sobota, 23 czerwca 2018

Od Amarina do Zirhael

Odprowadziłem Zirhael do jej mieszkania i sam udałem się do mojego apartamentu... Zdążyłem przed wschodem słońca. Jest owiane tajemnicą dla tego drugiego Amarina, kim jestem, ale ja dobrze wiem, co się stało i co się ze mną dzieje. Nie pozwolę na kolejne lata takiego życia... Wiesz, druga moja części... Że tu wrócę i odzyskam ją za wszelką cenę! Uda mi się wrócić i to zrobię... Nie ważne, co będę musiał poświęcić i zrobić... Czekaj na mnie. Czekaj na chwilę, jak połączymy się w jedno ponownie... 
---
Zemdlałem. Leżałem na podłodze, a moją twarz oświetlały promienie wschodzącego słońca. Co się stało? Gdzie ja jestem? W domu? Matko.. Nic nie pamiętam, co działo się w nocy. Pamiętam tylko to, że poszedłem na polanę... Z Zirhael? Chyba z nią... Aargch! Łeb mi pęka.. Nie wiem, co się ze mną dzieje.. Nie mam pojęcia... Dzieje się tak od czasu mego wygnania... A wszystkie wspomnienia z pełni są jak pokryte gęstą mgłą... Czuję, jakby mój łeb i serce miało zaraz pęknąć i rozsypać się na kawałki... Ja pierdole, kiedy to się skończy... Nie wiem czemu, ale cały czas czuję, że to nie jestem ja.. Nie mam pojęcia czemu tak jest. Przecież chodzę i żyję.. Jestem tu, a mam wrażenie, że tak na prawdę mnie nie ma.. Dziwne... Od czasu wygnania czułem, że moje serce jest zablokowane. Nie rozumiem tej miłości i przyjaźni. Po prostu nie rozumiem lub przestałem rozumieć... Ja.. Sam nie wiem, co się ze mną dzieje.. Mam dość tego uczucia pustki w środku... Chciałbym odkryć, co to jest.. Czym jestem...
---
Wziąłem tabletki przeciwbólowe i chciałem już popić je wodą, lecz ktoś zapukał do moich drzwi. Z szklanką wody wyszedłem i otworzyłem temu komuś drzwi, popijając tabletki.
- Dzień dobry, Amarin. - powiedziała Zirhael. Na jej widok coś ukuło mnie w sercu. Nie wiem co to... Czuję, że to wszystko robi się coraz dziwniejsze i niejasne.
- Hej.. - gestem ręki dałem jej znak, że może wejść. poszedłem do kuchni i odstawiłem niedbale szklankę, podpierając się rękoma o blat kuchenny. Z dnia na dzień jest gorzej.. Albo lepiej? Sam nie wiem jak to rozumieć.. Z każdą chwilą z nią spędzoną czuję, że zarazem słabnę i staję się silniejszy... Co się ze mną dzieje, ja pierdole.. Zwykle to miałbym to gdzieś, ale tego.. Nie potrafię tego zignorować...
- Jak się czujesz? - zapytała, stojąc naprzeciwko mnie.
- Bardzo... Dziwnie... A co? - przeczesałem swoje włosy i obróciłem się do niej.
- Nic... Po prostu pytam... - uśmiechnęła się delikanie.
- Powinienem coś wiedzieć? - spojrzałem na nią lekko podejrzliwie.
- Nie. Nie ufasz mi? - szepnęła, patrząc mi w oczy. Znów te dziwne ukucie w sercu..
- J-ja... Ja.. - nie wiedziałem, co mam powiedzieć. Ale automatycznie to wyrwało mi się z ust - Tak.. Czemu miałbym nie ufać.. - później się otrząsnąłem - Czekaj... Co?
- Cieszę się, że mi ufasz. - szepnęła i usiadła na blacie. Spojrzałem na swoją rękę, a obraz mi się zamazywał. Podparłem się automatycznie drugą ręką o blat. Przetarłem swoje oczy. Matko, mam jakieś zwidy czy po prostu zły dzień?
- Amarin... Na pewno wszystko dobrze?
- J-ja... Nie mam pojęcia... - poszedłem i usiadłem na sofie w salonie. Wplotłem dłonie w swoje włosy, patrzac w dół i szepnąłem jakby do siebie - Co się ze mną dzieje...
Zirhael usiadła przy mnie. - Amarin... Może się połóż...- szepnęła
 - Nie chce mi sie spać i nie jest mi niedobrze, że coś zjadłem czy coś.. Po prostu.. Mam wrażenie jakbym.. Nie był sobą? Wszystko mi się miesza... I... Czemu w ogóle to mówię.. Zwykle bym to zignorował i zachował dla siebie...
- Amarin... Zrozum... To może coś poważnego... Nie chcę, aby coś ci się stało... - szepnęła.
- No... Dobra... - Zirhael już wczesniej usiadła na kanapie, a ja położyłemsię na jej nogach. Znowu to zrobiłem... Ona... Ona coś wie? Zirhael delikatnie się do mnie uśmiechnęła, gładząc mnie po włosach, a ja zasnąłem..
<następne opowiadanie>
<Zircia?>
Ilość słów: 654

