piątek, 23 lutego 2018

Od Shina do Shiori

Biegnąc, zauważyłem długie, chyba fioletowe włosy, należące do jakieś dziewczyny. Starając się ją dogonić, myślałem, że odpadną mi nogi. Miała kondycje. W pewnym momencie stanęła, rozglądając się. Zatrzymałem się jakieś trzy kroki od niej.
- Czekaj - powiedziałem, dysząc. - Uff, masz krzepę...
Odwróciła się, a ja zobaczyłem oczy pełne fioletu; poza tym nie wyglądała na przerażoną, bardziej na spiętą.
- Słuchaj, to co widziałaś, może zostać między nami ? - powiedziałem wprost.
Dziewczyna z początku zaskoczona moim zachowaniem, po chwili się zgodziła, a ja odetchnąłem z ulgą. Zrobiłem krok, a ona się jeszcze bardziej spięła. Wyglądała na osobę dość nieśmiałą, mimo to musiałem coś wymyślić, żeby nie zaczęła jeszcze krzyczeć; przynajmniej tak mi się zdawało.
- Masz ochotę na gorącą czekoladę ? Jutro po szkole?
Padł na mnie zdziwiony wzrok fioletowych tęczówek. Uśmiechnąłem się.
- Obiecuję, że nic ci nie zrobię.
- No dobrze... - odpowiedział mi słodki głos.
- Świetnie - odwróciłem się, chcą iść.
Zobaczyłem niestety puste korytarze i odkryłem, że się zgubiłem. Spojrzałem na nią.
- Zgubiliśmy się, prawda? - odpowiedział mi słodki malutki uśmieszek. - A właśnie, mam na imię Shin.
- Shiori.
Chodziliśmy między pokojami, szukając naszych. Przez ten czas nie wymieniliśmy wielu słów, czy też zdań. Przed świtem ledwo udało mi się dostać do łóżka. Nie zostałem w nim długo, bo obudził mnie głos budzika.
***
Lekcje minęły szybko. Niektóre były ciekawe, inne nie. Stałem przed szkołą, czekając na Shiori, oglądając wzrokiem przechodzących uczniów. W pewnym momencie spojrzałem na te fioletowe tęczówki. Miała na sobie krótką spódniczkę i elegancką bluzkę. Wyglądała, szczerze, bardzo uroczo. Uśmiechnąłem się do niej.
- Nie za zimno na takie ubranko? - zaśmiałem się.
Troszkę się obraziła i odwróciła wzrok. Pokazałem jej, żeby szła za mną. Po chwili byliśmy już koło mojego motocykla. Wsiadłem i podałem jej kask.
- Ja nie chodzę na piechotę - zaśmiałem się.

