piątek, 20 kwietnia 2018

Od Takeshiego do Misaki +16

Biegłem. Musiałem tam wrócić. Nie mogę dopuścić, by dalej inne istoty nadnaturalne cierpiały. Te szmaty i tak miały już za dużo samowolki. Bez obaw. Nauczę te ścierwa, co to znaczy ból. Jeszcze będą błagać o litość, ale ja jej nie mam. Dla nich? Walonych psychopatów, którzy sprawiają ból dla innych z zazdrości? Nigdy... Sprawa jest banalnie prosta i nawet małe dziecko ją zrozumie. Oni nie mieli litości dla nas, to ja nie będę miał litości dla nich. Nie obchodzą mnie głupie wymówki typu "oni mnie zmusili", "ja nie chciałem, naprawdę"... Nie obchodzi mnie, czy byłeś tam z własnej woli, czy nie. Nie obchodzi mnie też twoje tłumaczenie, że masz rodzinę i dzieci, które musisz chronić. Nie obchodzi mnie, że chcesz żyć, że nie chcesz umierać. Nie obchodzi mnie twoje skomlenie i błaganie na kolanach. Byłeś w tym labolatorium, czy to ci się podoba, czy też nie. A ja obiecałem sobie jedno. Zrównam z ziemią ten budynek i jego wszelkich pracowników. W-S-Z-E-L-K-I-C-H. To oznacza wszystkich. Zero litości. Zero wahania się. Chcę... Zobaczyć... Twoją... Krew... Na ścianach. Na podłodze. Na maszynach. Na swych dłoniach. Poczuć tą gorącą ciecz w swych ustach. Chcę zobaczyć te przerażenie w oczach, które wcześniej patrzyły na nas z pogardą. Chcę usłyszeć twój płytki oddech, który zaraz przestanie istnieć. Chcę ujrzeć twoje sine od bólu i utraty krwi usta. Nie wybaczę. Nie zawaham się. Nie powiem tobie tak. Nie będę miał litości. Zdecydowanie za długo miałem litość dla tych istot. Teraz. W tym momencie cienka lina się przerwała, a gilotyna spadła na wasz łeb... Wbiegłem cicho do labolatorium, tylnymi drzwiami. Nie miałem zamiaru się jakoś kryć. Mijałem różne sale, a po drodze zabijałem wszystkich, których napotkałem.
Roztrzaskane czaszki, poćwiartowane kończyny, krew wszędzie... Niedługo nie będzie w tym śmietniku żadnej żywej istoty. Żadnej... Byłem cały we krwi. Jakie to śmieszne, gdy uciekają ode mnie, a to i tak nic nie da. Wbite, nadziane, roztrzaskane, nadgryzione, poćwiartowane, zmiażdżone zwłoki, które leżą na korytarzach i w salach. Puste oczy zwiastujące śmierć. Zemsta... Wbiegłem na kolejny korytarz, kolejne piętra mnie czekają. Później za drzwi, które otworzyły się na ogromną, białą salę, pełną wszelkich urządzeń do analizy i tortur. Krzesła, które były więzieniem ogromnej ilości ghouli. Ostrza, które wbijały się w ich kagune. Nożyce, który cięły ich części ciała, w tym kagune. Metalowe ręce, a zamiast paznokci- noże, które wręcz wycinały kakuhou z ciała ghoula. Środki odurzające, blokujące kakuhou, osłabiające kagune... Pełne przerażenia i nienawiści oczy, które były bezsilne i wręcz błagały o litość. Spragnione krwi i mięsa ghoule, które wariowały na fotelach, próbując się oswobodzić. Więzione w klatkach jak zwierzęta. Poniżane, deptane i wyśmiewane. Nie miają litości nawet dla dzieci. Nawet dla kobiet. Nawet dla starców. Nawet dla ciężarnych kobiet. Dla nikogo. Ich oczy wyrażały pogardę, nienawiść płynącą z ich zepsutego do szpiku kości serca. Na białych ścianach, krew. Na podłodze, krew i fragmenty wnętrzności, ciał... Okropny widok. Nikt nie chciałby tego oglądać. I jak? Jak mam okazać miłosierdzie dla tych szmat? Na pewno nie. Nie zniżę się do tego poziomu. Pokażę wam, co znaczy rządza krwi i zemsty jednookiego ghoula... Byłem na podwyższeniu i patrzyłem na nich z góry. Moje kagune już się wyrwało z kakuhou. Kochane... Też chce to skończyć. Moje szkarłatne oko wyszło na żer. Zacząłem klaskać, a w sali zabrzmiało echo. Wszystkie oczy zwróciły się na moją osobę.
