
– Cóż... Twój wybór, twoja strata... – powiedział, przyglądając się zaciekawiony swojej dłoni, po czym wrócił do gotowania.
Ja natomiast wyjąłem z szafki naczynie i nakryłem biurko, gdyż w naszym pokoju nie pomyśleli, by do mini kuchni dodać jakiś stół. Ale chociaż była wanna...
Usiadłem na łóżku, nie wiedząc co z sobą zrobić i znowu zacząłem się gapić na Dazai'a, nie mając lepszego zajęcia. Lubiłem obserwować ludzi, a że chłopak był dla mnie nadal pełen tajemnic, powodowało, że stawało to się dziesięć razy ciekawsze.
Chciałem zacząć rozmowę, jednak zatrzymał mnie dźwięk przychodzącego MMS-a. Sięgnąłem po telefon i zamarłem, otwierając załącznik.
Nieprawdopodobnie wysoki i małomęski pisk wydobył się z mojego gardła, gdy wśród podziału ról do szkolnego musicalu "Romeo i Julia" zobaczyłem swoje nazwisko przy imieniu Romea.
– Dazai, widzisz to! Dostałem rolę! – zaśmiałem się i rzuciłem się na niego, przytulając go mocno. Po chwili odsunąłem się od niego, śmiejąc się wniebogłosy i skakałem wokół niego, wyciągając przed siebie telefon ze zdjęciem. – Zagram tytułową rolę w musicalu! Będę Romeo! Aaaaa! – piszczałem, trzymając jego ramiona, skacząc przy tym, jak małe dziecko. – Dazai! A co jak zapomnę roli?! Albo będę fałszować?! A nie! Jestem syreną, więc fałszować nie będę! Ale co jak innym się nie spodoba?! Co jak mnie wyśmieją?!
Usiadłem na ziemi i zacząłem ryczeć, waląc głową w szafkę. To była zbyt emocjonalna sytuacja...
– Nie uda mi się! Będę pośmiewiskiem! Dazaaaaaiiiii – zawodziłem, dalej uderzając czołem o drewnianą powłokę. – Nie przyjmę roli, bo na pewno coś zepsuję! Ale ja chcę w tym zagrać! Dobrze śpiewam!

< Dazai? XD Nie wiem co tutaj się stało >
Ilość słów: 540

sobota, 26 maja 2018

Od Dazai'a do Aoi

Zatrzymałem w momencie rękę chłopaka, jednocześnie odbierając mu chusteczkę i biorąc się za samodzielne wytarcie. Wcisnąłem po chwili papierek do kieszeni, jednocześnie cicho wzdychając.
- Nie rozumiem... W jakim celu użyła ona liczby mnogiej, skoro jedynym zwolennikiem tęczy w tym towarzystwie jesteś ty? - podpytałem nieco żartobliwe, przyglądając się uważnie towarzyszącej mi osobie.
- Skąd ty... - zaczął widocznie zaskoczony, przy tym pozostawiając usta z lekka uchylone.
- Tęcza te sprawy... Wiesz, na tyle głupi nie jestem! - wyszczerzyłem się z lekka, zwracając uwagę na przypisany do jego osoby znak towarowy.
- A może po prostu lubię kolorowe rzeczy, jak na przykład tęcza? - mruknął pod nosem, widocznie niezadowolony z przejrzenia swojej orientacji. Starał się bronić za wszelką cenę, co jeszcze bardziej mnie rozbawiło.
- Co za różnica! Swoją reakcją jedynie zapewniasz mnie w moich domysłach. - poklepałem chłopaka delikatnie po ramieniu, kontynuując przemarsz w kierunku powrotnym, wprost do oddalonego o jakiś kilometr akademiku. Łączenie faktów, zawsze było moim sporym atutem. Kątem oka dostrzegłem jedynie, jak Aoi załamuje bezradnie ręce i kontynuuje kroczenie parę metrów za mną.
- Byłbyś świetnym detektywem, wiesz? - wtrącił po kilku sekundach, z cichym westchnięciem.
- Nie da się ukryć, że jestem kimś w rodzaju detektywa - skinąłem delikatnie głową, poprawiając jednocześnie pozostały na mych ramionach płaszcz. - Choć w mojej "pracy" bardziej ceni się strategię niż szybką dedukcję, nie da się ukryć, że również ona jest ważnym elementem całości... - przyznałem, w pewnym sensie zgodnie z prawdą. Niekoniecznie dorastała ona do pięt rzeczywistości, lecz przynajmniej ukazałem swą robotę w dobrym świetle.
- A co dokładnie robisz? - zadał kolejne pytanie, widocznie zaciekawiony moimi "zajęciami pozalekcyjnymi". Ponownie w moich oczach przypomina bezradne oraz bezbronne dziecko, zaciekawione otaczającym je światem.
- Mówiąc bardzo ogólnie, jestem strategiem. - machnąłem obojętnie ręką, nie mając najmniejszego zamiaru opowiadać chłopakowi o szczegółach. - I tak nie zrozumiesz... - dodałem jedynie mrukiem, spoglądając przelotnie na towarzysza.
- Jesteś wojskowym? - strzelił prosto, kontynuując swe próby odgadnięcia.
- No... Można to tak ująć. - odkaszlnąłem cicho, nie mogąc świadomie przytaknąć na podobne określanie.
- Ale wszystko w porządku z tym, że ja... - zawiesił na moment wzrok, spoglądając tajemniczo w niebo. -  No wiesz... jestem gejem? - wydusił w końcu z siebie, czego następstwem był jeszcze większy, najwidoczniej przeszywający jego osobę stres.
- Jeśli mam mówić szczerze, w mojej "pracy" przyczepiono mi niegdyś metkę homoseksualisty, ze względu na brak reakcji na przeróżne, w oczach innych ładne panie. - prychnąłem pod nosem, również odwracając na moment swój wzrok gdzieś w dal. Ostatecznie, z mego gardła wydobyło się jedynie ciche chrząknięcie. - Pomijając... Chyba nie zgwałcisz mnie w nocy? - wypaliłem pierwsze, co z pytaniem chłopaka nasunęło mi się na myśl. W pierwszej kolejności dane mi było dostrzec wyraźny rumieniec na twarzy chłopaka, gdy w następnej kolejności zdawał się dławić wdychanym aktualnie powietrzem.
- Nie! Skąd ten pomysł? - wyrzucił z siebie w końcu, nad wyraz wmurowany. Z początku, w odpowiedzi rozłożyłem jedynie teatralnie swe ręce, uśmiechając się przy tym niemrawo.
- Uprzedzenie do każdego typu człowieka, bez względu na karnację, pochodzenie, rasę, czy też orientację! - ogłosiłem jednoznacznie, nieco wzruszając ramionami. Tym razem za odpowiedź posłużył mi cichy mruk towarzysza, który odebrałem z jeszcze większym rozbawieniem. Nie da się ukryć, że po tych przepysznych lodach z adwokatem, humor zaczynał mi nieźle dopisywać! Dodatkowo biorąc pod uwagę fakt bytu przemiłej pani w lodziarni, która stanowczym machnięciem nawaliła mi tej żółtawej mazi... Świat stawał się piękniejszy, choć nie przegoniło to nawet w najmniejszym stopniu mych depresyjnych problemów oraz chęci pozbycia się większości oddychających istnień. Biorąc rzecz jasna pod uwagę, również własną egzystencję. 
Wracając. Wróciliśmy do akademika w niemalże grobowej, choć akceptowalnej z obu stron ciszy, której towarzyszyły jedynie okazjonalne uwagi, najczęściej związane z otoczeniem. Podczas gdy na korytarzu opiekę nad Jisatsu oddałem w ręce współlokatora, sam zdecydowałem się jedynie zająć zakupami oraz torbą, dzieląc tym samym obowiązki po równo. Podobnie miała się sytuacja w naszym niewielkim mieszkanku, gdzie każdej osobie przypadła podobna rola. Poświęcony w pełni zakupom, rzucałem w tym czasie jedynie okazjonalne spojrzenia w kierunku chłopaka, przebierającego wrzeszczący plastik. Niańka do bachorów ze mnie kiepska, więc postanowiłem mimowolnie, wciąż wypierać się obowiązków związanych z symulatorem. Nie da się ukryć, że lepsza by była ze mnie sprzątaczka - w pełnym tego określenia znaczeniu -, niż jakaś pseudo opiekunka. Tymczasem, z uprzednio zakupionych produktów, zacząłem komponować w pełni wegetariański obiadek, dla królika oraz jego towarzysza - najpewniej szczura. W końcu...
- Będziesz gotować? - wtrącił się w moje myśli chłopak, którego wzrok na sobie czułem od dłuższych kilku chwil. Wzruszyłem ramionami, biorąc do ręki nóż.
- Jest to bardziej opłacalne zarówno dla mojego, jak i twojego portfela - wyjaśniłem krótko, oglądając przy tym idealnie naostrzony przedmiot. 
"Gdyby moim priorytetem nie była bezbolesna śmierć, dokonanie żywota poprzez wbicie sobie noża w serce, mogłoby być całkiem ciekawą opcją..." - powiedziałem do siebie w myślach, zajmując się przy tym pokrojeniem, wcześniej umytych warzyw. 
- Tak mi się właśnie przypomniało - wtrąciłem w pewnym momencie, odrywając pełnię skupienia od pomidora. - Życiowa porada, którą na swój sposób wbito mi niegdyś do głowy... - uśmiechnąłem się mrocznie, przy tym zakrywając okolice oczu odrobinę niesforną grzywką. - Nie ufaj nikomu. Wtedy ból po stracie, zmniejszy się do minimum - oświadczyłem zwięźle. Pełnię, mego aktualnego, zagarniętego do siebie spokoju przerwał nierozważny ruch mojej osoby, jakim okazała się próba przecięcia ostrym nożem własnego palca. Nie potrafiąc powstrzymać cichego przekleństwa, w momencie powędrowałem wprost pod sam kran, trzepnięciem ręki włączając wodę. - Zapamiętaj to sobie lepiej do końca życia... - syknąłem nieco ciszej, wpatrzony w swój wskazujący palec. Tak się kończą próby bycia dobrym i uczynnym, w mym wykonaniu...
< Aoi? >
Ilość słów: 934