<Shiori ?>
Liczba  słów: 308

Od Dirhaela do Shane'a

<poprzednie opowiadanie>
Samotna kropla zimnego deszczu spłynęła po moim policzku.
Kurwa.
Otworzyłem usta jakby ze zdziwienia, ale równie szybko je zamknąłem, gdy kolejna fala wszechogarniającego bólu zalała mój umysł. Bardzo powoli zacząłem odliczać od dziesięciu w dół, by zająć myśli czymkolwiek innym. Ten rytuał... był to cholernie zły pomysł. Co mnie podkusiło, by go przeprowadzić i pokazać Shane’owi? Skarciłem samego siebie w myślach, odwracając się na pięcie w stronę chłopaka. Zrobiłem krok do przodu, a wierzchem dłoni wytarłem kolejne mokre, deszczowe ślady ze swojego policzka. Rozejrzałem się. Panował tu już najzwyklejszy półmrok; słońce już dawno zdarzyło schować się za linią drzew, a jedynie jego promienne resztki oświetlały otaczający nas las. Westchnąłem z rezygnacją. Pierwszy raz tu byłem i nawet nie mogłem stwierdzić, skąd tu przyszliśmy. Byliśmy... całkowicie zgubieni, zdani na łaskę lub niełaskę natury i własnych wspomnień. Minąłem wciąż i na szczęście nieodzywającego się ciemnowłosego. Oparłem się o najbliższe drzewo, a opuszkami palców przejechałem po jego zimnej, twardej korze.
Myśl, Dirhael, myśl. Jak się tu znalazłeś?
~*~
Zlał mnie. Tak totalnie, całkowicie.  Zero emocji, zero jakiegokolwiek przejęcia...
- Czy możemy już wracać? – mruknął. – Nudzę się i jest już ciemno.
- Zdziwiłbym się, gdyby ciebie cokolwiek zainteresowało. – odparłem, mocniej zaciskając dłoń na kijku. Dupek. – Jak chcesz.
- Cudownie – warknął i zaczął iść przed siebie.
Prychnąłem. Opierając się o moją laskę, próbowałem wstać, lecz był to trudniejsze, niż początkowo sądziłem. Przed oczami zrobiło mi się ciemno, a w głowie zaczęło mi piszczeć, jakby tuż obok mnie startował jakiś odrzutowiec, co w otaczającym nas cichym lesie  było aż zbyt irracjonalnym porównaniem. Pisk ten przerodził się z pozoru w lekki ból głowy,  który dopiero z czasem nabierał na sile.
- Poczekaj – powiedziałem w  jego stronę, ale on nawet nie omieszkał się zatrzymać. 
W końcu udało mi się stanąć na nogach. Wziąłem głęboki wdech, wydech i nie zważając na to, gdzie idę, ślepo podążyłem za nim.
...w złą stronę.
~*~
- Modlisz się? – usłyszałem jego głos, a zaraz po tym poczułem niezbyt lekkie kopnięcie w łydkę.
Momentalnie, automatycznie zgiąłem nogę, co sprawiło, że przejechałem czołem tuż po twardej korze znajdującego się przede mną drzewa. Nawet się nie zorientowałem, kiedy podczas moich rozmyślań zacząłem się o nie opierać. Cicho syknąłem z bólu, odsunąłem się od tej jakże niebezpiecznej roślinki i ze złością spojrzałem się na wiecznie zdegustowanego Shane’a. Przyłożyłem dłoń w bolące miejsce na moim czole i zacząłem je rozmasowywać. Jeśli pozostanie mi po tym ślad... Przygryzłem wewnętrzną stronę dolnej wargi i się wyprostowałem.
- Myślę. Nie widzisz? – powiedziałem. – Tobie też by się to czasami przydało.
- Od pieprzonych piętnastu minut? – fuknął, ignorując drugą część mojej wypowiedzi.
- Piętnastu...? – Cicho powtórzyłem.
Aż tak długo mi to zajęło? Spojrzałem się w niebo. Wciąż nie była to jakaś duża ulewa, ale mżawką też bym tego nie nazwał. Następnie mój wzrok powędrował na chłopaka. Chociaż miał założony kaptur, to i tak z łatwością dostrzegłem jego ciemne włosy posklejane przez wodę. Gdzieniegdzie z nich skapywały pojedyncze kropelki, które następnie opadały mu na bluzę. Już chciałem powiedzieć „przeziębisz się”, lecz ostatecznie ugryzłem się w język. Jeśli on, będąc w bluzie, przeziębi się, to ja ubrany w cienką, jasną koszulę najprawdopodobniej umrę. Tak — założenie jej na wyprawę do lasu to kolejny przykład mojego nieistniejącego geniuszu. Dla potwierdzenia swoich myśli palcami przejechałem na początku po rękawie górnej części stroju, który tak, jak się spodziewałem, był już mokry, a następnie włożyłem dłoń w swoje zmierzwione włosy. Po tym była ona jeszcze wilgotniejsza, więc wytarłem ją w spodnie. Chwila. Do mojej głowy wpadł równie genialny, co i prosty plan. GPS. Przeszukałem kieszenie, ale nie znalazłem w nich potrzebnej mi rzeczy – telefonu. Cholera. Dlaczego zawsze, gdy go potrzebuję, to zapominam wziąć go z domu? Z nadzieją spojrzałem się wprost w oczy różowookiego.
- Masz przy sobie telefon? – spytałem.
Lekko drgnął; czyżby też na to wcześniej nie wpadł? Po krótkiej chwili poszukiwań ponownie włożył ręce do kieszeni i pokręcił głową na „nie”. Cóż, pozostało nam dalsze podążanie na oślep. Mniej-więcej, chociaż mniej, pamiętałem, z której strony przyszliśmy. To był chyba nasz jedyny trop i zarazem ostatnia deska ratunku. Może gdybym wcześniej podczas chodzenia obserwował las, a nie tylko ziemię przede mną, to pewnie znałbym całą trasę, ale teraz już nic nie mogłem zmienić, prawda? Kiedy chciałem ruszyć, zorientowałem się, że nie mam przy sobie kijka. Leżał on z dwa metry ode mnie, więc po podejściu do niego, schyliłem się i złapałem go. Wyprostowałem się, jednak wraz z tą czynnością po moim ciele przeszła nieprzyjemna fala zimna. A może to bym tylko wiatr? W każdym razie sam siebie objąłem, lecz nic to nie dało; jedynie wyczułem, że moja skóra stała się naprawdę zimna, jakbym był jakimś nieumarłym, a nie szamanem.
- Idziemy – powiedziałem, chociaż bardziej by pasowało „rozkazałem”.
Zrobiłem krok do przodu, ale jego odchrząkniecie, zatrzymało mnie przed wykonaniem kolejnego.
- Czego jeszcze nie rozumiesz? – rzekłem.
- Stamtąd przyszliśmy – powiedział tonem, jakby zwracał się do kogoś głupiego lub do co najmniej dziecka.
- Wiem, debilu. Musimy wrócić. Zgubiłeś nas.
- Ja? JA?!
Wiedziałem, że powoli zaczyna się w nim gotować. Westchnąłem w oczekiwaniu na jego wybuch. Pięć, cztery, trzy, dwa, jeden... ale nic nie powiedział. Spojrzałem się na niego ze zdziwieniem. Ach, teraz już rozumiałem, o co mu chodziło. Jego drżąca dłoń była wyciągnięta w moją stronę. Wahał się.
- Nie chcesz zemdleć w lesie, co? – powiedziałem obojętnie. Zgiął jeden z wyciągniętych palców. Czyżby jednak chciał tego użyć? – Nawet nie próbuj mnie wkurwić. – Kąciki moich ust nieznacznie uniosły się do góry. – Rozumiemy się?
Prychnął, mrucząc coś pod nosem. Schował dłonie do kieszeni i zaczął kierować się w moją stronę.