-Brawo! Brawo! Piękne przedstawienie! Aż mi się rzygać chce, gdy was widzę...
-J-jednooki?! Kto go tu wpuścił! Ochrona!- krzyknął jeden z dowodzących.
-Ochrona ci nie pomoże biedaku. Już jej tu nie ma. Przykro mi...
-Cholera! Przynieście quinique! Szybko!
Co moje oczy widzą? Są tak zdesperowani, że muszą użyć quinique? Zabawa się dopiero zaczyna, jak widzę. Zacząłem schodzić po licznych schodach do nich. Pora przerwać tą grobową ciszę...
-Dwa aniołki w niebie... Piszą list do siebie. Piszą, piszą i rachują... Ile odnóg potrzebują...- zszedłem na ostatni poziom pomieszczenia i pokazałem im sześć odnóg kagune. Bawmy się! Podbiegłem i momentalnie wbiłem jedną z odnóg w ich szefa oraz wgryzłem się w jego szyję.
-Mmm... Niezły jesteś... A teraz- giń...- zabiłem go, a później skierowałem wzrok na pracowników.
-Ktoś chętny?
Zacząłem ich masowo zabijać, dusić, gnieść i żreć. Po chwili, białe ściany sali zmieniły kolor na czerwony, a ghoule zostały uwolnione. Dziękowały mi i uciekły z labolatorium. Zostało ostatnie piętro. Już nie mogę się doczekać...
 ---
Ostatnie piętro i ostatnie ofiary z tego labolatorium... Aż mi się smutno robi, że zostało ich tak mało. Ale, ale... Nie ma zabawy bez ran, co nie? Przede mną znalazł się oddział zaopatrzony w quinique. No, no... Zapowiada się parę blizn, co? Mówi się trudno i zabija się dalej! Zacząłem szarżować na nich i zabijać początkowe płotki. Jednak nie musiałem czekać długo na grubszą rybę... Pojawił się przede mną masywny typek z całkiem niezłym quinique, a za nim kolejni. Chyba ich nie doceniłem... Szkoda, że nie mają już kogo ratować. Jeżeli wybiję ich, labolatorium będzie puste i niezdatne do użytku. Przedtem zniszczyłem wszystkie akta, maszyny, ich system i inne tego typu rzeczy. Wcześniejsze labolatorium stało się bezuzyteczną ruiną. Przykro. Aż łezka się w oku kręci... Nagle czarnowłosy typek zaczął biec ku mnie. Cholera, nie jest dobrze, sam to przyznam. Jestem już trochę zmęczony. W końcu wybiłem kilkaset osób, nie wliczając maszyn... Próbowałem zrobić unik, ale nie udało mi się. Quinique tej szmaty przejechało po moim brzuchu, kończąc na plecach. Cholera, rany po quinique nie goją się tak szybko... Mam ich wszystkich dość.
-Dobranocka się skończyła... Pora spać... Słodkich snów...
Po moich słowach wbiłem kagune w jednego, a jego quinique wbiło się w drugiego i tak dalej i tak dalej. Efekt domina. Wszędzie krew... Aż miło się na to patrzy... Dobra, pora wyjść z tego bagna. Poza tym, mam parę ran, które wypadałoby opatrzyć i zregenerować. Na drogę wziąłem gryz z jakiegoś ciała i wybiegłem z labolatorium...
---
Przemieszczałem się przez las, wbijając kagune w drzewa, dość wysoko. Nagle ujrzałem kogoś siedzącego na polanie... Nie potrafię go rozpoznać. Jest już dość ciemno i średnio coś widzę z tej odległości. Nie mam kocich oczu, a przynajmniej tego nie odkryłem. Trzymałem się brzuch, w miejscu, gdzie ten typek zrobił mi ranę. Niestety krew z rany, kagune i innych części mojego ciała skapywała na polanę, co przyciągnęło uwagę tego osobnika.
-Takeshi?-zapytał ten ktoś... Zaraz, kobiecy głos. Ona zna moje imię? Kim ona jest? Znam ją? Zbliżyłem się do polany, schodząc niżej po drzewie, wbijając oczywiście w nie kagune. Spojrzałem na dziewczynę, a ze mnie nadal skapywała krew. Misaki... Co ona tu robi?
-M-Misaki? 
<nastepne opowiadanie>
<Misaki?>
Ilość słów: 1072