Od Misaki do Takeshiego

Nie mogłam się oprzeć, aby nie iść za nim. Wyglądał na przybitego, a ja tak tego nie lubiłam... Wolałam, jak się uśmiechał, jak pokazywał mi, że mogę na niego liczyć. Teraz ja muszę mu pokazać, że może na mnie liczyć. Że zawsze mu pomogę, bez granicy. Muszę mu to pokazać. Musi wiedzieć, że... że będę przy nim. Że będę go wspierała całym swoim sercem. Całą sobą. Dał mi tak wiele. Dał dom, opiekę... Dlaczego więc, nie mogę dać mu tego samego. Dotarłam za chłopakiem na cmentarz. Biedny, pochylał się nad czyimś grobem. Ktoś z rodziny? Przyjaciel? Bliska mu osoba? Była dziewczyna? Nie wiedziałam, więc powoli zbliżałam się. Z tyłu chłopaka pojawiło się jego kagune, które delikatnie pogładziło Takeshiego po głowie, a potem zawisło nad nim. Stanęłam przy białowłosym, patrząc na grób.
- K-Kto to? - zapytałam bardzo cicho. - Takeshi... Trzeba było mi powiedzieć, że chcesz tutaj iść... Przepraszam, że ci też przeszkadzam, ale... Chcę ci pomóc...
- Nie zasługiwał na to... Tak cholernie mi pomógł... A ja nie zdążyłem mu nawet powiedzieć tego jednego walonego słowa.... - mówił przez płacz.
Płakał w swoje przedramiona, chowając w nich głowę, a jego kagune zamieniało się w skolopendrę. Czułam, jak i mi napływają łzy do oczu. Podeszłam bliżej niego i mocno go przytuliłam do siebie, aby mógł się wypłakać. Rozumiem jego ból.
-Takeshi... - uśmiechnęłam się delikatnie i wzięłam wdech - Wschody na wyblakłym horyzoncie, to tylko kolejny dzień. Patrzę na słabo oświetlone budynki i myślę o tobie. Wyobrażam sobie, że jesteś, tuż obok mnie. Twoje oczy pochwytają moje własne, a ja spoglądam na ciebie przelotnie, a tuż po tym... Zdaję sobie sprawę z tego, że jesteś tutaj. Śniłam o tym, że będziesz obok mnie... I że... Znowu się spotkamy... - zanuciłam cicho ze łzami w oczach, przytulając chłopaka do siebie.
Takeshi wstał i mocno wtulił się w moją szyję, a kagune zawisło nad nami. Po chwili wbiło się w ziemię, a on... Widać było, że jest rozdarty... Że nawet on, pozornie obojętny na wszystko, cierpi i żałuje... Uważałam go za kogoś, kto jest ważny w moim życiu... Był dla mnie najważniejszy... Pogładziłam delikatnie jego plecy, a po chwili milczenia ponownie usłyszałam jego głos.
- Nie.... Nie zostawiaj mnie... Jesteś wszystkim, co mi zostało na tym świecie... Proszę....
- Nie zostawię ciebie, Takeshi... Będziemy razem, obiecuję... Nikt ci mnie nie zabierze... - szepnęłam, po czym spojrzałam mu prosto w oczy. - A ja nie pozwolę, aby ktoś zabrał mi ciebie... Obaj jesteśmy tym, kim jesteśmy... Nadal boję się samej siebie, ale... Dla ciebie zrobię wszystko, abyś mógł widzieć we mnie wsparcie... - pogładziłam jego policzek. - Dlatego nie bój się... Jestem i będę... I nie mam zamiaru odejść...
Kagune objęło mnie mocno, a Takeshi uśmiechnął się poprzez łzy, które stał po chwili ręką.
- Jesteś niesamowita... Dziękuję...
- Nie ma za co... Takeshi... Nie płacz już, dobrze? - szepnęłam, po czym zabrałam mu włosy z czoła.
Zamknął oczy na mój dotyk po jego czole. Wyglądał tak uroczo...
- Dziękuję... I przepraszam... Po prostu... Zawsze mam doła, gdy tu jestem...
- Rozumiem... Nie martw się. Jestem przy tobie i możesz się wypłakać, jak tego potrzebujesz... Chcę być dla ciebie wsparciem...
- Już nim jesteś... - odsunął się delikatnie od niej i powiedział to, odbiegając w ciemność ze swoim kagune.
Spojrzałam za nim i wzięłam głęboki wdech. Wycofałam się i wróciłam spokojnie do domu. Otuliłam się ramionami, patrząc na niebo, które było dzisiaj pochmurne. Zapowiada się deszcz... Ja jednak byłam pewna, że nie spędzę dnia sama. Chciałam, aby był ze mną Takeshi. Musiałam mu pomóc. Bezgranicznie.
---
Pod wieczór i ja, i chłopak byliśmy w domu. Byłam już trochę zmęczona i zamykały mi się oczy. Spojrzałam na Takeshiego, który widocznie jeszcze przeżywał ten dzień. Wstałam, kładąc dłoń na jego ramieniu. Spojrzał na mnie, a ja uśmiechnęłam się do niego.
- Takeshi... Połóż się już. Będziesz jutro zmęczony. Ja też już się położę...
Chłopak nagle wstał i mocno mnie przytulił, znowu wtulając twarz w moje ramię. Nieco zaskoczona objęłam go i uśmiechnęłam się delikatnie.
- N-Nie zostawiaj mnie samego... - szepnął.
- Takeshi... Mogę siedzieć obok ciebie, dobrze? Zaśniesz i wszystko będzie dobrze... Nie wiem, czy powinnam z tobą spać. N-Nie jesteśmy przecież... - zająknęłam się. - Parą... - dokończyłam cicho.
- P-parą...? - zająknął się i spojrzał na mnie.
- N-No... T-T-Ten... T-Tego... - zaczerwieniłam się bardzo mocno, nadal obejmując go i zaciskając dłonie na jego koszulce.
- Związek z takim ghoulem jak ja, nie jest prosty, Misaki... - odsunął się ode mnie ostatni raz, patrząc w mi oczy. 
Obrócił się i poszedł do sypialni. Trochę mnie to zabolało... Położyłam dłoń w miejscu, gdzie było moje serce. Pobiegłam za nim i zatrzymałam go całą swoją siłą. Miałam spuszczoną głowę.
- T-Takeshi... N-Nie idź... - szepnęłam bardzo cicho. - T-Też nie chcę być s-sama...
- Zawsze staram się ukrywać swoje problemy za uśmiechem lub obojętnością. Za tym kryje się tafla rozbitego szkła... Popękane i zbite... Nie da się tego skleić. Wszyscy myślą, że mnie znają. Ale tak naprawdę znał mnie tylko on... On zabrał wszystkie moje tajemnice razem z sobą do grobu... Ale dziękuję, że tu jesteś.. Jesteś jak kropla wody, która wpadła do jeziora. Niby mała, ale wywołuje falę... Pomyśl, Misaki, jak zmieni się jezioro pod wpływem tej jednej, małej kropli...
- Takeshi... Każdy jest słaby... U-Uwierz mi. Ja chcę... C-Chcę tego, abyś mógł widzieć we mnie kogoś bliskiego... W-Wiem, że nie zastąpię twojego przyjaciela, ale chcę, żebyś miał kogoś, kto będzie mógł się z nim równać... Tym kimś, chciałabym być ja... Wziąłeś mnie pod swój dach, dałeś mi ciepło, kupiłeś mi tyle rzeczy... Zająłeś się mną, a ja... Ja nie umiem ci się odwdzięczyć... -szepnęłam.
- Może to będzie samolubne... Nie wiem, jak to odbierzesz... Ale zrobiłem to, bo.. Zobaczyłem w tobie kogoś, kim byłem kiedyś... A on, wyciągnął do mnie rękę tak, jak teraz... Nie mogłem patrzeć, że moja historia jest powtarzana przez kogoś innego... - obrócił się w moją stronę. 
Już nie płakał. Za to ja tak. Miałam łzy w oczach...
- T-Takeshi... J-Ja nie chcę opuszczać tego miejsca... Z-Zależy mi na tym, aby ci pomagać... 
Milczał. Wziął mnie za rękę i weszliśmy razem do sypialni. Nadal szlochałam, idąc za nim. Moja dłoń lekko drżała.
- Możesz się położyć... - szepnął do mnie i stanął naprzeciwko szafy, zdejmując koszulkę. 
Na jego plecach widniała rana. Biegłe wzdłuż kręgosłupa i jego boku... Miałam rumieniec na twarzy. Usiadłam na jego łóżku.
- C-Co to za r-rana...?-szepnęłam.
- Hm? - spojrzał na mnie lekko zdziwiony - To... Pozostałość po laborlatorium... - zamknął po chwili szafę.
- M-Muszę... Iść do pokoju... C-Chcesz spać, prawda? - powiedziałam spokojnie.
- Powiedziałaś, że nie chcesz być sama, prawda? Ja też nie chcę być sam... Nie dzisiaj... - podszedł do łóżka i na nim usiadł.
- C-Chcesz ze mną spać? - zapytałam bardzo cicho.
Takeshi walnął się na poduszkę i leżał na plecach.
- A czemu nie? To coś złego, że nawet ghoule nie chcą być samotne? Poza tym, to tylko jedna ściana nas dzieli. Gdybym chciał, sam mógłbym do ciebie wbić... - uśmiechnął się kątem ust.
- M-Muszę iść po pidżamę... - szepnęłam i wstałam z łóżka.