Grzeczny chłopczyk.
~*~
- Jesteś pewny, że wiesz, gdzie idziemy? – spytał, gdy po kolejnych kilkunastu minutach nadal nie było widać żadnych śladów cywilizacji.
- Nie. – Postawiłem na szczerość.
Shane zatrzymał się.
- Pierdolisz.
- Nie pierdolę.
Rozpościerające się nad nami korony drzew zastąpiły drogę kroplami deszczu, wciąż spadających z ciemnogranatowych chmur. Gdzieś w oddali zagrzmiało, co wywołało ciarki na mojej zziębniętej skórze. Nie, nie bałem się burz, ale usłyszenie grzmotu, przedzierającego się przez leśną ciszę było dla mnie zbyt dużą anomalią, której mój umysł nie był w stanie pojąć. Przystanąłem, ścierając nowo opadniętą kroplę z policzka. Byliśmy zgubieni. Bez dalszego planu nic nie zadziałamy. Opuściłem głowę. To było niedorzeczne — dwójka dorosłych facetów zgubiła się w lesie zaraz po tym, jak jeden z nich pokazywał drugiemu przywołanie duchów.
- Właśnie – powiedziałem. – One powinny wiedzieć.
Shane po usłyszeniu, że znowu gadam z samym sobą, spojrzał się na mnie z wyraźną niechęcią. W tym momencie nie liczyło się dla mnie to, co on sobie pomyśli. Wzrokiem rozpocząłem poszukiwania żywo-nieżywych istot, które tylko ja mogłem zobaczyć, ale... nie było ich tu.
- Cholera.
Dlaczego, gdy ich potrzebuję, to nie mogę ich znaleźć? Moje poziomy wkurwienia i bezradności z każdą sekundą wzrastały.
- Już? Skończyłeś? – spytał.
Kiedy chciałem mu coś odpowiedzieć, poczułem swędzenie w nosie. Schowałem twarz w dłonie i kichnąłem, po czym przetarłem sobie nos. Świetnie, zajebiście. Czyżby coś zaczynało mnie brać?
- Na zdrowie – usłyszałem damski głos, bynajmniej nie należący do Shane’a.
Serce z radości zaczęło mi szybciej bić. Była tu ta mała dziewczynka, która przez poprzednie kilka dni mnie odwiedzała. Może... może ona byłaby w stanie wskazać nam drogę do akademika? Niby była tylko martwym dzieckiem, ale jako duch mogła dużo zdziałać.
- Gdzie jesteś? – spytałem, rozgadawszy się za nią.
- Tutaj.
Spojrzałem się do góry, skąd ją właśnie usłyszałem. Siedziała na drzewie, a konkretnie na jednej z gałęzi. Była smutna albo raczej zmartwiona.
- Dlaczego tu jesteś, kiedy pada? Przeziębisz się...
- Zgubiliśmy się – wskazałem na towarzysza w niedoli. – Wiesz może jak...
- Czy mógłbyś się w końcu kurwa zamknąć?! – wykrzyczał Shane. Czyżby jego wkurwomierz wyjebał ponad skalę?
- O co ci chodzi? – spytałem spokojnie.
- Jesteśmy w środku pieprzonego lasu, a ty, zamiast robić cokolwiek, zaczynasz rozmawiać z pierdoloną gałęzią!
- Nie z gałęzią, tylko z duchem... – zacząłem.
- Przeszkadzam wam? – spytała z lękiem. – Mam sobie pójść...?
- Nie, zostań z nami, proszę – starałem się ją uspokoić. – Daj mi trzy minuty, proszę? – zwróciłem się do ciemnowłosego. Ze złości zacisnął mocniej szczęki, podszedł do najbliższego drzewa i dla rozładowania emocji zaczął je kopać. Zignorowałem go i znów moja uwaga skupiła się na małej. – Wiesz, jak stąd dotrzeć do szkoły?
- Do szkoły? – powtórzyła. Przyłożyła dłoń do czoła, zmrużyła oczy i się rozejrzała. – Tam! – wskazała palcem na obszar znajdujący się po mojej lewej stronie.
- Czekaj, tam jest Auris? – dopytałem.
- Mhm – pokiwała głową.
- Jesteś pewna?
- Mhm – ponowne kiwnięcie.
I... zniknęła. Nawet nie zdążyłem jej podziękować. Tylko teraz pozostawało pytanie: czy miała rację. Cóż, tego będziemy musieli przekonać się na własnej skórze. Jeszcze kilka sekund wpatrywałem się w gałąź, aż dopóki kilka kropel deszczu nie spadło na moje okulary, tym samym rozmazując mi widok na cały świat. Nie widziałem sensu w wycieraniu ich, bo i tak przyniosłoby to odwrotny skutek. Włożyłem dłoń we włosy. Teraz były już całkowicie mokre, tak samo, jak cały ja. Koszulka, spodnie, buty... mógłbym robić za żywą konewkę, naprawdę. Kątem oka przyjrzałem się już nieznęcającemu się nad drzewem chłopakowi. Hmn... on też nie był w najlepszym stanie.
- Wiem, gdzie jesteśmy. Chodź – powiedziałem.
Wraz z wypowiadanymi przeze mnie słowami w lesie zerwał się wiatr. Silny, zimny wiatr, który zadziałał na przemoczonego mnie jak gwóźdź do trumny. Lekko zacząłem drżeć.
- Pięć metrów przede mną – powiedział.
- Co? - Nie rozumiałem, o co mu chodziło.
- Masz iść pięć metrów przede mną.
- Dlaczego?
- Nie ufam ci – stwierdził z pogardą.
- Jak sobie chcesz – wzruszyłem ramionami.
Zrobiłem pierwszy krok w kierunku, który wskazała dziewczynka. Nadzieja na nowo rozbłysła w moim sercu, chociaż z każdą chwilą czułem, jak siły zaczynały mnie opuszczać. Z trudem łapałem oddech i to nie było winą mojej kondycji. Po kilku minutach spędzonych w ciszy w oddali zauważyłem zarysy budynków, wyłaniających się spomiędzy drzew.
~*~
O mało co z radości nie ucałowałem klamki, gdy w końcu dotarliśmy pod drzwi z dumnym numerem siedemnaście. Z kieszeni wyjąłem do nich klucz i próbowałem włożyć go do zamka, co w połączeniu z półmrokiem panującym na korytarzu, nie było prostym zadaniem. Po zrobieniu tego przekręciłem go, co otworzyło wejście do naszego pokoju. Spojrzałem się w lewą stronę, gdzie stał Shane.
- Zasada pięciu metrów nadal obowiązuje? – spytałem. – Shane, jesteśmy już w domu.
- Ale nadal ty tu jesteś. – Prychnąłem.
- I tu będę. Nasze łóżka dzieli mniej niż pięć metrów, wiesz?
Dopiero po powiedzeniu tego zdania zdałem sobie sprawę, że zabrzmiało ono jak groźba. On chyba też tak to odebrał. Otworzył usta w geście zszokowania, ale szybko je zamknął, jakby zrezygnował z powiedzenia czegokolwiek. Drgnął. Przekręciłem oczami i wszedłem do środka. Nie musiałem długo czekać, by dołączył do mnie. Zapaliłem światło, które w połączeniu z moim wcześniejszym ciągłym przebywaniem w ciemnościach sprawiło, że oczy zaczęły mnie piec. Która była godzina? Nie wiedziałam i chyba nie chciałem wiedzieć. W końcu rano trzeba będzie wstać do szkoły… Ajć, od natłoku myśli ból głowy znowu dał o sobie znać. Podszedłem do mojej torby i lekko się uśmiechając, wyjąłem z niej proszki przeciwbólowe. Z opakowania wziąłem cztery, które bez popijania z łatwością przełknąłem. W pewnym momencie usłyszałem trzaśnięcie drzwi, ale nie tych wejściowych, tylko od łazienki. Po chwili z wnętrza tamtego pomieszczenia było słychać lanie wody. Czyli Shane poszedł się myć. Nie dziwię mu się, w kocu obaj byliśmy… mokrzy. O cholera. Nie wiem, jakim cudem, ale wyleciało mi to z głowy. Spojrzałem się pod siebie. Tak… stałem teraz w wielkiej kałuży wody i błota, przyniesionych przez buty. Zresztą nie tylko to było przyczyną tej małej powodzi. Spodnie, włosy, bluzka… robiłem za małą, rozpłakaną chmurkę. Ba, koszula od nadmiaru wody zaczęła prześwitywać. Zapamiętam to na przyszłość. Ponownie spojrzałem na plamę. Westchnąłem. Kompletnie nie miałem siły, by ją sprzątnąć, ale wcześniej czy później i tak musiałbym to zrobić. Akurat miałem chwilę czasu, zanim współlokator wyszedłby z łazienki.