piątek, 25 maja 2018

Od Aoi do Dazai

Uśmiechnąłem się sam do siebie. Jednak chociaż raz szczęście się do mnie uśmiechnęło i dane było mi poznać tak wspaniałą osób, jaką jest Dazai. I hej! W końcu miałem swojego pierwszego przyjaciela! Do tego najlepszego! Sam ten fakt uwalniał wszelkie pokłady euforii w moim umyśle, powodując, że uśmiech na mojej twarz stał się jeszcze szerszy.
Jedno jednak było pewne: jestem hipokrytą. Chociaż jeśli ma to się przyczynić do pomocy Dazai, to nie chciałem tego zmieniać.
– Dobrze mniemasz – odpowiedziałem lekko i wstałem w końcu z ziemi. – Daj mi piętnaście minut.
– Dziewięćset, osiemset dziewięćdziesiąt dziewięć, osiemset dziewięćdziesiąt osiem...
Potrząsnąłem głową, słysząc, jak chłopak odlicza sekundy, które mi pozostały. Chwyciłem ciuchy i pognałem do łazienki, wołając Nene. Wolałem nie zostawiać jej samej z Dazai. Klacz niechętnie poczłapała do mnie, rzucając tęskne spojrzenia w stronę Jisatsu.
Wziąłem szybki prysznic i ubrałem na siebie jeansy oraz normalną białą koszulę, której rękawy podwinąłem do łokcia. Rozczesałem włosy i spojrzałem na swoje odbicie w lustrze, chyba pierwszy raz z prawdziwym uśmiechem. Zdecydowanie ta rozmowa mi pomogła. Zacząłem czuć, że muszę coś w sobie zmienić. Odciąć się od przeszłości i żyć pełnią życia. Choćby tylko dlatego by Dazai był szczęśliwy z powodu mojej zmiany.
Z szerokim uśmiechem wróciłem do pokoju i pomogłem dopakować rzeczy Jisatsu do wózka. W końcu nie możemy zostawić dziecka samego na cały dzień w akademiku. Na sam koniec wsadziłem do kieszonki trzy pieluchy na zmianę i byliśmy gotowi do wyjścia.
– Nene chodź – zawołałem klacz, na co Dazai rozdziawił buzię.
– Nie ma mowy! Nie będę niańczył jeszcze tej pokraki!
Nene na niego prychnęła i zmniejszyła się do rozmiaru oposa, kładąc się przy naszej córeczce.
– Ona będzie niańczyła Jisatsu – odpowiedziałem, wskazując na klacz, która przytulała się do dziecka.
– Ale ty ją przewijasz! – Dazai dał za wygraną i razem opuściliśmy akademik.
Dochodziła dopiero dziewiąta, a ulice miasta były już zatłoczone. Z wózkiem ciężko było nam wejść w węższe przejścia, jednak trochę błądząc, udało nam się trafić pod Biedronkę. Tym razem nie zrobiłem z siebie pośmiewiska i wszedłem przez ruchome drzwi jak cywilizowany człowiek... a raczej syren.
– A gdzie formułka? – zapytał słodko, za co dostał kuksańca w bok.
Od razu dziwnym trafem wylądowaliśmy w dziale ze słodyczami. Patrzyłem jak zaczarowany na kolorowe opakowania wypełnione tęczowymi cukierkami. Pod wodą były tylko dwa rodzaje wodorostów, które zwano również cukrowymi. Jednak po osiemnastu latach się mi przejadły. O wiele lepiej prezentowały się tajemniczo brzmiące ,,krówki" czy ,,żelki". Tak naprawdę stąd kojarzyłem jedynie czekoladę, która okazjonalnie była importowana z lądu.
Po długim zastanowieniu, podczas którego Dazai zaczął się niecierpliwić, wybrałem najbardziej tęczowe słodycze jakie zobaczyłem. Po jednym opakowaniu pianek, jakiś dziwnych długich i płaskich żelków oraz zwykłych szklanych cukierków. Dazai spojrzał na mój wybór na tle jego ,,popcornu" i pokręcił głową, mrucząc pod nosem ciche ,,wiedziałem". Na sam koniec do wózka trafiły moje wodorosty i maliny, które szczególnie mi zasmakowały oraz, co przyjąłem ze wzdrygnięciem, mrożony krab dla Dazai.
Na szczęście zakupów nie było zbyt dużo, więc wszystkie zmieściły się w dolnym koszyczku wózka Jisatsu. Nie chcąc wracać jeszcze do akademika zdecydowaliśmy się na spacer po pobliskim parku. W końcu pogoda dopisywała, a integracja z przyrodą zawsze była dobrym pomysłem.
– Co to? – spytałem, wskazując głową w kierunku prostopadłościanu z tęczą wymalowaną na boku, która szczególnie przyciągnęła moją uwagę.
– Tęcza... typowe – parsknął i pokręcił głową. – Założę się, że tego pod wodą nie macie.
I poszedł. Tak po prostu zostawił mnie z wózkiem na środku deptaka. Spojrzałem na Jistatsu, która obudziła się już jakąś godzinę temu, jednak Nene wspaniale spełniała się w roli niańki. Aktualnie mała śliniła ogon klaczy, która na to jej pozwalała bez najmniejszego sprzeciwu, a gdy ktoś chciał to przerwać, syczała na niego.
– Bierz zanim roztopi się mój punkt zaskoczenia. – Usłyszałem za sobą głos Dazai. Obróciłem się w jego stronę, biorąc jeden z rożków z zieloną kulką. – Nawet mieli wodorostowe lody.
Spojrzałem na jedzenie, nie bardzo wiedząc, co z nim zrobić, gdyż rzeczywiście nie mieliśmy tego pod wodą. Dazai westchnął teatralnie i po prostu polizał swoją kulkę. Zrobiłem to samo i po prostu mnie zatkało.
– O święty śledziu... to jest pyszne! – jęknąłem, pochłaniając swoją porcję. Nigdy w życiu nie jadłem czegoś tak dobrego.
Gdy skończyłem jeść, chciałem wręcz wylizać swoje palce, jednak nie wychowałem się w chlewie, a w pałacu, więc kulturalnie wyrzuciłem papierek do pobliskiego śmietnika. Z uśmiechem odwróciłem się do Dazai, chcąc mu podziękować, jednak zauważyłem, że ubrudził się swoim czekoladowym lodem na twarzy.
– Masz tutaj brudne. – Wskazałem palcem na swoim poliku, jednak Dazai wytarł się w kompletnie innym miejscu.
– Tu? – Westchnąłem.
– Daj – mruknąłem i chwyciłem za chusteczkę. Nachyliłem się nad nim, ścierając małą kropkę z uśmiechem. Na chwilę wyłapałem jego spojrzenie i poczułem się jak we właściwym miejscu. Oczywiście, ta chwila musiała zostać zniszczona przez starszą panią, która spojrzała na nas z nienawiścią.
– Pedały – warknęła, a mnie wmurowało. Przecież my tylko... My NIC nie zrobiliśmy. Spojrzałem zszokowany na Dazai, który powiedział...
< Dazai? >
Ilość słów: 834

Od Dazai'a do Aoi

Westchnąłem praktycznie niesłyszalnie, przy tym powoli podnosząc się na równe nogi. Siedzenie na podłodze, jest niewygodne dla mojej w pełni ubranej oraz zabandażowanej osoby. Oparłem się swobodnie o przeciwległą do chłopaka ścianę, krzyżując jednocześnie ręce.
- Wychowywał cię ojciec, jak mniemam. Stare obyczaje zgodnie z którymi córka pozostaje pod opieką matki, natomiast synem zajmuje się rodziciel... - urwałem na moment, przyglądając się jego osobie z góry. - Z naszego świata ten typ podziału obowiązków wyszedł z "użycia" szmat czasu temu, lecz jak też dobrze myślę, pod wodą wciąż coś takiego obowiązuje? - dokończyłem, unosząc przy tym pytająco brwi. Aoi nieco odwrócił wzrok w bok.
- Nie da się ukryć - odparł jakby chcąc mnie zbyć. - Co w związku z tym? - dodał tym samym jakby do siebie, zwyczajnie wpatrzony w swe dłonie.
- Nie dane ci było poznać rodzicielki, choć jak również wnioskuję, nie jest to żadną z przyczyn twych boleści. Jak można cierpieć przez osobę, którą nawet się nie zna w tak usystematyzowanym świecie... - w rzeczywistości, słowa aktualnie przeze mnie wypowiadane były zalążkiem tego, co tworzyło się w mojej głowie od kilku ostatnich dni, gdy też bez szczerych rozmów chciałem rozgryźć chłopaka. Korzystając z łatwo dostępnych w internecie informacji związanych z syrenami, udało mi się odnaleźć nazwisko współlokatora na liście syrenich książąt. Czysta, urokliwa oraz przydatna magia rozwijającej się technologii i upowszechniania przeróżnych ciekawostek. - Więc, w czym rzecz... Co takiego sprawia ci ciągłą przykrość, która kształtuje twoją aktualną, podrobioną wersję ciebie... - mruknąłem, celowo podkreślając obecność właśnie jego osoby w mych wypowiedziach. Rzecz jasna, w głowie posiadałem wiele tez mogących się przy dobrych wiatrach urzeczywistnić. Jednak, gram niepewności wciąż pozostawał w mych myślach.
- Słabość - odpowiedział jednym słowem, nie zmieniając nawet odrobinę swojej aktualnie utrzymywanej pozycji. Prychnąłem pod nosem, widocznie niezadowolony z jego aktualnej postawy. Oderwałem się od płaskiej powierzchni, robiąc przy tym kilka kroków ku chłopakowi.
- Interesuje mnie twoja historia oraz sam ty. - wypaliłem, odwzajemniając bezpośredniość. - Choć zaspokoiłoby to moją ciekawość, nie zmuszę cię do mówienia... Lecz skoro nazwałeś mnie parę minut temu swym przyjacielem, chciałbym lepiej poznać twoją przeszłość.
- Co widzisz, gdy na mnie patrzysz? - zapytał prosto, przy tym jedynie odrobinę unosząc podbródek do góry.
- Widzę osobę, którą po raz pierwszy obdarzyłem jakimkolwiek zaufaniem. Widzę również syrena, który psychicznie cierpi z niewiadomych mi przyczyn. Widzę ponadto przyjaciela, któremu w jakikolwiek sposób chcę pomóc.
- Jestem słaby, Dazai. Jestem pacyfistą, wegetarianinem o delikatnej urodzie i spokojnym charakterze, czyli tym wszystkim, czego mój ojciec nigdy nie akceptował. Zawsze byłem słaby, nawet nie miałem na to wpływu, po prostu stało się. Prawdę mówiąc jestem psychicznym wrakiem, staram się tego nie okazywać. Udawać, że jest wszystko w porządku, jednak jestem po prostu słaby... Widzisz? - przetarł niezdarnie swe policzki, które już od kilku sekund spowił drobny strumień łez. - Nawet nie potrafię normalnie o tym rozmawiać... - dopowiedział krótko, chcąc jakby upewnić mnie w przedstawionej przez siebie wersji własnej osoby.
- Czyli to właśnie, jest głównym powodem twych wszystkich zmartwień? Przeszłość, która dała ci w kość przymusowo narzuconymi osobami...? - zdecydowałem sam, dokonać próby własnego przekonania się. Postawa chłopaka, wciąż pozostawała niezmienna w stosunku do tej, prezentowanej przede mną parę minut temu. - Aoi, spójrz na mnie - wtrąciłem krótko, na co spuszczany dotychczas wzrok, został w końcu uniesiony prosto na krzyż z moim. - Jako twój prawdziwy przyjaciel, nie mam zamiaru ukrywać przed tobą żadnych, utworzonych w mojej głowie myśli. Chcę być z tobą szczery, nawet do bólu, dlatego posłuchaj... - schyliłem się nieco, by móc spojrzeć współlokatorowi prosto w twarz. - Rozśmiesza mnie twoje przejmowanie się opinią innych, w trakcie gdy sam nie chcesz na to pozwolić innym. To samo ma się do twojej słabości, której szukałeś we mnie zeszłego wieczoru. Mnie, prowadzi ona zarówno jako motywacja, jak i powód do wbijania kolejnego gwoździa do swej trumny, lecz ciebie... Już dawno zdążyła pochłonąć. Prawdziwy ty został szmat czasu temu sprowadzony przez nią na samo dno, by ostatecznie zagrzebać prawdziwego ciebie w żalach i smutku. Zamiast tego pojawiła  się błędnie przedstawiająca twoją osobę maska, której mimowolnie pozwalasz się kontrolować. Chowając ból psychiczny w szarym kącie swego mózgu, zabije i wyniszczy cię on od środka. Aoi, przeszłość, nie da rady dosięgnąć aktualnego ciebie, więc na cholerę ją tak rozpamiętujesz?! Sama jej zmiana, mogłaby mieć zły wpływ na otaczającą cię rzeczywistość! Stań się jedynym w rodzaju, myślącym śmiertelnikiem! - podniosłem przy końcu swój ton, którym jednak chciałem coś uświadomić chłopakowi. Tym razem to moja dłoń zbliżyła się do jego osoby, w celu delikatnego uniesienia podbródka współlokatora do góry. Sam przy tym, nieco się wyprostowałem. - Między innymi dzięki podobnym myślom, utrzymuje się jeszcze na tym świecie. Przeszłość, również ukształtowała ze mnie osobę nie do zabicia, do tego stopnia, że nie daję sobie rady z samobójstwem. - uśmiechnąłem się ciepło, przy tym opuszkami palców pozwalając sobie obetrzeć łzy, pozostałe na twarzy syrena. - Tymczasem. - podniosłem się gwałtownie, robiąc przy tym równie szybki obrót o sto osiemdziesiąt stopni. - Pora najwyższa się ubrać. Zakupy same się nie zrobią, jak mniemam.
<Aooi :P >
liczba słów: 837

czwartek, 24 maja 2018

Od Aoi do Dazai

Gdy Dazai przewrócił się na mnie, momentalnie się rozbudziłem. Chłopak leżał na mnie, a nasze ciała stykały się niemal na całej powierzchni. Nie wiedzieć czemu po moim kręgosłupie przebiegł dziwny dreszcz, który zniknął równie szybko, jak się pojawił. Zapatrzyłem się na twarz Dazai, a konkretnie na jedno kasztanowate oko, które było wpatrzone we mnie.
Nawet nie zauważyłem, że przez ten cały czas wstrzymywałem oddech, dopóki chłopak nie odskoczył ode mnie jak oparzony. Dopiero wtedy odetchnąłem głęboko, przecierając dłonią twarz.
– Wypatroszę, zamorduję... – warknął wściekły, przeklinając zapewne Nene, o która musiał się potknąć. – Nienawidzę bliskości... Podobnie jak dotyku... – wysyczał cichutko, jednak nie bez powodu byłem dobrym słuchaczem. W każdym tego słowa znaczeniu.
Odwróciłem się w jego kierunku, opierając głowę na łokciu.
– Każdy potrzebuje chociaż grama bliskości – stwierdziłem, uśmiechając się do niego leniwie.
– Wrzucasz wszystkich do jednego, przepełnionego przyjaźnią, tęczą i miłością worka – odpowiedział, a ja się zaśmiałem. Padłem z powrotem płasko na łóżko, obserwując chłopaka jedynie kątem oka.
– Może i tak – przyznałem mu rację – ale i tak ja wiem, że ty wiesz, że mówię prawdę. Życie jest bezbarwne bez TEJ osoby.
– Nie potrzebne mi to do życia. Wolę widzieć biel i czerń po sam kres, niż zwalać się na łeb jakiejś osobie – zadeklarował z kamienną twarzą, a ja odwróciłem się na brzuch, opierając głowę na dłoniach i posłałem mu wesoły uśmiech.
– Nie wiedziałem, że z ciebie taki altruista – zaśmiałem się, po czym dodałem pewniej. – Kiedyś zmienisz zdanie. Nie masz na to wpływu.
– Jasne i będę biegał wesoło po łące ze swoją rodzinką. Nie wiem jak ty, ale ja nie widzę siebie w takiej roli. Znając mnie, podobnych momentów nawet nie dożyję – mruknął ponuro.
Westchnąłem, siadając na łóżku. Chwyciłem delikatnie jego ramię, nachylając się nad nim.
– Dazai nie możesz tak się nastawiać w stosunku do samobójstwa. Nie tak jakby to było coś zwyczajnego. – Pokręciłem głową. – Musisz przestać myśleć o tym jak odejść z tego świata, a zacząć myśleć dlaczego powinieneś na nim zostać. Rozumiesz? Jest tyle powodów dla których warto żyć.
– Podaj mi przynajmniej jeden, dla którego osoba niszcząca inne istnienia ze stuprocentowym sukcesem jest potrzeba temu światu.
Tym razem zszedłem z materaca, siadając wprost przed nim. Zawahałem się na chwilę zanim zacząłem, jednak gdy wziąłem głęboki kojący oddech wszystko stało się trochę prostsze.
– Dazai, jesteś MI potrzebny – powiedziałem z pełną gorliwością. – Jesteś moim jedynym przyjacielem, jedyną osobą, dla której nie jestem powodem do wstydu i wiecznego niezadowolenia. Przynajmniej mam taką nadzieję – zaśmiałem się. – Właśnie rozmawiasz z najbardziej znienawidzoną i pogardzaną osobą w całym swoim rodzinnym mieście. Jako jedyny mnie akceptujesz na swój dziwaczny sposób, ale jednak. Zależy mi na twoim zdrowiu i szczęściu Dazai. I nie pozwolę byś się zabił, nie gdy mogę chociaż ci spróbować pokazać barwniejszą stronę świata.
– Uważaj bo się popłaczę – prychnął, podnosząc się na równe nogi. – Co masz na myśli, mówiąc ,,znienawidzona" osoba?
Uh, w mojej głowie brzmiało to wszystko jakoś lepiej. Wprawdzie nie liczyłem na nagłe rzucanie sobie w ramiona i łzy ulgi, jednak sarkazm był czymś, co rozważałem, jednak miałem nadzieję, że nigdy nie nastąpi.
– Syreny mają wspaniałą umiejętność zmieniania prawdy na taką, która im bardziej pasuje – stwierdziłem oględnie, wzruszając ramionami.
< Dazai? Maybe krótkie, ale nie mam zamiaru prowadzić przesłuchania na swojej postaci XD Solidarność!>
Ilość słów: 547