poniedziałek, 16 kwietnia 2018

Od Olivii do Nitzana

Obudził mnie ciepły oddech na twarzy. Otworzyłam leniwie oczy i przed sobą zobaczyłam wielki pysk swojego pupilka, który patrzył na mnie tak, jakby coś ode mnie chciał. Zmarszczyłam czoło i patrzyłam na niego jak na ducha. Dopiero co mnie obudził i przez pierwsze kilka minut nigdy nie umiałam z kimś się skontaktować. Musiałam wszystko przemyśleć i zorientować się, co się działo wokół mnie.
- Wstawaj. - Usłyszałam głos Fenrira, który delikatnie liznął mnie po twarzy.
- Cześć… - wydusiłam z siebie i rozejrzałam się dookoła. Chwyciłam swój telefon i spojrzałam na godzinę. Było już po szóstej rano. Nagle zorientowałam się, co się działo wokół mnie. - Co jest kurwa? - uniosłam jedną brew, po czym podniosłam się do pozycji siedzącej. Czarny wilk nadal mi się przypatrywał i koniecznie chciał mojej uwagi.
- Jeść… - burknął, po czym cicho zaskomlał.
Westchnęłam cicho i dałam mu znać ruchem ręki, aby zszedł ze mnie, co grzecznie wykonał. Natychmiastowo wstałam, aby nasypać mojemu pupilkowi trochę karmy. Poszłam do toalety, żeby się ogarnąć, a potem ubrałam się do szkoły. Spakowałam swoje książki i spory kawałek surowego mięsa zapakowanego w folię do czarnego plecaka. Następnie zjadłam pośpiesznie jakieś skromne śniadanie. Opuściłam swój pokój wraz z najedzonym Fenrirem i skierowałam swoje kroki w stronę stajni, gdzie stał Ashley. Na mój widok koń głośno zarżał i zastrzygł uszami. Wyjęłam ze swojego plecaka jego śniadanie. Mimo wszystko, z wyglądu był podobny do konia, ale jego dieta składała się głównie z mięsa i krwi, a nie z zielonej trawki i siana. Przerażało to wiele osób, ponieważ Each Uisce są głównie znane za ich agresywność i brutalność, a wiele osób jeszcze widziało, jak na ich oczach takie bestie zagryzały żywe istoty. Bali się albo ich nienawidzili. Niektórzy urządzali polowania na nie, co według mojej rodziny było przegięciem i skrajnością ludzkiego strachu. Na brzeg głównie wychodziły późną wiosną i latem. Co więcej, bardzo rzadko ich drogi prowadziły do miast, zostawały głównie na plaży, aby jak najszybciej w razie niebezpieczeństwa wrócić do bezpiecznego otoczenia. Te wodne istoty były bardzo inteligentne i szybko się uczyły. Najlepszym przykładem był sam Ashley, którego nauczyłam wiele sztuczek czy komend w krótkim czasie. Nauczył się też żyć w zgodzie z innymi stworzeniami, aby ich nie zabijać. Dlatego przynosiłam mu już gotowe i obrobione kawałki mięsa, żeby oduczył się polować. Chociaż bałam się swojej decyzji, ale tak rodzice mi kazali. Uważali, że mój wierzchowiec nigdy nie przeżyje na dzikości z powodu swoich mniejszych rozmiarów. Karosz z wielką radością zjadł swoją porcję i jeszcze chciał się do mnie przytulić. Jednak odepchnęłam jego cały zabrudzony krwią pysk, aby nie upaprał mojej koszulki. Cóż, krew na mojej koszulce, wzbudziłaby wiele podejrzeń. Poprosiłam Fenrira, aby został z koniem, żeby tak samotnie nie stał w stajni. Wilk od razu się zgodził i położył się wygodnie w boksie na stercie siana. Chwyciłam swój plecak, po czym poszłam w stronę szkoły. Byłam znowu o wiele wcześniej niż reszta klasy. Moją pierwszą lekcją była matematyka, co mi wcale nie przeszkadzało. Lubiłam dosyć ten przedmiot. Reszta dnia zleciała bardzo szybko. Podczas przerw rozmawiałam sobie z Kitty, która cały czas wypytywała się o Nitzana. Zauważyła nas wczoraj, jak szliśmy do kawiarni.
- Wyglądacie razem uroczo! - pisnęła z podekscytowania.
- Ale nie jesteśmy razem… - westchnęłam cicho, kręcąc głową. Cóż, naprawdę nie byliśmy razem, a między nami nic nie było. Ledwo go znałam. Chociaż z wyglądu był naprawdę atrakcyjny. Wiadomo, aparycja jest ważna, ale charakter jest również istotny.
- A podoba ci się? - zapytała się dziewczyna, delikatnie szturchając mnie łokciem.
- Nie - odpowiedziałam obojętnie i stanowczo. Nie będę przecież kłamać. Nagle moja koleżanka mnie delikatnie popchnęła, przez co straciłam równowagę. Nie byłam kompletnie na to przygotowana i nie spodziewałam się takiego zachowania z jej strony.
- Kitty?! - spojrzałam na nią spanikowana. Wtem poczułam, jak jakieś silne ramiona mnie złapały i delikatnie mnie do siebie przyciągnęły. Delikatnie przekręciłam głowę i zobaczyłam ramiona o ciemnej karnacji. Od razu odwróciłam głowę, aby spojrzeć mężczyźnie w oczy. Był to Nitzan. Przez jeszcze kilka sekund mnie trzymał. Jednak puścił mnie dosyć szybko.
- Hejka - uśmiechnęłam się-i dzięki za pomoc - dodałam, puszczając mu oczko.
- Cześć. - Na jego przystojnej twarzy pojawił się przyjazny i ciepły uśmiech. Aż zrobiło mi się ciepło w serduszku. Nagle poczułam na sobie czyiś wzrok… Oczywiście, były to te dwie piękne panienki. Westchnęłam cicho i pokręciłam głową.
- Nitzan… One chyba nie dadzą ci spokoju. - W moim głosie było słychać nutkę współczucia. Naprawdę nie zazdrościłam mu tego. Takie dziewczyny były jak wrzód na dupie. Po prostu nie miałam cierpliwości do takich osób. Przecież widać to, jak bardzo chłopak nie chciał ich towarzystwa, ale one nie potrafiły tego uszanować.
< Nitzan? :3 >
Liczba słów: 774

Witamy - Celes Tabitha Hendrix!