Kiedy już skończyłem, to oparłem się o drzwi wejściowe. I czekałem. Boże, ile można się myć? Oczy powoli mi się już zamykały, byłem blisko zaśnięcia na stojąco. Dopiero kolejne trzaśnięcie drzwi było w stanie mnie rozbudzić. Shane wyszedł z łazienki, zmierzył mnie wzrokiem od stóp do głów i położył się na swoim łóżku.
- Będziesz tam jeszcze wchodził? – spytałem, ziewając.
Zakrył się kołdrą, mrucząc coś pod nosem. Westchnąłem. Wziąłem swoje rzeczy i skierowałem się do łazienki. Marzyłem tylko o tym, by mieć już to wszystko za sobą. Zdjąłem wszystkie ubrania i wszedłem pod prysznic. Odkręciłem ciepłą wodę, która miała zbawienny wpływ na moje zziębnięte ciało, ale z każdą sekundą wydawała mi się ona coraz zimniejsza, więc ustawiłem ją na maksa. Jednak to nic nie dało; zamiast wrzątku poleciał lód. Z moich ust wyrwało się głośne „kurwa”.
Jeszcze bardziej zziębnięty położyłem się w moim cieplusim, miękkim łóżku. Opatuliłem się kołdrą, a po kilku minutach zasnąłem.
~*~
Czy znacie to uczucie, kiedy zamiast budzika, budzi was przeogromny ból głowy? Właśnie to mi się przytrafiło. Wierciłem się, kręciłem, ale upragniony sen nie nadszedł. Powoli czułem, że zaczynam odpływać, stało się to, czego się najbardziej obawiałem – małe narzędzie tortur zadzwoniło. Opatuliłem się mocniej kołdrą, a uszy zakryłem dłońmi. Nie, proszę, tylko nie to. W końcu hałas, spotęgowany spazmami bólu, zrobił się nie do wytrzymania, więc wyściubiłem głowę i rękę spod ciepłej tkaniny, by sięgnąć po telefon i go wyłączyć. Cisza zadziałała kojąco na moje nerwy, ale wiedziałem, że to tylko początek koszmaru. Założyłem okulary, by lepiej widzieć cały świat. Tuż przed oczami miałem widok na współlokatora, który też najprawdopodobniej został obudzony przez alarm, ale tak, jak ja, jeszcze nie ruszył się z wyrka. Opierając się na rękach, podniosłem się do pozycji siedzącej. I wtedy złapał mnie lekko brzmiący, lecz duszący kaszel. Zakryłem usta dłonią. Zapowietrzyło mnie i nie mogłem złapać oddechu; poczułem nieprzyjemne ciepło na twarzy. Gdy ten dziwny „atak” ustał, wziąłem kilka głębokich wdechów i wydechów. To było cholernie nieprzyjemne. Chwyciłem za chusteczkę, znajdująca się na stoliku nocnym i wydmuchałem nosa. Nagle też zrobiło mi się niesamowicie zimno. Czy bierze mnie jeszcze dodatkowo gorączka? Świetnie. Sięgnąłem po opakowanie proszków przeciwbólowych, które brałem poprzedniego dnia. Zawartość pudełeczka wysypałem sobie na dłoń. Jednak tabletka, dwie, trzy, pięć, siedem, osiem... może wystarczy. Wszystkie oczywiście naraz wziąłem, a potem je przepiłem wodą. O tak, po tym na pewno zrobi mi się znacznie lepiej. Znów położyłem się na łóżku, przed czym zdjąłem okulary. Nie ma takiej opcji, bym dziś poszedł do szkoły. I co z tego, że to dopiero mój drugi dzień tutaj? Cóż, może potem pójdę do pielęgniarki, by mi to usprawiedliwiła. Pod kołdrą przyjąłem pozycję embrionalną, by było mi jeszcze ciepłej. Przykryłem się nią tak, by było mi widać tylko twarz. Ponownie kichnąłem. A co zrobił w tym czasie Shane? Dopiero co wstał z łóżka i zaczął szykować się do szkoły, od czasu do czasu darząc mnie pogardliwym spojrzeniem. Zamknąłem oczy, bo w tej chwili pragnąłem oddać się w Objęcia Morfeusza, ale...
- Dlaczego nie wstajesz? – spytał, o dziwo, całkiem miłym tonem. Pewnie udawał.
- Spać mi się chce... – zacząłem wymieniać. – Głowa mnie boli... Źle się czuję... - kontynuowałem korowód rozpaczy i nieszczęścia, co chwilę przerywając go pociągnięciem nosa. – Zimno mi... – Wtuliłem się w poduszkę, znajdująca się pod moją głową.
- I? – Złapał mnie kolejny atak kaszlu.
- I to tyle... – dopowiedziałem.
Usłyszałem trzask drzwi od łazienki. Aha, więc to tyle z jego troski, tak? W sumie mogłem się tego spodziewać. Jednak skoro już sobie poszedł, to w końcu miałem szansę, by zasnąć! W łóżeczku było mi tak miło i przyjemnie, i przytulnie... Odpłynąłem, albo raczej: straciłem kontakt z rzeczywistością.
~*~
Coś twardego najpierw dotknęło moją nogę, potem kolano, brzuch i ramię, ale poza zwykłymi pomrukami niezadowolenia nie zareagowałem na to. Dlaczego? Bo nie miałem siły i ochoty.
- Wstawaj, śmieciu – to coś tym razem wbiło się w mój polik. Powolnie otworzyłem zmęczone oczy i spojrzałem się na postać z sadystycznym uśmieszkiem na ustach stojącą przede mną.
- Shane? – szepnąłem. Nie sądziłem, że mój głos będzie aż tak słaby. Zauważyłem, że trzymał w dłoni moją laskę. – Odłóż ją, proszę...
- Odłożyć? – Użył swojej mocy, by unieść ją w powietrze, a następnie upuścił ją na podłogę. Zmroczyło mnie, więc nic nie powiedziałem.  – Wstawaj do szkoły – rozkazał.
- Nigdzie nie idę – powiedziałem naburmuszony. Jestem już dorosły, mogę robić to, co chce, prawda?
- Czyżby? – Jego dłoń się uniosła, lecz to zignorowałem.
- Mhm. – Całkowicie zakryłem się kołdrą.
Trzymałem dłoń na materiale i nagle poczułem, że coś próbuje mi ją wyrwać.  Chciałem za nią chwycić, ale było już za późno – nieznana siła zdążyła porwać mój skarb, moje schronienie, wysoko nad łóżko. Wyciągnąłem rękę przed siebie, ale bez wstawania z łóżka nie dałbym rady jej dosięgnąć.
- Shaaaane – powiedziałem, patrząc się na niego z wyrzutem, skulając się jeszcze bardziej. – Zimnoo mi. Oddaj – Wskazałem nad siebie i pociągnąłem nosem z powodu kataru.
Nie zareagował.
- Shaneee – powtórzyłem jego imię.
Nadal brak reakcji. Prychnąłem i odwróciłem się tak, by leżeć do niego plecami.
- Pierdol się – powiedziałem na sam koniec, pokazując mu środkowy palec prawej dłoni.

