Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Corazon. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Corazon. Pokaż wszystkie posty

sobota, 24 marca 2018

Od Corazona do Melusine

Kiedy w końcu nasze usta się rozłączyły z pocałunku mogliśmy zaczerpnąć tchu. W sumie jak kiedyś miałbym się udusić, to chyba tylko w ten sposób i tylko z jej ust.
– G-Głupek... – szepnęła.
– Też cię kocham. – uśmiechnąłem się i pocałowałem ją.
Jezu, jaka ona jest cudowna... Mógłbym tak z nią zostać na zawsze. Móc tak czuć jej delikatne usta wiecznie... Niestety pocałunek przerwało nam głośne burczenie brzucha Mel i nerwowe chrząknięcie za naszymi plecami. Przerwaliśmy zmieszani widząc minę lekarki.
– A ty co tu robisz?! Już wracaj do łóżka! – mówiła poirytowana.
– Pani się nie martwi, nie tak łatwo się mnie pozbyć. Poza tym już prawie cztery dni tu spędziłem więc, już wszystko w porządku. – uśmiechnąłem się w kierunku Śpioszka – Mel, głodna jesteś?
– Troszeczkę... – zawtórował jej żołądek.
– W takim razie skocze do stołówki po jakieś jedzenie, a tobą w tym czasie zajmie się pani doktor, dobrze?
– N-Nie idź... – usiadła i wtuliła się w mnie. Westchnąłem. I co zrobić, nie mogłem jej tak zostawić.
– Proszę pani, czy Mel może wstawać już z łóżka? – spytałem z nadzieją w głosie.
– Nie za bardzo, nie powinna się przemęczać. – podeszła do niej i zaczęła sprawdzać kroplówkę i kilka innych rzeczy o których pojęcia nie miałem.
– A gdybym ją zaniósł tam? – spytałem zerkając na Mel.
– Wykluczone. Poza tym nie dałbyś rady bez nogi... – tu urwała swoją wypowiedź. Chyba sobie przypomniała w jakim stanie doniosłem tutaj blondynkę. – A zresztą rób co chcesz i tak pewnie się nie posłuchasz... Masz ją tu tylko szybko z powrotem odstawić... I to całą!
– Aye! Słyszałaś Śpioszku? Wskakuj mi na plecy i ruszamy po jedzonko! – chwyciłem kule i przysunąłem się bliżej żeby było jej wygodniej wejść.
– A-Ale dasz radę? – wtuliła się w moje plecy
– Nie martw się, tym razem mam kule do podpierania się. – wstałem z nią i powoli zacząłem kuśtykać w stronę wyjścia z sali.
– U-uważaj... – powiedziała mocniej się wtulając.
– Wiesz, jak nas stąd wypiszą, to czy mogłabyś mi nową nogę zrobić? – mówiłem ciężko dysząc. Jednak może nie doszedłem całkiem do zdrowia – Bo ta mi się troszkę tak jakby... Nie ma jej...
– Oczywiście, że tak... Tylko daj mi na to dwa dni...
– Jasne, ale najpierw jedzenie i masz wyzdrowieć przedtem, okej? – obejrzałem się przez ramię i zobaczyłem jak dziewczyna mimo podskakiwanie zaczyna podsypiać. – Hej, hej, hej... Śpioszku, już jesteśmy...
– J-już? – ziewnęła. Podszedłem do najbliższego wolnego stolika i pomogłem jej usiąść na krześle.
– No to na co masz ochotę Śpioszku? – spytałem uśmiechając się do niej.
– N-Nie wiem... Możemy poćwiczyć alchemię? – zaświeciły się jej oczka. Były piękne, ale nie mogłem ulec.
– Wiem, że dopiero co się wybudziłaś i rozpiera cię energia, ale wiesz że nie powinnaś się przemęczać. – spojrzałem jej głęboko w te cudne błyszczące oczka. – Zwłaszcza, jeśli jesteś głodna.
– N-No wiem, ale chcę, żebyś był dumny i chcę dalej ćwiczyć. – spojrzała mi w oczy z determinacją i delikatnym uśmiechem na twarzy.
– Przecież wiesz, że zawsze jestem z ciebie dumny Śpioszku, jesteś najcudowniejszą dziewczyną jaka kiedykolwiek istniała, istnieje i będzie istnieć na tym świecie. – pocałowałem ją w czoło. – Poza tym, najpierw coś zjedz, dobrze?
– Mogę coś nam upichcić, tylko... Nie wiem gdzie... – szepnęła, czerwieniąc się mocno. Uśmiechnąłem się lekko na ten widok.
– Nie musisz, zaraz nam przyniosę coś. – ponownie dałem jej całusa w czoło i wziąłem swoje kule. Raczej nie dam rady donieść jedzenia podpierając się o kulach... Klasnąłem w dłonie i zmieniłem jedną z nich prymitywną protezę i zamocowałem ją na kikucie. Teraz chociaż jakoś mogłem chodzić i mieć wolne ręce. Podszedłem do bufetu, wziąłem tacki i talerze, po czym zacząłem nakładać wszystkiego po trochu. Trochę mi zajęło zanim udało mi się wrócić do stolika dostarczając wszystko w jednym kawałku. Miło było patrzeć jak Mel zajada. W końcu przespała prawie cztery dni, więc apetyt jej dopisuje.
***
– Mógłbyś się nie ruszać?! – mówiła lekko poirytowana – Jak będziesz się wiercił to mogę źle podłączyć nerwy albo śrubki nie dokręcić.
– Wybacz... Ale nigdy podłączania nerwów nie lubiłem – skrzywiłem się gdy nacisnęła śrubokrętem jakąś rzecz w mojej nodze.
– No, to nogę mamy wreszcie za sobą... Chyba... – przetarła czoło i poprawiła spodnie, które zsunęły jej się lekko z bioder – Pokaż no teraz rękę...
– Jesteś pewna, że chcesz ze mną jechać? – spytałem rumieniąc się na widok jej odsłoniętego ciała.
– Jasne. Chyba powinnam poznać twoich bliskich, prawda Cora? – mówiła skupiona na swoim zajęciu.
– Żeby nie było, że nie uprzedzałem... Moja babcia jest dość... Nietypowa... – znowu się skrzywiłem kiedy zaczęła coś kręcić wewnątrz protezy.
– Każdy ma kogoś dziwnego w rodzinie, ja też. – zdjęła płytkę z protezy, coś w niej robiąc. – Poza tym, chcę ją poznać. Będę dla ciebie jak najlepsza i udowodnię, że zasługuję na to.-z rumieńcem zaczęła kręcić we wnętrzu automaila.
– Nie musisz nic udowadniać, ty jesteś najlepsza. – podniosłem się i pocałowałem ją. Jak mogła powiedzieć, że musi udowodnić, że zasługuje na mnie... – Wiesz dobrze, że to ja powinienem to powiedzieć?
– Głupi, może i powinieneś, ale dlaczego mamy ulegać zasadom. Zależy mi na tobie i będę walczyła o twoją miłość. – zaśmiała się, czerwieniąc lekko, po czym
pocałowała mnie delikatnie w policzek i usadziła z powrotem na stołku. – Nie ruszaj się. Muszę coś jeszcze tutaj zrobić.
– Kocham cie Śpioszku i nic tego nie zmieni. – uśmiech nie schodził z mojej twarzy, nawet kiedy naruszała połączenia nerwowe.
– Wiem, ale i tak będę się starała. – zaśmiała się, po czym ukucnęła, aby przyjrzeć się nodze. – Swoją drogą dlaczego akurat Śpioszek?
– Bo jesteś przeurocza kiedy śpisz. – spojrzałem jej w oczy i zaśmiałem się lekko – Jeśli chcesz, to mogę pomyśleć nad jakimś innym przezwiskiem...
– W sumie Śpioszek jest ładne, ale czy ja wiem... – uśmiechnęła się, nadal majstrując przy nodze.
– W takim razie pomyślimy nad czymś innym już w pociągu, dobrze? – uśmiechnąłem się do niej.
– Mhm... – złapała delikatnie moją dłoń, kładąc ją na swoim policzku i ziewnęła uroczo. Przypomniało mi to małe kotki co dopiero się wybudziły ze snu.
– A nie mówiłem, że jesteś urocza kiedy ziewasz i śpisz? – uśmiechnąłem się i pocałowałem ją w czoło. Odwróciła zawstydzona wzrok.
– N-Nie mów tak... To krępujące... – zaczerwieniła się mocno.
– Wybacz... Ale pomyślałem, że w takiej sytuacji to raczej nic bardziej krępującego być nie może... – spojrzałem po sobie, po czym przeniosłem swój wzrok na nią i uśmiechnąłem się. Prychnęła, po czym dostałem kluczem francuskim po głowie.
– Chichaj....
– Ała... Za co! – chwyciłem się za głową kuląc się z bólu. Boże, co ja takiego powiedziałem żeby tak oberwać?!
– G-Głupek... – skrępowana odwróciła wzrok. Masowałem obolałe miejsce i po chwili ból zaczął ustawać.
– Też cie kocham, ale to chyba jakiś wyższy poziom miłości? – uśmiechnąłem się krzywo gdy ból wrócił przy zbyt szybkim ruchu głową. Wtuliła się we mnie mocno, zaciskając łapki na moim torsie.
– P-Przepraszam... – trzymała się kurczowo.
– Już, już... Nic się przecież nie stało... – objąłem ją i przytuliłem mocno do siebie. Nie umiem się na nią gniewać. Nawet w chwilach gniewu jest urocza.
– P-Przepraszam... – spojrzała mi w oczy, nieśmiało łapiąc moją rękę. Spojrzałem jej w oczy. Te błękitne duże oczy... I pocałowałem ją.
– Słodka jesteś... Nie umiałbym się na ciebie gniewać. – przyciągnąłem ją do siebie bliżej
– S-Słodka? – zaczerwieniła się bardzo mocno.
– Ano... – mnie też zaczął rumieniec oblewać. Zerknąłem na zegar. Wskazywał on godzinę piętnastą – Wiesz, jak mamy tam dziś dojechać, to musimy się już powoli zbierać.
– N-Nie chcę, żebyś mnie puszczał... – mruknęła, tuląc się do mojego torsu.
– I nie puszcze... – wziąłem ją na ręce i ruszyłem w kierunku swojego pokoju, żeby się spakować. Tak trochę zbyt późno się zorientowałem, że z rozpędu wyszedłem w samych bokserkach z Melcią na plecach na zatłoczony o tej porze korytarz... Melusine pisnęła, zakrywając swoją twarzyczkę.
– C-Cora! Jesteś w samych bokserkach, głupku! – pisnęła, kuląc się.
– Tak, jakby trochę już na to za późno... – poprawiłem Mel i ponownie ruszyłem do przodu. – Jedyne co w tej sytuacji możemy zrobić to wyprostować się i iść dumnie przed siebie...
Dziewczyna zaczerwieniła się bardzo mocno, kryjąc swoją twarzyczkę. Nie dziwiłem się jej. Starałem się ignorować uczniów wskazujących nas palcami i rzucających jakieś żarty... Na szczęście schodzili nam z drogi i względnie szybko dostałem się do mojego pokoju. Droga powrotna po rzeczy Mel, była odrobinę przyjemniejsza... Nie wiało aż tak... Niecałe półgodziny później czekaliśmy już na pociąg.
***
Wieczorem dojechaliśmy na dworzec główny w pobliskim miasteczku.
– Meel, wstajemy. – potrząsnąłem nią delikatnie. – Musimy jeszcze autobus złapać.
– Nieee... – mruknęła. Naprawdę była przeurocza kiedy spała.
– W takim razie będę musiał cię nieść. – podniosłem się i zgarnąłem nasze torby na plecy, po czym schyliłem się i podniosłem Melcię z siedzenia. Dziewczyna cicho pisnęła i wtuliła się w mnie. Nim się obejrzałem, ona już spała. Jakoś udało się przez tłumek ludzi wygrzebać z wagonu. Po kilkunastu minutach już dojeżdżaliśmy busem do mojej rodzinnej wsi. Na zewnątrz było, ale w jednym domku w pobliżu przystanku ciągle świeciły się światła. Ruszyłem ze Śpioszkiem w kierunku drzwi. Kiedy wchodziłem na ganek babcia Yuno wyszła nam na powitanie. I po jej minie ogarnąłem, że zapomniałem wspomnieć, że z Mel przyjeżdżam.
– Hej babciu. – uśmiechnąłem się szeroko – Tak wiem, wiem, powinienem powiedzieć, że ze Śpioszkiem przyjeżdżam.
– Heh, wnusiu... – pokręciła tylko głową z cichym westchnięciem. – Obudź ją i chodzie na kolacje, pewnie głodni jesteście.
– Jasne babciu. – powiedziałem i ruszyłem do mojego dawnego pokoju. Zostawiłem tam nasze rzeczy i jakimś cudem udało mi się sprawić, że Mel otworzyła swoje oczka.
– Cora...? – wyszeptała zaspanym głosem przecierając oczy.
– Chodź, babcia Yu zrobiła kolację. – uśmiechnąłem się i pomogłem jej wstać.
– B-babcia...? – zapytała zaspana.
– Ano, dojechaliśmy przecież... Śpioszku...
– Boże! – pisnęła, po czym zaczęła poprawiać swoje włosy i ubranie. Na ten widok się zaśmiałem. Była taka urocza...
– Spokojnie, nie musisz nic poprawiać. – uśmiechnąłem sie i objąłem ją – I tak jesteś piękna.
– Ale to twoja babcia... – odwróciła głowę tak, że spojrzała mi w oczy.
– Nie martw się, a teraz chodź. Lekarz kazał ci się zdrowo odżywiać i odpoczywać. – podniosłem ją i ruszyłem w kierunku schodów.
– Cora! Dam radę sama! – pisnęła.
– Wiem, ale obiecałem, że cię już nie puszczę, prawda? – zaśmiałem się i szedłem dalej.
– Ale Cora... Twoja babcia... Uzna mnie za dziwną...
– Nie martw się, wychowywała mnie przez tyle lat więc nic jej już nie zdziwi – uśmiechnąłem się pocieszająco. Choć to było bardziej pocieszenie dla mnie –Chyba...
– Cora! Głupi! – pisnęła.
– Co wam się tak długo schodzi! – dobiegł nas głos z kuchni – Chyba mi tam nie świntuszycie na schodach?!
– Już, już babciu idziemy! – odkrzyknąłem. Zapowiada się dłuugi i dość interesujący weekend...
<Melciu?>
Ilość słów: 1847