- Mhm.. - przytaknął i zamknął na chwilę oczy, ale nie spał.
Wyszłam z jego pokoju, a po chwili wróciłam. Położyłam się obok niego, czerwieniąc się ledwo widocznie. Spojrzałam na chłopaka.
- Takeshi... Jesteś... Mi bardzo bliską osobą... - szepnęłam.
Obrócił się w moją stronę, a nasze twarze znajdowały się dość blisko 
- Naprawdę? To zaskakujące.. Nikt tak o mnie nie mówi...
- Ale ja to mówię... Bo to prawda... Czuję, że tak jest... - szepnęłam, rumieniąc się mocno.
- Czujesz, że tak... - przyłożył moją rękę do swojego serca i zamknął oczy z uśmiechem. 
Biło dość szybko. Przełknęłam głośniej ślinę i nieco zawstydzona, zbliżyłam się do niego.
- Takeshi... Jesteś ciepły... - szepnęłam cicho.
Zarumienił się lekko i spojrzał na mnie.
- To chyba nie tak źle, co? - położył ręce na mojej talii i zamknął oczy.
- To bardzo dobrze... Takeshi... Dziękuję ci za wszystko... - wtuliłam głowę w jego tors.
<Takeshi?>
Ilość słów: 1341

Od Ayano do Tadayoshiego

Co jest z typ typem nie tak?! Nie rozumiem! Czemu mi pomaga... Musi gdzieś być jakiś haczyk. Jakieś moje głupie przeoczenie. Czegoś nie zauważyłam. Czegoś nie dostrzegłam. Na pewno... Przecież dotyk zawsze oznacza coś złego. Przynajmniej w moim wypadku. Zawsze, gdy kogoś dotknę. Nawet drasnę. Przez ten walony przypadek... Wystarczy jedno draśnięcie. Lekkie posunięcie palcem... I się zaczyna lawina beznadziei i chaosu. Wrzeszczą, krzyczą, uciekają, biją, straszą... Wszystko. Tylko dlatego, że się pojawiłam. Że ktoś mnie zobaczył.. Przez co ten cały zamęt? Tak, właśnie przez dotyk... Dla innych jest to błogie uczucie. Przyjemność. Radość. Okazywanie miłości, przyjaźni. Pocieszanie i akt agresji... A dla mnie? Czym dla mnie jest ten niezrozumiały i pozornie nic nie znaczący czyn? Jest jak chaos. Jedno malutkie potknięcie i wszystko wpada w ruinę. Ten jeden gest... Którego nienawidzę tak samo jak się go boję... Nigdy nie znalazłam życzliwej dla mnie osoby. Dlatego zawsze myślę i szukam drugiego dna w tym ich "miłym" zachowaniu. Część osób może powiedzieć, bym po prostu zaufała. Nie. Nie zaufam. Nikomu nie ufam. Nie ufam nawet sobie w 100 procentach. Mów sobie o mnie, że jestem idiotką. Tak, jestem nią. Tyle, że ta idiotka nie ma nic, co mogłaby stracić. Nigdy nie miała tych cennych rodziców i przyjaciół, śmiania się, żartowania i wspólnego przeżywania bólu. Sama zawsze byłem. Jestem. I będę.. Dlatego Tadayoshi... Po prostu mnie zostaw. Zostaw mnie tak szybko, jak mnie zobaczyłeś. Pozwól mi odejść, a ja nie będę dłużej sprawiać problemów sobie i tobie. Zniknę... Na zawsze dla twoich oczu. Wszyscy będą szczęśliwi. Ja stanę się dla twojego życia mało znaczącym wspomnieniem, a ty dla mojego jednym z nielicznych, który chciał ze mną porozmawiać jak z człowiekiem, a nie potworem i duchem...
- Tadayoshi... Nie przeziębię się... Pozwól mi zniknąć i się rozbić... Jak kryształowa czaszka... Zapomnisz o mnie, ja o tobie. Będzie tak jak dawniej... - chciałam go wyminąć tak szybko, jak tylko potrafiłam... Chłopak zagrodził mi drogę ręką, patrząc mi w oczy.
 - Ayano... Ja nie chcę o tobie zapomnieć... Nie chcę, abyś znikała... - szepnął.
- Możesz w końcu przestać udawać! Gdzie jest ten walony haczyk, którego szukam tak kurczowo! - wrzasnęłam na niego głośno. Byłam tym wszystkim już zmęczona. Udawaniem na siłę silnej... gdy w środku byłam tak żałośnie miękka... Doprowadzało mnie to do szału...
- Haczyk? Nie ma go. Ayano, naprawdę nie chcę, abyś była nieszczęśliwa... Widzę, że taka jesteś...
- Czego chcesz w zamian?! Pieniędzy? Czego?! Za pomoc się płaci! Za przysługi się płaci! Za dotyk też się płaci! Za wysoką cenę! Za wysoką, rozumiesz?! Nawet za śmierć się płaci! Sama próbowałam i to wcale nie jest ukojenie! - wytykałam palcem na niego. 
- Ayano... Uspokój się, proszę. Zrób to dla mnie. Nie potrzebuję zapłaty za pomoc, przysługi. A dotyk... Dotyk to dla mnie coś, co powinno być przyjemne... Zobacz... - wystawił do mnie dłoń.
- Jedyne, co jest przyjemne w dotyku, to dotykanie kości.. . - popatrzyłam na jego rękę. Może... uda mi sie przełamać, myśląc, że on też jest kością. W końcu ma w sobie szkielet, prawda? Może to jest klucz... Może i to jest głupie, może i tymczasowe.. Ale zrobię w końcu krok na przód.. Ale co jak on mnie oszukuje? Co jak mnie wykorzysta? Wyciągnęłam nieśmiało do niego dłoń i dotknęłam ją palcem wskazującym... Jakie to.. Dziwne... Moje ręce drżały. Tak się bałam tego wszystkiego...
- Moja dłoń to tylko... Przenośnik. Przenośnik ciepła, miłości, dotyku... Dotyk to coś, co jest przenoszone przez dłoń. Jak choroba... Kiedyś zobaczysz... Że jest to coś miłego... Nie zmuszę ciebie, abyś trzymała moją rękę, ale uwierz, że będzie ci lepiej, jak to zrobisz...
- Jesteś jak... Mama... Takie... Podobne uczucie... - z mojego oka popłynęła pojedyncza łza. Te uczucie... Takie podobne jak tej kobiety,która nas przygarnęła... Takie... kojące... Może jednak nie będzie aż tak źle? Położyłam już całą dłoń na jego dłoni... Błagam, obym tego nie żałowała...Tadayoshi się do mnie lekko uśmiechnął. 
- Nie chcę dla ciebie źle, Ayano... Zaufaj mi.... - szepnął.
- Z-zaufać? Ja... Ja... - nie wiedziałam co powiedzieć... Kim jest ten czarnowłosy mężczyzna...
---
Byłam zmuszona zostać u niego na noc. nigdy czegoś takiego nie robiłam. To było dla mnie nowe. Wstałam dość wcześnie i ogarnęłam się. Tadayoshi jeszcze spał. Może to i dobrze? Sama nie wiem...
Może... Może mu zaufam... Nie wiem sama. Napisałam mu kartkę i zostawiłam ją w kuchni.

Dziękuję za wszystko... Może nie jesteś aż taki zły jak inni? Mieszkam w Dolinie Śmierci... Powinieneś szybko znaleźć mój dom. Nikt oprócz mnie tam nie mieszka...