< słodka kluska >
Liczba słów: 2875

Od Kagamiego do Erena

-W takim razie powiedz mi...Dlaczego kiedy byliśmy w parku, moje serce biło szybciej....Dlaczego czułem, jakbym kiedyś już poznał to uczucie mimo, że nic nie pamiętam...
-Nie wiem, ale nie mogę zaprzeczyć, że czułem się podobnie. Na dodatek nadal się tak czuję. Może to uczucie zobowiązania do ochrony ciebie...-szepnąłem, lekko go obejmując.
-Wiem, że coś takiego kiedyś czułem... Nic nie rozumiem...
-Jestem tego świadom... Ja też niewiele rozumiem. Jednak chcę dla ciebie jak najlepiej. Chcę, abyś był bezpieczny. Nigdy się tak nie czułem, dlatego... Chciałbym odkryć to, co w tej chwili obaj mamy w sobie...-pogłaskałem go delikatnie po głowie.
-Odkryjemy to razem...
-Oczywiście, Eren...-szepnąłem, po czym delikatnie ucałowałem jego czoło, wcześniej zgarniając niesforne kosmyki z jego czoła.
-Dziękuję... Dziękuję ci za wszystko...
-Ja też. I przepraszam, że nie mówiłem ci prawdy. Teraz się to zmieni diametralnie...
-Pragnę w to wierzyć...
Objąłem go mocno, nie chcąc wypuścić go z ramion. Był taki drobny, taki... lekki i kruchy. Taki... Cały mój. Cały, a na dodatek teraz bezpieczny w moich ramionach. Czułem, że teraz z pewnością może czuć bezpieczeństwo. Pogłaskałem go delikatnie po głowie, a potem kawałek odsunąłem od siebie, po czym się lekko uśmiechnąłem.
-Wracamy?-zapytałem go.
Żółtek pokiwał głową, więc złapałem go lekko za rękę i pociągnąłem do akademika. Uśmiechnąłem się, odwracając od niego wzrok. Ten też się do mnie uśmiechnął, co mnie bardzo uszczęśliwiło. Uwielbiałem patrzeć na jego zadowolony wyraz twarzy. To było cholernie satysfakcjonujące. Uroczy jest. Leciałem tak z szatynem, a po chwili ujrzałem, że biegnie pod nami Cień. Był też zadowolony, bo był ukryty w ciemności, którą rzucało moje ciało. Minęło trochę czasu, nim dotarliśmy do pokoju. Wylądowałem wraz z Erenem na balkonie, chowając swoje białe jak śnieg skrzydła. Wpadłem do środka pomieszczenia, rzucając się na materac. Nie wiem, co robił teraz mój współlokator, bo moja twarz z przyjemnością miziała się z poduszką.
-Ereen~! Jestem głoodny~!-powiedziałem, a mój głos został lekko stłumiony przez poduszkę.
-Zamówimy coś?-zapytał z chyba uśmiechem.
-Tak!-wykrzyknąłem.
Podniosłem się bardzo szybko, chwytając za telefon i ignorując przychodzące powiadomienia. Od razu odnalazłem lubianą przeze mnie knajpkę i zamówiłem nam fast food. Cóż, wyszło dość drogo. No, ale co zrobisz. Spojrzałem na rozłączone przed chwilą połączenie, a potem skierowałem wzrok na Erena.
-Ej, może wymienimy się wreszcie numerami?-zapytałem z uśmiechem.
-Fakt, kiedyś chciałem do ciebie zadzwonić, ale zapomniałem, że nie mam twojego numeru....
Zaśmiałem się, po czym przeniosłem się na wyrko szatyna, gdzie podaliśmy sobie nawzajem telefony. Potem zapisałem jego numer, patrząc na niego z lekkim grymasem.
-Ja już za kilka dni zaczynam mistrzostwa. Chcesz może siedzieć gdzieś na trybunach? Twoja obecność byłaby mi na rękę...-podrapałem się nieśmiało po karku.
-Będę wrzeszczał jak najgłośniej!
Zarumieniłem się ledwo widocznie, odwracając spojrzenie. Nie spodziewałem się takiej reakcji. Jednak nie powiem, dodało mi to skrzydeł. Teraz musiałem wygrać dla siebie, dla drużyny i dla Erena, aby jego zaangażowanie nie poszło na marne. Położyłem dłoń na jego ramieniu, szeroko się uśmiechając.
-Jutro pójdziemy znowu na polanę. Czas, abyś zapoznał się z moją mocą.
Nagle zapukał ktoś do drzwi, a ja niczym surykatka odwróciłem się w stronę dźwięku, a potem pobiegłem tam. Dostawca podał mi dwie reklamówki, które na momencik odstawiłem. Wyjąłem z kieszeni portfel, a z niego wyciągnąłem kartę. Przyłożyłem ją do czytnika, a po piknięciu ją zabrałem. Potem zamknąłem drzwi i rzuciłem posiłek na stół.
Usiadłem, patrząc zadowolony na kopę burgerów i napój. Oblizałem się ze smakiem i rozpakowałem zawiniątko. Wziąłem gryza, przełknąłem to, po czym do ust włożyłem słomkę, sącząc napój bogów zwany colą. Nagle podniosłem wzrok, patrząc na kolegę.
-Eren... Co się tak patrzysz...?-mruknąłem, a potem wziąłem kolejny gryz burgera.
-Nic, nic... -powiedział, po czym zabrał się za swoje zamówienie.
Nadal zadowalałem się pyszniutkim jedzeniem, które bardzo szybko zniknęło ze stołu, a ja zgniotłem wszystkie chruszczące papierki w jeden i rzuciłem go za siebie. Cień wyskoczył spod łóżka i pochwycił kulkę, a potem zaczął łapać ją i bawić się nią jak kot. Co za zwierzak... Uśmiechnąłem się, oparłem głowę o swoje ręce, patrząc na Erena. Uroczy. Zmierzwiłem swoje włosy, po czym pochwyciłem do dłoni telefon. Migało na nim światełko powiadomienia, więc mógł być to SMS od Hyugi. Westchnąłem, odczytując wiadomość. 
H> Dzisiaj. Trening. Zaraz. Jak nie przyjdziesz, wyślę po ciebie Riko i nie będzie zmiłuj ;)
Warknąłem pod nosem. Wstałem, zabierając swoją bluzę z pościeli. Spojrzałem na wyświechtaną koszulkę, ale lenistwo upewniło mnie, że nie chce mi się jej zmieniać. Wziąłem torbę, po czym rzuciłem spojrzenie na Erena.
-Idę na trening. Wrócę za kilka godzin. Dobranoc na zapas.-mrugnąłem do niego, po czym ruszyłem w stronę sali gimnastycznej. 
---
Kiedy wyszedłem z treningu, było bardzo późno w nocy. Że też chciało im się gadać z nauczycielami, aby nie zamykali sali tak długo. No cóż. Uparci to oni są. Od razu zawiadomiłem Hyugę, że gdyby jutro, a raczej dzisiaj był trening, nie przyjdę na niego. Czułem od niego aurę niezadowolenia, no ale trudno. Nie moja wina. Zamknąłem na moment oczy, chcąc wziąć głęboki wdech, jednak ktoś uderzył w moją klatkę piersiową i upadł na ziemię. Spojrzałem na tą osobę. Dziewczyna o kocich uszach i ogonie. Uniosłem lekko jedną brew, podając jej dłoń.
-Przepraszam cię, że na ciebie wpadłam...-na jej twarzy zawidniał dobrze mi widoczny rumieniec.
Przewróciłem oczami, a kiedy ta wstała, po prostu ją wyminąłem idąc do swojego pokoju. Miałem dziwne wrażenie, że ten leniwiec już będzie spał i moje wrażenie mnie nie zmyliło. Szatyn już dawno chrapał, a ja poruszałem się jak najciszej mogłem. Wziąłem bardzo szybki prysznic, a potem zaległem w ciepłym łóżku. 
---
Rano obudziłem się wraz z promieniami słońca. Przeciągnąłem się, a potem podniosłem plecy z materaca. Rozejrzałem się nieco rozkojarzony, po czym popatrzyłem na nadal śpiącego żółtka. Pokręciłem głową, podniosłem się i postanowiłem przed nim się ogarnąć. Ubrałem to, co nadawało się na trening, czyli koszulka bez ramiączek oraz zwykłe dresy na ściągaczach. Przeciągnąłem się, robiąc lekką rozgrzewkę ramion i dłoni. Jaki ja stary jestem... Kiedy minęła chwila czasu, podszedłem do Erena i trąciłem go nogą.
-Eren! Wstawaj! Trening mamy.-powiedziałem do niego, na co ten mruknął niezadowolony.
Mission Impossible. Zwinąłem go w pościeli jak naleśnik, potem zrzuciłem z łóżka. Następnie zabrałem mu pościel i leżał na ziemi w pidżamie, mrucząc nadal jakieś egzorcyzmy pod nosem.
-Wstawaj śpiąca królewno. Zapewniam ciebie, że wrzeciona tutaj nie ma i udawać nie musisz.
Żółte oczy spojrzały na mnie, a potem oburzony ruszył w stronę łazienki. Ksh, ksh misja zakończona sukcesem. Uśmiechnąłem się, mierzwiąc swoje włosy. Minęło sporo czasu, nim chłopak się wybrał. Potem razem ruszyliśmy na polanę. Tam stanąłem i rozciągając swoje dłonie, nogi i całe ciało. Uśmiechnąłem się nieco szaleńczo, po czym przygotowałem się do nałożenia pierścienia na palec.
-No to jak? Lecimy czy się cykasz?-uśmiechnąłem się zawadiacko, ustawiając nogi w lekkim rozkroku.
<Eren?>
Ilość słów: 1103