środa, 23 maja 2018

Od Dazai'a do Aoi

Mimowolnie obudziły mnie ciche szmery, mające swe źródło parę metrów od mojej osoby. Nieco zaniepokojony wygrzebałem się szybko spod kołdry, dorywając jednocześnie pistolet do rąk. Wycelowałem w wiadome miejsce niemalże od razu, odgarniając przy tym kilka niesfornych kosmyków, które dobierały się do moich oczu. Jak wkrótce dane mi było dostrzec, ów dźwięki wydawała kręcąca się w foteliku Jisatsu. Przekląłem plastik pod nosem, chowając broń z powrotem pod kołdrę, przy tym sięgając dłonią w poszukiwaniu telefonu. Już po chwili dane mi było dostrzec na ekraniku bardzo wczesną, poranną godzinę. Mimo to, podniosłem się powoli, chcąc udać się do łazienki zarówno za potrzebą, jak i przymusem wywieszenia, wcześniej pozostawionego w pralce prania. Ziewnąłem prawie niesłyszalnie, odrzucając na bok kołderkę, by w następnej kolejności wykonać kilka, mozolnych kroków. Będąc już prawie w wybranym pomieszczeniu, nagle, zatrzymany w półkroku zwróciłem na powrót twarz w kierunku symulatora. Zaczęła się nieznacznie kręcić w swym foteliku, przy tym machając w przeróżne strony rączkami. "Dlaczego technologia musiała się tak rozwinąć, by kupa plastiku mogła zastąpić żywą istotę...?" - zapytałem sam siebie w myślach, robiąc kolejne kroki - tym razem ku bujakowi. Spojrzałem z góry na dziecko, któremu chyba zbierało się na płacz. Wywróciwszy z lekka oczami, uchwyciłem rączkę fotelika. Zaciągnąłem tą małą pokrakę do łazienki, nie chcąc przypadkiem obudzić śpiącej, większej pokraki oraz współlokatora. Gdy tylko zaświeciłem światło i zamknąłem za sobą drzwi, przykucnąłem tuż obok dzieciaka. Oczy Jisatsu były - niestety - szeroko otwarte. Przekląłem cicho, podnosząc pseudo dziewczynkę na ręce i sprawdzając stan jej pieluchy. Na całe nieszczęście, było coś w środku. Z cichymi pomrukami nienawiści zająłem się przebraniem pampersa, co łącznie zajęło mi jakieś pięć minut. Gdy tylko brudne owicie wylądowało w śmietniku, ignorując już całkowicie plastik, zabrałem się za rozwieszenie prania. Jeśli wszystko poszłoby zgodnie z praniem, pozostawione na rurkach grzejnika rzeczy powinny wyschnąć do południa... Po jakiś piętnastu minutach pojawiłem się na powrót w większym pomieszczeniu. Oddany samowolnie przyjętej pracy, przygotowałem również jedzenie dla delikatnie bujanej - rzecz jasna przeze mnie - lalki. O dziwo, nie wydała z siebie nawet najmniejszego odgłosu protestu, jedynie grzecznie przyjmując ofiarowaną przeze mnie pomoc. Zadowolony z postawy symulatora, podświadomie rozwiałem swe powstałe już wczoraj wizje, dotyczące przypadkowego wyrzucenia ustrojstwa przez okno. Zamiast tego, zdecydowałem się na dotrzymanie jej nie-osoby do końca tego tygodnia - co jak na mnie, jest sporym progresem.
Gdy powróciłem do łóżka, mój telefon wskazywał już godzinę szóstą. Nazbyt rozbudzony wykonywanymi czynnościami, postanowiłem spędzić jeszcze jakieś pięćdziesiąt minut na samowystarczalnej rozgrywce, przerywanej okazjonalnym doglądaniem śpiącego plastiku. Dopiero gdy wybiła równa siódma, zdecydowałem się na ponowne powstanie i przejście do reszty pracy. Nie da się ukryć, że samo zajęcie się opatrunkami trochę czasu zajmuje. Szczególnie, jeśli nie chcę czuć większego dyskomfortu w chwilach wykonywania ruchów. Dokładne owinięcie przeróżnych ran, to następne pół godziny, wliczając w to rzecz jasna ubranie się oraz odbycie standardowej, porannej toaletki. Właśnie wtedy nie mając już zupełnie nic do roboty, zawyrokowałem o konieczności przebudzenia współlokatora. Stojąc nad łóżkiem chłopaka, z powagą wymalowaną na twarzy oraz zaciśniętymi na biodrach dłońmi, wlepiłem swój piorunujący wzrok prosto w jego słodko śpiącą osobę.
- Wstawaj Aoi! Jako, że jestem zmuszony zostać na weekend z tobą, przynajmniej mnie nie zanudzaj - warknąłem, uderzając delikatnie stopą w nogę łóżka. Odpowiedziały mi na to niezrozumiałe pomruki zarówno ze strony współlokatora, jak i leżącej tuż obok pokraki. Przekląłem pod nosem uświadamiając sobie, że wydarzenia z ostatniego wieczoru mogły jedynie odjąć mi parę "punktów przerażenia" w ich oczach. Wywróciłem oczami, poprawiając jednocześnie swe włosy. Gdyby nie fakt, że niestety nie wychodzi mi robienie obrzydliwego tofu, już brałbym się za jego przygotowywanie, specjalnie dla nich...
- Dazai, weekend jest właśnie po to, by odpocząć i pospać nieco dłużej... - przypomniał mi chłopak, z twarzą przyssaną do poduszki. - Daj sobie na wstrzymanie i idź jeszcze pospać. - przewrócił delikatnie głowę w bok, dzięki czemu mogłem go lepiej usłyszeć.
- Dla mnie weekendy są okresem ciężkiej pracy. Przerwami jedynie dodatkowo rozleniwisz swój organizm - wywnioskowałem, wzruszając jednocześnie ramionami. W tym momencie odprowadziłem również wzrokiem pokrakę, która jednak przebudzona, "przejęła" opiekę nad Jisatsu. - Poza tym, gdy jesteś ojcem nie ma weekendów! - fuknąłem, podając powstały w mojej głowie argument.
Odpowiedziało mi jedynie chamskie odwrócenie się na drugi bok. Prychnąłem pod nosem, chcąc w tym momencie zbliżyć się i sięgnąć dłonią po okrywający chłopaka materiał, gdy wtem przeszkodziła mi obecność pod nogami ogona pokraki. Zahaczyłem o część jej ciała stopą, co skutkowało natychmiastową utratą równowagi. Padłem oszołomiony nagle zaistniałą sytuacją, prosto na łóżko oraz samego chłopaka. W tym momencie... Dzieliło nas zdecydowanie za mało! Również pozycja w jakiej aktualnie dane nam było się znaleźć, przyprawiała mnie o mocne zażenowanie. Przeklinając w myślach kuca, jak i własną niezdarność, wlepiłem na moment wzrok prosto w jasnoniebieskie oczy Aoi'ego. Również nie wiedział co się dzieje. Gdy tylko odzyskałem swoją zdrową świadomość, odepchnąłem się gwałtownie, padając tym samym boleśnie plecami prosto na ziemię. Również czując nieprzyjemny ból z tyłu głowy, podniosłem się na tyle, na ile było mnie w tej chwili stać.
- Wypatroszę, zamorduję... - zacisnąłem mocniej pięści, przeklinając rzecz jasna niebieską pokrakę siedzącą za mną na ziemi. - Nienawidzę bliskości... Podobnie jak dotyku... - wysyczałem prawie niesłyszalnie, chcąc nagle rzucić się na kuca.

<Aooi? :3 >
liczba słów: 858

wtorek, 22 maja 2018

Od Aoi do Dazai

Usiadłem naprzeciw Dazai na ziemi, łapiąc w dłonie jego ramiona.
– Dazai, spójrz na mnie – poprosiłem, a on niechętnie podniósł lekko głowę, patrząc na mnie szklistymi oczami spod kasztanowatej grzywki. – Wiesz, co o tobie myślę? Z całą pewnością nie jesteś psem, nie jesteś również ani zwyczajny, ani bezpański, ani bezwartościowy. Dazai jesteś wyjątkowy. Rozumiesz? Jesteś sam dla siebie panem, to od ciebie zależy, kim jesteś. Narazie myślę, że jesteś tylko rozbitym chłopakiem, który próbuje znaleźć swoje miejsce w tym całym świecie. Który chowa się za bandażami. Który odpycha innych od siebie, mimo że potrzebuje kogoś, kto będzie jego podparciem i pokaże, że świat nie jest tylko w odcieniach szarości.
Kończąc, posłałem mu delikatny uśmiech, trąc jego ramiona. Dazai zaśmiał się cicho, spuszczając odrobinę wzrok na swoje dłonie.
– Możliwe – odpowiedział, po czym nagle się rozpogodził, szczerząc się w moją stronę. – Jednak, wciąż nie powiedziałem ci wszystkiego!
– Jednak jak na jeden wieczór to i tak dużo – zaśmiałem się i usiadłem obok niego, opierając się plecami od drewnianą ramę łóżka. – Czy spanie z bronią pod poduszką nie jest z lekka niewygodne? – spytałem, chcąc rozluźnić atmosferę. Choć to wszystko nadal mnie trochę przerażało, to nie okazywałem tego. Teraz liczył się Dazai, któremu chciałem pomóc za wszelką cenę.
– To by było niefunkcjonalne – odpowiedział. – Trzymam go przy dłoni, tak na wszelki wypadek.
– Boisz się, że w nocy coś ci zrobię? – zadałem najbardziej absurdalne pytanie tego wieczoru. Byłem, jestem i będę zdeklarowanym pacyfistą.
– Bardziej ta kucykowa pokraka – parsknął, na co Nene odpowiedziała mu wrogim warknięciem, budząc przy tym Jisatsu, która zaczęła płakać. – A nie mówiłem? Pokraka jak się patrzy.
Uśmiechnąłem się pod nosem i podniosłem się z ziemi. Podeszłem do bujaka i wyjąłem z niego dziecko, po czym usiadłem z powrotem na ziemi, kołysząc ją w ramionach.
– Sądzę, że Jisatsu jest smutna, bo nazwałeś ją kupą plastiku – stwierdziłem i powąchałem jej pieluchę, krzywiąc się. – Zresztą, to nie jedyna kupa. Ty musisz ją przebrać.
– Nie będę się babrał w brudnych pieluchach – odpowiedział, krzywiąc się.
Pokręciłem tylko głową z delikatnym uśmiechem i położyłem lalkę na łóżku, sięgając po gumkę, którą okiełznałem moje wchodzące mi w oczy włosy. Połaskotałem plastikowy brzuszek mojej tymczasowej córki. Jisatsu zaśmiała się, zaciskając swoje malusie dłonie w piąsteczki, z czego jedną wsadziła do buzi.
– Muszę ci zmienić sam pieluszkę, bo tatuś Dazai woli księżniczkować – wyszeptałem do niej konspiracyjnie, czego na szczęście chłopak nie usłyszał.
Po rozbrojeniu bomby przyszykowałem dla małej butelkę mleka, którą grzecznie ssała w moich ramionach. W tym celu usiadłem z powrotem na łóżko, a Nene, która dopiero co odkryła swój instynkt macierzyński, trzymała pysk w nogach dziecka.
– Chcesz ją potrzymać? – spytałem, patrząc z powrotem na Dazai.
– Spasuję – prychnął, na co wzruszyłem ramionami. Skończyłem karmić dziewczynkę, poczekałem aż jej się odbiło i w końcu zacząłem ją z powrotem usypiać. Śpiewałem przy tym cicho starą syrenią pieśń, która powoli odchodziła w zapomnienie, choć opowiadała o wspaniałej historii chłopca szukającego szczęścia.
Gdy dotarłem do jej końca mała już smacznie spała, podobnie jak Nene w rogu mojego łóżka. Uśmiechnąłem się na ten widok i odłożyłem dziecko do bujaka, przykrywając kocykiem. Na koniec spojrzałem na zegarek, który wskazywał kilka minut po północy.
– Oh, ale jest już póź... – urwałem w połowie, widząc śpiącego Dazai.
Biedny zasnął, siedząc na podłodze ze zwieszoną głową, co zapewne przyczyniłoby się do okropnego porannego bólu karku. Podszedłem do niego i delikatnie podniosłem go, wsadzając jedną rękę pod kolana, a drugą pod plecy chłopaka. Ułożyłem go na łóżku, nakrywając kołdrą, w której od razu się zakopał z niewyraźnym mruknięciem.
Mimowolnie przejechałem dłonią po jego odkrytym policzku, przyglądając się jak niewinnie i uroczo wyglądał, gdy spał. W dzień niemiły, w nocy zmieniał się w bezbronnego chłopaka. Uśmiechnąłem się delikatnie, odgarniając mu włosy z czoła.
– Dobranoc – wyszeptałem i sam poszedłem się przebrać w piżamę. Chwilę później już leżałem w łóżku, ciesząc się w duchu, że udało mi się chociaż trochę skruszyć mur otaczający Dazai.
< Dazai? >
Ilość słów: 670