czwartek, 15 marca 2018

Od Corazona do Melusine

Deszcz. Padał deszcz. Jedyny bodziec jaki do mnie z początku docierał, zanim dopuściłem do świadomości to co się właśnie stało. Złapali Mel. Przystawił jej nóż do gardła i zaczął powoli się cofać. Spróbowałem się ruszyć.
– Zabiję ją, jeżeli się zbliżysz. Ostatnio przegiąłeś pałę, czas się odwdzięczyć... – powiedział. – Chłopaki, bierzcie go, a ja sobie się zajmę tym aniołkiem.
Momentalnie stanąłem jak wryty. Myśl, kurwa myśl! Co robić? Ruszę się to ją zabije, nie ruszę się to... Wolałem nawet nie rozpatrywać tych możliwości. Najpierw muszę dowiedzieć się po co tu przyszedł i czego od nas chce. Może coś dam radę wynegocjować i ją wypuści. Wyglądał znajomo... Mówił, że przegiąłem. To on był tam w zaułku! Zebrał baty i chce się zemścić! Kurwa, kurwa, kurwa! Mel znowu jest w niebezpieczeństwie z mojej winy.
– Puść ją! – krzyknąłem – To o mnie ci chodzi, prawda?! Możemy się dogadać! Moje życie za jej życie!
– Doprawdy? W takim razie mam o wiele lepszy układ! – zaśmiał się i zaczął wsuwać dłoń pod bluzkę Mel. – Moi ludzie obiją cię i przytrzymają, a ja na twoich oczach wezmę dziewczynę. A później własnoręcznie cię zatłukę.
Czułem wzbierający nieokiełznany gniew, rozpacz, a przede wszystkim bezradność. Miałem wrażenie, że czegokolwiek bym nie zrobił i tak się nie uda.
Napotkałem wtedy spojrzenie Śpioszka. Była przerażona. Ale w jej błękitnych oczach widać było coś jeszcze. Coś jakby kazała mi uciekać. Ludzie tego człowieka zbliżali się powoli, żeby mnie oskrzydlić. Rzuciłem Mel czułe spojrzenie poparte uśmiechem.
– Mel, nie martw się, obronię cię choćby nie wiem co. – powiedziałem pewnym i spokojnym tonem. Sam się nawet zdziwiłem jak on brzmiał – Wybacz, ale to co tu się zaraz stanie nie będzie przyjemne...
– C-Cora... P-Proszę... – szepnęła.
– Zaufaj mi... – mówiłem, a w moim głosie wzbierała wściekłość na nich i samego siebie – Po prostu mi zaufaj, dobrze?
– Ma ci sie nie stać najmniejsza krzywda...
Po jej policzku zaczęły spływać łzy. To wystarczyło, żeby gniew przeważył na rozsądkiem. Ludzie tego człowieka byli coraz bliżej mnie. Klasnąłem w dłonie i z pobliskiej ziemi utworzyłem włócznię. Rzucili się na mnie, a ja wywijałem nią, żeby choć kilku się wycofało. Nie było to proste. Co chwilę któryś z nich próbował zajść mnie od tyłu czy z jakiegoś innego martwego punktu. Byłem w o tyle dobrej sytuacji, że żaden z nich nie miał broni palnej. Co nie oznaczało, że byli bezbronni. Większość z nich posiadała pałki i noże. Zamachnąłem się i rozległ się donośny trzask. Drzewiec włóczni pękł na głowie jednego z mężczyzn. Nie miły widok. Nie da się chyba przywyknąć do widoku zmiażdżonej głowy i wypływających oczu... No cóż, zawsze to jeden mniej. Jeszcze tylko ośmiu i zostanie szef ze swoimi dwoma przydupasami. Udało mi się jeszcze powalić dwóch zanim resztki włóczni kompletnie się nie nadawały do użycia.
– Mówiłem żebyś się nie ruszał! – krzyknął i przyłożył nóż mocniej do twarzy Mel – Naprawdę chcesz, żeby coś się stało temu aniołkowi?!
Momentalnie znieruchomiałem. Trzeba się śpieszyć. Mężczyźni rzucili się na mnie w jednym momencie. Udało mi się odskoczyć. Szczęściem byli niedoświadczeni i w sumie to nawet dość głupi. Szybko klasnąłem w dłonie i utworzyłem wokół nich sześć ścian, które połączyłem tworząc pudło. Z wewnątrz dochodziły krzyki i rozpaczliwe skrobanie ścian. Po czym szybką transmutacją zmniejszyłem rozmiar klatki miażdżąc znajdujących się w środku ludzi. Rozległ się tylko nieprzyjemny plask, przypominający przerzucanie surowego mięsa oraz trzask pękających kości. Ze szczelin i pęknięć w ściankach wypływała bezkształtna mieszanina krwi, fragmentów kości oraz narządów wewnętrznych razem z ich zawartościami. Szefa gangu i jego dwóch pomagierów zamurowało. Wolałem nawet nie myśleć co przeżywa teraz Mel. Trzeba było działać. Ruszyłem na nich póki byli jeszcze oszołomieni. Byli daleko, a ja byłem zbyt wolny. Pierwszy raz zacząłem żałować, że moja ręka jest ze stali, a nie z czegoś lżejszego... Właśnie! Stal ma w sobie węgiel! Powinno się udać zmniejszyć jej ciężar, zwiększając ilość węgla w stopie. Problem leżał jednak w wytrzymałości. Nie miałem pewność jak długo mi wtedy proteza wytrzyma. A chuj z tym, najwyżej trzeba będzie się streszczać zanim ręka się rozpadnie. Klasnąłem i przy okazji zmiany materii, zrobiłem z niej ostrze. Taak... Zdecydowanie teraz była lżejsza, a przez to ja szybszy. Dziwnie się biegło bez zbędnego obciążenia. Dzielącą nas odległość pokonałem w kilka sekund.
– A-Aidan! Abelard! Załatwcie go szybko! – mówił nerwowo wycofując się do tyłu. Dwaj jego przyboczni spojrzeli po sobie po czym jeden ruszył na mnie.
– NIE MA TAKIEJ OPCJI! – wypowiedziałem gniewnie przez zaciśnięte zęby. Po czym wyskoczyłem do przodu i wykonując cios gazeli poderżnąłem bliższemu gardło. Trysnęła krew, a długowłosy mężczyzna padł na ziemię i charcząc zaczął się topić we własnej krwi.
– Aidan! Z-z-załatw go! – widać było, że jest przerażony. Cofając się upadł, ale dalej trzymał Śpioszka. Odczołgiwał się do tyłu.
– Tak, tak... Wiesz co Lu? Zbieraj dupę w troki i wypierdalaj, bo tylko przeszkadzasz. – powiedział beznamiętnym tonem.
– T-tak... T-tak jest. – podniósł się i poprawił chwyt na blondynce. – Ruszaj się idziemy!
–Śpioszku! – rzuciłem się desperacko do przodu. Nie mogłem jej stracić. Chyba tylko niezwykłe szczęście sprawiło, że się wywaliłem. Miecz Aidana świsnął tuż nade mną. Gdyby nie ten upadek, już nie miałbym głowy.
– Corazon! – pisnęła, po czym dostała w głowę i zemdlała.
– Zatłukę... Zatłukę... Po prostu zajebie – powtarzałem jak w transie kiedy się podnosiłem.
Ten co zwał się Aidan, chyba był wyżej postawiony niż sam oprawca Mel. A to nie zwiastowało nic dobrego. Zwłaszcza fakt jakim była jego umiejętność władania mieczem. Chciałem ruszyć dalej, byle tylko złapać tamtego typa i uratować Śpioszka. Niestety drogę zagradzał mi ten szermierz. Kurwa, nie zdążę go pokonać i dogonić ich zanim gdzieś nie znikną. Pozostawało mi tylko jakoś go pokonać i wydusić informacje.
– Nie lepiej się poddać? I tak nie dasz rady, więc po co masz ryzykować własne życie dla kogoś innego?
– Zamknij się! – przyjąłem postawę obronną i powoli ruszyłem w jego kierunku. Lepiej z nim uważać.
– Oho, jaki gniewny, jaki agresywny! – zaśmiał się.
Krążyliśmy naprzeciw siebie wyczekując dogodnego momentu na atak. Deszcz przestał padać. Był to znak na rozpoczęcie walki. Jak dźwięk gongu na ringu. Ruszyliśmy niemalże w jednym momencie. On ze swoją kataną, ja ze swoim ostrzem na ramieniu. Ciszę panującą wokoło przerywały co chwilę odgłos zderzających się ostrzy. Odskoczyłem w bok próbując uniknąć pchnięcia. Jednak on był odrobinę szybszy. Poczułem jak zimne ostrze rozcina mój bok. Rana piekielnie bolała, ale na szczęście nie była głęboka i nie naruszyła jamy brzusznej. W innym wypadku już by mi się wnętrzności na zewnątrz wylały. Kolejny łut szczęścia.
Wydawało mi się, że walka trwa już dobrą godzinę. Obaj byliśmy mocno poobijani. Jednak to on miał przewagę. Krwawiłem z wielu ran po jego atakach. Jakby tego było mało, moja proteza już ledwo co się trzymała. On natomiast był tylko obity i miał jedną może dwie porządne rany po moim ostrzu. Staliśmy tak i wpatrywaliśmy się w siebie ciężko dysząc.
– Wiesz chłopcze... Nic do ciebie nie mam... Ale będę musiał cie zabić... – wydyszał.
– Możesz sobie próbować... – splunąłem krwią, po czym klasnąłem w dłonie i zmieniłem wodę z deszczy w parę. To powinno dać mi przewagę. Zdjąłem buty, żeby ciszej się poruszać. I podkradłem się do niego od tyłu. Chciałem zadać cios, który by go zwalił z nóg, ale nie zabił. Ledwo dałem radę się zorientować kiedy się odwrócił i zrobił sztych. Zdążyłem się tylko lekko zasłonić protezą, zanim ostrze przebiło się przeze mnie. Udało się je trochę zbić z trasy i ominęło punkty witalne. 
– Nieźle, ale to i tak za mało by oszukać moje zwierzęce zmysły – powiedział, po czym wyciągnął ze mnie ostrze. Upadłem plując krwią. – I zobacz teraz będę musiał cie dobić, a tak to byś szyb...
Przerwałem mu moim szaleńczym śmiechem. Wreszcie zrozumiałem o co chodziło. On nie odebrał mi możliwości korzystania z kręgów. On moje ciało zmienił w jeden z nich. W takim wypadku pora złożyć temu dziadowi wizytę.
– I z czego się tak śmiejesz! – warknął na mnie – Za chwilę umrzesz! Z czego ty się do cholery śmiejesz!
– Zobaczysz... – uśmiechnąłem się. Dotknąłem zdrową ręką rdzenia protezy, który na szczęście był cały i transmutowałem siebie. Świat momentalnie się zatrzymał, a zewsząd zaczęły wyskakiwać te czarne łapki. Zapomniałem już jakie to uczucie być rozkładanym na atomy. Otworzyłem oczy w pustej białej przestrzeni. Znajdowałem się tam ja, on i moja Brama Prawdy. Dziad jak zwykle się uśmiechał w ten nienaturalny sposób.
– No, no, no, nie spodziewałem się ciebie tu po raz drugi młody alchemiku. – nachylił się w moim kierunku.
– Tak, tak. Dajmy sobie na wstrzymanie z czułościami i tą gadką o karze i złamaniu zakazu, ok? Trochę mi się śpieszy i...
– Wiem. Chcesz odzyskać część swojej mocy, ale co masz na wymianę?
– Moja lewa noga. – odpowiedziałem bez chwili wahania – A i jeszcze jakbyś mógł mi tę ranę po jej oderwaniu załatać w zamian za pół roku mojego życia.
– Rok
– Za rok to musiałbyś dorzucić więcej mocy albo załatać mi te dziurę w brzuchu. – spojrzałem kamiennym wzrokiem w tę postać bez twarzy, bez czegokolwiek, poza moją prawą ręką i otoczką z mojej alchemii. – Głupi nie jestem i nie dam się wykiwać.
– Dobrze, ale zatamuje tylko krwawienie rany w brzuchu. – uśmiechnął się nienaturalnie szeroko. – Dokonałeś wymiany alchemiku, już w twoim odczuci możesz powiedzieć czy słusznej czy nie.
– Oj, zamknij się w końcu... Nie tobie oceniać. Jeśli tylko to sprawi, że uratuje Mel, to było warto... Wyjście jest takie same jak wtedy? 
– Oczywiście! – uśmiechnął się bardziej tajemniczo niż zwykle – Do następnego, alchemiku... Do następnego...
Otworzyłem swoją bramę i zostałem do niej wciągnięty. Znów miałem uczucie jakby głowa miała mi eksplodować od natłoku informacji.
Ocknąłem się w pozycji w jakiej mnie przeniosło. Czas znów zaczął płynąć. I wtedy poczułem piekielny ból po utracie kończyny.
– Jak to zobaczę? – dopytywał się Aidan –Co się stało z twoją nogą?!
– Powiedzmy, że zainwestowałem w przyszłość... – powiedziałem krzywiąc się z bólu. Klasnąłem w ręce i wytworzyłem dziesięć włóczni, które przebiły Aidana. Udało się pominąć najważniejsze narządy. Zrobiłem sobie na szybko jeszcze protezę nogi. Chociaż bardziej to przypominało drewnianą piracką nogę.
– No to, powiedz mi teraz dokąd zabrali Mel... – powiedziałem tonem cichym, acz pełnym gniewu i wściekłości. Długo się opierał, ale po dwudziestu minutach okładania pięściami poddał się i w końcu podał adres. Gdy tylko skończył mówić, szybko dobiłem go skręcając mu kark...