Wyszłam szybko z jego domu i zagwizdałam. Szybko moim oczom ukazał się mój kochany koń Celes. Pogłaskałam jego pyski i wsiadłam na niego, jadąc szybko do domu. Matko, mam nadzieję, że nie zabiją mnie za to, że wczoraj nie wykonałam swojego zadania... 
---
Szybko znalazłam się w domu, lecz nadal byłam lekko śpiąca. Wzięłam książkę, jaką kobieta, która mnie przygarnęła, podarowała mi ją dość dawno. Uwielbiałam, jak ją czytała dla mnie... Leżałam na stosie z kości i czaszek różnych istot. Może i jestem dziwna. Może i tak... Ale ja to uwielbiam.. I nie chcę się zmieniać pod tym względem. Na początku czytałam książkę, lecz później zaczęły mi się zamykać oczy. Zasnęłam na stosie czaszek z otwarta książką, a byłam ubrana jedynie w zabandażowane niektóre części mojego ciała. Niewiarygodne, ale... Lubię swoje życie.. Jakie ciężkie by ono nie było...
<następne opowiadanie>
<Tadaś?>
Ilość słów: 886

piątek, 22 czerwca 2018

Od Zirhael do Amarina

My? My jesteśmy tymi rycerzami? Nie rozumiem... Co to za dziwna magia? Trzymałam się mocno Amarina, bojąc się każdego uderzenia pioruna, jakie było obok nas. Uderzenie, za uderzeniem. Grzmot, za grzmotem. Błysk, za błyskiem. A po tym? Znowu ciemność, którą raz co raz rozdzierały uderzenia. Nie wiem, czy boję się burzy. Na to wygląda, że chyba trochę tak. Mocno zacisnęłam dłonie, nieco drżąc ze strachu. Jakie to było przerażające...
-M-My? Jak to my...? J-Jestem rycerzem? J-Jak to? Nie rozumiem...-szepnęłam cicho do Amarina.
Amarin wydawał się jakiś dziwny... Taki... Po prostu inny. Nie wiedziałam dokładnie o co chodzi... Byłam pewna, że nie dowiem się tego tak łatwo.
- To chyba... Krwawi jeźdźcy, z tego, co pamiętam...
-K-Krwawi jeźdźcy...? Oni byli w legendzie... Nie rozumiem...-wsunęłam dłoń w swoje włosy.
- Ja... Ja też nie.. - lekko się zaśmiał, patrząc w niebo.
-Amarin... Wrócę już do pokoju. Jest strasznie zimno, a ja nie znoszę deszczy.-powiedziałam cicho, wstając z ziemi i otrzepałam swoją sukienkę z grudek jakie na niej były.
Chłopak zaśmiał się pod nosem i podniósł mnie za uda na swoje plecy. Kierował się w stronę domu, milcząc. Zaczerwieniłam się nieco, trzymając się za jego szyję.
-A-Amarin? Co ty wyprawiasz? Nie będę ci przeszkadzała...-mruknęłam cicho.
- Nigdy mi nie przeszkadzasz... W końcu... Szukałem ciebie tyle lat... Lecz dopóki nie osiągnę swojego celu, nie mam się z czego cieszyć...
-Celu? A jaki on jest?-zapytałam.
- Jakby to powiedzieć... Wrócenie na stałe tutaj? Chyba tak to można ująć...
-Przecież tutaj jesteś... Co jest nie tak?
Lekko się zaśmiał. Czasami go nie rozumiem, ale to tylko dodaje mu moim zdaniem większego uroku...
- Dam ci jedną wskazówkę... Nie ma mnie...Jesteśmy "my"...
-M-My? Jak to my? Przecież jestem obok ciebie, ty jesteś przy mnie... Amarin...
- Jesteś pewna, jaskółko? - po raz pierwszy od czasu ponownego spotkania tak mnie nazwał. Zatrzymał się na chwilę i spojrzał na mnie. Nagle, zatarł mi się obraz i w mignięciu ujrzałam drugiego Amarina, który uśmiechał się do mnie szeroko. Tuż po zniknięciu widma, chłopak ruszył dalej.
-A-Amarin... P-Powiedziałeś do mnie... J-Jaskółko...?-szepnęłam z niedowierzaniem.
- Owszem... - szepnął. - Dam ci powód do główkowania przez najbliższe tygodnie. Kim naprawdę jestem?-K-Kim? Jesteś sobą, Amarin...
- Ale... Jaki Amarin jest mną? Jak skończy się pełnia, zniknę, a drugi ja nie będzie pamiętać, co się tu stało...
-Jak to jaki... Każda z twoich twarzy, jest tobą... Na pewno was coś łączy...
- Oj to na pewno.. Łączysz nas ty...
-Ja? Jak to ja?-zapytałam zaskoczona.
- Po prostu... Ta sama Zirhael, którą teraz trzymam i która pewnie cierpi przez tego drugiego mnie. Ta własnie jaskółka..
-J-Ja nie cierpię. Nie mów tak, Amarinku... Wszystko jest dobrze...-szepnęłam, gładząc jego ramiona.
Oczywiście, że kłamałam. Nie mogłam powiedzieć przecież, że jestem nieszczęśliwa, bo mnie nie traktuje jako kobietę, tylko jako swoją słabość. Nie, nie.
- Mnie nie oszukasz... Zawsze jak kłamiesz, twoje serce przyśpiesza, a policzki robią się czerwone...
-A-Amarin... N-Nie... Nie kłamię, naprawdę...-szepnęłam, wtulając się w jego kark i zaczęłam mocniej czuć jego zapach, przez co moje serce zaczęło jeszcze szybciej bić.
Znaleźliśmy się po kilkunastu minutach w mieszkaniu. Amarin położył mnie na łóżku i przykrył kołdrą. Był opiekuńczy... Oczywiście, że taki będzie. To mój mały Amarinek, którego ja... kocham. Bardzo mocno kocham....
-Mój czas powoli się kurczy...
-Czas? Kurczy? Co masz na myśli? Amarinku?-szepnęłam.
- Gdy nastanie ranek, zniknę, a na moje miejsce pojawi się tamten Amarin. Nie będzie tego pamiętać...
-Z-Znikniesz...? -złapałam jego dłoń, po czym zacisnęłam ją.-A-Amarin...
- Ta... Pojawiam się tylko podczas pełni. Nie mam "siły", by zdobyć się na coś więcej.. jeszcze pracuję nad tym wszystkim...
-A-Amarin... Ja... Nie chcę... Tamten mówi, że jestem jego słabością... T-To... Ja nie wiem, jak to mam brać. Jako rzecz pozytywna, czy negatywna...
- Posłuchaj, Zirhael... - założył mój kosmyk włosów za ucho - On nie potrafi odczuwać tak kolorowych emocji... Dlaczego? Bo ja je mam... Ja jestem tym twoim małym Amarinkiem... Tylko, że... Nie wiesz o mnie wszystkiego. Tak, ukryłem to przed tobą. Zupełnie niepotrzebnie.. Można powiedzieć, że się rozdzieliliśmy. Przez naszą rozłąkę ja straciłem kontrolę. To dość.. Skomplikowane...
-Amarin... Nie obchodzi mnie to... Chcę, aby każdy z was mnie kochał... Ja też będę kochała każdego Amarina... Dla mnie jesteś najważniejszą osobą na ziemi... Tylko ciebie... P-Proszę...-szepnęłam, patrząc mu w oczy.
- Zirhael.. Nie da kochać się dwóch naraz... Nawet tego nie próbuj... Ja tu jeszcze wrócę... Znajdę sposób. Teraz jesteśmy jakby.. rozdzieleni, pomieszani.. coś jak rozdwojenie jaźni... A co do słabości... - wstał, kierując się do wyjścia. Spojrzał na mnie zza pleców - Chodziło mu o tą pozytywną wersję...
-Amarin... Nie idź. Proszę. Nie chcę być sama.-wstałam z łóżka, po czym podbiegłam do niego, przytulając się do jego pleców.
- Wytrzymaj... Dla mnie... - piorun walą niedaleko, a jego błysk oświetlił mieszkanie. 
Wtedy obraz Amarina znów się zamazał. Spojrzałam na to przerażona i złapałam dłoń chłopaka. Czułam łzy w oczach. Stanęłam więc naprzeciwko niego i pocałowałam go delikatnie w usta.
-Nie zapomnij... O mnie...-szepnęłam.
- Nie zapomnę... Dokończę i scalę to, co sam zacząłem... - jego dłoń wyślizgnęła się z mojej dłoni. Odszedł... Czułam napływające do oczu łzy. Mimo to, podeszłam z powrotem do łóżka chłopaka, siadając na nim. Zacisnęłam dłoń w miejscu, gdzie było moje serce. Tak bardzo bolało... Bolało, że nie mogę mu pomóc. Choć tak bardzo chcę, nic nie mogę zrobić. Jestem w tym momencie bezbronna. Nawet nie mogę... Nie. Nie zrobię tego. Spojrzałam na swoją rękę, po czym odchyliłam głowę do tyłu. Jak to boli... Boli, że nie mogę być przy nim... Nagle z cienia wyszła Zaphara, moja pupilka. Lisek od razu wskoczył mi na kolana i zaczął się przymilać. Pogładziłam ją po głowie, zamykając ze smutkiem oczy.
-Dlaczego nie mogę mu pomóc...-szepnęłam cicho do siebie.
<Amariś?>
Ilość słów: 944