Od Dazai'a do Aoi

Westchnąłem ciężko, spoglądając kątem oka na nachylonego nade mną gapia. Stał w idealnej pozycji, by jednym ciosem skrzywić mu tą ładną buźkę... Doprawdy, ciężko było mi się powstrzymać od szybkiej reakcji, na jego nazbyt bliski kontakt. Jego dociekliwość zaczyna mnie nieco irytować. Swym zachowaniem, porównać go mogę jedynie do przedszkolaka, czy też przybysza z obcej planety. Choć - czego mogłem się spodziewać po ciekawskim syrenie, który stawia swoje pierwsze kroki w ludzkim świecie.
- Nieudane próby samobójcze... - wzruszyłem z lekka ramionami, przyglądając się nieodebranym połączeniom pochodzących od przeróżnych numerów. Szczególnie wyróżniały się trzy ciągi liczb, których właściciela dobrze znałem. Wywróciwszy oczami, przymknąłem klapkę telefonu. - Taka praca. -
- Dlaczego chcesz się zabić? Jaka praca? - zadał kolejno dwa pytania, jakby z pretensją związaną z moim zbyciem. Przekląłem pod nosem.
- Masz okropnie niewyparzony język - warknąłem pod nosem, zaciskając obie dłonie w piąstki. - Ja i moja przeszłość to coś, co powinno cię najmniej interesować - kontynuowałem, wciąż nie ruszając się z aktualnie zajmowanego miejsca. Protestem w tym przypadku okazało się jego nagłe pojawienie naprzeciw mnie. Zlustrowałem postać jasnowłosego zniesmaczonym wzrokiem. Jego dziecięca dociekliwość, w końcu doprowadzi mnie do szału...
- Nie martw się. Przyjaciół za wielu nie mam, więc będę trzymał język za zębami! - zapewnił jakże przekonywująco. Istny pomruk nienawiści, mimowolnie wydobył się z mych ust. Poprawiłem szybkim ruchem dłoni swe włosy, przy tym podnosząc się nieco mozolnie na równe nogi. Stanąłem tyłem do chłopaka.
- Spójrz pod łóżko i sam sobie odpowiedz na to pytanie - odparłem cicho, jednocześnie biorąc się za poprawę swego niedbale zawiniętego opatrunku. Do mych uszu doszły jedynie ciche szmery odsuwanej kołdry oraz późniejsze stuknięcie metalu. Spodziewam się, że dla niego może to być niejasny znak, lecz mimo wszystko pozostaje mi promyczek nadziei w kwestii jakiejkolwiek próby domysłu ze strony chłopaka.
- Jeden przedmiot nie uświadomi mnie w tym kim jesteś, ani czego doznałeś - odpowiedział zgodnie z pierwszą wersją moich krótkich dedukcji.
- Tym jednym przedmiotem mogę ci przestrzelić łeb, kretynie - syknąłem stanowczo, przełykając przy tym nieco głośniej ślinę. Wynik zarówno irytacji, jak i wkrótce zdolnej do napadnięcia mnie furii. Uwielbiam prowadzić przesłuchania, lecz odwrotnej ich wersji szczerze nienawidzę.
- Więc dlaczego tego nie zrobisz? - wypalił prosto, najwyraźniej niezbyt zważając w tym momencie na swoje słowa.
- Jeśli sobie tego życzysz, mogę cię sprzątnąć w tym momencie. - zwróciłem się gwałtownie w jego stronę, w tym samym momencie zgarniając podobnego gnata, tym razem jednak spod poduszki. Przeładowałem go niemalże od razu.
- Zrobisz to? Nie rusza cię fakt, że pozbawiłeś kogoś życia? - kontynuował nadzwyczaj zaciekle, patrząc na mnie z dziwnymi, wyzywającymi iskierkami w oczach. Wycelowałem dokładnie w środek czoła współlokatora.
- Nie potrafię określić ile osób straciło życie z mojej ręki - przyznałem w końcu. - Byłbyś jedynie jednym spośród wielu.
- To jest to czego chcesz? Zabić mnie? Przy dziecku? - wypytał kolejno, nie spuszczając wzroku ze mnie nawet na moment.
- Nie interesuje mnie ta kupa plastiku. Jeśli jest taka potrzeba, zabiję nawet dziecko - rzekłem chłodnym tonem, który towarzyszył mi niemal od samego początku.
- Chcesz tego? Czy chcesz mnie zabić? - powtórzył, nakładając celowy nacisk na pierwsze oraz czwarte z kolei, kierowane wprost do mnie słowo. Utrzymywana w górze dłoń, zaczęła w tym momencie samowolnie drżeć. Jego dobitnie kierowane w moją stronę słowa, odbijały się echem w mej czaszce. Spuściłem głowę nieznacznie w dół, zaciskając przy tym nieco mocniej zęby. Odrzuciłem w momencie pistolet prosto na miękkie łóżko, mrukiem wypowiadając parę siarczystych przekleństw. Padłem z powrotem na ziemię, tyłem do towarzyszącego mi, skończonego idioty. "Nienawidzę cię..." - wyrzuciłem tylko w trakcie swego dotychczasowego milczenia. Oczy, niczym z automatu mi się zaszkliły, czemu rzecz jasna towarzyszyło delikatne szczypanie. Spuściłem jedynie swą kasztanową grzywkę, wprost na dotychczasowo prezentowane pole widzenia.
- Nie interesuje mnie żadne z istnień na tej ziemi, nawet moje własne... Gdyby zaszła taka potrzeba, czy polecenie wydane z góry, zabiłbym nawet członków swojej rodziny. Dopuściłem się rzeczy, których wyobrażenie sobie może być dla ciebie za trudne. Z mojej ręki, czy też za moim pośrednictwem zginęło wiele istnień, w tym kobiety, a nawet dzieci... - urwałem na moment, wlepiając swój przytępiały wzrok w podłogę. - Nie mogę powiedzieć, że chcę twojej śmierci, bo jest to dla mnie zwyczajnie obojętne. Nie liczą się dla mnie losy ludzkości. Nie ma to dla mnie większego znaczenia, ani wpływu - wymieniłem kolejno, podkreślając przy tym nieustannie powtarzające się przeczenie. - Choć za spust i tak bym nie pociągnął, wiedz, że kiedyś mogę nie być w na tyle dobrym humorze, by jakkolwiek próbować się powstrzymać - dodałem również, tym razem z cieniem uśmiechu na ustach. Urwałem tym samym swoją wypowiedź na jakieś kilkanaście sekund, normując tym samym nieco przybrały na tempie oddech. - Jak dobrze myślę... wystarczy ci tyle, że jestem zwyczajnym, bezpańskim psem. Bezwartościowym, niczyim podrzutkiem.
<następne opowiadanie>
<Aoi?>
liczba słów: 799

Od Aoi do Dazai

Przetarłem twarz dłońmi, gdy dopadło mnie okropne uczucie bezsilności. Czego nie zrobiłem, było źle. Na prawdę nie chciałem wrzucić Dazai do jeziora, nie moja wina, że się poślizgnął. A jednak, gdy zaczęło robić się trochę lepiej, musiałem wszystko zepsuć.
– Jesteś beznadziejny, Aoi – mruknąłem do siebie, hamując łzy, które próbowały wydostać się na zewnątrz. – I słaby.
Ze ściśniętym gardłem podpłynąłem do pomostu, na którym usiadłem przy kołach wózka. Otrzepałem mokre dłonie i sięgnąłem po płaczącą lalkę. Zmieniłem jej pieluszkę, przygotowałem buteleczkę z mlekiem i delikatnie huśtałem ją w swoich ramionach, śpiewając cicho.
– Chociaż ty mnie nie oceniasz – wyszeptałem z delikatnym uśmiechem, głaszcząc przysypiającą Jisatsu. Odłożyłem ją z powrotem do wózka i chociaż jeszcze na chwilę zanurzyłem się w wodzie, opierając się ramionami o drewno i kontynuując swój śpiew.
Dopiero, gdy mała przysnęła, wyszedłem z jeziora, wytarłem ręcznikiem i założyłem swoje ubrania. Z westchnieniem ulgi sprawdziłem swoje włosy, których odcień przybrał delikatny błękit. Czułem się o wiele lepiej, jednak do pełnego zregenerowania brakowało mi jeszcze sporo. Którejś nocy będę musiał tu przyjść i się przespać w nocy.
Pchając przed sobą wózek, skierowałem się w drogę powrotną, pilnując, by dziecko się nie obudziło. Udało mi się wnieść cały sprzęt na piętro akademika, gdzie mieścił się mój pokój. Otworzyłem drzwi i wjechałem do środka. Wózek zostawiłem w korytarzu, a Jisatsu przełożyłem do bujaka.
W łazience paliło się światło, więc w niej musiał być Dazai. Usiadłem na łóżku, krzyżując nogi i oparłem się plecami o ścianę z cichym westchnięciem. Chłopak był na mnie wściekły za coś, co zrobiłem zupełnie przypadkowo, a ja musiałem jakoś to odkręcić i go przeprosić. Gdybym tylko wiedział jak...
Chciałem coś powiedzieć, gdy Dazai wyszedł z łazienki, jednak wszystkie słowa utknęły mi w gardle przez mordercze spojrzenie, którym mnie obdarzył. Usiadł do mnie tyłem i zaczął wyciągać przemoczone rzeczy, wsuwając coś pod łóżko. Zacisnąłem dłoń na szyi Nene, którą głaskałem cały czas, gdy czekałem na chłopaka. Klacz leżała wprawdzie obok mnie, jednak cała jej uwaga była skierowana na Jisatsu, którą delikatnie kołysała. Sama z siebie.
Policzyłem w myślach do dziesięciu, po czym podniosłem się stając za chłopakiem.
– Dazai... – zacząłem, jednak on mi przerwał.
– Dzieci i ryby głosu nie mają. Jakoż zaliczasz się pod obie kategorie, milcz.
Westchnąłem i nachyliłem się nad chłopakiem, patrząc, nad czym pracuje. W dłoniach przewracał swój telefon, a gdy zauważył, że się nad nim nachylam, rzucił mi niemiłe spojrzenie przez ramię.
– Mogę to naprawić. Daj mi to – powiedziałem, wystawiając do niego dłoń.
– Nie, bo bardziej go zamoczysz. O ile się da... – prychnął, wyjmując kartę SIM.
– Nene potrafi wchłaniać wodę. Będzie jak nowy.
Klacz podniosła łeb, słysząc swoje imię.
– Ta pokraka? Nie dziękuję.
Nene prychnęła na niego, wracając do bujania lalki.
– Odkupię ci telefon, jak nie dam rady go uratować – zapewniłem, co trochę zainteresowało Dazai. – Daj mi chociaż jakoś ci to wynagrodzić.
Dazai westchnął teatralnie, podając mi swoją komórkę i kartę SIM. Wziąłem ją i podeszłem do Nene, przykładając sprzęt do jej szyi. Klacz skrzywiła się z powodu zapachu Dazai, za którym nie przepadała, ale zrobiła to, o co ją niemo prosiłem. Chwilę później złożyłem komórkę do kupy i podałem ją Dazai, który włączył ją, sprawdzając jej stan. Urządzenie rzeczywiście działało, jak przed wpadnięciem do jeziora.
Westchnąłem i usiadłem naprzeciw chłopaka przy swoim łóżku. Skrzyżowałem nogi, patrząc na Dazai.
– Przepraszam za to przy jeziorze, to był przypadek – wyjaśniłem, drapiąc się po karku.
– No okej – mruknął niechętnie i schował telefon do kieszeni.
– Jesteś nadal zły na mnie?
– Niech Bóg ci błogosławi – powiedział sarkastycznie, wykonując w moją stronę znak krzyża.
Zmarszczyłem brwi zdezorientowany, a Dazai westchnął teatralnie załamany.
– Nie, nie jestem – sprecyzował, a ja kiwnąłem głową.
Nastała niezręczna cisza, podczas której może trochę przydługo mu się przyglądałem, ale... no nie miałem niczego na swoją obronę. Choć siedział do mnie tyłem mogłem spokojnie przejechać wzrokiem po jego ciele. Począwszy od włosów, spod których wystawał biały bandaż, poprzez pasiastą koszulę, kończąc na nagich nogach pokrytych jedynie opatrunkami i wielką ilością... siniaków. Na nich moje spojrzenie zawisło dłużej. Przecież... to nie było normalne. Ktoś go pobił? A może sam sobie to zrobił? W końcu mówił, że chce popełnić samobójstwo, jednak naprawdę myślałem, że to tylko puste gadanie. I teraz czułem się z tym źle.
– Skąd masz na tyle siniaków? – spytałem zmartwiony, przybliżając się do Dazai, by lepiej zobaczyć jego stan.
Przecież to musiało bardzo boleć... A nikt nie zasługiwał na ból.
< Dazai? >
Ilośc słów: 746