Imię i nazwisko: Celes Tabitha Hendrix
Pseudonim: Cherry, Tabi, Endrix, Sonar. Jednak jako hakerka używa pseudonimu Enigma.
Wiek: 19 lat
Data urodzin: 15 czerwca
Płeć: Kobieta
Orientacja: Bi.
Partner: Nie potrzebuje tego... Woli raczej zabawy i przyjemne noce z jakimiś osobnikami.
Klasa: II Sportowa
Kluby: Klub pływacki | Klub informatyczny
Rasa: Emvant
Specyfika: Często ją boli głowa i często zażywa różne przeciwbólowe tabletki. Potrafi ujrzeć aurę osób. Niekiedy też poleci jej krew z nosa, czy też zemdleje. Jej oczy czasem są całe białe albo też mają inny dziwny kolor. Jej orientacja jest nieco inna niż zazwyczaj u emvantów. Można, iż powiedzieć, że jest wyjątkiem. Nie jest, to do końca zrozumiałe, dlaczego Celes jest inna.
Charakter: Charakter Sonar wziął się od jej rasy. Bycie emvantem często rozrzuca ludzi na różne kategorie. Właśnie dlatego, że słyszy myśli, nawet nie musi tej osoby dotykać. Czuje, widzi i słyszy. Jest towarzyska, choć chłodna i obojętna. Czasem podchodzi do życia pozbawiona wszelkich emocji. Wzrusza ramionami i wywraca oczami, robi to często, jak ktoś ją nudzi. Czasem jest współczująca, a innym razem wręcz przeciwnie. Kiedyś się spotykała z chłopakiem, zanim jednak dołączyła do szkoły, rozeszli się w takich, a nie innych okolicznościach. Potrafi bić jak jakiś bokser na sterydach... Nie wkurzaj, jej nie radzę, chyba że spieszysz się do szpitala. To już inna sprawa.
Dziewczyna jest pomocna, jak trzeba, to wysłucha i pomoże, jednak są pewne granice. Tych granic lepiej nie przekraczać. Lojalna; współczująca, gdy sytuacja tego wymaga. Lubi zabawę różnego rodzaju.
Aparycja: Sonar ma coś koło 174 cm, a waga wynosi około 40 kg. Jako iż miała pewne problemy, jest tak, a nie inaczej. Dziewczyna ma fioletowe, czasem brązowy kolor włosów. Po jednej stronie posiada ogoloną głowę we wzorki, tak trochę rockowo. Jej brwi mają jakby dwie części. Posiada piękne, niebiesko-fioletowe oczy, drobny nosek. Usta zawsze ma pomalowane, chociaż są drobne. Maluję się, ponieważ tak lubi. Ma długie i pomalowane paznokcie, a także pieprzyk pod okiem. Jej sylwetka jest szczupła, gdzieniegdzie lekko umięśniona. Oczywiście matka natura dobrze ją obdarowała odpowiednimi atutami. Nosi biżuterię, gdyż bez niej ani rusz. Co do ubioru to rozległa gama barw, jednakże ma kilka ulubionych kolorów. Co do krojów to ubiera się różnie, zależnie jak chce, lub czy są jakieś wymogi. Jeśli chodzi o ubrania i buty, to jej wymogi są różne. Ogromna szafa z różnymi ciuchami — to właśnie daje jej sporawy wybór.
Głos: Lee Hyori
Pokój: 54
Współlokator: Rose Zoe Hendrix
Zainteresowania: Hakowanie to jej żywioł, robi to cały czas, gdyż tak lubi. Kocha pływać, toteż czasem uprawia jakiś sport. Jednak przez większość czasu leniuchuje, słucha muzyki i hakuje. To jej hobby i rozrywka na co dzień, bo kto tego nie lubi? Jest smakoszem, choć tego po niej nie widać. Niezbyt przykłada uwagę do nauki, ale i tak dobrze jej idzie. Nie ma zbyt wielu zainteresowań, choć można do nich dodać fotografię. Nie za często wychodzi, gdyż się jej nie chce, a jak już jest na nogach i ma ten pozytywny dzień, to wykorzysta go jak najlepiej (dokładniej to poupycha, jak najwięcej się da, aby mieć choć trochę frajdy).