czwartek, 21 czerwca 2018

Od Olivii do Aserysa

Byłam zaskoczona umiejętnościami jeździeckimi chłopaka. Powoli traciłam nadzieję na jakiekolwiek poprawy w podejściu do Each Uisce. Z samego początku strachliwy Aserys, poczuł się pewniej w siodle. Ashley sam to wyczuł, co budziło w nim dodatkowy spokój. Wiedziałam, że na samiutkim początku nie był zbyt pewien, co do białowłosego. Bał się, że coś mu zrobi, a jak nie ogierowi, to jego pani. Jednak był całkowicie wyluzowany, gdy zauważył to uczucie u mnie. Mój uczeń miał dobrą postawę, potrafił się synchronizować z ruchami konia. Byłam pod wrażeniem. Jakby tak dalej szło, szybko by załapał jazdę konną. Po skończonej jeździe, kolega zsunął się z wielkiego konia. Gdy stanął obok mnie, spojrzałam na niego swoimi czujnymi onyksowymi oczami. Przez chwilę odnosiłam wrażenie, że odczuwał pewien dyskomfort. Nagle, ku mojemu zaskoczeniu, poczułam jego dłonie na mojej talii, a sekundę później objął mnie. Byłam dosyć oszołomiona tym gestem.
-Dziękuję Liv - powiedział, a ja sama objęłam chłopaka w pasie. Musiałam przyznać, że nie chciałam go przez chwilę puścić. Zbyt ładnie pachniał. Mogłam stać i zadowalać się jego zapachem. Aczkolwiek wiedziałam, jak to dziwnie brzmiało, ale nie potrafiłam się powstrzymać.
- Cieszę się, że ci się podobało - uśmiechnęłam się i poklepałam Aserysa po plecach, aby mnie już puścił. Tulenie się tak w środku padoku wzbudziłoby wiele podejrzeń ze strony przechodniów. Nie chciałam, aby później krążyły po akademii różne absurdalne plotki o moim rzekomym romansie z przystojnym siwowłosym. Naprawdę, nie potrzebowałam tego do szczęścia, a tym bardziej do bycia popularnym. Na całe szczęście chłopak zrozumiał przekaz i mnie puścił. Posłałam w jego stronę uśmiech pełen ciepła i życzliwości. Wróciliśmy do stajni, a po drodze rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. Ogólnie, jakieś ploteczki o nauczycielach czy o uczniach.
- Idę wziąć prysznic - oznajmił Aserys, rozciągając się. W tym samym czasie zdążyłam rozsiodłać swojego konia. Spojrzałam na trochę zmęczonego chłopaka.
- Będziesz miał coś przeciwko, abym potem cię odwiedziła? - zapytałam się niepewnie, delikatnie się rumieniąc.
- Oczywiście, że nie. Może opatrzyć ci nogę? - odpowiedział żartobliwie siwowłosy. Zaśmiałam się, słysząc jego słowa. Poklepałam go po ramieniu i puściłam w jego stronę oczko.
- Możesz pomasować - powiedziałam, delikatnie się przysuwając do kolegi. Jednak szybko wróciłam do normalnego stanu. Nie chciałam, aby mnie źle zrozumiał. - To przyjdę do ciebie za 20 minut. Muszę się przebrać - dodałam, po czym wyszłam razem z nowym kolegą z budynku. Przy akademikach się rozeszliśmy. Gdy wróciłam do swojego pokoju, w drzwiach stanął mój wilk, który merdał ogonem, jakby mnie nie widział przez wieki. Przykucnęłam przy nim i pogłaskałam Fenrira. Pupil wtulił się we mnie, jak mały szczeniaczek.
- Przebiorę się i idę do Aserysa, zostań grzecznie w pokoju, kochany - oznajmiłam, puszczając mu prosto w jego mądre, wilcze oczy.
- Jak coś ci zrobi, to nie ręczę za siebie - burknął niezadowolony i delikatnie polizał mnie po twarzy.
- On nie jest taki, o to się kochany nie martw. Przecież umiem się obronić - zaśmiałam się, a chwilę później poklepałam delikatnie swojego przyjaciela. Martwił się, ponieważ widział płaczącą mnie niejeden raz przez jakiegoś chłopaka, który narobił mi sporą nadzieję, ale jednak okazywał się kimś mniej wartym mojej cennej uwagi. Fenrir już nie raz dostawał białej gorączki przez takich chłopaków, którzy byli zainteresowani tylko jednym, a z charakteru nawet nie byli ciekawymi osobami, tylko prostakami. Pewnie myślał tak samo o białowłosym, ale ja miałam inne zdanie. Nie wyglądał na takiego. Z naszych rozmów mogłam wywnioskować, że był inteligentny i nie chciał jedynie mnie zaciągnąć do łóżka, a potem zostawić. Zakluczyłam drzwi do pokoju i zdjęłam z siebie ubrania. Wrzuciłam je do kosza z brudnymi ciuchami, ponieważ śmierdział potem. Przebrałam się w świeżą niebieską koszulkę z delikatnym dekoltem i obcisłe jeansy. Uczesałam się i poprawiłam swój delikatny makijaż. Uśmiechając do samej siebie w lustrze, zauważyłam jak Fenrir patrzył na mnie zatroskany.
- Co jest? - odwróciłam się zdziwiona jego zachowaniem.
- Tylko się nie zakochaj… - spojrzał na mnie smutno. Martwił się o mnie. Objęłam go delikatnie i zostawiłam buziaka na jego czole.
- Nie martw się o mnie. Wszystko będzie dobrze - oznajmiłam, po czym puściłam wilka i wyszłam z pokoju. Tuż przed wejściem stanęła przede mną jakaś nieznajoma kobieta. Uniosłam jedną brew na jej widok. Nie była zbyt przyjaźnie do mnie nastawiona. Była niewysoką brunetką o zielonych oczach. Ignorując ją, zaczęłam iść w stronę męskiego akademika.
- Aserys będzie mój, zapomnij o podrywaniu go - warknęła w moją stronę. Odwróciłam się i spojrzałam na nią zażenowaniem.
- Śledzenie kogoś nie jest za bardzo zgodne z prawem, wiesz o tym? - powiedziałam irytująco, spokojnym głosem. Nieznajoma zmarszczyła brwi, słysząc moje słowa. Nic nie mówiąc, poszłam dalej do Aserysa. Jednak obecność dziewczyny wzbudziła we mnie wiele wątpliwości co do jego osoby. Weszłam do męskiego akademika. Na początku myślałam, że zatrzymają mnie i nie pozwolą mi wejść, jednak ku mojemu zaskoczeniu pozwolili bez żadnych problemów. A jednak ci „strażnicy” nie byli tak straszni jak wiele osób mi opowiadało. Nagle mi się przypomniało, że zapomniałam numeru pokoju siwowłosego. Byłam niedawno u niego, jednak umknął całkowicie mi jego numer. Jedyne co zapamiętałam, to fakt, że był na parterze. Na całe szczęście na drzwiach pokoi były wywieszone imiona lokatora. Co prawda spodziewałam się, że będę łazić po całym akademiku, szukając jego pokoju, ale los się do mnie uśmiechnął. Aserys mieszkał w pokoju o numerze 5, co bardzo skróciło moje poszukiwania. Wzięłam głęboki oddech i delikatnie zapukałam do drzwi.
- Już idę! - usłyszałam, jak chłopak krzyknął z pokoju, jednak głos nie dochodził z korytarza, ale coś blokowało jego głos, jakby była jakaś ściana. Minęło niecałe 5 minut zanim Rys otworzył mi drzwi. Myślałam, że będzie ubrany jak każdy normalny człowiek, ale przed moimi oczami pojawił się bardzo ciekawy obraz… Był owinięty w ręcznik, a jego włosy były nadal mokre. Spojrzałam na jego piękne ciało, a na moich policzkach pojawił się delikatny rumieniec. No, no, no… było na co popatrzeć.
- Chyba przyszłam w nieodpowiednim momencie… - zachichotałam się cicho pod nosem. Nie byłam zbyt pewna, czy powinnam wchodzić, czy poczekać, aż się ubierze. Jednak mógł tego nie robić. Bardzo przyjemnie się patrzyło na jego umięśnioną klatkę piersiową i brzuch. 