poniedziałek, 21 maja 2018

Od Dazai'a do Aoi

Kolejne odkaszlnięcia mimowolnie wydobyły się z mych ust. Czułem mocno walące w piersi serce, którego ściski jedynie dodatkowo rozpędzały i tak przyspieszony oddech. Wszystko działo się zdecydowanie za szybko, co również miało swój związek z moim aktualnym stanem. Zaciskając mocniej palce na osobie, która aktualnie mnie podtrzymywała, nie zważałem nawet uwagi na jej usposobienie. Ignorując już nawet swój ubiór, starałem się jedynie odzyskać pełnię władzy i unormowania nad oddechem. Wlepiając po chwili swój przepełniony morderczymi iskierkami wzrok w chłopaka, zamarłem z miejsca zdając sobie nagle sprawę z naszego aktualnego bytu. Odwróciłem w momencie swą głowę w bok, nie chcąc nawet krzyżować z nim spojrzeń. Moje dłonie mimowolnie zacisnęły się mocniej na ramionach chłopaka, który najwidoczniej wpatrywał się we mnie przepraszający wzrokiem.
- Z wyzionięciem ducha dam sobie radę sam... - warknąłem jedynie na niego, by po jako-takim ustabilizowaniu oddechu, odepchnąć się stanowczym ruchem. Dosłownie opuszkami palców udało mi się dotknąć drewnianego pomostu, na którego po chwili bezzwłocznie się wspiąłem. Stojąc już na nim odkaszlnąłem ponownie, tym razem jednak zasłaniając usta dłonią. Takie sytuacje zdecydowanie mi nie służą. Zadziwiającym jest dla mnie, że przez wprowadzenie swego organizmu w podobny stan, jeszcze nie zacząłem kasłać krwią. Ignorując wydające dziwne dźwięki plastik, zająłem się przeszukiwaniem swych kieszeni. Pierwszy na rewizje padł pistolet, który jak się okazało - był przemoczony do cna. W podobnej sytuacji znalazł się mój służbowy telefon, utrzymywany dotychczas w przedniej kieszeni. Przeklinając syrena pod nosem, jednocześnie już zupełnie nie przejmując się ubraniem, sprowadziłem za sobą wózek z pomostu. Przed planowanym wrzuceniem suchutkich ubrań Aoi'ego do jeziora, powstrzymał mnie w tamtym momencie całkiem donośny płacz bachora. Piorunując plastik wzrokiem, w momencie odpuściłem sobie prowadzenie tego przenośnego urządzenia, pozostawiając je tym samym parę metrów od należących do chłopaka szmat.
- Wieź sobie sam ten syntetyk. Z twarzy podobna do ciebie, jeszcze mógłbym ją przez przypadek wyrzucić przez okno - fuknąłem na tyle wyraźnie, by doszło to w pewnym stopniu do pozostałego w podobnej pozycji syrena.
Przez całą powrotną drogę ignorowałem ludzi najlepiej, jak było mnie na tamten moment stać. Choć bezustannie czułem na sobie czyjeś spojrzenie, powstrzymałem się od jakiegokolwiek aktu agresji fizycznej, czy też psychicznej. Znalazłem się w pokoju po jakiś piętnastu minutach, niekwestionowanie zziębnięty panującym wokół chłodem oraz częstymi powiewami wiatru. Na wstępie powitał mnie morderczy wzrok kuca, który z początku jedynie zbyłem. Wybierając pierwszą, lepszą koszulę oraz bokserki, nie czekając za długo wparowałem do łazienki. Zaraz po zrzuceniu z siebie mokrych szmat i wrzuceniu całości do pralki, przeszedłem do obowiązkowego punktu, jakim była zmiana opatrunków. Pozostałe z tego jeszcze zdatne na cokolwiek kawałki elastycznych bandaży, porzuciłem w to samo miejsce co ubrania. Z paroma plastrami było ciężej, głównie ze względu na istnienie przypadkowo nabytych, wciąż podatnych na łatwe rozdrapanie ran. Mimo wszelkim przeszkodom, po jakiś dziesięciu minutach mogłem w spokoju wejść pod prysznic, na którym z kolei spędziłem mniej-więcej kwadrans. Wytarłem się na tyle, na ile pozwoliły mi na to przeróżne bodźce. Mrucząc przeróżne przekleństwa pod nosem, ponownie odbyłem nieco mniej bolesną męczarnię z opatrunkami. Łącznie, łazienkę zająłem na jakieś czterdzieści pięć minut. Zajęty przeróżnymi czynnościami, nawet nie zwróciłem uwagi na ciche wejście współlokatora do pokoju. Sama jego obecność objawiła mi się dopiero z chwilą opuszczenia pomieszczenia w przydługiej, granatowej koszuli z cienkimi, białymi paskami oraz bieliźnie. Skanując jedynie chłopaka morderczym spojrzeniem, przysiadłem sobie w spokoju na ziemię tuż obok pozostawionych, przemoczonych sprzętów. Pistolet niezauważalnie wsunąłem pod łóżko, podczas gdy z nieco podwiniętymi pod brodę nogami, zająłem się rozkładaniem komórki na części. Będę miał nieźle przerąbane jeśli okaże się, że z karty SIM nie pozostało za wiele... Niezbyt widziało mi się aktualnie udawać po nową, kolejną w tym miesiącu - czego też nie da się ukryć - do samego szefa. Zostałbym zmuszony pozostać na miejscu nieco dłużej, co często staje się niewyobrażalnie nudne... Również nie widzi mi się przesłuchiwanie kolejno jeńców, z których wyciąganie czegokolwiek, nawet siłą, jest dla reszty sporym problemem. Lubię tego typu spędzanie czasu, lecz w tym momencie, nie mam ochoty zupełnie na nic. Nie wliczając samobójstwa rzecz jasna, bo na to gotów jestem dzień i noc...
- Dazai... - nagle wtrącił się w moje rozmyślenia dotychczas ignorowany syren, który z tego co wyczułem, stał tuż za mną.
- Dzieci i ryby głosu nie mają. Jako, że zaliczasz się pod obie kategorie, milcz - mruknąłem na niego surowo.

<następne opowiadanie>
<Aooi?>

liczba słów: 712

Od Aoi do Dazai

– Obróć się – powiedziałem, a chłopak wywrócił oczami, ale spełnił moją prośbę. Z westchnieniem ulgi wszedłem na pomost i rozebrałem się, układając ciuchy w kostkę. Nagi usiadłem na jego krańcu i przemieniłem swoje nogi w ogon, odpychając się od drewna. Wpadłem do wody z pluskiem i z radością popłynąłem jeszcze głębiej, zagłębiając się w wodną faunę.
Ryby zainteresowane ruchem, nieśmiało podpłynęły do mnie, a gdy wyczułem, że jestem im chociaż w połowie podobny, zaczęły krążyć wokół mnie. Zaśmiałem się i dotknąłem łusek połyskującego okonia. On otarł się o moje ramię, po czym dziabnął mnie w palca, uciekając w glony, gdzie zauważyłem jego ikrę. Uśmiechnąłem się mimowolnie, oglądając rozwijający się ekosystem.
Pisnąłem, gdy coś ugryzło mnie w płetwę. Szybko spojrzałem w dół, widząc kraba, który machał do mnie swoimi szczypcami. Wziąłem go w dłonie, a on znalazł wygodne miejsce na moich cienkich błonach pławnych pomiędzy palcami. Machnąłem parę razy ogonem, wypływając na powierzchnie. Nawet nie wiedziałem, że te jezioro jest aż tak głębokie.
Wynurzyłem się przy pomoście, gdzie stał Dazai z wózkiem.
– A już miałem nadzieję, że się utopiłeś – powiedział ze sztucznym uśmiechem, ale po chwili jego uwagę przykuł mój towarzysz.
– Patrz – mruknąłem, kładąc kraba na pomoście. Sam oparłem się na nim ramionami, kładąc głowę na łódce ułożonej z dłoni. – Jest piękny.
Krab słysząc to, zrobił kółko wokół swojej osi, demonstrując swoje szczypce. Był młody, ale niezwykle uroczy. Na moich ustach wykwitł szeroki uśmiech, który jednak zbladł, gdy usłyszałem wypowiedź chłopaka.
– Smacznie wygłądałby na moim talerzu.
Krab nastroszył się i zaatakował Dazai swoimi szczypcami. Chłopak spojrzał się tylko na niego jak na irytującego robaka i wykopał go z powrotem do wody. Mój pomarańczowy przyjaciel z niesłyszalnym dla ras lądowych piskiem poleciał idealnym łukiem wprost do stawu.
– O nie! – powiedział, natychmiast wpadając za skorupiakiem do jeziora. W błyskawicznym tempie podpłynąłem do niego, sprawdzając czy wszystko w porządku. Na szczęście był cały, ale mocno zbulwersowany. Zachichotałem, widząc kraba, wyklinającego, jak on to ujął: ,,dużych ludzi".
Pierwszy raz od przyjazdu na wyspę czułem się jak przysłowiowa ryba w wodzie. Życie na lądzie było uciążliwe, a teraz w jeziorze wśród żyjątek mogłem w końcu odpocząć. Przysiadłem na gloniastym dnie, patrząc w górę na ledwo widoczną powierzchnie wody. Ten stawik na prawdę był głęboki, dzięki czemu mogłem się w pełni rozprostować. Jednak siedząc tak przez kilka minut, poczułem się źle, że zostawiłem Dazai samego na pomoście. Ponownie wypłynąłem obok niego tylko tym razem, gdy chciałem się oprzeć na drewnianych panelach, coś zahaczyło o moją płetwę. Szarpnąłem ogonem, jednak jakieś glony trzymały mnie naprawdę mocno.
– Dazai – jęknąłem zrozpaczony, szarpiąc ogonem. – Płetwa mi utknęła. Pomożesz?
– Jak dziecko – westchnął teatralnie, ale uklęknął na pomoście podając mi rękę. – Trzeba będzie dokupić więcej pampersów, chyba że już to zrobiłeś?
Puściłem jego uwagę mimo uszu i z chęcią przyjąłem jego pomoc. Korzystając z jego ramienia, próbowałem się wyszarpnąć, jednak to nic nie dawało. A wręcz byłem zaplątany jeszcze bardziej, a po chwili nawet zaczęło mi się coś boleśnie wbijać w ogon.
Spróbowałem jeszcze raz podciągnąć się na ramieniu chłopaka, jednak on poślizgnął się i poleciał do wody, tam gdzie go ciągnąłem. Wydałem z siebie zduszony krzyk zaskoczenia, jednak nie miałem dużo czasu na reakcje. Dazai się zaczął topić! Jakimś cudem wylądował w wodzie na tyle daleko, że nie mogłem go dosięgnąć by pomóc. Zacząłem szarpać się ze zdwojoną siłą, a po chwili zanurkowałem rwąc gołymi dłońmi nieznośne wodorosty. Na szczęście udało mi się uwolnić, a jak tylko to się stało podpłynąłem do Dazai. Łapiąc go w pasie, przycisnąłem go do swojego torsu i wyciągnąłem ku powierzchni. Chłopak wczepił swoje palce w moje ramiona i zaczął kaszleć wodą.
<Dazai?>
Ilość słów: 610