<Mel? Wybacz tego raka, coś mi nie szło>

Ilość słów: 1742

niedziela, 4 marca 2018

Od Corazona do Melusine

Wstałem z trudem. Obudziłem się około dwunastej i w pośpiechu zacząłem się ubierać. Miałem strasznie mało czasu. Tu się wykąpać, jakąś kawę po drodze machnąć. Zabrać rzeczy i opracowanie. Jeszcze ta książka z biblioteki by się przydała. Szkoda, że zapomniałem ją wypożyczyć... Heh... Co mnie podkusiło, żeby wszystko w jedną noc robić... No cóż, dla niej mogłem pocierpieć. Byle tylko zobaczyć radość na jej twarzy. Wyszedłem na dziedziniec. Mel już tam czekała. To był piękny wietrzny dzień, a blondynka w rozwianych włosach jeszcze piękniejsza. Podszedłem do niej od tyłu i położyłem dłoń na jej głowie.
– Hej. I jak, masz jakiś plan gdzie idziemy? – szepnąłem jej do ucha. Dziewczyna momentalnie się odwróciła.
– Nie mam planu, ale coś możemy wymyślić, prawda? – uśmiechnęła się i przytuliła mnie na przywitanie.
– Dokładnie – uśmiechnąłem się – Może ćwiczenia w bibliotece, a później gdzieś w terenie?
– Tak! Chętnie! – klasnęła w dłonie. – To idziemy?
Ruszyliśmy nieśpiesznym spacerkiem. Do biblioteki miejskiej nie było daleko, a my mieliśmy masę czasu. Szliśmy chodnikiem. Mimowolnie złapałem ją za rękę, kiedy zaczęła iść od strony krawężnika. Spojrzała na mnie po czym pochwyciła moją stalową dłoń. Reszta drogi minęła nam na rozmowie o wszystkim. Poruszaliśmy tematy najtrudniejsze, jak i zarazem ten najbardziej błahe.
***
– Trzymaj, to powinno pomóc zrozumieć i ułatwić korzystanie z alchemii – wręczyłem jej niewielki notes. – Zacznij czytać, a ja w tym czasie skocze po kilka innych książek.
– Dziękuję! – uśmiechnęła się szeroko, biorąc notes do ręki. – Wracaj szybko, dobrze?
– Jasne, jasne! – powiedziałem uśmiechając się, po czym zniknąłem między regałami. Szperałem po półkach w poszukiwaniu tej książki co wczoraj znalazłem. Po kilku minutach intensywnych poszukiwań znalazłem starą podniszczoną oprawę. Wyciągnąłem ją z pomiędzy innych ksiąg. Dalej ciężko mi w to uwierzyć, że znalazłem tutaj dziennik Asakury. Jeden z najlepszych alchemików i jego dziennik tutaj. Takie perełki powinny się znajdować w bibliotece narodowej. Ale to może nawet lepiej, że go tutaj znalazłem. W każdym razie mam to czego szukałem więc wróciłem do Mel. Zauważyłem jak powoli kończy czytać opracowanie. Podszedłem cicho i usiadłem obok.
– Szybko ci idzie Śpioszku. – ziewnąłem i rozłożyłem skórzaną książkę przed sobą – Mam nadzieję, że jest to w miarę zrozumiałe?
– Tak... Raczej rozumiem... – nieco się zawstydziła.
– Mhm, to co jest niejasne? – uśmiechnąłem się zachęcająco – Wiesz po nocach siedziałem i mogłem zapomnieć, żeby nie używać żargonu alchemików. Zwłaszcza, że dopiero zaczynasz z alchemią...
– Wytłumaczysz mi trochę na czym polega tworzenie kręgów? Co musi w nich być? Co jest potrzebne do zrobienia czegoś? – patrzyła prosto w moje oczy z determinacją.
– Kręgi, opierają się głównie na symbolach i liniach kierunkowych. Pomagają one osiągnąć nam to czego chcemy. – przetarłem oczy ze zmęczenia. – Ale tu pewnie rodzi się pytanie co zamierzamy kierunkować, co?
– Tak. – uśmiechnęła sie i zabrała mi kosmyk włosów z czoła.
– Pewnie wiesz, że sam krąg symbolizuje obieg mocy. – mówiłem w między czasie kartkując książkę.
– Mhm... Z tego co mi wiadomo, bez tego nie da się wykonać transmutacji. – uśmiechnęła się.
– Prawda, z tym że jest to bardzo ogólnikowe. – wsparłem się na ręce – Dokładnie, to krąg nie symbolizuje samej mocy, a przepływ energii wszystkiego co nas otacza. To jest jak jedna wielka rzeka. Nie można zmienić jej biegu, ale można stworzyć kanały które doprowadzą wodę tam gdzie jest potrzebna. My tylko mamy możliwość korzystania z niej i tworzenia tych kanałów. – z trudem stłumiłem ziewnięcie – A na ostatnie pytanie sama będziesz musiała sobie odpowiedzieć, tak jak każdy alchemik. Jeśli zrozumiesz o co chodzi w zdaniu "Jedno jest wszystkim, wszystko jest jednym." zrozumiesz sens alchemii.
– Chodzi tutaj o to, że jeżeli chcę na przykład stworzyć kamienną płytkę, potrzebuję czegoś co jest równowarte temu? – wzięła i samodzielnie narysowała jakiś krąg, po czym położyła w jego środku kamyk. Klasnęła w dłonie i przyłożyła je do ziemi, przez co kamień zmienił się w kamienną płytkę. Spojrzała na mnie. –Tak? -miała wzrok pełen zainteresowania, a w oczach lśniły jej iskierki ekscytacji.
– Tak, potrzeba czegoś o tej samej wartości, ale myśląc w ten sposób, nie zmienisz samej materii lecz tylko formę. – pogłaskałem ją po głowie – Ale tak czy inaczej, szybko się uczysz.
Uśmiechnęła się delikatnie.
– Bo mam dobrego nauczyciela...
– Albo ja świetną uczennicę. – spojrzałem jej w oczy.
– Raczej świetna nie jestem... – zbliżyła do mnie swoją twarz. 
Również się przybliżyłem i pocałowałem ją.
– Nie przesadzaj, szybciej to pojmujesz niż ja gdy się tego uczyłem.
– Bo umiesz mnie nauczyć, głupku... – zarzuciła mi dłonie na ramiona, uśmiechając się uroczo.
– Wracając do alchemii... Musisz odpowiedzieć sobie na tamto... – objąłem ją i wpatrywałem się w jej błękitne oczy.
– Jedno jest wszystkim. Wszystko, jest jednym... Zadaniem alchemika, który bramę otworzy, a stanie się ciemność... – powiedziała sama do siebie, złapała swoją brodę i zaczęła myśleć. Zaniepokoiła mnie wzmianka o bramie, ale postanowiłem to przemilczeć. Póki była pogrążona w swoich myślach ja zabrałem się za przeglądanie dziennika. Zadanie do prostych nie należało. W końcu jak przystało na wielkiego alchemika, Asakura zapisywał wszystko znanym sobie szyfrem. To jest zarazem najlepszy i najgorszy zwyczaj alchemików. No cóż, jak chciałem się dowiedzieć więcej o tym alchemiku i jego transmutacjach, musiałem się przemęczyć i rozszyfrować te zapiski. Zabrałem się więc do roboty. Nie zajęło mi zbyt długo rozszyfrowanie pierwszych sześciu rozdziałów. Przerwałem jak tylko zapisałem ostatnie zdanie dotyczące tego co właśnie przeczytałem. W pewnej chwili poczułem jak dziewczyna lekko trąca mnie w ramię.
– Cora? O czym myślisz? – uśmiechnęła się.
– Zastanawiam się nad tym, co tutaj jest napisane... – spojrzałem jej w oczy, po czym wróciłem wzrokiem na kartki. Dziewczyna zbliżyła się patrząc w kartki. Z zainteresowaniem przeglądała moje zapiski i objaśnienia tekstu. W pewnym momencie pewien wers przykuł jej uwagę na dłużej.
– Cora... Czemu tu jest tyle rzeczy o ludzkiej transmutacji? Mówiłeś chyba, że to niebezpieczne i zakazane... – wbiła we mnie swój wzrok.
– Bo tak jest, ale tutaj nie chodzi głównie o transmutację człowieka, ale bardziej o samą duszę i umysł. Poza tym pierwsze cztery rozdziały poświęcone są osobom, które jak ja otworzyły Bramę Prawdy... – spojrzałem w jej oczy i uśmiechnąłem się delikatnie – Tutaj może być odpowiedź jak odzyskać te wspomnienia, które wtedy utraciłaś!
Zamrugała kilka razy i mocno przegryzła wargę. Odwróciła wzrok.
– Wspomnienia... Tak? – powiedziała lekko rozkojarzona.
– Mhm... – przytuliłem ją widząc minę jaka wskoczyła na jej twarz. – Przepraszam, nie powinienem przywoływać wspomnień tamtego dnia...
– T-To nie twoja wina... Same i tak by wróciły... – położyła głowę na moim torsie.
– A jednak mam wrażenie, że tak by nie było... – przyłożyłem swoją głowę do je.
– Nie mów tak... Nie kłamię. – szepnęła, a jej dłonie zacisnęły się na moim torsie.
– Spokojnie... – uśmiechnąłem się do niej i delikatnie ująłem jej dłonie – W takim razie, co powiesz na ćwiczenia w terenie? Po drodze mogłabyś mi powiedzieć czy już przychodzi ci rozwiązanie tamtej zagadki.
– D-Dobrze... – szepnęła, po czym widocznie niechętnie się ode mnie odsunęła – Chodzi o... Em... – zająknęła się, po czym skrępowana spuściła głowę. – N-Nie mam pojęcia...
– Nie martw się, mnie zajęło to miesiąc zanim zrozumiałem o co w tym chodzi – uśmiechnąłem się do niej – Choć jeśli chcesz, mogę dać Ci kilka wskazówek.
– Proszę. – uśmiechnęła się.
– Dobrze... – zacząłem zbierać swoje rzeczy – Jesteśmy pojedynczymi częściami całości, a całość składa się z wielu takich części.
– Świat składa się z nas? Więc... My jesteśmy całym światem? – przekręciła nieco głowę. 
– Tak, dokładnie tak... To działa w kontekście każdej materii... – objąłem ją delikatnie – Jestem z ciebie dumny...
– Dziękuję... – szepnęła. Uśmiechnęła się i lekko zarumieniła.
– Nie masz za co... – zarumieniłem się lekko.
Wyszliśmy na zewnątrz. Tym razem przechodziliśmy przez park. Złapała mnie za rękę. Pogoda się ociepliła i już tak nie wiało. Idąc główną ścieżką usłyszeliśmy muzykę. Mel zaczęła nucić pod nosem w jej rytm.
– Miałbym do ciebie prośbę... – spojrzałem w jej stronę gdy dotarliśmy do źródła dźwięku jakim była pobliska knajpa.
– Tak? – spojrzała mi w oczy.
– Czy miałabyś ochotę zatańczyć? – spytałem uśmiechając się do niej i przy okazji czerwieniąc się.
Zamrugała kilka razy, czerwieniąc się mocno.
– C-Chętnie! – powiedziała, uśmiechając się szeroko. Przysunąłem się bliżej i objąłem ją w talii.