czwartek, 22 lutego 2018

Od Shane'a do Summer

Poniedziałek. Kurewsko chujowy poniedziałek. Kto wymyślił tak beznadziejny dzień tygodnia? Wypoczęty po weekendzie musisz wrócić do tego syfu zwanego szkołą oraz rzeczywistością, aby zgnieść w sobie świeżo co wyrośnięte zalążki chęci do życia po cudownych dwóch dnia świętego spokoju. Fuknąłem cicho pod nosem; głowa wręcz pękała mi od nieustających spazmów bólu oraz gwałtownych zawrotów. Od dawna nie miałem aż takiego mocnego kaca, naprawdę. Poprzedniego wieczoru odrobinę za dużo wypiłem – to fakt. Nieznacznie przesadziłem z ilością alkoholu oraz moimi możliwościami w piciu procentów. Mimo wszystko wydaje mi się, że i tak, to wszystko było w graniach zdrowego rozsądku; wcale nie zarzygałem spodni jakiegoś napalonego zboczeńca oraz całej męskiej łazienki – w ogóle. Powiedzmy sobie szczerze, czy ja bym był do czegoś takiego zdolny? Ja…? Najgrzeczniejszy na świecie abstynent, który alkoholu nie miał nigdy przenigdy w ustach? Mój kącik spierzchniętych ust niezauważalne drgnął w górę; wczorajszy wieczór mimo wszystko wspomniałem jako bardzo dobry. Poznałem kilka w miarę ogarniętych osób, które były świetnymi kompanami w chlaniu. Aż dziwne, że w ogóle się tam jakoś odnalazłem. Wlanie w siebie prawie półtora litra wódki jednak potrafi popchnąć człowieka do różnych niespodziewanych rzeczy. Shane rozmawia z kimś w miarę normalnie? Szok i niedowierzanie. Syknąłem cicho z bólu; głowa niemiłosiernie pulsowała nieustającym bólem. Na ogół nie byłem aż takim smokiem w piciu alkoholu, jednak po prawie dwóch tygodniach w tej zwichrowanej szkole pełnej szaleńców musiałem jakoś odreagować. Co jest lepszego od schlania się w trupa? Całkiem dobrze mi się egzystowało w stanie kompletnej nietrzeźwości. Szczerze to tylko, gdy się kompletnie spiłem, byłem w stanie normalnie zasnąć. Z jednej strony jest to dość przykre, ale jednak zawsze ma się wymówkę, co do picia kolejnych to kieliszków, nie? Przewróciłem nieznacznie oczami i sekundę później już tego cholernie żałowałem. Nieprzyjemny, ostry ból przeciął moją czaszkę; lekko się zachwiałem od fali igieł zatapiających się w moją skórę. Momentalnie wezbrało mi się na wymioty. Słodki Jezu, Shane, nie będziesz rzygać na szkolnym korytarzu przy drzwiach od laboratorium chemicznego... Chociaż… Chociaż mina pani Kibo przed wejściem do klasy byłaby zapewne niezapomniana. Kuszące, nie powiem. Niebezpiecznie się zachwiałem; czyżby alkohol nie do końca wyparował z mojego ciała? Oparłem się o najbliższą ścianę i przetarłem dłońmi zmęczoną, niezwykle skacowaną twarz. Mimo dobrej zabawy byłem cholernie wymęczony. Chlanie przez całą noc jednak jest dość wyczerpujące fizycznie. Psychicznie, to ja już byłem od dawna martwy. Pociągnąłem nosem i uniosłem wzrok na równoległą ścianę. Zmrużyłem oczy, przekląłem w myślach. Nigdy więcej alkoholu w takich ilościach, Shane… Nagle coś wyrwało mnie z mojego sympatycznego, procentowego skołowania; do moich niczego nieświadomych uszu doszedł krystaliczny dźwięk. Był on… doskonały. Zmarszczyłam delikatnie brwi i rozejrzałem się po korytarzu. Wokół nie było żadnej żywej duszy; chociaż, co się dziwić? Było przed siódmą — żaden normalny uczeń nie będzie spędzał czasu przeznaczonego na sen w szkole… więc co ja tu w takim razie robiłem? Wiecie, gdy wraca się o piątej z imprezy płynącej wódką oraz różnymi dziwnymi specyfikami w tabletkach, to nie opłaca się tak naprawdę już kłaść do łóżka. Zanim wziąłem prysznic, ogarnąłem się do stanu używalności i ubrałem, zegar już wskazywał wpół do siódmej. Dwa, nie zasnąłbym w ciągu godziny czy nawet dwóch. Bezsenność — moje drugie ja, moje ciche przekleństwo. Dodatkowo byłem dość mocno rozbudzony. Delikatnie się uśmiechnąłem, a moja dłoń mimowolnie powędrowała w stronę kieszeni jeansowych spodni. Opuszkami palców przesunąłem po niewielkiej foliowej torebeczce. Nawiązałem wczoraj bardzo dobre znajomości, wręcz doskonałe. Dźwięk dobiegający do moich uszu przybrał na sile; nie miałem kompletnie pojęcia, co jest jego źródłem. Jednak wiedziałem jedno – dawno nie słyszałem czegoś tak po prostu pięknego. W bezruchu wsłuchiwałem się w kolejne to tony melodii, która ogarnęła ciche, puste labirynty korytarzy, usidlając w swoich ramionach każdy najdrobniejszy przedmiot. Zmrużyłem oczy; z każdą chwilą coraz mocniej pragnąłem ujrzeć źródło tego jedwabnego głosu oraz dowiedzieć się co lub kto tak pięknie śpiewa. Mijały kolejne to minuty, a ja dalej stałem oparty o ścianę. Z sekundy na sekundę moja głowa stawała się coraz cięższa, lecz zarazem myśli były takie lekkie i przyjemne. Nie miałem pojęcia, co się wtedy ze mną zaczęło dziać… I szczerze? W tamtym momencie nie obchodziło mnie nic oprócz delikatnych dźwięków opanowujących moje ciało oraz umysł. To było takie piękne i czyste… po prostu zamroczyło mnie. W pewnym momencie przed oczami ujrzałem mroczki, które w niepokojący sposób zaburzały mi moje pole widzenia. Nawet nie poczułem, gdy moje nogi mimowolnie ruszyły przed siebie, dążąc za cudowną pieśnią rozbrzmiewające po budynku szkoły. Byłem jak… otumaniony, niezdolny do podejmowania słusznych oraz racjonalnych decyzji. Jedyne, co liczyło się dla mnie w tamtej chwili, to znalezienie źródła tej bajecznej melodii. Moje nogi były niczym z waty, poruszały mną bezwolnie. Bezsilność zmieszana z nutami słodyczy. Mój umysł jakby zamarł w miejscu. Powoli sunąłem po szkolnych korytarzach; dźwięk stawał się coraz głośniejszy, wyraźniejszy, przybierał na sile. Leniwie otworzyłem oczy, będąc przed szarymi, nijakimi drzwiami z niewielką karteczką, na której wydrukowane były proste, czarne litery. "Gabinet pielęgniarski"...? I dlaczego do moich uszu przestała dochodzić ta przepiękna melodia? Zawirowało mi w głowie. Z nieznacznym łoskotem oparłem się o drzwi; kolejny raz mnie zamroczyło, jednak tym razem cały świat zawirował jak w psychodelicznym kalejdoskopie, aby potem spowić mój umysł w całkowitej ciemności. Chyba wtedy straciłem kompletny kontakt z rzeczywistością.
~*~
- Halo, słyszysz mnie? – z kompletniej ciszy oraz ciemności, która mnie ogarnęła, wyrwał mnie damski, delikatny głos. Nieznacznie zmarszczyłem brwi — oczywiście, że cię słyszę idiotko. Otworzyłem gwałtownie czerwonawe oczy i nad moją postacią ujrzałem szkolną pielęgniarkę – drobną blondynkę o zielonych oczach. Momentalnie podniosłem się z ziemi, nie odpowiadając na jej pytanie; niebezpiecznie się zachwiałem, a cały świat niebezpiecznie zawirował.
- Czy wszystko jest w porządku? – zapytała z niepokojem w głosie kobieta, kładąc mi rękę na ramieniu.
- Tak. – prychnąłem, strzepując jej dłoń. Uniosłem wzrok i rzuciłem jej pogardliwe spojrzenie.
- Jednak wydaje mi się, że… - zaczęła, lecz nie było dane jej skończyć.
- A ona co tu robi? – mruknąłem, wkładając ręce do kieszeni spodni. Na kozetce siedziała, wróć, kuliła się dziewczyna, którą wczoraj miałem dane poznać. Posłałem jej najbardziej nienawistne spojrzenie, na jakie było mnie stać w tym momencie. Dlaczego cały czas na nią zacząłem trafiać? Nie, żeby coś, ale to zaczynało być co najmniej dziwne oraz niepokojące.
- Znacie się? – spytała pielęgniarka, doskonale czułem jej wzrok na sobie.
- Ta. – odpowiedziałem krótko. – Czy ja już mogę stąd iść? Przypadkowo tu wszedłem. – nie chciałem zostawać w tym pomieszczeniu ani jednej sekundy dłużej. Nie miałem pojęcia, co się ze mną działo, lecz jedno było pewne – to nie było normalne zjawisko.
- Wszedłeś? Bardziej zemdlałeś. – stwierdziła blond włosa kobieta. – Moim obowiązkiem jest cię zbadać, chociaż prawdopodobnie znam przyczynę. – tutaj spojrzała na Summer, która skuliła się jeszcze bardziej. Zakryła swoją zarumienioną twarz we włosach. Zmarszczyłem brwi, rozpocząłem skakać wzrokiem z jednej do drugiej postaci. Cholera jasna, o co w tym wszystkim chodzi?