niedziela, 20 maja 2018

Od Dazai'a do Aoi

Jedynie na moment zwróciłem wzrok na chłopaka, który zdołał zadać mi jedynie krótkie pytanie. Nie da się ukryć, że moje spojrzenie wciąż dokładnie rejestrowało uśmiechniętą twarzyczkę kawałku plastiku. Tym razem nie potrafiłem ukryć swojego zmieszania, wywołanego przez nagłe spadnięcie tego dziecka, niczym grom z jasnego nieba. Przekląłem pod nosem, opierając się sztywno o krzesło.
- Proponuję Jisatsu - powiedziałem ze stoickim spokojem, wciąż, obserwując drobną twarz dziewczynki. - W przeciwnym razie, nie nazwę jej swoim dzieckiem. - zwróciłem tym razem głowę w stronę chłopaka. Nie da się ukryć, że dopiero teraz mogłem mu się lepiej przyjrzeć. Ostatnimi czasy świadomie mnie unikał, co również zdążyłem zauważyć. Nie jestem pewien czy było to wynikiem naszej konfrontacji, czy też składały się na to inne czynniki, lecz cała postać chłopaka stała się jakby bielsza. Zarówno włosy mu wyjaśniały, jak i z twarzy nieco zbladł. Przez jego okres wypięcia się na cały świat, zdążyłem posiąść niezbędną wiedzę, jeśli mowa o przedstawicieli tej samej rasy. Po tych objawach jestem niemalże pewien, że jego przemiana ma związek z syrenim "odwodnieniem".
- Co to znaczy? - odparł, przechylając pytająco głowę. Westchnąłem cicho, a na moje usta mimowolnie wkradł się delikatny uśmiech. Odprowadzając kątem oka rozdającego przeróżne dodatki nauczyciela, nachyliłem się nieco nad jasnowłosym.
- Sa-mo-bój-stwo - przesylabizowałem, z tą samą, dumną miną.
- Lecz się, chcesz tak dziecko nazwać? - mruknął pod nosem, mrużąc nieznacznie powieki. Na jego słowa, jedynie wzruszyłem ramionami.
- Więc zajmuj się sam tym bachorem... - odwróciłem się na powrót w kierunku elektronicznej tablicy, zbywając syrena machnięciem dłonią. Nie minęła sekunda, a doszedł do mnie przepełniony nienawiścią pomruk, mający swe źródło w gardle towarzysza. Poprawiając skrócony rękaw marynarki, posłałem mu podobnego charakteru spojrzenie, przyozdobione uniesionymi kącikami ust. - Nie martw się, nazwisko będzie miała po tobie - odparłem jakże pocieszająco.
Nie czekając dłużej na odpowiedź, podniosłem się do równego pionu. Całkiem sprawnie uporałem się z wpakowaniem małej Jiss do przenośnego fotelika, który jak zdążyłem dostrzec, nadawał się również pod jazdę samochodem. Śliczną, różowiutką torbę z jedzeniem, pieluchami i innymi bzdetami narzuciłem na szyję chłopakowi, co rzecz jasna spotkało się z jego słownym protestem. Wystarczyło na szczęście tylko jedno moje spojrzenie, by Aoi posłusznie zarzucił sobie na ramię dodatkowy bagaż. Ignorując już zupełnie polecenia, czy też instrukcje recytowane przez nauczyciela, zająłem się włączeniem przenośnego symulatora zajmowania się dzieckiem. Nie chcąc by mały plastik zaczął jęczeć, przysiadając na miejsce z powrotem, zająłem się rozhuśtaniem fotelika na wcześniej uprzątniętej ławce. Moje ruchy, spotkały się jedynie z bacznym doglądaniem ze strony jasnowłosego. Ignorując nawet jego osobę, opuszkami palców, kontynuowałem wprawianie większej kupy plastiku w ruch.
- Po lekcjach idziemy na spacer - wypaliłem jakby nigdy nic, spoglądając na Aoi'ego. - Mówiąc dokładniej, nad pobliskie jeziorko - wtrąciłem jeszcze, chcąc w jakikolwiek sposób naświetlić towarzyszowi sytuację. Niestety i w tym przypadku spotkało się to z jego niezrozumiałym wyrazem twarzy. - Wyglądasz, jakbyś zaraz miał dostać palpitacji serca. Poza tym i tak chciałem sobie wypróbować tamto miejsce - odparłem, choć wnosiło to jedynie więcej tajemniczości mojej propozycji. O ile pierwsza część zdania mogła wejść do jego łba, tak z drugą nie mam do końca pewności. Zaskoczeniem był jednak dla mnie fakt, brak protestu, czy pytań z jego strony. Czyli aż do tego stopnia nie ma na nic chęci i siły?
Zaraz po wybyciu z klasy, w ciszy udaliśmy się prosto do naszego pokoju. Pogoda w trakcie przemieszczania się pomiędzy budynkami prezentowała się całkiem nieźle, co mogło stać się kolejnym pretekstem na wyjście spoza czterech kątów. Zaraz po pojawieniu się w pomieszczeniu, zabrałem się za pakowanie najpotrzebniejszych rzeczy. Jedzonko dla Jisatsu, pieluszki, kocyk... Trochę się tego ostatecznie uzbierało. Gdy sięgałem w kierunku lodówki, niespodziewanie, w kieszeni wyczułem całkiem znajome wibracje. No tak. W końcu zbliża się weekend... Odkaszlnąłem cicho. W zaledwie trzy sekundy udało mi się wparować do łazienki, zamknąć za sobą drzwi na kluczyk oraz zająć miejsce, najbardziej oddalone od nich oddalone. Dopiero wtedy wcisnąłem zielony guziczek, na klawiaturze telefonu z klapką. Przyłożyłem urządzenie do ucha, czego też w momencie pożałowałem...
- Dazai! Ty zawszona kanalio ludzka, gdzie się szlajasz?! - wydarł się znajomy głos ze słuchawki, na co jak z automatu nieco ją odsunąłem. Wywróciłem z lekka oczami, przy tym delikatnie się uśmiechając.
- Chuuya, musisz dać sobie radę sam - odpowiedziałem, przedłużając specjalnie imię chłopaka. - Nadrobię w przyszył tygodniu, bo jak podejrzewam, nie trafił wam się żaden ciekawy klient do przesłuchania... Poza tym, dorobiłem się dziecka. - wypaliłem, po czym jakby nigdy nic zamknąłem srebrną klapkę. Wyciszając również telefon, udałem się w kierunku drzwi. Otworzyłem je z impetem, przedostając się w następnej kolejności do pokoju.
- To jak, idziemy?
~
Droga minęła nam w podobnej, nieco niezręcznej ciszy co poprzednio. Jedynie okazjonalnie wymienialiśmy się przeróżnymi uwagami, związanymi z istnymi bzdetami. Udało nam się w jej trakcie zdobyć wózek od nauczyciela, akurat zbierającego pod szkołą sprzęt. Nie ukrywam, że była to spora ulga, bo niespecjalnie widziało mi się dźwiganie tego plastiku. Również mój blady towarzysz, chyba nie zniósłby tych wszystkich rzeczy, które wpakowałem mu do różowiutkiej torby. Oparty obiema rękoma o wózek, co chwilę spoglądałem na towarzyszące mi mniejsze i większe dziecko. To drugie, chore, wyglądało jakby zaraz miało paść i nie podnieść się już nigdy. Mimo tego jakimś cudem wytrzymał podróż, dzięki czemu po mniej niż połowie godziny, znaleźliśmy się przy opustoszałym brzegu jeziorka. Krajobraz zbiornika, uzupełniał jedynie oddalony o kilkadziesiąt metrów, drewniany pomost. Ów od razu wpadł mi w oko... Z daleka dostrzegłem tą przepiękną głębinę, której ani kszty dna poniżej widać nie było. Poczekam jedynie na odpowiedni moment i w spokoju dokonam swego żywota...
- Aoi, idziesz do wody, czy może mam ci pomóc? - dodałem, spoglądając kątem oka na przegrzebującego torbę chłopaka.
<Aoooi? Może użyczyć Ci swej mocy?>
ilość słów: 938

Od Aoi do Dazai

Obudziło mnie nagłe zimno na piersi. Pisnąłem mało męsko, próbując uwolnić się od lodowatego uczucia, w czym nie pomagał brak możliwości zobaczenia czegokolwiek. Nacisk na moim torsie zniknął, a ja mogłem spokojnie zacząć się rzucać po wannie.
– Twój właściciel powinien się trochę przebudzić, zanim stanie przed wyzwaniem przeistoczenia i ubrania się.
Usłyszałem głos Dazai, a zaraz potem na moją pierś spadło więcej kostek lodu, a przynajmniej myślałem, że to były one. Po raz kolejny z mojego gardła wydarł się wysoki pisk, a ja spróbowałem ściągnąć to coś z twarzy, co hamowało mój wzrok. Z pomocą przyszła mi Nene, która ściągnęła ręcznik z mojej głowy.
– Dazai?! Jak ty mogłeś? – krzyknąłem, a zaraz potem złapałem się za czoło z jękiem, dodając pod nosem: – Moja głowa.
– Niewdzięczniku, wychlałeś mój alkohol i jeszcze łazienkę zajmujesz! Należało ci się, bo równie dobrze, mogłeś skończyć jako smaczne sushi w mojej kuchni!
Miałem ochotę jęczeć, gdy słowa chłopaka wybrzmiały boleśnie w mojej głowie ze trzy razy głośniej. Chciałem wymacać ręką ręcznik, który zrzuciłem ze swojej twarzy, by ponownie ją na nią włożyć. Słońce niemiłosiernie mnie prażyło, choć jego jedynym dopływem było wąskie okienko obok umywalki. Czułem się okropnie, a do tego nic nie pamiętałem z poprzedniego wieczoru... Nawet nie miałem siły by zareagować na groźbę chłopaka...
– Masz dziesięć minut na wyjście stąd. Nie wiem czy lubisz gazowaną wodę, lecz jeśli nie, pozostaje ci kranówa.
I wyszedł. 
Westchnąłem, przymykając oczy, gdy przez moją głowę przebijały się fale bulsującego bólu. Czułem się wyprany, tak jakbym wpadł w wir wodny, co nie raz zdażało mi się, gdy byłem mały. Odważyłem się uchylić powieki, gdy poczułem, że Nene trąca mnie w dłoń. Wziąłem od niej kartonik jakiś leków, szybko czytając ich skład. Po chwili odrzuciłem je ze zbolałym jęknięciem. Normalne przeciwbólowe nie działały na syreny, jedynie te wyprodukowane z podmorskich wodorostów przynosiły jakiekolwiek efekty. 
Rzuciłem szybkie spojrzenie na swój ogon i skupiłem się na tyle, na ile pozwalał mi promieniujący ból głowy. Na szczęście udało mi się użyć mocy, dzięki czemu mogłem usiąść na brzegu wanny już z dwiema nogami. Ściągnąłem z siebie przemoczoną koszulę i z ulgą przyjąłem ręcznik od Nene. Ze zbolałym jęknięciem wytarłem mokre włosy i ciało, a następnie przewiązałem sobie go wokół bioder, gdyż nie miałem żadnych suchych ubrań w łazience. Szybko przeleciałem wzrokiem po mokrej łazience, na koniec rzucając błagalne spojrzenie Nene. Czułem się, jakbym za chwilę miał paść i już się nie podnieść, a nie mogłem zostawić takiego bałaganu. Klacz prychnęła teatralnie i po prostu położyła się na podłodze, wciągając z niej wodę niczym gąbka. 
Podniosłem się chwiejnie z brzegu wanny, trzymając się ściany. Dowlokłem się do drzwi, po drodzę chwytając opakowanie z lekami oraz butelkę z wodą i przeszedłem przez nie do pokoju, gdzie zaatakowała mnie większa ilość światła. Jęknąłem łapiąc się za głowę i spojrzałem kątem oka na Dazai, który czekał na mnie z założonymi rękami przy ścianie. 
– Przepraszam – mruknąłem, spuszczając wzrok z krwistym rumieńcem na polikach. Naskoczyłem na niego, a teraz stałem niemal nagi jedynie z ręcznikiem wokół bioder.
Chłopak tylko prychnął i wmaszerował dumnie do łazienki, zamykając za sobą drzwi. Po chwili jednak otworzyły się one i z pomieszczenia została wręcz wyrzucona Nene, którą pożegnało ,,wyjazd pokrako".
Skruszony wyciągnąłem z szafy, ciuchy na dzisiaj, w które szybko się ubrałem. Trzymając twarz w dłoniach, czekałem na powrót Dazai. Musiałem się dowiedzieć co wczoraj się stało. Film mi się urwał, gdy nalewałem sobie drugą szklankę alkoholu.
Nigdy więcej nie piję – jęknąłem zbolały w myślach.
Gdy Dazai wrócił, czekałem cierpliwie aż załatwi wszystkie swoje sprawy, a w mojej głowie pojawiały się coraz to gorsze scenariusze. A co jak za dużo mu opowiedziałem? A co jak coś głupiego zrobiłem?
– Co się wczoraj stało? – spytałem cicho, ale byłem pewien, że Dazai to usłyszał. Zostawił na chwilę swój plecak i odwrócił się w moim kierunku, z pełną powagą mówiąc:
– Chciałeś mnie zgwałcić.
Moję oczy przybrały rozmiar filiżanki do herbaty, a usta otwierały się i zamykały jak u ryby. Przerażenie musiało być widoczne na mojej twarzy, gdyż chłopak uśmiechnął się diabelsko.
– Żartuję przecież, nic ciekawego się nie stało.
Westchnąłem z ulgą i kiwnąłem delikatnie głową. Chwyciłem swój plecak z książkami, w którym już czekała na mnie Nene zmniejszona do rozmiaru szczura. Wyszedłem z pokoju, chcąc jak najszybciej uciec i jak najdalej od Dazai'ego. Odnosiłem wraźenie, że zamiast przekonywać go do siebie, to robiłem sobie nowego wroga.
Brawo Aoi, skończysz sam jak palec – westchnąłem w myślach. Te kilka lat w tej szkole może się okazać gorsze niż myślałem. 