<Mel?>
Ilość słów: 1394

sobota, 24 lutego 2018

♥Od Corazona do Melusine♥

Wstałem wcześniej od Mel. Blondynka dalej spała mocno wtulona w moją pierś. Trzymała się mnie kurczowo jakbym miał zaraz gdzieś zniknąć. Zerknąłem na zegarek wiszący na ścianie. Wskazówki pokazywały godzinę piątą. Poćwiczyć mogłem zawsze później, a tak to bym ją jeszcze obudził. Miała kiepską noc i na razie lepiej niech sobie dalej śpi. Leżałem i rozmyślałem nad tym co się stało wczoraj. Wciąż nie mogę uwierzyć, że ją znowu spotkałem. A tym bardziej w to, że wszystko się tak dobrze ułożyło. No prawie, Mel dalej ma braki w pamięci i moja w tym głowa żeby coś na to poradzić. Leżałem i rozmyślałem nad tym do około 6:30. Postanowiłem wstać i zrobić nam kawę na rozbudzenie. Zdjąłem rękę z dziewczyny i ruszyłem się lekko. Poczułem jak zaciska uścisk i wzdycha głęboko.
– N-Nie... I-Idź... – szepnęła. Uśmiechnąłem się do niej.
– Nie martw się, idę tylko kawę zrobić. – rzekłem i ściągnąłem z siebie kołdrę.
– T-to miejsce jest straszne... Boję się... – mówiła dalej lekko niewyraźnie. Kompletnie nie rozumiałem o co jej chodziło. Boi się, we własnym pokoju? – Ściany... One... – zaczęła się krzywić. Czyżby mówiła przez sen? Chyba tak.
– Spokojnie Mel, to tylko zły sen. Jestem tutaj. – potrząsnąłem nią delikatnie – Hej, budzimy się...
Dziewczyna w końcu otworzyła oczy.
– Cora... Coś się stało? – spytała ziewając przeciągle.
– Nic, nic. Pora do wstawać do szkoły. – wstałem i przeciągnąłem się. – Też chcesz kawę, śpioszku?
– T-tak poproszę... – zaczerwieniła się lekko – Śpioszku?
– Tak jakoś mi się powiedziało... – na moją twarz też wskoczył delikatny rumieniec i z lekkim zakłopotaniem rzuciłem – To ja może wodę wstawię.
Jak powiedziałem, tak zrobiłem. Blondynka tymczasem poszła się ogarnąć do łazienki. Pięć minut później dwa kubki z parującą kawą stały na stoliku. Mel dalej siedziała w łazience, więc równie dobrze mogłem teraz odbębnić dzisiejsze ćwiczenia. Wstawiłem stopy pod łóżko i zacząłem robić brzuszki połączone z one-two. Po dziesięciu seriach po trzydzieści brzuszków przyszedł czas na pompki. W połowie ćwiczeń poczułem na sobie czyjś wzrok. Przerwałem i obejrzałem się za siebie. Oczywiście kto inny mógłby tam być jak nie Melusine. Nawet nie zauważyłem kiedy wyszła.
– Codziennie tak ćwiczysz? – spytała sącząc kawę.
– Mhm... – odparłem z wysiłkiem kończąc ostatnią serię – Właśnie, mam do ciebie ważne pytanie.
– T-tak? – zaczerwieniła się mocno i spojrzała mi w oczy.
– Więc... No, znasz już prawdę... I czy chciałabyś żebym dalej cię uczył alchemii? – zapytałem lekko poważniejąc. Cholera, oby chciała. Zawsze to był jakiś kolejny dobry pretekst żeby z nią spędzać więcej czasu. Spojrzałem w jej oczy. Miała piekielnie piękne oczęta.
– Oczywiście! – uśmiechnęła się szeroko. – Historia to jedno, a nauka to drugie. Nie mam ci niczego za złe!
– Cieszę się. – wytarłem pot z czoła w koszulkę i sięgnąłem po kubek z kawą. – W takim razie co powiesz na to żeby dziś po lekcjach się spotkać i trochę poćwiczyć?
– Pewnie! – odpowiedziała bez wahania – O której dzisiaj kończysz?
– Około trzynastej, ale jeszcze klub bokserski więc pewnie coś po piętnastej będę wolny. – odparłem zamyślony. Wziąłem kolejny łyk kawy i odchyliłem się do tyłu patrząc w sufit. Czy jej oczy zawsze takie były? Mam wrażenie jakby coś się w nich zmieniło. A może to sposób w jaki patrzy. W każdym razie dodawało jej to uroku. Wypadałoby jeszcze raz spędzić z nią walentynki, bo wczoraj niezbyt się udały. Może by tak spacer wieczorkiem po plaży? Albo w ogóle wieczorny spacer przy świetle gwiazd. Spojrzałem na nią. Patrzyła na mnie wyczekująco.
– W-wybacz, zamyśliłem się... Mogłabyś powtórzyć? – uśmiechnąłem się przepraszająco.
– Zapytałam, gdzie chcesz się spotkać... – uśmiechnęła się. – A swoją drogą, nad czym tak myślałeś?
– Może przed halą i stamtąd prosto do biblioteki? Nad niczym czym się musiałabyś się przejmować... – dopiłem resztkę z kubka i rozłożyłem się na krześle.
– Mhm, chętnie! – powiedziała uradowana. Chwilę później zgarnąłem swoje rzeczy i pożegnałem się z Mel. Poszedłem do siebie na szybko się ogarnąć zanim zaczną się lekcje.
***
Moja ostatnia walka zaczęła się przeciągać. Mimo tego, że to tylko sparing postanowiliśmy urządzić go tak jak normalną walkę. Bez ochraniaczy i pełny wymiar czasowy. Właśnie skończyła się nasza przedostatnia runda. Zerknąłem na zegar. Kuźwa, już 15:20. Jestem spóźniony. No nic, ale nie mogę przerwać tej walki. W końcu ostatnie trzy minuty zostały. Rozbrzmiał gong i obaj wytoczyliśmy się z narożników. W tym momencie drzwi hali otworzyły się. Nie wiem co mnie podkusiło żeby zerknąć kątem oka kto to był. Było to głupie, bo sekundę później oberwałem potężnym hakiem w skroń. Od razu się zatoczyłem, a lewą stronę mojego pola widzenia zalała czerwona zasłona. Pięknie, już po łuku brwiowym. Za plecami usłyszałem krzyk.
– C-Corazon! – pisnęła i wbiegła na ring. – Boże, twoja skroń! C-Czekaj, pomogę! – była spanikowana. Matteo przerwał na chwilę walkę.
– Spokojnie nic mi nie jest... – wysapałem z trudem. Nie martwiłem się, w końcu używaliśmy lekkich, cztero-uncjowych rękawic. – Matteo... Wznawiamy... – włożyłem z powrotem do ust ochraniacz na zęby. Chłopak z obojętną miną prychnął i pomógł Mel zejść z ringu. Westchnąłem. Wracają dawne czasy. Aż mi się przypomniała walka o pas. A się zapuściłem... Dawniej nie dałbym się tak sponiewierać. W końcu ruszył się. Nie wiem czemu, ale mając świadomość obecności Mel za plecami dodała mi nowych sił. Zacisnąłem gardę, specjalnie zostawiając lekko odsłoniętą głowę z lewej strony. Nie musiałem czekać, od razu połknął haczyk. Wyprowadził długiego sierpowego. Kucnąłem i zrobiłem wyskok do przodu wkładając całą siłę nóg w ten potężny podbródkowy. Przeciwnika aż wyrwało w powietrze. Taak... Ciało dalej pamięta jak się wyprowadzało cios gazeli. Powoli zszedłem na podłogę hali.
– Wybacz, że tyle czekałaś. – uśmiechnąłem się krzywo.
– Nie martw się... To nic wielkiego... – uśmiechnęła się delikatnie – Cały jesteś?
– Spokojnie, to tylko kilka siniaków. No i jeszcze to... – wskazałem na rozciętą brew – Możesz jeszcze chwilkę zaczekać? Muszę skoczyć pod prysznic...
– Oczywiście, nie martw się...
Po dwudziestu minutach przyjemnego polewania się wrzątkiem wyszedłem. Blondynka czekała na mnie na ławce obok męskiej szatni.
– To teraz do miejskiej biblioteki? – spytałem idąc dziarskim krokiem w jej kierunku.
– Najpierw trzeba się zająć twoimi ranami... – podeszła do mnie i delikatnie odkleiła plastry z mojej twarzy. Przyłożyła tam dłonie i od razu poczułem jak ból ustaje, a rany się goją.
– Chyba nigdy mnie to nie przestanie zaskakiwać... – przytuliłem ją w podzięce.
***
W miejskiej bibliotece szybko znaleźliśmy dział o alchemii i zaczęliśmy szperać w poszukiwaniu odpowiednich tytułów. Wystarczyłoby znaleźć tylko kilka książek, żeby zacząć naukę. Interesowały mnie w szczególności podstawy alchemii Marco i zasady kręgów Soyghi. Staliśmy obok siebie i przeglądaliśmy książki, które zainteresowały nas po drodze.
– Hej, Corazon... Tak sobie pomyślałam... Dlaczego akurat boks? – oderwała się od lektury i spojrzała mi w oczy – Przecież, jest tyle bezpieczniejszych sportów... Więc dlaczego?
– Pamiętasz ten wieczór w zaułku? – spytałem uśmiechając się lekko.
– N-no tak...
– No właśnie dlatego boks. Od zawsze chciałem się nauczyć walczyć żeby móc obronić wszystko co dla mnie ważne. Poza tym, chcę być wystarczająco silny, żeby móc cię obronić... Zawsze... – na moją twarz wskoczył delikatny rumieniec.
– Dziękuję ci Corazon... – zaczerwieniła się jeszcze bardziej niż ja.
Wpatrywałem się w nią. Była taka urocza. I te oczy. Mogłem na nie patrzeć godzinami i dalej bym nie miał dość.
– Rano spytałaś się mnie nad czym tak rozmyślałem... – uśmiechnąłem się – Dalej chcesz wiedzieć co mi po głowie chodziło?
– Oczywiście, że tak.
– Rozmyślałem o tym, że skoro walentynki nie wypaliły... To może zgodziłabyś się na spacer w świetle gwiazd? – serce waliło mi jak nigdy. Było jeszcze gorzej niż wczoraj podczas wspominania o tamtej historii.
– Bardzo chętnie... – uśmiechnęła się delikatnie. Miała przepiękny uśmiech. A chuj, co mi tam. Raz już boga spotkałem, to najwyżej drugi raz się z nim zobaczę.
– A i jeszcze nad tym myślałem... – miałem wrażenie, że łomot mojego serca było słychać na drugim końcu sali – Mel... Mogłabyś zamknąć oczy?
– Co? Dlaczego? – dopytywała się.
– Po prostu zaufaj mi... – czułem jak stres zaciska mi krtań.
– D-dobrze... – zamknęła oczy rumieniąc się przy tym. Teraz albo nigdy. Powoli zbliżyłem swoją twarz do jej i pocałowałem ją. Miała takie delikatne usta. Zamknąłem oczy. Była to tylko chwila. Ale za to jaka przyjemna. Jak to powiedział Faust? "Trwaj chwilo, o chwilo, jesteś piękną!" Jednak może nie do końca trwaj, bo gdy otworzyłem oczy napotkałem spojrzenie Mel...