<następne opowiadanie>
< Suuumeeeeer? >
Liczba słów: 1138

Od Tsukiko do Shiona

Kiedy chłopak postanowił mi coś pokazać, ruszyłam w jego kroki. Widząc, że chciał iść tam sam, po prostu zostałam na zewnątrz. Byłam ciekawa, dlaczego miałam zostać... Ma dziewczynę? To ta przewodnicząca? Kiedy jednak wrócił, lekko się skrzywiłam, po czym ruszyliśmy obaj w stronę szkoły, a dokładniej w stronę klubu gastronomicznego. Jak przekroczyłam próg, delikatnie się uśmiechnęłam. Było tutaj tak ładnie. Usiadłam zgodnie z prośbą blondyna przy jednym ze stolików, opierając brodę o swoją dłoń. Z jednej strony nie chciałam mu przeszkadzać, jednak chętnie zobaczyłabym jakie cuda robi w kuchni... Nudziło mi się, kiedy tak miałam wbite spojrzenie w jeden, bliżej nieokreślony punkt za oknem. Z początku nie zauważyłam, ale po chwili chłopak usiadł przede mną. Wzdrygnęłam, rozkojarzona rozglądając się, a potem patrząc na niego. Nagle mnie zapytał, czy nie powiedział lub zrobił mi czegoś złego jako demon. Z moich ust wydobył się bardzo cichy i najdyskretniejszy chichot jaki potrafiłam. Splotłam palce i położyłam na nich brodę, nadal lekko się uśmiechając.
-Nic mi nie zrobiłeś. Przyznam, że wręcz przeciwnie. Podobało mi się. Ten trening był dość ciekawy, a ja mogłam się wreszcie wyładować.-rzekłam z nadal uroczym banankiem na mordce.
Przez chwilę nawet nie spostrzegłam, że przemienił się w swoją normalną o wiele lepszą, moim zdaniem, formę. Kiedy to zrozumiałam, że siedzi przede mną ten Shion, lekko się zamyśliłam. Czyli nic nie pamięta? Szkoda, bo było tak zabawnie. Przez chwilę przeleciało mi przez myśl, że żałuję, że nie pamięta tego, co się stało. To tak trochę, jakbym zmarnowała chwile z nim spędzone. Te zapomniane minuty przecież nie zaprzyjaźnią nas z sobą, a na tym mi zależy. Jedynie ja go poznawałam, a on nie mógł poznać mnie. Cichutko westchnęłam, spoglądając w te śliczne, niebiańskie oczy. Nagle usłyszałam dzwoneczek, a chłopak poszedł po chyba swoje dzieło. Kiedy postawił przede mną talerz z babeczkami, klasnęłam w dłonie z szerokim uśmiechem. Fanką słodkości może nie byłam, ale takim czymś na pewno nie pogardzę. Popatrzyłam na blondyna.
-Jakie śliczne!-powiedziałam z zachwytem.-Mogłabym się poczęstować?-zapytałam.
Cóż, tak wypada. Tak zostałam nauczona i tyle... Chłopak ponownie zasiadł naprzeciwko mnie.
-Głupie pytanie, po co bym je robił?
Zarumieniłam się z lekkiego skrępowania, uśmiechając się delikatnie. Wzięłam jedną babeczkę w dłoń i ją ugryzłam. Była miękka i tak niesamowicie pysznie rozpływała się w ustach. Zdecydowanie chciałabym, abym mogła częściej próbować te jego pyszności. Z moich ust wydobyło się przeciągłe ,,Mmm~".
-Ale to jest pyszne! Masz ogromny talent!-powiedziałam z ogromnym zadowoleniem, kończąc jeść wypiek, jaki miałam w dłoniach.
Prawie od razu złapałam za drugą babeczkę, patrząc na Shiona, na którego twarzy dojrzałam ledwo widoczny uśmiech. Uroczy jest. Nachyliłam się do niego i pochwyciłam za jego policzek, lekko go tarmosząc.
-Co się chichrasz? Ciesz się, że ma kto zjeść te pyszności i się nie zmarnują!
Po chwili usiadłam z powrotem na krześle i z uśmiechem nadal pałaszowałam wypiek mojego kolegi. To nie było ani słodkie, ani gorzkie. Było po prostu idealne. Przypomniało mi się, jak robiłam takie pyszności razem z mamą, kiedy jeszcze żyła. Smak był prawie podobny, lecz jej babeczki były napakowane miłością. Może to i banalne lub też głupie, ale dla mnie to wyjątkowy składnik, który na pewno cieszy ludzkie serce. Kiedy dokończyłam drugą babeczkę, spojrzałam w te piękne, niebieskie oczy.
-Mi pozwalasz się objadać, a sam nie spróbujesz swojego wypieku?-zapytałam.
Pochwyciłam z talerzyka słodkość, wstając z krzesła i nachylając się nieco do chłopaka. Że też nałożyłam tą koszulkę z dużym dekoltem. No cóż... Nie będę ograniczała swoich działań z tego powodu. Podstawiłam babeczkę pod usta chłopaka, uśmiechając się uroczo.
-Powiedz ,,Aaa~"-rzekłam i patrzyłam teraz na Shiona z bliska.
Jest zdecydowanie za przystojny...
<następne opowiadanie>