Moce:
- Barwy - potrafi zobaczyć i poczuć aurę wszystkich żyjących istot, każda odpowiada wyznaczonym emocjom. Są jednak wyjątki, jeśli ujrzy czarną lub szarą, to z jej nosa leci krew właśnie tego koloru. Oznacza to, iż wie, kiedy ta osoba umrze i jak. Odczuwa to kilka razy mocniej niż inni. Jasna sprawa, że można to jakoś ominąć, jednak nie jest to takie łatwe.
- Kuleczki - są małe i kolorowe w zależności od barwy aury istoty. Przez wrzucenie kulki w wybrane barwy przejmuje je. Inaczej: w tej kulce znajduje się wybrana emocja, którą może wykorzystać w dowolnym celu.
- Wybuch - Celes od czasu do czasu ma w sobie wulkan emocji. Jeśli nie znajdzie ujścia, wtedy jej ciało samo reaguje. Musi wyrzucić z siebie wszystko, co szkodzi. Tutaj dochodzi do wrzasku (jak u banshee) i ogromnej siły. Czasem przekazuje to innym poprzez dotyk. Wypadki są skrajne, po napaści na tle psychicznym, aż do śmierci. Jednak, gdy zawładnie nią, robi rzeczy, których by nie zrobiła. Czasem wznosi się ku niebu, wygląd wtedy jak anioł, a z niej wtedy wydobywają się barwy. Koniec wygląda nieco gorzej, jest wykończona i może przespać kilka dni, jest osłabiona.- Wyrocznia - przez dotyk osób widzi najbliższą przyszłość w zależności od skumulowanych emocji. Pokazać może coś ala alternatywa rzeczywistość, czy też wyznaje prawdę, o której nawet sami nie wiecie. (Wtedy jej oczy są całe białe albo czarne, za długie zużycie krew jej wypływa z oczu).
- Dźwięki - może brzmi to nietypowo, jednak jest to bardzo użyteczne. Poprzez dźwięk emocji świata, od wszystkiego, co żyje. Może dowolnie to przekształcać w broń albo w coś innego. Tutaj zużywa od groma mocy i czasami jej ciało nie wytrzymuje. Rzadko kiedy tego używa, a jak już to w wyjątkowych przypadkach, postronne osoby słyszą dziwny szum albo też zupełnie coś innego.
Rodzina: 
Siostry: Destani, Terra i Rose
Rodzice: Tyler i Milo
Historia: Pakowała się w tarapaty i problemy. Jeśli szukasz kłopotów, to pukasz do niej. Do tej szkoły trafiła przez czysty przypadek, jednak została, gdyż no jak już jej siostry tam będą, to zawsze może tam napsuć krwi niektórym i zakrzywić  komuś psychikę.
Pupil: Lubi motyle, czy to się liczy?
Inne: 
- Wykasowała większość informacji o sobie,
- Jest tajemnicza, lubi poznawać, choć często kończy się to walką albo psikusami,
- Szybko się przywiązuje,
- Lubi tańczyć,
- Pływanie to jej pasja,
- Muzyka to jej sens istnienia,
- Lubi zabawę, jak i psikusy,
- Bawi ją zachowanie innych istot,
- Często można ją spotkać na nielegalnych walkach albo też wyścigach czy też na innych takich imprezach,
- Często pakuje się w problemy i prowokuje,
- Lgnie jak motylek do ognia. 
Kontakt: [Howrse] Zenddi
Motto: "Informacje to świętość, dzięki nim jesteś kimś, możesz wszystko."
Źródła zdjęć: Deviantart
Relacje: Tymczasowo brak.
Ważne opowiadania: 
Inne zdjęcia: 