<następne opowiadanie>
<Mel, co ty na to?>
Ilość słów: 1411

sobota, 17 lutego 2018

♥Od Corazona do Melusine♥

Pożegnałem się z Mel, po czym ruszyłem się przejść. Ściemniało się, ale to nie było wielkim problemem. Przecież miałem w pełni działającą protezę od blondynki. Spojrzałem na lśniącą stal mojej ręki. Nie, tym razem nie pozwolę jej tak łatwo zniszczyć. Dziewczyna za dużo pracy i wysiłku wkłada w jej naprawienie. Szedłem powoli w kierunku lasu. W samotności mogłem dobrze pomyśleć jak jej się odwdzięczyć za te wszystkie naprawy. To musi być coś specjalnego. Tylko co? Oto jest pytanie. Gdy dotarłem do lasu postanowiłem rozłożyć się na jakiejś polanie. Przysiadłem sobie pod dębem i zacząłem obserwować gwiazdy. Nie minęło dużo czasu odkąd się w nie wpatrywałem, a już wychodziło moje zboczenie alchemiczne. W tysiącach punkcików samoistnie wychwytywałem wzory i symbole alchemiczne. Skoro i tak nic produktywnego nie robiłem, to postanowiłem potworzyć coś z otaczających mnie materiałów. Zaczynałem od niezbyt rozbudowanych przedmiotów. W miarę jak się rozkręcałem twory były coraz bardziej rozbudowane. Między innymi były to odwzorowane ze szczegółami figurki zwierząt czy kwiaty. Zerknąłem jeszcze raz w gwiazdy i zobaczyłem pewien interesujący wzór, który pozwoliłby stworzyć coś naprawdę pięknego... Bezwiednie przerysowałem krąg. Jednak powstrzymałem się przed użyciem go. Nie mogę z nich korzystać. Ale to podsunęło mi ciekawy pomysł. Przecież jest pewna osoba, która z chęcią by to zrobiła.
***
Gdy wracałem było już późno i zamykali właśnie jedyny sklep gdzie mogłem dostać jakieś arkusze metalu. Z trudem, ale jakoś udało się przekonać właściciela, żeby otworzył jeszcze na dosłownie pięć minut. Mam wrażenie, że chyba argument o nazwie prezent walentynkowy sprawił, że mężczyzna się zgodził. Nie potrzebowałem wiele. Wystarczyły mi trzy arkusze. Wszystkie zrobione ze stali. Po zakupach szybko skoczyłem do akademika i zabrałem się do pracy. Mojego współlokatora akurat nie było, także mogłem w spokoju pracować. Wyjąłem z szuflady przy biurku plik kartek i ołówków, po czym zacząłem rozrysowywać kręgi. Kiedy udało mi się w końcu opracować odpowiednie wzory zabrałem się za grawerowanie ich w metalach. Szło to opornie, ale o trzeciej w nocy jakoś udało mi się to skończyć. Nie zdejmowałem ubrania. Położyłem się i przysnąłem tak jak stałem.
***
Rano wstałem wcześnie i pomimo późnej pory o której się położyłem, byłem w pełni wypoczęty. Po porannej toalecie, założyłem czarną koszulę. Trzeba jakoś elegancko wyglądać, co nie? Jednak nie mogłem odpuścić mojego czerwonego płaszcza. Włosy spiąłem w kucyk. Sprawdziłem jeszcze raz czy aby na pewno wszystko mam w plecaku. Na szczęście o niczym nie zapomniałem. Zatrzymałem się przy drzwiach i spojrzałem w kierunku biurka. Może jednak mój stary notatnik z opowiadaniami też bym zabrał. Może nie pomoże, ale tym bardziej nie zaszkodzi. W końcu, skoro spodobały jej się tamte opowiadania, to i te mogą. Wrzuciłem go i byłem gotów na spotkanie. Dziwne, spędzam z nią prawie całe dnie, częściej sypiam u niej niż u siebie. A jednak dziś było zupełnie inaczej. Byłem podekscytowany, może też zestresowany. Nawet bardzo. Szedłem korytarzem ciesząc się jak głupi do sera. Znalazłem ją na dziedzińcu. Pomachałem do dziewczyny i podszedłem do niej.
***
Niedługo potem siedzieliśmy w kawiarni. Zamknąłem oczy i wziąłem spory łyk kawy. Gdy odstawiłem kubek, zobaczyłem na stole przed sobą kopertę, a w niej czerwoną kartkę w kształcie serca.. Zerknąłem na Mel i uśmiechnąłem się. Przeczytałem co napisała.
– "Dziękuję, za ratunek”, hm? – mruknąłem pod nosem, po czym wstałem i podszedłem przytulić ją. – Naprawdę nie trzeba było, teraz to co ja przygotowałem będzie wyglądało mizernie...
Sięgnąłem po plecak i wyjąłem z niego arkusze stali. Położyłem je przed Mel.
– Spróbuj wykonać transmutacje. – uśmiechnąłem się zachęcająco, a na moją twarz wskoczył delikatny rumieniec. Blondynka wykonała moje polecenie i po chwili przed nią leżała stalowa walentynka, naszyjniki z sercem zrobionym z zębatek oraz stalowa róża. Wzięła do ręki walentynkę i zaczęła czytać pod nosem. Nie musiałem się przysłuchiwać żeby wiedzieć co mówi. Treść walentynki znałem na pamięć, a brzmiała ona tak "Za twój uśmiech. Za to, że się tak starasz. Za to, że po prostu jesteś. Dziękuję, Mel".
–Cora... To... – dziewczyna wzruszyła się i zawiesiła mi się na szyi. Po czym zrobiła coś czego absolutnie się nie spodziewałem. Poczułem jak dziewczyna daje mi całusa w polik. Na ten gest strasznie się zarumieniłem. Może trochę mało powiedziane, ale trudno jakoś lepiej to określić. Nie wiedziałem co powiedzieć.
– Pomógłbyś mi założyć naszyjnik? – spytała równie czerwona jak ja. Dalej oniemiały odgarnąłem jej włosy i spróbowałem zapiąć wisiorek.
– Mel, jedno pytanie. Skąd masz tę bliznę? – spytałem, a w głowie zaczęły odżywać dawne wspomnienia.
– Ta blizna... Miałam ciężki wypadek w dzieciństwie, który podobno spowodował, że straciłam część swojej pamięci... Nie wiem czy to prawda... – dotknęła blizny i wyraźnie posmutniała. Nie chciałem sprawiać jej bólu.
– Wybacz, ale muszę to wiedzieć, to bardzo ważne. Czy ten wypadek miał miejsce obok starej fabryki na przedmieściach jakieś osiem lat temu? – spojrzałem jej w oczy wyczekująco.
– T–Tak... S–Skąd wiedziałeś? – odparła zaskoczona. Wpatrywała się we mnie, z pewną dozą ciekawości, strachu i zniecierpliwienia.
– Całe szczęście przeżyłaś... – szeptałem wtulony w nią – Tak się cieszę... Przepraszam, po prostu przepraszam...
– Cora, co się stało? Czemu mnie przepraszasz? – pytała coraz bardziej zaniepokojona – Corazon!
– To przeze mnie masz tę bliznę... – westchnąłem ciężko. Miałem wrażenie, że moje serce zaraz wyskoczy na zewnątrz – Zapowiada się ciężka rozmowa...
– Hej, ale przecież nie mogłeś mieć z tym nic wspólnego. Przecież poznaliśmy się dopiero przed kilkoma dniami... Prawda? – mówiła z nadzieją.
– Nie do końca... To przeze mnie się fabryka zawaliła, to przeze mnie prawie umarłaś... – mówiłem ponurym tonem, nie podnosiłem głowy. Nie mogłem jej podnieść – Mur cię przygniótł... Dużo krwi... Stanowczo za dużo... Musiałem złamać odwieczny zakaz alchemików i przeprowadzić ludzką transmutację, a za to się płaci wysoką cenę... Dziury w pamięci możesz mieć spowodowane przez przyciąganie duszy... Teraz wiesz czemu nic nie pamiętasz, czemu nie mam ręki, czemu nie mogę z kręgów korzystać... To mniej więcej cała historia...
Nie wiedziałem jak zareaguje. Liczyłem tylko, że mnie nie znienawidzi za tamto wydarzenie. Jednak cisza trwała, brak czegokolwiek. Niewiele myśląc puściłem ją i zabrałem swój plecak. Wypowiedziałem bezgłośne "przepraszam" po czym wyszedłem kierując się do akademika. Ku*wa, zdupiłem jej Walentynki...
Ilość słów: 1012