<następne opowiadanie>
<Aserys? X3>
Ilość słów: 1013

środa, 20 czerwca 2018

Od Dazai'a do Fumiko

Odprowadziłem dziewczynę przelotnym wzrokiem do drzwi, przy tym uśmiechając się delikatnie. Odrywając tym samym na moment nieznacznie wzrok od książki, zwróciłem swe ślepa ku jej osobie.
- Z pewnością wpadnę. - skinąłem początkowo lekko głową. - Wiesz... Przykro mi to mówić, lecz Chuuya to już dla ciebie Senpai-Kun. Urósł zarówno fizycznie, jak i rangą - odparłem na pożegnanie, podnosząc się przy tym z dotychczas zajmowanego łóżka. - Jak wróci, z pewnością go od ciebie pozdrowię. -
- Do zobaczenia - zasalutowała mi z delikatnym uśmiechem, by po chwili przejść przez próg i zamknąć za sobą drzwi. Wpatrywałem się jeszcze chwilę w prostokątny przedmiot z klamką, przed oczyma mając głównie całkiem zabawne sceny sprzed kilku lat. Jej obecność niczym z automatu pozwoliła mi przypomnieć sobie kilka, bardzo ciekawych sytuacji z okolic wieku szczenięcego. Choć nasuwały mi się również całkiem niemiłe akty z tamtego okresu, stając się na te kilka sekund czystym przykładem optymisty, zacząłem kolejno je zbywać. Pozostawiając po jakimś czasie kwestię dzieciństwa na drugim planie, przeniosłem ukradkiem spojrzenie na obecnego od kilku sekund w pokoju chłopaka. Jego standardowy, pełen niezrozumienia wzrok, w tym momencie aż zrobił się dla mnie zabawny. Z mojego gardła, mimowolnie wydobył się odrobinę stłumiony śmiech.
- Spójrz, jeszcze nie skończyłem czytać pierwszej, a już otrzymałem drugą. - wyszczerzyłem się niczym jakiś psychol przy wypowiadaniu tych słów, co tego z kolei jeszcze bardziej wmurowało. Westchnąłem głośno, przymykając na moment oczy. - Może być to dla ciebie odrobinę niezrozumiałe, lecz przez stanie tutaj w miejscu, przeszłość zamiast odejść, jedynie mnie wyprzedziła - powiedziałem w kroku, mijając tym samym jasnowłosego i stając jakiś metr za nim. - Nie będzie mnie najpewniej w ten weekend, możesz w spokoju posiedzieć sobie w wannie - dodałem, stopniowo stabilizując swą chwilową poprawę humoru.
Nie czekając nawet na reakcję ze strony współlokatora, dorwałem ze swojej szafki dokumenty, telefon oraz papierosy. Upewniając się dodatkowo co do obecności pistoletu w tym wszystkim, praktycznie bezszelestnie opuściłem pomieszczenie. Tam z kolei, dopiero po wykonaniu kilkunastu kroków w stronę tylnego wyjścia, zdecydowałem się dorwać do siebie starą komórkę z klapką. Nawet bez dokładniejszego patrzenia, udało mi się wybrać dobrze kojarzony numer telefonu. Osoba po drugiej stronie, odebrała po trzech sygnałach.
- Halo, Chuuya? Słuchaj, mam dla ciebie bardzo ciekawy romans... -
***
Śledziłem uważnie kątem oka towarzyszącą mi dziewczynę, w której towarzystwie dane mi było iść od kilku dobrych minut. Choć nie doszło pomiędzy nami do najkrótszej wymiany zdań, szczerze nie czułem w panującej wokół ciszy niczego niezręcznego. Była ona akceptowana z obu stron, niczym swego rodzaju oczywistość. Jak też podejrzewam i dla niej wzajemne zrozumienie przychodziło w ciszy. Nie czułem w tym momencie szczególnej chęci do pogawędek na temat minionych lat, zdecydowanie łatwiej podchodziło mi trwanie w otoczonym mrokiem milczeniu. Mówiąc zwięźle - zmierzaliśmy ku budynkowi, do którego zapraszał nas drogi, rudy, słyszalnie nawalony znajomy.
W ciągu kwadransa udało nam się dojść na wskazane telefonicznie miejsce. Okazał się nim być przydrożny, widocznie opustoszały bar, który swym wyrastającym od ściany neonem jedynie odstraszał, zamiast przyciągać klientów. Była jedenasta wieczór, lampy gazowe unosiły się po drugiej stronie ulicy niczym duchy. Pobliskie restauracje prezentowały się o wiele lepiej, niż miejsce do którego właśnie zmierzaliśmy. Skinięciem głowy wraz z dziewczyną poinformowaliśmy własne osoby o konieczności przemknięcia szybszym krokiem przez ulicę, by oddalić się zarówno od pola widzenia ludzi, jak i z daleka dostrzeżonej milicji. Gdy jako pierwszy zszedłem po schodach, a moje płuca wypełnił przenikający ten lokal dym, dojrzałem siedzącego przy ladzie rudowłosego. Nim wykonałem kolejne kroki w kierunku wysokich krzesełek, niebieskooki poderwał się gwałtownie z zajmowanego mebla i z lampką niedopitego wina w dłoni, chwiejnym marszem starał zbliżyć się do mojej osoby. Odpowiedziałem mu na to szybką reakcją, jaką było przejęcie ów naczynia oraz błyskawiczne dopicie kilkudziesięciu mililitrów trunku. Z typowym dla siebie uśmiechem, zlustrowałem partnera wzrokiem.
- Nie wyspałeś się widzę po ostatnim? - podpytałem spokojnym tonem, w trakcie wymijania podburzonego, przy tym odkładając szkło na jego płaski kapelusz.
- Daaazai ty stary, zawszony dziadu! - wydarł się na mnie wyskakując jednocześnie ze swymi łapskami, co poskutkowało utratą równowagi ze strony szklanki. Wywróciwszy oczami, szybko zgarnąłem naczynie zanim zetknęło się z podłogą. Odłożyłem ów tym samym na blat, wzdychając ciężko.
- Ogarnij się Chuuya, bo za agresywne zachowanie naślą na ciebie policję - pouczyłem zdecydowanie niższego chłopaka, zachowując pozornie bardzo poważną minę. Odstąpiłem odrobinę na bok, by naćpane ślepia rudowłosego mogły dostrzec czającą się dotychczas w cieniu dziewczynę. - Poza tym, jakie ty masz poszanowanie do płci pięknej, że nawet przywitać się po latach nie potrafisz? - zganiłem kolejno, chcąc jeszcze bardziej podburzyć kolegę po fachu. Jasnooki przechylił pytająco głowę, przy tym mrużąc delikatnie oczy. Jak też wyszło - to Fumiko w pierwszej kolejności obdarzyła chłopaka swym z piekła rodem uśmiechem.