sobota, 14 kwietnia 2018

Od Shury do Shoto

Zaraz... To Kagami! Braciszek! Braciszek! Z szerokim uśmiechem rzuciłam mu się w ramiona, nie chcąc puszczać. Z początku był zaskoczony, ale potem? Potem było wyłącznie lepiej...
---
Po spotkaniu czułam się taka szczęśliwa! Nie mogłam przestać się uśmiechać. Rozstaliśmy się z Shoto, tuż po tym, jak go mocno przytuliłam. Tak dobrze się przy nim czułam. Wręcz za dobrze. Nie wiedziałam, czy potem nie okaże się, że źle zrobiłam, że zbliżałam się do kogokolwiek. Nie wiedziałam, do czego będą zdolni szantażyści. Właśnie... Oni... Dzisiaj... Dzisiaj muszę ćwiczyć ten głupi taniec. Boję się. Weszłam do mieszkania i przywitał mnie pisk mojego pupilka. Pogłaskałam go, po czym poszłam do swojego ,,pokoju pracy". Z niepokojem przyjrzałam się rurze, po czym wzięłam głęboki wdech.
---
Padłam na łóżko, piszcząc ze wstydu i złości, Cholerni... Wrzasnęłam, uderzając w poduszkę. Wywalczę sobie wolność. Siłą, czy też nie, to bez znaczenia! Nagle usłyszałam dźwięk SMS-a w rytmie symfonii Beethovena. Już wiedziałam, że to oni...
Od Nieznany: Dzisiaj masz spokój, jutro też. Ciesz się suko póki możesz. Jeszcze ciebie załatwimy tak, że będziesz lizała nam stopy. Przekonasz się, że nie ma z nami żartów. Nawet wiemy, kto dowie się jako pierwszy o twoich ,,zainteresowaniach" szmato.
Zadrżałam, bo wiedziałam o kim mówią. Nie chcę, aby Shoto uważał mnie za dziwkę. Nie chcę... N-Nie... Shoto... On jest dla mnie teraz bardzo bliski. Mimo tego, że nasze rozmowy to w większości były internetowe głupoty, to i tak przywiązałam się do niego. Zacisnęłam dłonie w pięści, po czym wybrałam numer do chłopaka. Cała drżałam, a kiedy czekałam, aż odbierze, starałam się uspokoić.
-Halo?
-Hej Shoto. Słuchaj... Co powiesz, aby gdzieś się spotkać? Wiesz... Na przykład do internetowej kafejki...-powiedziałam do słuchawki.
-Ta, w sumie, czemu nie. I tak już skończyłem. O której i gdzie?
-Teraz... Proszę cię. Muszę z kimś porozmawiać.
- Dobra, zaraz będę w tej kafejce, co ostatnio. Do zobaczenia! 
Wstałam, ubrałam się, po czym pobiegłam w stronę kafejki. Tak się bałam, że on już wie... Że mu powiedzieli. Że mnie znienawidzi... Nie... Nie może się to stać. Byłam już przed kawiarnią i z lekkim zdenerwowaniem zaczęłam tupać nogą. Oparłam się o ścianę, a kiedy usłyszałam, że ktoś idzie, spojrzałam w jego kierunku. Chłopak z zaskoczeniem, jakby lekko się zarumienił i podrapał po karku. Uśmiechnęłam się lekko sztucznie po czym złapałam jego dłoń i wciągnęłam go do kawiarni. Usiedliśmy na naszej tradycyjnej miejscówce, pomiędzy dwoma siedzeniami przy których się poznaliśmy. Uśmiechnęłam się, po czym zbliżyłam się, aby usiąść bliżej niego..
-S-Shoto. Wiem, znamy się dość krótko, ale nie będę ukrywać, że jesteś dla mnie dość bliską osobą. Muszę ci powiedzieć, że... Jestem jakby... Depresantką na lekach. Bardzo często będę potrzebowała kogoś, z kim będę mogła porozmawiać.
- Ja sam zbyt mocnej psychiki nie mam, bez obaw. Jestem zawsze do usług- uśmiechnął się.
-Dziękuję ci bardzo... Nie mam bliskich mi bardzo osób. Braci nie widziałam bardzo długo...-spuściłam głowę, a potem przysunęłam się i wtuliłam w chłopaka.-Dlatego dziękuję...
-Nie musisz mi dziękować. Wiem, co to znaczy strata rodzeństwa...
Spojrzałam mu w oczy, po czym uśmiechnęłam się. Poczochrałam go po głowie.
-Muszę, głuptasie. Jesteś mi bliski i nie zostawiłeś mnie.
<następne opowiadanie>
<Shotoo?>
Ilość słów: 515