środa, 14 lutego 2018

Od Corazona do Melusine

Otworzyłem nieśpiesznie oczy. Napotkałem nad sobą zmęczoną twarz Mel. Blondynka uśmiechała się lekko.
– Wiesz, może powinienem się do ciebie wprowadzić skoro sypiam tu częściej niż u siebie. – powiedziałem zaspanym głosem z trudem powstrzymując ziewnięcie. Nie był to chyba najpiękniejszy widok. Przypominało to coś na kształt kota, któremu ktoś wepchnął do pyszczka cytrynę. Nie ważne jak głupio wtedy wyglądałem, istotne było, że dziewczyna się śmiała. Boże, zrobiłbym to znowu, żeby tylko jeszcze raz usłyszeć jej delikatny i melodyjny śmiech. Należało się jej za te zmartwienia jakich jej dołożyłem.
– Chodź, trzeba ją przymocować – powiedziała przeciągając się z ciężkim westchnięciem. Podniosłem się jakoś i usadowiłem się przy jej stole warsztatowym.
– Mam nadzieję, że nie obudziłem cię w nocy – krzywiłem się od czasu do czasu kiedy ruszała któryś z kabli łączących nerwy z mechanizmem.
– Nie martw się i tak nie spałam – mówiła nie unosząc głowy. Cały czas pracowała w skupieniu.
– Wiesz, czasem zdarzy mi się chrapać i... – urwałem. Dopiero teraz do mnie dotarło co powiedziała – Czekaj. Jak to nie spałaś całą noc?
– Przecież ci mówiłam, że nie będę spała prawda? Ktoś ci musiał to naprawić – postukała przy tym kluczem w moje ramię.
– Ale nie musiałaś zarywać dla mnie nocki... – było mi strasznie głupio, że przez moją nieuwagę musiała teraz się męczyć – Ja... Ja dziękuje... Za to, że się tak starasz, mimo że znamy się dopiero kilka dni... – Nigdy za specjalnie dobry w takie rzeczy nie byłem. Wstałem żeby ją przytulić. Objąłem ją sprawną ręką, a druga zwisała bezwładnie.
– Naprawdę dziękuje. – wyszeptałem.
Chciałem się odsunąć, lecz w tym momencie drzwi do pokoju się otworzyły a do pokoju wkroczyła współlokatorka Mel. Jak ona miała... Remilia. Chyba. W każdym razie spojrzała na nas z niechęcią.
– A ty znowu tutaj? – rzuciła z nutką pogardy, albo przynajmniej ja to tak odebrałem – Mógłbyś się chociaż ubrać.
Odwróciła wzrok ode mnie i lekko się czerwieniąc poszła do siebie. Fakt, trochę zimno się robiło w bokserkach. W końcu powinienem zacząć spać w koszulce. Poczułem jak Melusine zaczyna coraz bardziej na mnie wisieć. Widać było, że na oparach energii jechała.
– Siadaj, jeszcze nie skończyłam jej podłączać. – podniosła głowę, po czym znów ją opuściła.
– O nie – zaprotestowałem stanowczo – Ty teraz idziesz spać, moją ręką się później zajmiemy.
Nie dałem jej odpowiedzieć. Pomogłem jej dostać się do łóżka. Ledwie się położyła, a już okryła się porządnie kołdrą i przytuliła się do poduszki. Zgarnąłem swoje ubrania i nakładając spodnie, a potem podszedłem do Remilii.
– Hej, mogłabyś się nią zaopiekować?
– A co ja niańką jestem? – skrzywiła się zerkając na mnie.
– I tak wiem, że się o nią zatroszczysz. Czuję to. – uśmiechnąłem się szeroko, po czym wyszedłem po drodze naciągając koszulkę na siebie. Ruszyłem korytarzem w kierunku swojego pokoju. Miałem już plan na dzisiejszy dzień, ale jeszcze trzeba było przetrwać dzisiejsze lekcje. Jak tylko zaszedłem do pokoju od razu skierowałem się do biurka po mój notes od alchemii. Miałem jeszcze jakieś dwadzieścia minut do dzwonka, więc zaszedłem jeszcze do gabinetu dyrektora żeby usprawiedliwić dzisiejsze nieobecności Mel.
***
Huh, to w sumie nie był wcale taki zły dzień. A jeszcze to ogłoszenie o klubie bokserskim. O tak, w końcu coś co mnie zaciekawiło. Ale zanim pójdę dołączyć do nich, to podrzucę notesik do Mel. Szybko skoczyłem do jej pokoju. Na szczęście wchodząc, o nic nie zahaczyłem protezą i dziewczyna mogła dalej spać. Pozostawiłem książkę na biurku i nabazgrałem na notkę, żeby w razie czego wiedziała o co chodzi i gdzie mnie znaleźć. Po czym cichutko wyszedłem.
***
– Czy to tutaj są spotkania klubu bokserskiego? – Spytałem wchodząc na halę. W sumie to było głupie pytanie. Na środku stał ring, a po bokach rzędy worków i sprzętu do ćwiczeń. Wszedłem głębiej, a na spotkanie wyszedł mi jeden z ćwiczących tam mężczyzn.
– Matteo Terazzi. – wyciągnął do mnie rękę. – Co cię tutaj sprowadza?
– Corazon Calon'Dur i chciałem się zapisać do klubu bokserskiego. – odwzajemniłem się uśmiechem i porządnym uściskiem dłoni.
– Jasne, musisz tylko podpisać formularz zgłoszeniowy i jesteś już nasz. Poczekaj chwilkę, skoczę po jeden i zaraz wracam.
Szybkim krokiem przeszedł przez salę i zniknął w kanciapie. W tym czasie postanowiłem naszykować jakiś długopis. Nie było łatwo robić to lewą ręką, ale jakoś się udało otworzyć plecak i rozpocząłem poszukiwania. Poszukując długopisu znalazłem mój notes alchemiczny. Dziwne myślałem, że go zostawiłem u Mel. I wtedy zamarłem. Musiałem tam zostawić mój notatnik z opowiadaniami! Jezu, tam miałem wszystkie moje raki zapisane. Akurat wrócił Matteo z plikiem kartek.
– Podpisz się tu, tu i tu. – mówił wskazując różne rubryki i pola na kartkach.
– Dzięki, ale muszę lecieć. Wpadnę później! – zapiąłem plecak i wybiegłem z hali. Do akademiku dobiegłem w kilka minut. Gdy wszedłem do jej pokoju, Melusine siedziała na łóżku i czytała mój notatnik. Pięknie. Po prostu pięknie, jeszcze coś jej się stanie od tego.
<Mel? Jakoś odpisałem, sorki że długo czekałaś...>
Ilość słów: 822

sobota, 3 lutego 2018

Od Corazona do Melusine

Oczy otworzyłem, gdy jeszcze było szaro za oknem. Rozejrzałem się wokół siebie. To pomieszczenie, raczej nie było moim pokojem. Chciałem się podnieść, jednak coś mnie przygniatało. Wtedy dopiero zauważyłem Melusine leżącą połowicznie na mnie. Sposób w jaki leżała sprawił, że mimowolnie się uśmiechnąłem. Trzymała się mnie, tak jakbym miał zaraz umrzeć. Było to na swój sposób urocze. Długo zajęło zanim się wydostałem z łóżka, tak żeby jej nie obudzić. Postanowiłem okryć ją zanim wyjdę. Narzuciłem na nią płaszcz i po cichu wyszedłem na korytarze. Trzeba było się jakoś ogarnąć i przebrać z podartych ubrań.
– – –
Jeszcze tylko dwie lekcje. Stałem przed tablicą z planem i szukałem rozpiski dla mojej klasy. No, ciekawe co i z kim mamy. Już znalazłem na kartce informację której poszukiwałem, gdy podbiegła do mnie Mel.
– Hej, wszędzie cię szukałam. Nie możesz tak po... – zadzwonił dzwonek przerywając jej w pół zdania.
– Sorki muszę lecieć, pogadamy po przerwie w bibliotece. Ok? – przerzuciłem torbę przed ramię i szybkim krokiem ruszyłem pod salę. Ciekawiło mnie jak tutaj wyglądają zajęcia ze sztuk walki. Profesor kazał nam przebrać się i wyjść na poligon.
Rozmawiałem właśnie z ludźmi z mojej klasy na temat zajęć i pana Ogonowskiego. O wilku mowa. Wyłonił się zza rogu prowadząc jakąś grupę uczniów. Objaśnił nam, że dziś z nami będzie klasa medyczna w ramach zajęć praktycznych z pierwszej pomocy. Ku memu zaskoczeniu zobaczyłem wśród nich znajomą blond czuprynę oraz te błękitne oczy. Podszedłem do niej, żeby dopytać się co chciała mi przekazać przed lekcją.
– Ja... Ja po prostu martwiłam się, że coś ci się znowu stało. Moje moce nie są idealne... – powiedziała.
– Wiem, ale to i tak lepsze niż miałbym samemu się składać, co nie?
– Niby tak... – podała mi jakieś kartki – Widziałeś?
Spojrzałem na papiery. Widniał na nich wielki wytłuszczony nagłówek "MASAKRA W ZAUŁKU WIŚNIOWEJ OBOK SZKOŁY!". Spojrzałem jej w oczy. Po plecach zaczął spływać mi zimny pot. Wróciłem do czytania "Tak urządzone zostały lokalne zbiry. Dwoje z nich trafiło do szpitala, trzeci do kostnicy. Na miejscu po sprawcy zostały tylko duże kolumny i kratery wokół nich oraz kilka stalowych włóczni".
– Coś ty tam nawyprawiał?! – mówiła zdecydowanie ciszej – Oderwana ręka, zmiażdżona głowa?!
Zauważyłem za sobą rosnący cień. Obróciłem się przez ramię i ujrzałem poirytowaną twarz nauczyciela.
– Skoro łaskawie skończyłeś romansować, to może mógłbyś pofatygować się na pole i zacząć pojedynek?
Bez słowa sprzeciwu ruszyłem przed siebie. Czekała tam na mnie moja przeciwniczka. Dziewczyna przyjęła postawę do walki i wyciągnęła miecz. Z racji, że nie był to odpowiedni moment na zgłaszanie zażaleń do Ogonowskiego, postanowiłem tylko się bronić przed atakami. Swoje ataki wyprowadzała na poważnie. Pojedynek nie był długi, ale za to intensywny. Była naprawdę zwinna. Kilka razy musiałem wybić się z kolumny albo się nią zasłonić, żeby uniknąć ciosu. W końcu jednak zdołała się przebić przez moje zasłony i przecięła mi protezę. Ta tylko z towarzyszącymi odgłosami spięć spadła na ziemię. Wiedziałem już jak to się skończy. Z tyłu rozległ się krzyk złości Mel. Spojrzałem na przeciwnika błagalnie.
– Zabij mnie, proszę... – wyszeptałem.
<Mel? Coś udało się... stworzyć?>
Ilość słów: 512