- Chuuya, podobno w końcu doszedłeś do stanowiska egzekutora! - wypaliła pierwsza. - Jeśli mam być szczera, nigdy nie wierzyłam w małych ludzi, lecz dzięki tobie w końcu odzyskuję wiarę w karły! - dodała, klepiąc go jakby pocieszająco po ramieniu, przed tym co za moment dodała: - Lecz nie da się ukryć, że prawdziwy facet zaczyna się od metra siedemdziesiąt... - podsumowała całkiem cicho, nie szczędząc sobie nawet cichego śmiechu. Rudego jakby z automatu wmurowało w ziemię, co z perspektywy obserwatora spokojnie spoczywającego na krzesełku obok, zdawało się być niezłym kabaretem...
- Przecież ty... - przetarł z nie do wierzeniem oczy wierzchem dłoni. - A z resztą! W dupie mam czy gadam do powietrza, czy tego wiecznie o pół centymetra niższego kurdupla, ale zamknij się, bo zdechlaki głosu nie mają! - odwarknął bez zastanowienia, patrząc na jasnowłosą spode łba. Pozornie zwyczajny, choć przesiąknięty nienawiścią śmiech wydobył się z gardła Fumi, najpewniej w odpowiedzi na tekst mężczyzny. Nim jednak dyskusja powróciła w nieodpowiednim kierunku, wtrąciłem się między kłótnię cichym odkaszlnięciem. Prześwidrowałem dyskutujących wzrokiem.
- Dzieciaczki, zanim jednak posiekacie siebie nawzajem wyzwiskami, może wypijemy za pierwsze i ostatnie spotkanie po latach? - uśmiechnąłem się niewinnie do dwójki, jednocześnie obracając się w te i wewte na krzesełku. Może któremukolwiek uda się wynieść coś z tego czysto proroczego zdania... W przewidywaniu przeszłości akurat, zdaję się być niemalże nieomylny. Chuuya wlepił we mnie swe niezadowolone spojrzenie.
- Kogo tu śmiesz zwać dzieckiem?! -
- Psychicznie i fizycznie nie przewyższasz gówniarzy z podstawówki. Zacząłbyś się zachowywać jak przyzwoity starzec u skraju życia, zrzędząc na temat swego marnego zdrowia. - wzruszyłem ramionami, rzucając jedynie krótkie spojrzenie znajomemu barmanowi. Po otrzymaniu potwierdzającego skinięcia głową, "wróciłem" wzrokiem do dwójki. - To jak? Napijemy się? -
***
Ach... Któż by pomyślał, że w tamtym momencie podobne słowa przyszły mi z taką łatwością. Zawsze miałem słabą głowę do alkoholu, a jako wydany przez partnera solenizant, zmuszony byłem wypić więcej niż zwykle - tłumacząc, ponad nic. Wieczory zazwyczaj spędzam na bezsensownym wpatrywaniu się w kulkę lodu oraz bursztynową ciecz, potocznie nazywaną whisky. Tymczasem, w żołądku miałem już jakieś dwie szklanki standardowej Jack Daniel's, co samo przyprawiało mnie o mdłości. Mimo, że w głowie mi niemiłosiernie szumiało, jakimś cudem pozostawałem przy w miarę zdrowych zmysłach, obserwując nawalonych w cztery dupy towarzyszy. Nadzwyczaj odważny w tym właśnie momencie Chuuya, starał się na swój sposób dobierać do każdej napotkanej osoby. Zgadza się - to samo działo się jakieś piętnaście minut temu z nami. Otóż, zostaliśmy bardzo kulturalnie wyproszeni z baru, po tym, jak jakiś fagas złapał nas na "upijaniu nieletniej". Nawet nie chcąc wiedzieć skąd dostał on podobne informacje, zdecydowałem się błyskawicznie zwinąć swych pijanych kompanów, bez niepotrzebnego wylewu krwi tego wieczoru.,,
Moje dotychczasowe, beznamiętne wpatrywanie się w jeden, oddalony o jakieś sto metrów punkt przerwała znajoma osoba uwieszona na mym ramieniu. Spojrzałem kątem oka na wyjątkowo niezakryty kapeluszem czubek głowy. Przedmiot ów bowiem utrzymywałem w swych dłoniach od kilku dobrych minut, z zamiarem przejęcia go w miarę możliwości dla siebie. Obiekt ten bowiem po wytrzeźwieniu partnera, miałem zamiar spalić właśnie na jego oczach... Przypadkiem, w trakcie zapalania dla nas obu ulubionych, złotych Rockets'ów. Właśnie! Papieroski. Może po nich będzie mi lepiej?
- Ktoś chce? - spojrzałem to na dziewczynę, to na chłopaka, wyciągając przy tym w ich stronę śliczne pudełeczko. Jasnowłosa odpowiedziała przecząco, w trakcie gdy chyba przysypiającemu rudowłosemu, wcisnąłem ów używek do ust. - Ogarnij się sflaczały, bo zaraz cię z mostu zrzucę... - mruknąłem pod nosem, dobierając do siebie zapalniczkę.
- Zamknij się kretynie, to ty wykorzystywałeś mnie do swego dobra przez cały weekend... - powiedział bardzo dwuznacznie, jak na moje przewrażliwione alkoholem myśli. Odepchnąłem gwałtownie niebieskookiego stanowczym ruchem ramienia, widocznie niezadowolony z podobnej opinii.
- Idź się leczyć lepiej, bo po alkoholu widzę ciebie jedynie w klubie dla dorosłych. Wpasowałbyś się jako striptizerka, czy też męska dziwka - odparłem, zaciągając się głęboko w uzależniającym tytoniu. Spoglądając co chwilę również na odważnie kroczącą w miarę właściwym krokiem dziewczynę, co chwilę dane mi było dojrzeć na jej ustach szeroki uśmiech. Przynajmniej ta się świetnie bawi, w trakcie gdy ja zaraz padnę przez rozrywający od środka ból... Cholera, nie takiej śmierci wyczekiwałem. Skoro mam zdychać w mękach, wolę jeszcze trochę pozostać na tej ziemi i znaleźć sobie jakiś mniej niewygodny sposób. Hmf... Choć mimo wszystko - nie da się ukryć, że to nie moja kolei powiedzieć "cześć" żniwiarzowi dusz...
<następne opowiadanie>
< Fumi? >
Ilość słów: 1506