RPG!

Udało się w ankiecie zadecydować, kiedy to ma odbyć się nasz RPG! 
Z dość dużą przewagą głosów wygrał termin 21 kwietnia, czyli w przyszłą sobotę! ^^ Cieszymy się, że tak chętnie głosowaliście. Obiecujemy, że jeżeli ten event będzie sukcesem, zorganizujemy takich więcej. Zapraszamy do zapoznania się z tematem wydarzenia.
>klik< 
Zgłoszenia możecie wysyłać do adminki Akiry na howrse lub też na wiadomości prywatnej na Discordzie. Jeżeli ktoś woli, poniżej macie ankietę, gdzie też możecie się zapisać. Osoby jakie już zgłosiły się, mogą tutaj również napisać po raz drugi, aby być pewnym, że został zapisany ^^
>klik<
Przygotowania na czacie na Discordzie odbywają się o 15. Wszyscy, którzy będą chcieli pojawić się na przygotowania, oczywiście mogą. Gdyby pojawiło się opóźnienie, na pewno zostaniecie o tym poinformowani.


~Adminki Akira, Gold i ~D

piątek, 13 kwietnia 2018

Od Olivii do Aserysa

Reakcja chłopaka na widok Ashleya była przekomiczna. Jednak z drugiej strony wcale mu się nie dziwiłam. Taki koń, o ile można nazwać mojego wierzchowca koniem, to niecodzienny widok. Zazwyczaj żyją na dziczy w morzach lub oceanach. Wychodzą na ląd jedynie, gdy zgłodnieją lub najdzie ich ochota na soczyste, krwiste mięso, które się bardzo różni od ryb. Ich główną dietą były różne białka zawarte w mięsie oraz krew. Jednak zdarzały się takie przypadki, gdzie Each Uisce potrafiły skubnąć trochę trawki i nie zabijały pierwszych lepszych osób. Ashleya znaleźli moi rodzice podczas przejażdżki na plaży. Był bardzo młodym ogierem i jego szanse na przeżycie były niskie. Był ranny i osłabiony. Musieli się napracować, żeby go ze sobą zabrać do stajni, w końcu to mięsożerca, który był nieprzewidywalny. Jednak on chyba poszukiwał pomocy, a nie wrogów. Był potulny, co było dla nas niemałym zaskoczeniem. Takie istoty były często używane do wyścigów z powodu prędkości, którą potrafiły osiągnąć na długich dystansach.
Spojrzałam jeszcze raz na konia, a potem na Aserysa, który wyglądał na takiego, jakby miał zaraz zejść na zawał. Uśmiechnęłam się delikatnie i podeszłam do niego.
- Nie bój się - szepnęłam i odwróciłam się na chwilkę w stronę karosza, który zastrzygł uszami. Patrzył na przybysza z zainteresowaniem.
- No właśnie nie jestem taki pewien… - W jego głosie słyszałam strach, niepewność i brak zaufania. Nic nie mówiąc, chwyciłam jego dłoń i pociągnęłam go do siebie.
- Ashley jest wyjątkowy - spojrzałam mu prosto w jego piękne zielone oczy.
Nadal, trzymając jego drżącą dłoń, przyłożyłam ją do jedwabnych i delikatnych chrap ogiera. Zwierzę wzięło głęboki wdech i spojrzało swoimi pięknymi, mądrymi oraz czujnymi oczami na chłopaka. Białowłosy niemal zemdlał na miejscu. Był tak przerażony rasą, wielkością i aurą otaczającą tego konia. Jednak próbowałam go przekonać do tego, że Ash nic mu nie zrobi, ponieważ był najpotulniejszym Each Uisce, jakiego można było spotkać. W moim domu znajdowało się jeszcze kilka przedstawicieli tej rasy, jednak były już nieco agresywniejsze. Chociaż wszystkie były uratowane od śmierci i przyjazne w stosunku do naszej rodziny, to potrafiły zaatakować inne zwierzę lub osobę. Nadal, trzymając dłoń mojego nowego znajomego, spojrzałam na niego, unosząc jedną brew.
- I jak? - zapytałam się, posyłając ciepły uśmiech w jego stronę.
- N-nie jest tak źle… - Co prawda głos chłopaka był nadal drżący, ale już pojawiła się w niej nutka pewności, która była dobrą oznaką. Przy koniach nie można było okazywać zawahania się i strachu, ponieważ to mogło źle wpłynąć na podejście wierzchowca.
- Stój z nim tak przez chwilkę, pójdę po sprzęt - oznajmiłam i puściłam jego dłoń. Aserys od razu chciał odsunąć się od masywnej bestii, ale skarciłam go wzrokiem.
- Tylko go nie przeraź misiu - zaśmiałam się głośno i poklepałam rumaka po jego umięśnionej szyi. Poszłam po jego kantar, żeby zaprowadzić na wybieg. Po takiej męczącej podróży nie chciałam, aby ktokolwiek go dosiadał. Powinien się rozluźnić i może uda mu się poznać jakieś inne konie. Gdy wróciłam, to zobaczyłam, jak białowłosy stał przed koniem i wpatrywał mu się w oczy. Był już w miarę spokojny.
- Widzisz? Nie musisz się go bać. On jest potulny - powiedziałam, puszczając mu oczko. Założyłam kantar na łeb ogiera i wyprowadziłam go z boksu.
- Myślałem, że idziesz po siodło i uzdę. - Rys był zaskoczony przebiegiem akcji. Myślał, że od razu wezmę go na jazdę. Oczywiście, jakby Ashley był zwykłym koniem, to nie byłby to problem, jednak wolałam się mimo wszystko upewnić, czy ogier by zaakceptował nieznajomego. Chciałam zapobiec wszelkim możliwym wypadkom.
- Wolałam, żebyście się najpierw zapoznali. Pamiętaj, on nie jest zwykłym koniem. Może w każdej chwili stwierdzić, że nie życzy sobie twojej obecności. - Mój głos był poważny i chłodny. Z takimi sprawami nie było żartów. Już wystarczającą dużą odpowiedzialność brałam na siebie. Jakby Ashley komuś coś zrobił, to raczej mogłabym się już pożegnać z akademią. Dyrekcja się ledwo zgodziła na to, żebym wprowadziła tego konia do szkoły i w między inne konie. Bali się, że zaatakuje innych, jednak ja lepiej znałam swojego wierzchowca. Zaprowadziłam go na wybieg, gdzie były już inne konie. Otworzyłam bramę i odprowadziłam karosza kilka kroków od ogrodzenia. Nagle niedaleko z nas pojawił się inny koń.
- Ashley, zobacz, już ktoś chce cię poznać - zachichotałam się i poklepałam ogiera po grzbiecie. Jednak Each Uisce odwrócił się i spojrzał w stronę wyjścia. Nie chciał z nimi spędzać czasu. Wolał, gdzieś stanąć na uboczu, a nie w gronie innych istot.
- Nie lubi innych koni? - zapytał się zaskoczony Aserys.
- Mówiłam, że jest specyficzny - westchnęłam cicho i skierowałam swoje kroki w stronę wyjścia. Zamknęłam za sobą bramę i spojrzałam, jak kasztanowa klacz próbowała nawiązać kontakt z moim antyspołecznym zwierzakiem. Stanęłam obok mężczyzny i posłałam mu delikatny uśmiech.
- Jutro chcesz zacząć jazdy? - zaproponowałam. W końcu nie miałam zbyt wiele rzeczy do zrobienia następnego dnia, a bardzo chętnie bym się jeszcze podroczyła z przerażonym białowłosym.
< Aserys? >
Liczba słów: 811