piątek, 26 stycznia 2018

Od Corazona do Melusine

Blondynka skończyła majstrować przy mojej ręce. Wreszcie mogłem coś na siebie narzucić. Założyłem koszulkę i usiadłem na brzegu łóżka.
– Cora, takie pytanie. Coś ty robił, że uszczelki w dłoni masz praktycznie zużyte? – spytała lekko poirytowana.
– Ćwiczyłem w nocy – odparłem z uśmiechem.
– Przecież dopiero co wczoraj ci je wymieniałam, one miały co najmniej miesiąc wytrzymać!
–Ale... – urwałem, widząc jej wzrok – Przepraszam.
– Eh... Nieważne. – westchnęła – Chodźmy lepiej, zanim zamkną sklep.
Miałem wątpliwości co do tego. Niedawno jeszcze wyglądała na chorą, a teraz zamierza iść do sklepu. No cóż, widać to w jej oczach, że nie odpuści sobie tego wypadu. Pokiwałem głową na zgodę, choć wolałem, żeby się nie przemęczała.
***
Gdy wychodziliśmy ze sklepu, było już ciemno. Bezchmurne niebo ukazywało okazałą tarczę księżyca w pełni. Szliśmy sobie spacerowym tempem głównymi ulicami. Sklep był niezły kawałek drogi od akademika. Wiatr się wzmagał. Gdyby nie te zimne podmuchy, to noc byłaby bardzo przyjemna, wręcz idealna na taki spacer.
– Dalej się gniewasz? – spytałem, przekładając siatkę do drugiej ręki.
– Już n...– w połowie zdania zaczęła kichać.
– Lepiej przyśpieszmy – zdjąłem swój płaszcz i podałem go Mel – Znasz jakiś skrót?
Pociągnęła noskiem, nakładając mój płaszczyk. Skręciliśmy w boczną alejkę i zaczęliśmy poruszać się po ciemniejszych zaułkach. Niezbyt podobała mi się okolica. Może to ze względu na porę, o której tamtędy przechodziliśmy? Nie to raczej nie to. Księżyc świecił jasno i dobrze oświetlał drogę. Po dziesięciu minutach krążenia takimi przejściami dotarliśmy do takiego, z końca którego widać było nasz akademik. Ruszyliśmy szybkim krokiem w kierunku wyjścia. W połowie długości alejki, drogę zastąpił na jakiś mężczyzna ubrany na czarno,
– A dokąd to się tak śpieszymy? – wysyczał z krzywym uśmiechem na twarzy. – Wspomożecie nas swoimi portfelami i nikomu nic się nie stanie.
Za naszymi plecami rozległ się donośny, nieprzyjemny śmiech.
– Jest źle – szepnąłem do dziewczyny, zerkając przez ramię – Ten za nami jest dość daleko. Spróbuję odciągnąć tego z przodu, a ty w tym czasie uciekniesz.
– Nie ma mowy – odszepnęła – Też mogę walczyć.
Rzuciłem w jej stronę spojrzenie nieprzyjmujące odmowy. Po chwili wahania zgodziła się. Widziałem, że bardzo chciała zostać i pomóc, ale nie mogłem się zgodzić. Skinąłem jej głową na znak, żeby ruszała. Klasnąłem w ręce i przyłożyłem do ściany, tworząc włócznię, po czym cisnąłem nią w mężczyznę przed nami. W tym samym momencie Melusine upadła. W mojej głowie kłębiły się dziesiątki myśli typu "Jak?" albo "Skąd?". Kątem oka dostrzegłem ruch po mojej lewej. To musiała być jego sprawka.
– A mogliśmy to załatwić na spokojnie kolego. – mówił facet z przodu.
– Tak, mogliście odejść i nic by się wam nie stało – powiedziałem z furią w głosie – A teraz to mnie wkurwiliście.
Nie czekałem na odpowiedź. Przekształciłem swoją pięść w rogatkę i rzuciłem się na najbliższego przeciwnika. Lata treningu bokserskiego wyrobiły u mnie dostatecznie duże przyśpieszenie, aby nie mógł się uchylić. Oberwał potężnym prawym sierpem prosto w skroń. Nie jestem pewien, ale chyba cios zmiażdżył mu głowę. W końcu otrząsnęli się i rzucili w moim kierunku. Nie była to równa walka, w końcu walczyli z rozsierdzonym mną.
***
Powoli, acz skutecznie szedłem korytarzami akademika z Melusine na rękach. Czułem, jak kurtka przesiąka krwią. Już prawie zapomniałem, jakie to uczucie tak oberwać. W końcu udało mi się dojść do jej pokoju.
– C-cora? C-co się stało? – otworzyła oczy i powoli powiedziała, kiedy usiłowałem otworzyć drzwi łokciem – Czemu jest mi mokro?
– Ćśśś... To tylko moja krew. – sapnąłem – Mam połamane żebra i kilka paskudnych rozcięć.
Łatwo nie było, ale jakoś dostałem się do środka. Powoli odstawiłem ją do łóżka. Po czym usiadłem na krześle obok.
– Czekaj, jak to ?! – krzyknęła, jakby dopiero teraz to sobie uświadomiła. Ciężko oddychać, ciemno... – Corazon! Nie mdlej!
– Nie martw się... jest w porządku – uśmiechnąłem się słabo, z trudem oddychając– To nie jest... takie złe, na jakie wygląda.
Chyba jednak odrobinę przesadziłem, bo potem zgasło światło.

<Mel? Wybacz za takiego raka>
Ilość słów: 664

niedziela, 21 stycznia 2018

Od Corazona do Melusine

Czekając na dziedzińcu, postanowiłem sprawdzić, czy na pewno wszystko zabrałem. Rozpiąłem torbę i zacząłem przeglądać rzeczy. Odetchnąłem z ulgą, widząc, że najważniejsze zabrałem ze sobą. Szybko zamknąłem ją i przerzuciłem przez plecy. Z nudów obserwowałem ludzi przechodzących obok. Wszyscy gdzieś gnali. W końcu w kolejnej grupie wychodzących uczniów zauważyłem Melusine. Dziewczyna pomachała i podbiegła do mnie.
– To jak? Gdzie idziemy? Masz jakiś plan? – zapytała z uśmiechem na twarzy.
Zatrzymałem się w pół ruchu. Panika. O boże, czy ja mam jakiś plan? Ja nawet nie wiem, co będę robił za chwilę, a tu plan na cały dzień trzeba mieć. Silniejszy podmuch wiatru obsypał nas piaskiem. Wtedy nagle dostałem objawienia, to było jak sekwencja wybuchów tworzących pomysł.
– Słyszałem, że w okolicy jest jakaś plaża. – wypaliłem pierwszym spójnym skojarzeniem, jakie mi tylko przyszło do głowy – Pomyślałem, że transmutacja piasku w kryształ powinna być dobra na początek.
– W takim razie ruszamy. – skierowaliśmy się w stronę przystanku.
***
Mniej więcej po godzinie jazdy dotarliśmy na miejsce. Rozstawiliśmy się niedaleko wejścia na plażę. Miejsce wydawało się nawet lepsze, niż przypuszczałem. Mieliśmy szczęście, że nikogo w tak pochmurny dzień nic nie podkusiło, żeby się tu wybrać.
–Na początek pokaż co umiesz i zobaczymy co dalej, w porządku? – powiedziałem, przeszukując torbę w poszukiwaniu dziennika.
– Dobrze – odpowiedziała uśmiechem i zabrała się za tworzenie kręgu. Ja w tym czasie w końcu wygrzebałem z samego dna przedmiot mojego pożądania, dziennik z badaniami nad alchemią. Wreszcie mogłem spojrzeć na jej technikę. Zaintrygowało mnie, że chciała transmutować bez pomocy kręgów. Złożyła ręce i... nic. Spróbowała raz jeszcze, ale z takim samym skutkiem.
– Jak ty to robisz, że nie potrzebujesz kręgów? – spytała, próbując po raz trzeci.
– Powiedzmy, że mam do tego talent, dobrze? – mimowolnie uniosłem protezę i wpatrywałem się w nią rozproszonym wzrokiem. Szybko się z tego otrząsnąłem. Miałem nadzieję, że tego nie zauważyła. Na moje szczęście zajęła się tym razem tworzeniem kręgu. Po chwili zobaczyłem rozbłysk, a przed nią leżał solidny klucz płaski. Nieźle, kształtowanie dobrze jej idzie. Z szerokim uśmiechem i dużą porcją entuzjazmu podała mi swój twór. Kiedy wziąłem go w ręce, poczułem, że materiał jest mocny, ale jednak nadal zbyt kruchy, by go używać. Przeniosłem swój wzrok z klucza na Melusine. Czekała w napięciu na werdykt.
– I jak? Co o tym sądzisz? Dobrze mi poszło? – zalała mnie falą pytań, przy okazji poprawiając pasemka tak, by nie wchodziły jej do oczu.
– Jeśli chodzi o kształtowanie to naprawdę dobrze, ale będziemy musieli popracować nad zmianą materii. – rzekłem, ciaśniej otulając się płaszczem – Możesz przekształcić ten piach w bryłę czystego kwarcu?
Blondynka zabrała się za tworzenie kolejnego kręgu. Obserwowałem, jak prowadzi kolejne linie. Nie mogę odmówić jej dokładności. Była wręcz piekielnie dokładna. Praktycznie skończyła i już miała zaczynać. Coś mi nie dawało spokoju w tym kręgu. Znowu było widać rozbłysk. W niewielkiej dziurze pozostałej po transmutacji znalazła się niewielka bryłka. Melusine jednak wyglądała na zmęczoną.
– Wiesz, byłoby zdecydowanie lepiej, gdybyś mi pokazał co i jak – powiedziała, ciężko dysząc.
– Przepraszam, ale ja... Ja po prostu nie mogę. – znów mój wzrok zaczął wędrować w kierunku ręki.
Staliśmy tak przez chwilę w milczeniu. Spojrzałem jeszcze raz na krąg i już zauważyłem co mi tam nie pasowało. Część linii była skierowana w złą stronę. Sięgnąłem po torbę i wyjąłem z niej termos oraz marker. Termos na chwilę odstawiłem, a markerem nakreśliłem na moich rękawiczkach kilka znaków. Po zakończonej czynności podałem jej obydwie rzeczy. Mel przyglądała się całej tej scenie z uwagą.
– Co to? – spytała, patrząc raz na termos, a raz na mnie.
– Mówiłem, że od kawy na podziękowanie się nie wymigasz, prawda?

< Wena mi się kończy, Mel >
Ilość słów: 610

sobota, 20 stycznia 2018

Od Corazona do Melusine

Poruszałem ręką w przód i w tył sprawdzając, jak działa. Chodziła nawet lepiej niż po ostatnim przeglądzie. No to pora przetestować jak będzie reagować na alchemię. Klasnąłem w dłonie, a po chwili zaczęły skakać po nich iskry. Przejechałem lewą ręką po protezie, a wraz z nią tworzyło się stalowe ostrze.
– Jesteś niesamowita! – powiedziałem, wciąż bawiąc się ręką – Działa jak złoto.
–Czekaj, czy ty jesteś może alchemikiem? – spytała nieco zaszokowana, a zarazem dało się wyczuć ekscytację w jej głosie.
– No tak... Tak, jestem alchemikiem – słysząc ten ton, lekko się onieśmieliłem – Ale to jak na razie nieistotne. Ważniejsze jest, co mogę zrobić, aby się odwdzięczyć za naprawę.
Dziewczynie nie trzeba było dwa razy powtarzać. Miałem wrażenie, że w jej oczach pojawiły się gwiazdki, a jej uśmiech jest jakby to ująć... stał się złowieszczy? Zupełnie jak w jakiejś kreskówce.
– Twoja proteza, chcę mieć wyłączność na jej przeglądy i naprawy – cały czas wpatrywała się w moją rękę – A i mam jeszcze jedną prośbę. Czy mógłbyś mnie nauczyć alchemii?
– Nie ma sprawy, to może jutro, jeśli ci pasuje – zaproponowałem, a umowę chciałem przypieczętować porządnym uściskiem ręki. Na szczęście w porę przypomniałem sobie o ostrzu i schowałem je z powrotem, zanim podałem rękę. – A no i od kawy to się nie wymigasz, na podziękowanie idealna.
– Dam ci później znać, ok? – zaśmiała się na moje ostatnie zdanie. Zupełnie jakbym opowiedział jakiś przegenialny dowcip, jednak jeśli chodzi o kawę, nigdy nie żartuje.
***
Reszta dnia minęła na przyjemnej pogawędce i wymianie informacji o sobie. Nigdy bym się nie spodziewał, że napotkam anioła o zdolnościach alchemicznych. To prawie jak trafić szóstkę w totka. Upiłem spory łyk herbaty, po czym spojrzałem na zegarek. Wskazówki pokazywały już ósmą. Na ten widok o mało się nie zakrztusiłem. Nawet nie wiem, kiedy ten czas zleciał.
– Wiesz co, powinienem już się zbierać. – z niechęcią przełożyłem psa z kolan na podłogę i dopiłem herbatę – Jeszcze raz dziękuje za gościnę i naprawę.
– Nie ma za co. – uśmiechnęła się i odprowadziła mnie do drzwi. Narzuciłem na siebie płaszcz i ruszyłem w stronę mojego pokoju, nucąc po drodze. A jednak to był udany dzień.