Od Erena do Kagamiego

Leżałem w swoim łóżku. Położyłem się dość późno spać wczoraj, ale to nie ma teraz znaczenia. Czuję, jak robi mi się zimno, a jest lato i jest już ranek, a przynajmniej tak myślę. Dlaczego "tak myślę", a nie stwierdzam? Bo nie widzę. Nie mogę otwierać oczu. Czuję się taki... Sparaliżowany. Nie mogę się ruszyć. I nie, nie jest to paraliż senny. Czuję, jak moje ciało zaczyna się ochładzać i tracić swą temperaturę, a ja nie mogę nic z tym zrobić. Widzę... Ciemność. A co słyszę? Narazie nic nie słyszę i nic nie widzę. To lekko dziwne i trochę przerażające, ale chyba wiem, co to jest... Moja nowa zdolność.. Mogę ją nazwać nową? A może raczej starą, lecz nie odkrytą przeze mnie wczesniej... Chyba to jest najlepsze określenie. Cholera tak mi zimno, że myślę, że zaraz zamarznę. Czuję się taki... Osłabiony i taki kompletne bez życia. Jakby coś ze mnie uciekało... Nie mogę się ruszyć, nic zrobić. Czuję się taki bezsilny, a zarazem.. Taki.. Pewny siebie? Nie wiem, czemu się tak czuję... To bardzo dziwne..
- Eren? - to głos Kagamiego. Taki... Ciepły i czuły w tej chwili... Taki wyjątkowy.. Taki... Mój... Ale wybacz Kagami... Nie wiem jak ci teraz odpowiedzieć. Nie mogę wykrztusić z siebie ani słowa. Może to po prostu przeczekam? Bez paniki... Tylko bez paniki... Nic się nie dzieje... Chyba... Czułem jak moja ręka opada lekko z łożka i powoli się z niego zsuwam.
- Eren! - krzyknął nagle spanikowany Kagami, łapiąc mnie w objęcia, lecz ja przelewałem się wręcz przez jego ręce, a mój oddech stawał się coraz rzadszy i bardziej płytki. Czuję się jakbym... Umierał, ale... Nie umieram... Tak? 
- Eren! Kurwa! Eren! Co jest! - czułem, jak na moją twarz opadły jego łzy. Otworzyłem lekko usta, bo nie mogłem nabrać powietrza. Moje wargi robiły się sine, a moja skóra była blada od wolniejszego krążenia. Kagami... Nic mi nie jest... Gdybyś tylko mnie słyszał...
- Eren! Boże! Obudź się, błagam!- wrzeszczał bez końca. Słyszałem go i czułem jego dotyk.. Jego łzy... Lecz nie mogę nic powiedzieć. Cholerna agonia... No, nieźle go wystraszyłem pewnie i to nieświadomie. Czuję jego złość już w kościach... Jak za starych, dobrych czasów, co?
- Eren!- nagle Kagami położył mnie na ziemi i zaczął robić mi 
sztuczne oddychanie i resuscytację. Poczułem jego usta na moich wargach... Ten ciepły dotyk... Otworzyłem ledwie oczy, łapiąc powietrze i się delikatnie uśmiechając do niego.
- Kagami...
- Eren... Boże, co się stało... I co z twoimi oczami?- zapytał cicho.
Uśmiechnąłem się do niego delikatnie. Na taki uśmiech jaki mnie teraz było stać. Lekko podniosłem rękę i pogładziłem jego policzek.
- Bo widzę, że cierpisz, kochanie... A tak poza tym, to nic takiego...
- Co... Co się stało... Eren... Do cholery, myślałem, że nie żyjesz...- szepnął ze łzami w oczach.
- Jestem bogiem agonii, nie? Masz odpowiedż... - wyszeptałem ledwo. Mimo wszystko nie zrobiłem tego specjalnie... 
- CO!? To ty nie umarłeś?!- krzyknął zaskoczony, a ja pokiwałem przecząco głową.
- Nie... Cały czas cię słyszałem i tu byłem...
- Aha, postanowiłeś sobie się pobawić? Świetnie... - mruknął niezadowolony i usiadł na łóżku.
- N-nie zrobiłem tego specjalnie... - podniosłem się jakoś na jednej ręce, siedząc na podłodze.
- Nie mogłeś nic zrobić? Martwiłem się cholernie...- mruknął.
- No wiesz... Jakoś wcześnej bym coś zrobił, gdybym mógł. W końcu.. Umierałem. Można to chyba tak nazwać? - zwróciłem się szybko do Ayato - Pst, piesku, podaj mi bluzę...
Pies to posłusznie zrobił, a ja nałożyłem na siebie ciepły sweter. Kagami widząc, że jest mi zimno, posadził mnie na swoich kolanach i przytulił mocno.
- Przepraszam, nie chcia~... - spojrzałem na swoje rece - ... łem... 
- Co jest? - szepnął, przytulając go mocno.
- C-czekaj... - podwinąłem zaskoczony rękawy swetra, a później zdjąłem go całego, wstając i oglądając swoje ręce i tors - Ha! Ale jazda... Nie mam blizn...
Kagami się nieco zarumienił, a potem odwrócił wzrok. Hm.. Ktoś tu się rumieni?Spojrzałem na niego zza ramienia zadziornym uśmieszkiem.
- Aż żal nie skorzystać z takiej okazji.. Gdy Kagami się rumieni...
- Spadaj.- mruknął, nadal się czerwieniąc. Zakrył kawałek twarzy. Zbliżyłem się do jego ucha i szepnałem do niego.
- Kagami... Zdajesz sobie sprawę, że demony są stworzone do kuszenia, prawda?
- Tak... Zdaję sobie...- szepnął, kładąc dłonie na moich biodrach.
- Lecz na większą niespodziankę będziesz musiał chyba poczekać... - szepnąłem i spojrzałem na niego lekko z góry z uśmiechem, przygryzając lekko wargę.
- Dlaczegooo...- spojrzał na mnie błagalnie.
- Bo wtedy będzie bardziej efektowne... - usiadłem na jego łóżku po turecku.
- No prooszę... - szepnął i zrobił słodkie oczka.
- Będę odporny na te piękne, tygrysie oczęta... Ale mogę dać ci mały zalążek tego, co nas czeka w przyszłości... 
- Daj... Dajjj...- na jego głowie wysunęły się tygrysie uszka, a j poczochrałem go po głowie i zbliżłem się do jego ucha. 
- Co robią demony?
Kagami objął mnie mocniej. 
- Kuszą....- szepnął.
- Jaka druga rasa płynie w mojej krwi?
 - Demon... - patrzył mi w oczy.
- Tak... Tylko... Czyj? - spojrzałem na niego zadziornie i tajemniczo.
- Mój? - zapytał z zadziornym uśmiechem.
- A nie wiem nie wiem.. Może za niedługo będzie twój... Więcej wskazówek ci nie dam... - powiedziałem niższym głosem niczym jakiś złoczyńca.
- O nie. Już jest mój i kropka.- zaśmiał się.
- Zobaczymy czy się oprzesz i powstrzymasz przede mną.. Ten się śmieje kto się śmieje ostatni... Ha... Ha.. Ha..
- Oj nie marudź.-zaśmiał się i położył razem ze mną.
- No dobra, mogę dać ci ostatnią wskazówkę...
- Słucham więc.
- Sekundkę... - wyjąłem pewną rzecz z jego szafki i wsadziłem ją w zęby, znajdując się nad Kagamim. Pozdrawiam kumatych. - Pamiętasz?
Kagami zarumienił się i spojrzał na Erena, przygryzając wargę. 
- Jak mógłbym zapomnieć...- szepnął.
- Zataiłeś to niegrzeczny chłopczyku... Masz szczęście, że teraz pamiętam wszystko... Za karę będzie... Trochę inaczej... Oooj ale nie martw się, Eren nic ci nie zrobi... Poważnego...
- Osz ty zboczuchu...- szepnął i zabrał mu z ust to, co w nich trzymał.- Zapewnię ci zabawę, uwierz mi...
- Ojj, ja tobie też... Słyszałeś kiedyś o czymś takim jak ogon? - spojrzałem na niego z podniesioną jedną brwią zadziornie.
- Ogon? Oczywiście, że tak.- zaśmiał się.
- Na twoim miejscu bym się tak nie śmiał... Daarling... - spojrzałem na niego kątem okqa z zadziornym uśmieszkiem... Oj, Kagamiś, Kagamiś...
<następne opowiadanie>
<Kagamicchan?>
Ilość słów: 1054