<Shion?>
Ilość słów: 591

środa, 21 lutego 2018

Witamy - Akihito Gasatsuna!

Imię i nazwisko: Akihito Gasatsuna
Psudonim: Niektórzy zwracają się do niego Akiś.
Wiek: 16 lat
Data urodzin: 2 grudnia
Płeć: Mężczyzna
Orientacja: Hetero
Partner: Ma kogoś na oku.
Klasa: I S
Kluby: Klub biologiczno-chemiczny | Klub informatyczny
Rasa: Wilkołak
Specyfika: Na pewno specyficzne jest to, że zamienia się tylko w wersję antropomorficzną, podczas której ma 3 metry wzrostu.
Charakter: Zacznijmy od tego, że jest typem takiego gościa, który niby cię słucha, ale jednak nie. Poza tym to jest oschły, chamski itp. Powiesz mu, że coś jest niebezpieczne i właśnie go nasyciłeś energią, co znaczy, że będzie pewny siebie. Z nim jest krótka piłka. Wkurzysz go, to uciekaj, bo cię zabije albo poważnie zrani. Jest z lekka niestabilny emocjonalnie.
To były te złe cechy, teraz coś lepszego. Może to się nie łączyć z kupą, ale lubi przebywać w towarzystwie innych ludzi. Jest towarzyski, ale ufa tylko tym, których dobrze zna. Nie lubi patrzeć na cierpienie innych ludzi. Jest pomocny i strasznie inteligentny. To idealny przykład człowieka, którego nie warto oceniać po wyglądzie. Jednak na ogół jest po prostu oschły i chamski.
Aparycja: Akihito jest wysoki na około 1,80 m. Jego waga nie przekracza 75 kg. Włosy chłopaka są białe jak śnieg a oczy czerwone. Czasami ubiera maskę na usta, nosi ją dla szpanu. Zazwyczaj chodzi w czarnej bluzie z kapturem i w czarnych spodniach. Na stopach nosi szare espadryle. Ma prosty kręgosłup i bardzo rzadko się garbi. Bluza zawsze ma zapiętą, ale pod nią można zauważyć czarny podkoszulek.
Głos: Akira Ishinda
Pokój: 27
Współlokator: -
Zainteresowania: W młodości nauczył się hackować, jest świetny z programowania i w ogóle zna się na komputerach. Lubi także wszystkie przedmioty ścisłe i jest z nich świetny.
Moce:
- Zamiana w wilkołaka,
- Zmiana różnych części ciała w wilkołacze, np. szpony.
Rodzina: Oprócz ojca i matki ma jeszcze starszą o 6 minut siostrę, z którą był bardzo blisko, miała na imię Kumiko.
Historia: Akihito urodził się w małej wiosce wilkołaków. Od małego wykazywał wielkie zdolności. Pewnego dnia przez przypływ emocji zabił całą wioskę. Został tylko on i siostra. Przygarnęła ich potężna wataha. On poszedł do szkoły, Kumiko została.
Pupil: Conny.
Inne:
- Kocha pizzę,
- Otaku,
- Uważa, że likantropia (wilkołactwo) jest koszmarem.
Kontakt: boryx.bergud@gmail.com - e-mail
Sabaku no Gaara - facebook
Motto: "Można odejść na zawsze, by stale być blisko"
Inne zdjęcia:
jako wilkołak 

Zródła zdjęć:
Pinterest
Relacje: -
Ważne opowiadania: -

Od Shiori do Shina

Wyszłam z pokoju. Chciałam trochę pozwiedzać, a w nocy było najłatwiej, nikt na ciebie nie patrzył, nikt cię nie widział, bo nikogo nie było.
Było pusto. Usłyszałam czyjeś kroki. Schowałam się za rogiem i spojrzałam w tamtym kierunku. Jakiś chłopak szedł ze szklanką wody. Najwyraźniej chciało mu się pić i teraz wracał do swojego pokoju. Siedziałam cicho i czekałam, aż pójdzie do siebie. Nagle coś się zaczęło dziać. Jakaś postać złapała chłopaka. Za dużo nie widziałam, bo za jasno tu nie było. Przyjrzałam się uważniej. Czy on pił z niego krew? Tak, byłam tego pewna. Chciałam zobaczyć, jak wyglądał ten wampir, więc zaczęłam się zbliżać. Cicho podchodziłam coraz bliżej. Miał śliczne włosy, takie czerwone? Sama nie wiem, jak już wspominałam, mało było widać. Jego oczy miały czerwoną barwę, wyglądały przerażająco. Chciałam zrobić jeszcze jeden krok, żeby mu się bardziej przyjrzeć, ale potknęłam się o szklankę. Na szczęście złapałam równowagę, ale stuk naczynia był wystarczająco głośny, żeby wampir mnie usłyszał. Spojrzał w moim kierunku. Raczej się go nie bałam, tylko chciałam z nim rozmawiać. Znając życie, zacząłby mnie pytać, co tu robię i tak dalej, a przecież nienawidziłam kontaktów z innymi. Zaczęłam uciekać. Tak właściwie nie wiedziałam, dokąd biegnę, ale miałam dobrą kondycję, więc uznałam, że będę uciekać tak długo, aż mu się znudzi albo aż go zgubię. Raczej jasne było, że wampir mnie gonił. Naprawdę nie chciałam tego spotkania. I po co ja wyszłam na te głupie zwiedzanie? Biegłam, a on cały czas za mną. Już chciałam wrócić do pokoju, ale zorientowałam się, że nie wiem, gdzie jestem. Nie wiedziałam, którędy wrócić. Przestałam uciekać, zabawa się skończyła. Zgubiłam się, nie wiedziałam, co miałam robić. Rozejrzałam się, wampir był już kilka kroków ode mnie. Trudno się mówi, przecież gorzej być nie może.

< Shin? >
Liczba słów: 291