< Mel, dalej, dalej przesył weny Gadżeta! >
Ilość słów: 366

Od Corazona do Melusine

Dzień rozpocząłem rutynowo. Czyli wstać rano, ogarnąć się i coś zjeść. Jak tylko zrzuciłem z siebie kołdrę, poczułem, że to będzie raczej kiepska sobota. Ale cóż, ahoj przygodo! Naciągnąłem na siebie bocianie gniazdo i ruszyłem w kierunku kuchni. Tam zaatakowała mnie pierwsza zmora dzisiaj. Puste półki na jedzenie. A przynajmniej te przeznaczone dla mnie. No cóż, a mogłem jeszcze wczoraj po lekcji integracyjnej pójść zakupy zrobić. Niestety lenistwo rzecz ciężka.
Spiąłem włosy w kucyka, przemyłem twarz i najciszej jak tylko mogłem, wyszedłem, żeby nie obudzić przypadkiem mojego współlokatora.
Jakimś niewytłumaczalnym cudem udało mi się wyjść z akademika za pierwszym podejściem. Uradowany takim obrotem spraw, chciałem ruszyć w stronę spożywczego, lecz pewna istotna rzecz nie dawała mi spokoju. Mianowicie, nie wiem, gdzie jest tu jakiś sklep. Postanowiłem poczekać przed bramą do terenu szkoły. Może ktoś będzie tędy przechodził i nadarzy się okazja, żeby spytać o drogę.
I tak oto, po dwudziestu długich i zimnych minutach stania na dworze i wietrze pojawiła się jakaś dziewczyna. Miała długie jasne włosy oraz twarz okrytą szalikiem.
– Heeej! – krzyknąłem, nie zastanawiając się długo – Wiesz może, gdzie tu jest jakiś spożywczak?
Blondynka wzdrygnęła się zaskoczona.
– Tak – odpowiedziała melodyjnym głosem – Ale czy ty zdajesz sobie w ogóle sprawę z tego, która jest godzina?
– Absolutnie – odparłem najzupełniej szczerze z szerokim uśmiechem na twarzy – Najpewniej poranna. A tak przy okazji, nazywam się Corazon Calon'Dur.
– Melusine d'Arquien. – spojrzała na mnie, po czym westchnęła – Właśnie sama szłam zrobić jakieś zakupy, więc jak chcesz, to możesz się ze mną zabrać.
O tak, to nawet lepsze niż wskazanie kierunku. Mam pewność, że się nie zgubię po drodze.
– Jasne, normalnie życie mi ratujesz.
– Nie ma problemu, tylko proszę, nie krzycz z rana.
Pokiwałem głową i ruszyliśmy w nieznane. Nie zaszliśmy daleko, gdy przejeżdżający samochód ochlapał nas mokrym błotem czy jak to się tam nazywa. Udało mi się przyjąć większość śniegu na siebie.
– Cała jesteś? – spytałem, otrzepując płaszcz.
– Mniej więcej – pokiwała głową, żeby zrzucić trochę tej pluchy – Corazon, czemu z twojej ręki leci dym?
– Wiedziałem, że to jednak będzie kiepski dzień...

< Mel, jakoś poszło >
Ilość słów: 355

piątek, 19 stycznia 2018

Witamy - Corazon Calon'Dur!

Imię i nazwisko: Corazon Calon'Dur
Pseudonim: Nie jest dumnym posiadaczem żadnego pseudonimu.
Wiek: 17 lat
Data urodzin: 13 listopad
Orientacja: Heteryk, czy jakoś tak. W każdym razie woli kobiety.
Partner: Czy w związku? Większego pechowca nie widziałem, ciągle szuka drugiej połowy swojej duszy.
Płeć: Mężczyzna
Klasa: I Sportowa
Klub: Klub sztuk walki i boksu
Rasa: Alchemik
Specyfika: Jak każdy alchemik, Corazon może zmieniać formę i materię przedmiotów za pomocą kręgów transmutacyjnych. Z tym że jest on pewnym wyjątkiem. Od zawsze przejawiał talent alchemiczny. Do transmutacji stali albo prostej zmiany kształtu, chłopak nie potrzebuje tworzyć żadnych kręgów. Warunkiem jest jednak uprzednie złożenie dłoni i dotknięcie powierzchni zmienianego przedmiotu. Podczas tego po jego rękach skaczą elektryczne łuki. Jednak moc ta nie jest nieograniczona. Punktem granicznym jest równowarta wymiana. Tu nic nie bierze się znikąd, tylko zmienia formę. Żeby coś zyskać, trzeba najpierw coś poświęcić.
Charakter: Jest jak większość emocjonalistów. Nie potrafi pohamować emocji, a tym bardziej ich ukryć. No, może poza gniewem. Lepiej, żeby on się nie uwolnił (ma nawet taki specjalny pojemniczek na niego przy swojej szafce, to ten owinięty łańcuchami). A tak poza tym jest przyjacielsko nastawiony do ludzi. Potrafi cieszyć się ze wszystkiego jak dziecko. Zawsze chodzi uśmiechnięty, nawet jak ma gorszy dzień. A kiedy już takowy jest (i nie tylko wtedy) z pomocą przychodzi mu dobra, kochana i przecudowna kawa razem ze swoim przyjacielem, przytulaniem.
Na pierwszy rzut oka Cora wydaje się rycerski i w zasadzie swój kodeks posiada, ale nim nie jest. Prędzej nazwać go można swego rodzaju opiekunem, strażnikiem. Stara się pomóc wszystkim i nie cierpi patrzeć jak komuś dzieje się krzywda, a w szczególności kobietom. Normalnie ideał mężczyzny. Jednak nie jest to takie piękne, jakby się wydawać mogło. Przez swoją opiekuńczość nie lubi mówić o własnych problemach. Woli zachować je dla siebie i udawać silnego tak, aby inni mieli w nim oparcie.
Mimo tego przy dłuższej znajomości bywa irytujący. Ma w zwyczaju odlatywać podczas rozmów. Potrafi wtedy zarzucić tekstem, Bóg jeden wie skąd wziętym. Jest również bardzo szczery wobec innych osób, chociaż czasem można pomyśleć, że to bardziej chamstwo niż szczerość. Nie zawsze myśli, zanim coś zrobi. Woli działać instynktownie. Jest z nim jeszcze jeden problem. Jak coś postanowi, to nic z tego czy innego świata nie zdoła go odwieść go od tego. Nieważne jak głupie by nie było to jego postanowienie.
Uwielbia czarny i absurdalny humor. Im coś ma mniej sensu, tym więcej on go tam widzi.
Aparycja: Zacznijmy od wzrostu. Jest on na dolnej granicy średniej wysokości, bo mierzy 174 centymetry. Ma jasną, prawie białą skórę. Nie jest może najlepiej zbudowany ani barczysty. Nie ma również wielkich muskułów, lecz codzienne ćwiczenia sprawiły, że są one zbite w sobie. Jest szczupły, bez tego żelastwa waży 70 kilogramów. Razem ze stalowym automatem waży jakieś 90 kilogramów. Tak, ma mechaniczną prawą rękę. Na pytania dotyczące jak do tego doszło, zawsze odpowiada "Zrobiłem to, co trzeba było zrobić".
Swoje długie blond włosy zaplata w warkocz, choć częściej upina je w kucyka, odsłaniając przy tym niezwykłe złote oczy. Wygląda na mniej lat niż ma w rzeczywistości. Sprawia mu to lekkie rozczarowanie, gdyż nie każdy bierze go na poważnie.
Ubiera się luźno, ale nie niechlujnie. W jego garderobie przeważają czarne i białe ubrania. Krótką bluzę zawsze ma rozpiętą, a na niej powiewa długi płaszcz.
Głos: Thousand Food Krutch
Pokój: 39
Współlokator: Shion N'colte
Zainteresowania: Przede wszystkim książki. Na czytanie przeznacza dużą część swojego czasu. Z czasem też zainteresował się również pisarstwem. Na papier przelewa wszystko, co go dręczy, ubierając to w różne barwy fantasy. Jednak swoich wypocin nie lubi pokazywać. Wcale nie uważa się za artystę.
Jego drugą pasją stał się boks. Zaczął go trenować w wieku dziesięciu lat. Od zawsze wiedział, że jego pięści mają służyć do obrony, dlatego zdecydował się na ten rodzaj sportu. Pomimo stalowej prawej, to właśnie na jego lewe proste trzeba naprawdę uważać.
Moce:
– Stalowa włócznia – jest to prosta transmutacja, chłopak nie używa do niej żadnych kręgów. Jedyne co musi zrobić to klasnąć w dłonie i przyłożyć do ziemi. Tworzy w ten sposób włócznię nieco przewyższającą go rozmiarem. Po zakończeniu, w miejscu, gdzie trzymał ręce, pozostaje mały krater.
– Ostrze – też nie potrzebuje do niej żadnego kręgu. I jak wyżej, także musi klasnąć w ręce, żeby zacząć działać. Zmienia tu jednak specjalną metalową płytę swojej protezy w długie na około 20 centymetrów ostrze. Później z powrotem może to przywrócić do normalnego stanu.
– Rogatka – druga umiejętność oddziałująca na protezę. Tym razem zamiast ostrza tworzy w miejscu kostek małe kilkucentymetrowe kolce.
– Ziemne filary – do tej umiejętności potrzebuje wykonać znajome klaśnięcie i dopiero może tworzyć. Może stworzyć praktycznie każdy rodzaj filaru, od stożkowatych po prostokątne. Umiejętność wszechstronna, ale nie pozbawiona wad. Twory mogą mieć maksymalnie dwa metry wysokości i pół szerokości. Oraz najważniejsze, może przywołać na raz jeden filar i to w odległości maksymalnie pięciu metrów.
Rodzina:
David Calon'Dur – tata Cory, pamięta tylko, że był mechanikiem oraz to, że to on nauczył go podstaw alchemii. Zniknął po śmierci żony.
Vanessa Calon'Dur – mama Corazona. Ma z nią najwięcej wspomnień. Była nauczycielką w pobliskiej szkole. Robiła epickie naleśniki. Jeśli miałby wybrać, między jej naleśnikami a najlepszym daniem świata to wybrałby naleśniki, w końcu to jedno i to samo. W pamięci ciągle ma jej pełen radości uśmiech. Niestety zmarła, kiedy Cora miał sześć lat.
Yuno Kazuya – przybrana babcia chłopaka. Z zawodu pielęgniarka. To dzięki niej Cora się pozbierał oraz to ona wychowała go na mężczyznę, jakim jest obecnie.
Inne:
– Skutecznie broni się przed logiką i matmą,
– Nie używa kręgów transmutacyjnych, już nie...,
– Zdobył tytuł mistrza juniorów wagi lekkiej,
– Uwielbia kawę z miodem,
– Ma słabość do puchatych i mięciutkich stworzonek. Żaden kot czy pies w jego obecności nie jest bezpieczny,
– Podczas pełni nie potrafi zasnąć,
– Kiedy gniew wymknie mu się spod kontroli, lepiej nie być w skórze adresata,
– Szybko się uczy,
– Potrafi znieść naprawdę wysokie temperatury, a wszystko przez to że jest zmarzluchem,
– Wie jak nastawiać kości oraz szyć rany,
– Jednym z jego najdziwniejszych postanowień jest zostanie bogiem i przerobienie tego świata według własnego widzimisię,
– Posiada najdziwniejszy układ pokarmowy na tym świecie, nieważne co, nieważne jak, ale on to strawi. Żadne jedzenie nie zwali go z nóg,
– Ma bardzo kiepską orientację w terenie, potrafi zgubić się niemal wszędzie.
Kontakt:
– email: jcanimanta@gmail.com (od biedy ujdzie)
– GG: 63458615 (zalecane)
– hw: Iriem (rzadko i niechętnie)
Motto: "Jeśli możesz znieść ten ból i odejść od niego, odkryjesz, że masz teraz serce wystarczająco silne, aby pokonać każdą przeszkodę. Tak... serce zrobione ze stali."
Inne zdjęcia:














Źródła zdjęć: Pinterest (jakżeby mogło być inaczej, co nie?)
Relacje: -
Ważne opowiadania: -