~*~

Lekcje były dla mnie istną udręką. Mysialałem, że padnę trupem od hałasu, który otaczał mnie ze wszystkich stron na szkolnych korytarzach. Na szczęście udało mi się jakimś cudem przeżyć ten dzień, a następnego było odrobinę lepiej. Pulsujący ból głowy zelżał i mogłem w końcu się na czymś skupić.
Przez cały ten czas unikałem Dazai'ego jak tylko mogłem. Wychodziłem z pokoju zanim się obudził, a wracając późnym wieczorem od razu kładłem się spać. W końcu wracając ze sklepu dał mi dosadnie do zrozumienia, że nie życzy sobie mojego towarzystwa. Oczywiście odkupiłem mu wypity alkohol. Na moje nieszczęście kilka lekcji mieliśmy razem, jednak udawało mi się siadać jak najdalej od niego byleby nie dopuścić do konfrontacji. Dopiero w piątek na lekcję WOSu dotarłem jako ostatni przez zawroty głowy, które ostatnio coraz bardziej mi dokuczały. Dodatkowo pojawił się katar i gorączka, którą narazie zbijałem ziołami. Niezwłocznie potrzebowałem zaczerpnąć dłużej kąpieli w morzu, jeziorze czy nawet basenie, gdyż moje włosy niemal przybrały barwę bieli, która oznaczała skrajne wyczerpanie.
Jako iż byłem jako ostatni musiałem usiąść na ostatnim wolnym miejscu, czyli, o losie, obok Dazai. Doczłapałem do ławki, mówiąc ciche ,,przepraszam za spóźnienie" w stronę nauczyciela. Usiadłem na swoim krześle, wbijając wzrok w swoje dłonie.
– Młodzieży, przyszedł ten czas by nauczyć was odpowiedzialności. Waszym projektem na najbliższy weekend, który będziecie robić w parach z osobami, obok których siedzicie, jest zajęcie się tymi uroczymi bobasami. Zadbajcie o nie, by miały godne dzieciństwo! – powiedział nauczyciel i po kolei kładł na ławkach lalki. 
Spojrzałem niepewnie na Dazai, którego tak unikałem przez ostatnie kilka dni. Wkrótce również przed nami pojawiła się uśmiechnięta lalka dziewczynki. Przyjrzałem jej się dokładnie, po czym odważyłem się niepewnie zwrócić do chłopaka. 
– Jak ją nazwiemy?
< Dazai? >
Ilość słów: 1037

Od Dazai'a do Aoi

Rzuciłem przylepie przepełnione powagą spojrzenie, uzupełniane jedynie przez przebłyski niezrozumienia. Ten syren, jest naprawdę nieobliczalny. Podczas gdy ja nie zdążyłem nawet zbliżyć się do połowy opróżnienia szklanki, ten sam wyżłopał całą ciecz pozostałą w butelce. Przeklinałem go w myślach od dziwnie dłużących się kilku minut, które sam nie jestem pewien, czy nie zamieniały się kolejno w kwadranse. Powierzchownie rzecz jasna zachowałem pełen spokój.
- Zdychaj - powiedziałem krótko i treściwie, pstrykając żywy rzep w czubek głowy. Po zaledwie trzech sekundach moje nogi stały się na powrót wolne, dzięki czemu byłem w stanie spokojnie udać się do łazienki. Jak mniemam każde dziecko powinno znać typowy motyw z bajek o "zagubionej syrence, która przez swą uroczą nieudolność złapała się w sieć, czy też uderzyła głową o jakiś potężny głaz, by jej ciało następnie wypłynęło i ususzyło się na wiór... Gdy nagle pojawia się rycerz na białym koniu i ratuje piękność przed opresją. Nie chciałbym porównywać się do tych ckliwych historyjek, lecz przynajmniej pierwsza część ów opowiastki, musi się na swój sposób ziścić. Uruchomiłem kran, by następnie do, o dziwo zamontowanej w tej łazience, wanny nalać letniej wody. Dopiero gdy proces się rozpoczął, z tą samą miną co zwykle, wróciłem do jęczącej w poduszkę ofiary losu. Wywróciwszy oczami, zatrzymałem się nad jego zasłoniętą rękoma głową.
- Dazai... Z tego profilu, też jesteś naprawdę przystojny! - wtrącił, zapewne chcąc mnie w jakikolwiek sposób przekupić za darmowe usługi.
- Jeszcze coś dodasz, a ususzę cię niczym wodorosty do sushi - warknąłem pod nosem, patrząc na niego ostrzegawczym wzrokiem. Uspokoił się w momencie, hamując jednocześnie swoje dotychczasowe jęki. Ulga dla mych uszu... - pomyślałem, biorąc głębszy wdech. Sam do końca nie byłem w stanie wyobrazić sobie, jak daję sobie radę z przeniesieniem tego kretyna do wanny. Rzuciłem w tym momencie przelotne spojrzenie w kierunku kucyka, który z kolei trochę tępo wpatrywał się w naszą dwójkę. Niezadowolony widocznie z postawy poczwary, wywróciłem delikatnie oczyma.
- Ty tam, jak ci było... - odkaszlnąłem sztucznie. - Nene? Tak? Z resztą, co za różnica. Jeśli chcesz, żeby twój właściciel dożył rana, pomóż mi go przenieść do wanny! - wytłumaczyłem się zwięźle, podając, jak myślę, całkiem przekonywujący argument. Klacz już po chwili znalazła się przy mnie, by korzystając ze swej umiejętności manipulowania wzrostem, zająć się ogonem chłopaka. Nasze przenoszenie, wyglądało bardzo dziwnie, lecz co najważniejsze - dokonaliśmy jego prawowitego celu. Podtrzymywałem górną część ciała syrena, w trakcie całej tej akcji. Nie minęła minuta, a został zanurzony we wciąż dolewającej się wodzie. Odgłos ulgi, momentalnie wydobył się z gardła niebieskowłosego. Westchnąłem jedynie.
- W jakimkolwiek stanie nie byłbyś rano, jutro, mam zamiar wziąć prysznic. Tak też albo grzecznie zamaskujesz "to coś", albo wylądujesz za drzwiami, ewentualnie oknem, bo w końcu bliżej. - wzruszyłem ramionami, przyglądając się momentalnie przyćmionemu współlokatorowi. Zwyczaje syren, niestety nie są mi znane, lecz skoro nadarzyła się taka potrzeba... Niech zregeneruje swe siły w substancji, która podobno jest dobra na kaca. Pozostawiając Aoi'ego pod okiem kucyka sam zabrałem się za sprzątanie i szykowanie do snu. Jedyne o czym marze, to właśnie powiedzenie oficjalnego "sayonara" trwającej dobie. Zdecydowanie, za dużo się działo, jak na jeden, pozornie nic nie znaczący dzień... Uzupełnię resztę tego wieczoru grą na konsoli, bo ciekawsze sposoby spędzenia czasu, wykluczając samobójstwo, jakoś nie wpadają mi do głowy.
~
Następnego dnia, obudziłem się w okolicach godziny szóstej, po delikatnie zarwanej nocce wymuszonej przez zarząd. Podliczając, dane mi było przespać jakieś trzy, z pewnością nie więcej niż cztery godziny. Nie żeby jakoś specjalnie mi to przeszkadzało, choć nie da się ukryć, że miło by było przespać od czasu do czasu całą noc. Z cichym westchnięciem rozchyliłem powieki. Po jednej ze stron, dostrzegłem tą samą ciemność, podczas gdy z drugiej, dane mi było ujrzeć biały sufit. A mogłem pozostać, tak miło zatopiony jedynie w tym pierwszym... Ziewnięcie w trakcie mozolnego podnoszenia się na równe nogi, jakoś samo wydobyło się z moich ust. Przecierając twarz dłonią, zbliżyłem się do drzwi od łazienki, które pozostały dosłownie w tej samej pozycji, co ostatniego wieczoru. Mrużąc nieco powieki zmierzyłem pozostałego w wannie syrena nieco zirytowanym wzrokiem. Siedział wywalony niczym jakiś król w wannie, śpiąc sobie przy tym spokojnie. Mrucząc coś pod nosem zbliżyłem się do chłopaka, uprzednio dorywając do siebie ręcznik. Nie myśląc za długo, zdecydowałem się na wyjęcie kurka, który tamował upływ wody. Szczęściem okazał się w tym momencie fakt jego połączenia łańcuszkiem z "suchą" częścią wanny. Stanowczym szarpnięciem, odbezpieczyłem wylot, co od razu dało się we znaki cichym szumem i stopniowym upływem cieczy. Wywróciwszy oczami, rzuciłem bawełnianym przedmiotem, prosto w twarz syrena, by następnie, w spokoju opuścić pomieszczenie. Całkiem sprawnie udało mi się zgarnąć z lodówki wodę gazowaną, trochę lodu oraz szklankę, z którymi wróciłem zaś do łazienki.
- Wstawaj - odezwałem się stanowczym tonem, by następnie ze stoickim spokojem podrzucić mu w okolice torsu parę kostek lodu. Nagła zmiana temperatury, rozbudziła nawet usposobionego z wodą syrena... Dobrze wiedzieć. Ruszyła się również dotychczas spoczywająca na jego torsie klacz, która momentalnie, czując ruch, zeskoczyła na ziemię. Rzuciłem jej przelotne spojrzenie.
- Twój właściciel, powinien się trochę rozbudzić zanim stanie przed wyzwaniem przeistoczenia i ubrania się. - wzruszając ramionami, dorzuciłem resztę kostek. Kolejne piśnięcie wydobyło się z ust chłopaka, co dziwnie, wzbudziło we mnie jedynie rozbawienie. Gwałtownie ruszając swym ogonem, zrobił jedynie większego syfu wokół niż dotychczas. Całe szczęście, że wody nie pozostało na tyle, by doszło do istnej katastrofy...
- Dazai?! Jak ty mogłeś? - wypalił nagle, gdy tylko zrzucił ze swej twarzy ręcznik.
- Niewdzięczniku, wychlałeś mój alkohol i jeszcze łazienkę zajmujesz! Należało ci się, bo równie dobrze, mogłeś skończyć jako smaczne sushi w mojej kuchni! - warknąłem na niego, stawiając na niedużej szafeczce szklankę i butelkę. Ze swojej kosmetyczki, wyciągnąłem również pudełeczko tabletek przeciwbólowych.
- Masz dziesięć minut na wyjście stąd. Nie wiem czy lubisz gazowaną wodę, lecz jeśli nie, pozostaje ci kranówa - dodałem, odchodząc już w stronę drzwi. Kretyn... Gdyby nie fakt, że przydzielono nas do tego samego pokoju, a co za tym idzie - wszelka krzywda, która mogłaby mu się stać, zostaje z automatu zwalona na mnie, już dawno wąchałby kwiatki od spodu. Stanąłem po drugiej stronie drzwi, przy ścianie, w zasadzie tuż obok. Poprawiając tym samym swe bandaże, wyczekiwałem jego łaskawego opuszczenia pomieszczenia, okazjonalnie doglądając, czy nie przyszło mu nagle na powrót zasnąć. Nie mam zamiaru go bardziej niańczyć...
<Aoooi?>
liczba słów: 1042