wtorek, 10 kwietnia 2018

Od Akihito do Sorayi

Właśnie szedłem do zoologicznego, żeby kupić sobie chomika (i tak go nie kupiłem). Nagle walnął mnie jakiś piorun. Wiele myśli przelatywało mi w głowie. Gdy się ocknąłem, zamiast pielęgniarki zobaczyłem jakąś dziewczynę. Miała czarne włosy i tak szczerze to tylko to zauważyłem, reszta była zamazana.
– Kim jesteś? – zapytałem się.
– Soraya – odpowiedziała dziewczyna. – Uderzyłam w ciebie piorunem, pamiętasz?
– Czyli jednak nie jestem w piekle – powiedziałem z ulgą.
– No niestety. Mam u ciebie dług. Masz jakiś zepsuty sprzęt? Naprawię ci go – oznajmiła dziewczyna.
– Nie mam chyba, no nie pamiętam – powiedziałem.
Następnie wyszedłem i ruszyłem w stronę mojego pokoju. Usiadłem przy komputerze, włożyłem słuchawki do uszu i zacząłem oglądać anime. Po jakiś trzydziestu minutach usłyszałem dziwny huk. Zerwałem się, by sprawdzić, co się wydarzyło. W końcu wyszedłem na dwór i zobaczyłem tę samą dziewczynę, która waliła piorunami w drzewa. Obok niej biegała naelektryzowana puma czy jakiś inny kot. Wreszcie zauważyła mnie. Nic nie mówiłem, ale domyśliła się, co chcę powiedzieć.
– Pewnie chcesz się zapytać, co ja tu robię – powiedziała do mnie. – Trenuję, bo będę musiała walczyć.
– Z kim? – zapytałem.
– Nie twoja sprawa – odpowiedziała. – Poza tym miałbyś mi pomóc, po tym, jak pół godziny temu wyszedłeś od pielęgniarki, bo dostałeś piorunem?
– Ok, pójdę już – powiedziałem zrezygnowany.
– Ale skoro chcesz mi pomóc, to nie będę ci zabraniała – szepnęła na tyle głośno, żebym to usłyszał.
Podszedłem, a ona dała mi kartkę z informacją, gdzie mamy się spotkać.
O dziewiętnastej byłem w jakiejś tajemniczej uliczce, idealnej do kręcenia horroru. Wkrótce przyszła ona, a za nią dziewięciu mężczyzn. Każdy z nich był demonem, wyczułem to. A poza tym mieli wielkie czarne skrzydła.
– Twój pomocnik? – krzyknął jeden z nich. – Wiedziałem, że sama nie dasz rady.
– Zamknij pysk, Gregory! – krzyknęła, a na niebie zobaczyłem błysk. – Tak w ogóle, ile ty masz lat, Akihito?
– Ja szesnaście – odpowiedziałem – I skąd ty znasz moje imię?
– Tylko tyle?! Wiedziałam, żeby ciebie nie brać – oznajmiła z zażenowaniem. - A imię znam, bo pielęgniarka mruczała coś pod nosem, to wyłapałam.
Po tej jakże miłej pogadance zaczęliśmy walczyć. Rzuciłem się na takiego łysego grubasa. Jak na swoje rozmiary był bardzo zwinny. Wreszcie wykończyłem go. Zostało tylko sześciu. Tak, Soraya rozwaliła dwóch. Reszta nie była taka słaba jak ten grubas. Wysunąłem pazury, zacząłem walczyć. Powoli kończyliśmy tę walkę. Został już tylko Gregory. Spojrzałem się na dziewczynę, kiwnęła głową i ruszyliśmy do ataku... Był silny, ale dawaliśmy radę. Walka była epicka, lecz wróg zapędził nas w kozi róg.
– Teraz umrzecie – powiedział Gregory.
– Nigdy – krzyknąłem. – Może i jesteśmy słabsi, ale nas jest więcej, dlatego wygramy.
– Akihito, nie mamy szans przegra...
Przerwałem jej. Może nie znaliśmy się długo, ale czułem, że ją lubię (tak dla formalności, ja ją tylko lubię, a nie lubię lubię). Gregory przyciągnął jakieś ciemne moce. Nie miałem wyboru, rzuciłem się na jego rękę. Szybko wyrosły mi kły i odgryzłem mu ją. Dałem wtedy czas Sorayi, by zdąrzyła zgromadzić energię i... bum! Walnął w niego naprawdę potężny piorun.
– Super była ta błyskawica – powiedziałem do niej.
– Wiem – odrzekła mi.
Potem wróciliśmy do szkoły. Musieliśmy być cicho, gdyż był środek nocy. Wiedziałem, że to nie koniec przygody. Rano udawałem chorego, by nie iść na lekcje. Byłem bardzo zmęczony. Dałem jakiemuś gościowi kartkę z informacją, iż dopadło mnie przeziębienie. Uwierzyli w to, bo po lekcjach ciągle do mnie ktoś pukał, aby dać mi lekarstwa. W międzyczasie szukałem informacji o tamtych ludziach. Okazało się, że to nie był zwykły gang. Była to jedna z najgorszych sekt demonów. Pobiegłem do mojej nowej koleżanki, by jej to oznajmić. Też udawała chorą. Na początku nie chciała mi otworzyć, zapewne myślała, iż jestem jednym z tych ludzi, co chcą jej wcisnąć leki. Gdy udowodniłem jej, że to ja, opowiedziałem o wczorajszych oprychach.
– To tacy śmierciożercy z Harry’ego Pottera – podsumowałem.
– To znaczy – spytała?
– Że zabiją nas – odpowiedziałem.

< Soraya? >
Liczba słów: 670