sobota, 19 maja 2018

Od Aoi do Dazai

Spojrzałem z powątpiewaniem na szklaną butelczkę z jakimś brązowawym płynem w środku.
– Co to? Sok jabłkowy? – spytałem ostrożnie, głaszcząc Nene, która jeszcze przed sekundą przysypiała na łóżku jednak na dźwięk głosu Dazai przebudziła się, mierząc chłopaka nieprzyjaznym spojrzeniem.
– Coś znacznie lepszego – powiedział, otwierając butelkę. – Alkohol.
– Mamy to pod wodą – mruknąłem. – Nie wszystko u nas rośnie, więc niektóre rzeczy importujemy.
Dazai nawet jeśli stracił punkt zaskoczenia, to nie przejął się tym zbytnio. Nalał bursztynowej cieczy do dwóch szklanek i jedną z nich podał mi. Niepewnie ją przyjąłem i zacząłem przyglądać się kostkom lodu.
– Whiskey – doprecyzował Dazai, wskazując na ciecz.
Podniosłem się z łóżka, sięgając po butelkę alkoholu, która stała na szafeczce. Szybko przeczytałem etykietę i powąchałem napój. Skrzywiłem się, czując drażniący zapach, jednak z całą pewnością była to whiskey. Usiadłem z powrotem na łóżko i z powątpiewaniem spojrzałem na bursztynowy płyn.
Nigdy nie piłem alkoholu, nawet nie miałem ku temu okazji. Ojciec od zawsze mną gardził, a napoje procentowe uważał za dostępne jedynie dla prawdziwych mężczyzn. Teraz mając w ręku szklankę z zakazaną cieczą, mogłem w końcu o sobie decydować. Uśmiechnąłem się z tego powodu delikatnie pod nosem i nie wielę myślac, pociągnąłem duży łyk whiskey. Moja wolność niestety dała popalić mojemu gardłu, przez co zacząłem kaszleć.
Na ustach Dazai uformował się cień czegoś na kształt uśmiechu, gdy wpatrywał się w bursztynową ciecz. Dopiłem duszkiem, to co zostało, okazjonalnie się przy tym krzywiąc. Sięgnąłem po butelkę alkoholu i dolałem sobie do szklanki. Nawet nie wiem, po co. Czyżbym chciał zaimponować koledze, który miał mnie za największego nieudacznika?
Nie minęła chwila, a zaczęło mi się robić wesoło, a wszelkie hamulce powoli puszczały. Co chwila uzupełniając poziom alkoholu, chichotałem pod nosem. W końcu odłożyłem szklankę na biurko i usiadłem na podłodze, opierając rozciągnięte ramiona na krańcu materaca. Po chwili zacząłem się śmiać ze szczęścia.
– Jestem wolny – powiedziałem, choć pierwotnie miało to zostać w mojej głowie. Jednak teraz było mi zbyt przyjemnie by się przejmować takimi błachymi sprawami. – Tu jest idealnie.
Spojrzałem na Dazai, który przyglądał mi się w milczeniu i wyszczerzyłem się szeroko.
– Wiesz, Dazai, że jesteś przystojny? – spytałem z chichotem, lustrując chłopaka wzrokiem. Wyglądał naprawdę dobrze z cwanym uśmiechem, szczupłą sylwetką, brązowymi roztrzepanymi włosami i bandażami, które tylko dodawały mu tajemniczości.
Brałbym, albo dałbym się brać – mruknąłem w myślach, jednak po chwili zmarszczyłem brwi w konsternacji. Czyżby w końcu uderzało mnie sflustrowanie seksualne?
– Połowa mojej twarzy jest zasłonięta, czego ty ode mnie chcesz – powiedział lekko zmieszany, biorąc drobny łyk alkoholu, podczas gdy ja dolewałem sobie... eee... czwartą szklankę?
– A no tak – wytężyłem jeszcze bardziej wzrok, wpatrując się w odsłonięty kawałek twarzy chłopaka – jednak dodają ci one charakterku, przez co chyba wyglądasz jeszcze bardziej przystojniej! – Zadowolony z siebie, wziąłem większy łyk whiskey, po chwili wydałem jeszcze zduszony krzyk i dźgnąłem go oskarżycielsko palcem w ramię. – Ale i tak cię nie lubię! Zrobiłem z siebie idiotę i mi było bardzo przykro.
– Tak tak – powiedział, cierpliwie słuchając mojej paplaniny. Dopiłem szklankę bursztynowej cieczy i zacząłem się niepohamowanie śmiać, jednak urwałem w jednej sekundzie, przybierając najbardziej poważną minę, na jaką było mnie stać. Skrzyżowałem nogę na nogę i zacząłem się głaskać po wyimaginowanym wąsie, którego nie mam.
– Panie Dazai, mam do pana kilka pytań. – Chichot wyrwał się z mojego gardła, jednak szybko się ogarnąłem.
– Nie mogę się doczekać – mruknął sarkastycznie, podnosząc toast w moim kierunku.
 – Jak zraniłeś się w nogę? – spytałem, wskazując dłonią na pytaną część ciała. Na bandażu widniały małe czerwone kropeczki.
– Spacerując, czytałem książkę zatytułowaną "Jak zapobiegać przypadkowym zranieniom" i niechcący wpadłem do rowu – odpowiedział najbardziej niewinnym tonem jakim się dało.
– Ciota – zachichotałem. – A co z raną na ręku?
– Jechałem samochodem, przez przełęcz i spadłem w przepaść.
– W takim razie, co z bandażem na głowie?
– Wypróbowałem metodę samobójstwa na podstawie powiedzenia "Uderz głową o róg tofu i zgiń". By zrobić wyjątkowo twarde tofu, spróbowałem kilku sposobów. Użyłem soli do odciągnięcia wody, nadałem mu dużo ciężaru... wszystko to w mojej własnej kuchni! Dzięki temu moim tofu można wbijać gwoździe, a ja stałem się największym ekspertem od robienia tofu w...
– A smaczne było chociaż to – przerwałem mu.
– To jest właśnie najgorsze... – Westchnął teatralnie. – Gdy pokroi się je na cienkie plastry i zje z sosem sojowym, to jest naprawdę smaczne...
Zacząłem się śmiać, bo przecież SOS SOJOWY. Nie wiem dlaczego, ale te słowa tak bardzo mnie śmieszyły. Zagryzłem dłoń, by się pohamować, bo Dazai patrzył na mnie jak na wariata. Wskazałem w niego palcem, nadal chichocząc lekko pod nosem.
– Jesteś głupi! Mówiłeś, że chcesz bezboleśnie się zabić, a to musiało boleć! Najlepiej połknąć zioło podwodnej czereśni! Wystarczy jeden listek i zaczynasz powoli odpływać, potem mdlejesz, a serduszko ci przestaje działać! Wiem, co mówię, kiedyś próbowałem, ale mnie odrato... Oj! – pisnąłem, zasłaniając buzię dłonią, a moje oczy musiały wyglądać jak dwa spodki.
Dlaczego to powiedziałem?!
Tym razem nawet nie wysiliłem się na nalewanie alkoholu do szklanki, pociągnąłem go od razu z gwinta. Odrzuciłem na bok pustą butelkę i zacząłem się ponownie śmiać, zapominając o wtopie. Nene, która cały czas parzyła na mnie z powątpiewaniem, zaczęła piszczeć i trącać mnie w tył głowy. Objąłem jej szyję i przyciągnąłem do swojego torsu, przytulając jej łeb z uśmiechem.
– No kto jest moim kucysiem? No kto? – zachichotałem, drapiąc ją pod brodą, gdzie najbardziej lubiła. Tym razem jednak prychnęła i wyrwała mi się, marszcząc nos.
Jęknąłem cicho, łapiąc się za głowę, a potem za usta.
– Niedobrze mi – stwierdziłem, podnosząc się chwiejnie z podłogi. Chyba zrobiłem to zbyt gwałtownie, bo na chwilę zrobiło mi się ciemno przed oczami. Chwilę później poczułem mrowienie w nogach i upadłem twarzą na ziemię w akompaniamencie rozdzieranych spodni. – Ał.
Spojrzałem za siebie przez ramię i jęknąłem, waląc głową o ziemię, gdy zauważyłem, że moje nogi zmieniły się w półtorametrowy granatowy ogon zakończony szeroką płetwą.
– No to klops – powiedziałem, obrazając się na plecy i usiadłem, podpierając się dłońmi o podłogę. Przyjżałem się swoim łuskom, które ukształtowały się na palcach z błoną pławną. Plasnąłem płetwą o podłogę, uśmiechając się pod nosem. – Ale uroczy ogon! Jaki mam kolor włosów?
Dazai spojrzał się na mnie krzywo, ale odpowiedział: – Jasny niebieski.
– Ojojoj! To źle! – krzyknąłem zrozpaczony i autentycznie się poryczałem. – Wyschnę! Nie mogę zmienić się z powrotem! Moje łuski się wysuszą i umrę! To będzie bolało!
Zacząłem zdruzgotany walić ogonem z podłogę, przewracając moje książki z szafki. Po chwili rzuciłem błagające spojrzenie Dazai i podczołgałem się do niego, przytulając jego nogi, jakby od tego zależało moje życie.
– Jestem za młody by umierać! Nie pozwól mi wyschnąć! – wyjęczałem, kurczowo trzymając go w kolanach. Walnąłem jeszcze zrozpaczony płetwą o ziemię.
< Dazai? XDD >
Ilość słów: 1134

czwartek, 17 maja 2018

Od Dazai'a do Aoi

Wziąłem głębszy wdech, gdy tylko z delikatnym uśmiechem ruszyłem w ślad chłopaka. Jego zaangażowanie w tamtym momencie, rozbawiłoby każdego do łez... Zaraz. Każdego, oprócz mnie. Sam dziwiłem się sobie, jakim cudem, jakikolwiek śmiech był w stanie wydobyć się z mych ust. Tym razem, zwyczajnie nie potrafiłem się powstrzymać. Nie da się ukryć, że początkowo miałem jakieś nadzieje co do niego, ze względu na pochodzącą z innych stron rasę. Liczyłem na jakąkolwiek ostrożność, czy też dystans, a ten... Bezwarunkowo mi zaufał. Czułem się nieco dziwnie z tą świadomością, lecz wszelkie moje pytania, rozwiewała wynikająca z tego wszystkiego naiwność. Kimkolwiek bym nie był, jakkolwiek również bym się prezentował, jego zachowanie było zwyczajnie dziecinne. Zatańczył tak, jak mu zagrałem. Uświadomiony zaledwie w tym, szczerze, mogę jedynie wyobrażać sobie, jakie męki dane mu będzie przeżyć od pierwszego dnia. Nawet mam pewne hipotezy, co do jego ostatecznego powrotu w rodzinne strony, czy też zwykłego przeniesienia się. Tajemnicą nie jest, że słabi odpadają jako pierwsi... Jeśli w porę się nie podniesiesz, możesz już na zawsze pozostać na dnie. W przeciwnym jednak razie, walcząc nawet ze samym sobą, uda ci się zyskać upragniony spokój.
Z takimi przynajmniej wnioskami, udałem się w kierunku dostrzeżonego z daleka chłopaka, uprzednio jednak dorywając do siebie czerwony koszyk na kółkach. Stał przy owocach morza, co również było widać gołym okiem. Podszedłem bliżej, spoglądając przelotnie na półki. Zanim ten jednak się na cokolwiek zdecydował, sięgnąłem po suszone wodorosty z wyższej półki, by w następnej kolejności, zlustrować je wzrokiem.
- Te powinny być dobre. Tutejsi uwielbiają wciskać chemię we wszystko. - wręczyłem mu do rąk produkt, na co jedynie odparł mi nieco niezrozumiałym burkiem, zbywając jednocześnie swym przepełnionym złością wzrokiem. Odstawił go na półkę, by po chwili wziąć odmienne wyglądem pudełeczko. Odbierając ode mnie postawiony tuż obok koszyk, przeszedł sobie dalej. Taa... Mogłem się tego spodziewać. Pomijając, że ci ludzie widzą go po raz pierwszy, jak i zapewne ostatni - czy on ma zamiar, strzelać mi fochy niczym kobieta? I to jeszcze nie zwyczajna, bo z pewnością przed krwawym tygodniem. Irytujące...
Zakupy minęły nam praktycznie w grobowej ciszy, przerywanej jedynie moimi okazjonalnymi poradami, - których rzecz jasna, chłopak nie miał zamiaru się słuchać - jeśli chodzi o jedzenie. Koszyk który mu przyniosłem, zapełniony był przeróżnymi produktami, których chłopak zapewne smak chciał poznać. Przynajmniej tyle wywnioskowałem, po dostrzeżeniu na taśmie przeróżnych, świeżych, czy też konserwowanych warzyw oraz owoców. Mój skrawek, składał się zaledwie z mrożonego kraba, wody gazowanej, skromnej buteleczki whisky i czekolady. Taki prowiant, miałem zamiar wykorzystać przez przynajmniej kilka dni, o ile jedzenie na stołówce szkolnej będzie do zniesienia. Z jakże stylowymi reklamówkami, opuściliśmy świątynię przenajświętszej biedronki. Chłopak dzierżył przy sobie dwie, przepiękne siatki z czerwonym owadem na wierzchu, podczas gdy ja, posiadałem niespełna jedną. Ponownie, połowa drogi minęła nam w grobowej ciszy, co z sekundy na sekundę, zaczynało stawać się coraz bardziej drażniące. Wywróciwszy oczami, zdecydowałem się w końcu na planowany od kilku sekund przerywnik.
- Dobra, słuchaj teraz uważnie, bo dwa razy powtarzać nie będę. - zacząłem, jednak przy tym nie przerywając nawet na moment. - Miejsce, w którym się znalazłeś, nie będzie usiane różami, ani laurami. Otaczający cię wokół świat, znacznie różni się od tego, z którego jak mniemam się wywodzisz. Mogę cię zapewnić już teraz, że nie raz zdarzy ci się wrócić z podkulonym ogonem do pokoju. Wyróżniające się osoby, nowe, czy zwyczajnie naiwne, nie zabawiają w takich miejscach za długo. Jako, że prezentujesz każdą z tych cech, powinieneś tym bardziej, ostrożnie podchodzić do ludzi. Sytuacja sprzed chwili, ma cię zapewnić, że bycie odmiennym w tym całym burdelu, wkrótce dostatecznie cię udupi. Zwyczaje dla ciebie nieznajome, sytuacje, zjawiska, to wszystko cię zmiażdży. Nie znam twojej przeszłości, szczerze, twa egzystencja mi wisi. Mógłbym z ubocza przyglądać się wszystkiemu, jedynie kibicując twoim napastnikom. Zrobię to z wielką chęcią, o ile sam nie staniesz na nogi i nie otrząśniesz się z ciągłego transu, głębokiego snu. - urwałem nagle, kątem oka spoglądając na widocznie skupionego chłopaka. - Dopóki nie staniesz mi na drodze, dopóki też ja, nie wykonam żadnego wrogiego posunięcia w twoją stronę. Nie ufaj mi w stu procentach, tak jak ja nie będę ufał tobie. Z kolei wierz mi, kiedy ja wierzę tobie, bo zapewniam cię, że słowa znużonego własnym istnieniem samobójcy, mogą być dla ciebie na wagę złota. - zakończyłem w końcu, poprawiając jednocześnie opadający mi z ramion płaszcz. W końcu, nie oczekuję od niego niczego więcej, niż odwzajemnianego szacunku.
- Tak, jak mówiłeś - nie znasz mnie, mojej przeszłości, więc nie traktuj mnie protekcjonalnie. Nie wiesz o mnie nic. Możesz kibicować moim wrogom, nie będziesz jedyny. Jednak zrozumiałem aluzję, nie martw się, nie mam zamiaru wchodzić ci w drogę. - odparł niemalże identycznym tonem, jakim ja go przed momentem potraktowałem. Zgadza się, o coś podobnego mi chodziło. Rzuciłem w jego kierunku ostatnie spojrzenie, jednocześnie przytakując mu delikatnie głową, z nieukrywanym uśmiechem. Warunki tej znajomości, zaczęły mi się coraz bardziej podobać.
Po piętnastu minutach, na powrót dane nam było zagościć, we wspólnych czterech progach. Rzecz jasna, już z początku przywitała nas ta mała flądra, którą najchętniej straciłbym za samo istnienie. Urywając im, jakże ciekawą rozmowę o nowym miejscu, poleciłem chłopakowi, jak powinien obchodzić się z owocami oraz innymi, zakupionymi przez niego przedmiotami spożywczymi. Sam zajmując się głównie uprzednio wypakowaną z walizki, przenośną konsolą, pozwoliłem sobie jedynie uprzednio schować do niedużej zamrażarki, nabytego kraba. W lodówce, wylądowała także whisky. Przynajmniej tak nadzwyczaj ciekawie, minął mi kolejny kwadrans, na spoglądaniu okazjonalnie na przebierającego w zieleninie niebieskowłosego. Widok trochę komiczny, nie ukrywam, choć z twarzy i tak zachowałem pełną powagę. Dopiero po dostrzeżonym klapnięciu Aoi na swoim łóżku, postanowiłem się podnieść na równe nogi, korzystając ze zwolnionych okolic skromnego aneksu kuchennego. Zaopatrzone w przeróżne naczynia szafki, jednak po coś się przydały. Z ich środka, wyciągnąłem dwie, ozdobne literatki, z lodówki wyciągając również trunek oraz - o dziwo - obecne w części mroźniejszej, kostki lodu. Zwróciłem delikatnie głowę w stronę współlokatora, pokazując mu trzymaną w dłoni buteleczkę.
- Chyba pod wodą nie mieliście czegoś takiego?
<Aoi? Polepszyć Ci humor? xD>
liczba słów: 991